Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Margaret Leroy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Margaret Leroy. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 kwietnia 2017

To historia, którą chciałam napisać od lat...







ROZMOWA Z MARGARET LEROY



Margaret Leroy to brytyjska powieściopisarka. Jako dziecko napisała wielowątkową opowieść z gatunku fantasy, lecz nigdy nikomu jej nie pokazała. Przestała pisać, kiedy miała około dwunastu lat, i trwało to do chwili, gdy skończyła dwadzieścia pięć lat. Podjęła naukę na Oksfordzie, aby studiować tam muzykę. Mając dwadzieścia kilka lat zajmowała się wieloma rzeczami, takimi jak muzykoterapia, zabawa z dziećmi niepełnosprawnymi, praca w sklepie z zabawkami, nauczanie. Wreszcie znalazła zatrudnienie jako pracownik socjalny. Najpierw tworzyła literaturę faktu oraz napisała książkę dla dzieci. Jej pierwsza powieść zatytułowana „Trust” została wydana w 1999 roku. Książka doczekała się brytyjskiej adaptacji telewizyjnej, do której scenariusz napisał Matthew Hall, zaś film nosi tytuł „Loving You”, a jego premiera odbyła się w 2003 roku. Potem napisała powieść „Postcards From Berlin” (2003), którą wydano także pod tytułem „The Perfect Mother”. W 2005 roku opublikowała kolejną książkę zatytułowaną „The River House”. W Polsce możemy przeczytać dwie powieści Margaret Leroy: „Kolaborantka” i „Fräulein Angielka”, które zostały wydane przez wydawnictwo Gola.




Agnes A. Rose: Margaret, bardzo ciepło witam Cię na moim blogu i dziękuję, że znalazłaś czas, aby dziś ze mną porozmawiać. Ponieważ ostatnio przeczytałam Twoją książkę zatytułowaną „Kolaborantka”, chciałabym zacząć naszą rozmowę właśnie od niej. Główną bohaterką tej opowieści jest Vivienne de la Mare, która wplątuje się w zakazany romans z oficerem SS. To bardzo kontrowersyjne. Czy mogłabyś nam powiedzieć, co zmotywowało Cię do stworzenia tej historii?

Margaret Leroy: To historia, którą chciałam napisać od lat, odkąd po raz pierwszy usłyszałam o okupacji Wysp Normandzkich przez Niemców podczas drugiej wojny światowej. To był nieodkryty kawałek historii i pomyślałam, że będzie to wspaniałe miejsce na opowieść. Nie czułam jednak, że nadeszła właściwa chwila, dopóki nie napisałam już pięciu współczesnych powieści: byłam naprawdę zdenerwowana, pisząc swoją pierwszą powieść historyczną!

AAR: Czy podczas kreowania historii Vivienne i Gunthera nie obawiałaś się, że wzbudzisz negatywne emocje zarówno wśród czytelników, jak i u krytyków?

ML: Tak naprawdę chyba nie myślę o krytykach podczas pisania powieści – skupiam się jedynie na historii, którą chcę opowiedzieć. Dla mnie okupacja była czymś interesującym, o czym mogłabym napisać, ponieważ ludzie w codziennym życiu stawiali czoło bardzo trudnym dylematom, podczas gdy mieszkali obok wroga. Interesowała mnie moralna złożoność sytuacji, z jaką musiała zmierzyć się moja bohaterka i mam nadzieję, że ludzie będą stać po jej stronie, kiedy będą czytać tę historię.

AAR: Wszyscy wiemy, że kobiety, które bratały się z wrogiem były karane nie tylko podczas drugiej wojny światowej, ale także po wojnie. Wspominasz także o tym w swojej powieści. Czy sądzisz, że Vivienne również zasługiwałaby na taką karę? Przecież ona poniekąd kocha tego niemieckiego oficera, a poza tym spotyka się z nim, aby zapewnić jedzenie swojej rodzinie, kiedy jej męża nie ma w domu.

ML: W rzeczywistości kobiety, które sypiały z wrogiem nie były karane w ten sposób na Guernsey, lecz niektóre ponosiły karę na Jersey, jednej z innych Wysp Normandzkich. To był jeden z powodów, dla których zdecydowałam się na Guernsey jako miejsce akcji, gdyż nie to było zasadniczą częścią historii, którą chciałam opowiedzieć. Jeśli chodzi o to, czy zasłużyła na taką karę, to chyba w tym wypadku czytelnik sam zdecyduje!

AAR: Podczas czytania „Kolaborantki”, odniosłam wrażenie, że teściowa Vivienne również jest bardzo ważną postacią tej historii. Pomimo tego, że żyje w swoim własnym świecie, to jednak w pewien sposób rozumie realia, które ją otaczają. Czy miałaś jakieś trudności z wykreowaniem tej bohaterki?

ML: Myślę, że masz absolutną rację w tym, co mówisz. Ona jest osobą, której umysł zaczyna iść własną drogą, lecz czasami widzi pewne rzeczy w swoim sercu. Pracowałam jako pracownik socjalny zajmujący się zdrowiem psychicznym, co okazało się pomocne przy tworzeniu tej bohaterki – w pewien sposób rozumiałam, jak zachowuje się osoba cierpiąca na demencję i jak komunikuje się z otoczeniem. Lubię kreować postacie, które mogą wydawać się dziwne lub inne, ale które posiadają swoją własną mądrość.

AAR: Dlaczego jako miejsce akcji swojej książki wybrałaś Guernsey?

Wydawnictwo GOLA (2013)
tłum. Anna Wojtaszczyk
& Olga Wojtaszczyk
ML: Zanim napisałam książkę, udałam się w podróż badawczą na Guernsey, ponieważ wiedziałam, że nie mogę napisać książki, jeśli nie pokocham tego miejsca. Byłam zachwycona. Choć wyspa jest dość mała, to jednak łatwo było zostawić za sobą zatłoczone miejsca i udać się na poszukiwanie spokojnego miejsca, jakim były głębokie uliczki St Pierre du Bois, gdzie zdecydowałam się umieścić życie Vivienne. Nawet wybrałam konkretny dom, gdzie mogłam wyobrazić sobie jej życie. Uważam, że to ogromna pomoc w pisaniu, jeśli dokładnie widzę coś oczami swojego umysłu. I kiedy raz stworzyłam tamten świat, to zawsze odczuwałam radość, wracając do niego za każdym razem, gdy siadałam do pisania.  

AAR: Twoją drugą książką, którą możemy przeczytać w języku polskim jest „Fräulein Angielka”. To historia o siedemnastoletniej dziewczynie, która dostaje szansę na to, aby studiować w Wyższej Szkole Muzyki i Sztuki Dramatycznej w Wiedniu. Przedwojenny Wiedeń jest bardzo piękny i robi na Stelli Whittaker niesamowite wrażenie. Co sprawiło, że zdecydowałaś się napisać tego rodzaju książkę? Jej fabuła również skupia się na drugiej wojnie światowej.

ML: Odwiedziłam Wiedeń, kiedy miałam dwadzieścia kilka lat i okazało się, że to niesamowite miejsce. Jeśli chodzi o kulturę, to jest ona niezwykle bogata: mieszkał tam Freud i tak wielu sławnych muzyków – Beethoven, Schubert, Mozart. Wspaniałe są też kawiarnie! Wybrałam lata 30. XX wieku, ponieważ lata tuż przed wybuchem wojny są fascynujące – ludzie mogą już odczuwać, co się wydarzy, lecz nie potrafią tego zatrzymać.

AAR: A teraz, proszę, porozmawiajmy o Twoim debiucie. Na Twojej stronie internetowej przeczytałam, że Twoja pierwsza książka zatytułowana „Trust” dotyczy oskarżenia o molestowanie seksualne. To jest bardzo poważny problem. Czy mogłabyś powiedzieć nam coś więcej o tej powieści?

ML: Kiedy ją pisałam, byłam pracownikiem opieki społecznej, a jądrem tej opowieści jest coś, co przydarzyło się niektórym ludziom, których poznałam. Historia ta opowiedziana jest z punktu widzenia kobiety, Chloe: jej kochanek jest psychologiem dziecięcym, który ma postawiony zarzut seksualnego molestowania dziecka. Wyjątkowo trudny problem, z którym kobieta się spotyka polega na tym, czy uwierzyć jemu, gdy twierdzi, że zarzut jest fałszywy. Czy powinna mu ufać?

AAR: Co sprawiło, że powieść „Trust” została adaptowana na brytyjski film telewizyjny? Czy pamiętasz co czułaś, kiedy się o tym dowiedziałaś?

ML: Byłam bardzo podniecona! Niezwykle ekscytujące było to, że mogłam zobaczyć swoją historię na ekranie, a oni zrobili naprawdę piękną robotę. Dziwne było myśleć, że pewnego dnia wpadłam na pomysł, aby napisać tę historię, a teraz stała się ona dramatem telewizyjnym, który zobaczyło osiem milionów ludzi.

AAR: Co motywuje Cię do pisania o tak trudnych problemach życiowych?

Wydawnictwo GOLA (2014)
tłum. Anna Wojtaszczyk
& Olga Wojtaszczyk
ML: Moją pierwszą myślą było stwierdzenie, że to z powodu moich doświadczeń jako pracownika socjalnego. Ale sądzę, że odpowiedź jest bardziej skomplikowana – być może ciągnęło mnie do pracy socjalnej z tego samego powodu, z którego ciągnie mnie do pisania o trudnych problemach życiowych! Myślę, że zawsze intrygowała mnie ciemniejsza strona ludzkiej natury i zawsze chciałam zrozumieć, dlaczego ludzie zachowują się tak a nie inaczej. Oczywiście wiele historii dotyczy trudnych problemów: musisz wtedy umieścić swoje postacie w ekstremalnych sytuacjach i zobaczyć jak reagują.

AAR: Zanim opublikowałaś „Trust”, zajmowałaś się literaturą faktu i napisałaś książkę dla dzieci. Czy mogłabyś nam powiedzieć coś więcej o tej części swojej pisarskiej kariery?

ML: Pisałam książki o poronieniu i seksualności kobiet. Lubiłam robić badania i pisać tego rodzaju książki, lecz jeśli mam być całkiem szczera, to była to również droga do tego, co naprawdę chciałam robić – pisać powieści. Poprzez swoją literaturę faktu poznałam wydawców i agentów literackich, i zaczęłam rozumieć, na czym polega publikowanie, a ta wiedza była pomocna, kiedy chciałam zaproponować swoją pierwszą powieść do publikacji.

AAR: Twoja ostatnia powieść nosi tytuł „A Brief Affair”. Jej fabuła również skupia się na drugiej wojnie światowej. Dlaczego tak często piszesz o wojnie?

ML: Akcja moich pierwszych pięciu powieści rozgrywa się współcześnie, ale od tamtej pory napisałam trzy książki z drugą wojną światową w tle i bardzo cieszyłam się ich pisaniem. Jest jeszcze tyle wspaniałych opowieści o drugiej wojnie światowej, a czytelnicy wciąż są nimi zafascynowani. Myślę jednak, że „A Brief Affair” będzie moją ostatnią wojenną książką, teraz piszę coś zupełnie innego. 

AAR: W jaki sposób znajdujesz tak doskonałą równowagę pomiędzy dialogami a narracją?

ML: Uważam, że to dość trudne pytanie, aby na nie odpowiedzieć, ponieważ tak naprawdę nie jestem tego świadoma, kiedy piszę. Najpierw nastawiam się na napisanie zarysu fabuły, a następnie piszę krótki pierwszy szkic książki, w którym będzie więcej dialogów, lecz niezbyt dużo opisu. Potem w kolejnych wersjach będę uzupełniać opowieść, gdzie będzie dużo więcej narracji i opisów, lecz dialogów będzie prawdopodobnie tyle samo co w pierwszej wersji.

AAR: Czy mogłabyś nam powiedzieć jak wygląda Twój typowy dzień pracy?

ML: Piszę tylko rano – nie mogę pisać dłużej niż cztery lub pięć godzin z rzędu. W godzinach popołudniowych zajmuję się wszystkimi innymi sprawami – badaniami, e-mailami i tak dalej. Staram się też trochę ćwiczyć – pisanie jest najbardziej siedzących zajęciem. Jestem fanatycznym pływakiem, a do tego stale wyciągam mojego biednego męża na długie spacery!

AAR: Wspomniałaś wyżej, że pracujesz teraz nad nową powieścią. Czy zechciałabyś opowiedzieć nam coś o niej?

ML: Akcja mojej nowej powieści umieszczona jest w New Forest, które jest piękną częścią Anglii, gdzie dorastałam i gdzie mój dziadek był leśnikiem, więc znam to miejsce bardzo dobrze. Historia posiada dwa wątki – jeden jest współczesny, a jeden ma miejsce tysiąc lat temu. Tak więc jest to dla mnie coś zupełnie innego i fascynującego.

AAR: Margaret, bardzo dziękuję Ci za tę miłą rozmowę. Czy jest coś, co chciałabyś dodać lub powiedzieć swoim polskim czytelnikom?

ML: Cieszę się, że lubicie moje powieści. Miłego czytania!



Rozmowa, przekład i redakcja
Agnes A. Rose




Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj.
If you want to read this interview in English, please click here





niedziela, 5 lutego 2017

Margaret Leroy – „Kolaborantka”













Wydawnictwo: GOLA
Głuchołazy 2013
Tytuł oryginału: The Soldier’s Wife
Przekład: Anna Wojtaszczyk & Olga Wojtaszczyk





Guernsey to wyspa na kanale La Manche uzależniona od Wielkiej Brytanii, pomimo że jej terytorium znajduje się przy francuskim wybrzeżu. Wchodzi ona w skład grupy wysp wraz z pozostałymi Wyspami Normandzkimi, lecz z wyłączeniem wyspy Jersey. Każdy jej zaułek może opowiedzieć swoją własną historię. Znajduje się tam bowiem szereg twierdz, zamków, ruin oraz starożytnych grobowców. Położenie wyspy sprawia, że jest ona idealnym miejscem spędzania wakacji, jeśli wziąć pod uwagę jej historyczne walory. Z tym terenem wiążą się także fascynujące historie dotyczące przemytu i budownictwa okrętowego obecnych tam na przestrzeni lat w okresie gorącego konfliktu pomiędzy Wielką Brytanią a resztą Europy. Każdy okres historyczny pozostawił po sobie niepowtarzalne i społecznie istotne dziedzictwo. Kiedy w 1066 roku książę Normandii – Wilhelm I Zdobywca (ok. 1028-1087) pokonał króla Anglii Harolda II (ok. 1022-1066) i przejął angielski tron, wówczas księstwa Normandii i Anglii stały się jednym państwem, natomiast od połowy X wieku Wyspy Normandzie stanowią część Zjednoczonego Królestwa.

Jeśli chodzi o kwestie polityczne, to w przypadku Guernsey są one dość skomplikowane. Wyspiarze są bowiem zobowiązani do uznania królowej jako głowy swojego państwa, ale nie muszą tego robić w stosunku do rządu brytyjskiego, ponieważ mają swój własny. Jest to odpowiednik parlamentu, który zasadniczo przyjmuje przepisy prawne podobne do tych obowiązujących w Wielkiej Brytanii, lecz niekoniecznie realizuje je w ten sam sposób. Wielka Brytania nie może na przykład powołać do służby wojskowej mężczyzn z Guernsey, chyba że chodzi o ratowanie samej królowej, gdyby została bezpośrednio zaatakowana przez wrogów, na przykład porwana. Niemniej wyspiarze służyli w imieniu króla podczas dwóch wojen światowych, odważnie i z przekonaniem walcząc na frontach. Choć Guernsey jest częścią wspólnoty, to jednocześnie posiada swój własny rząd, system podatkowy, prawo, walutę, język (dialekt normandzki), charakter, a także kieruje się swoimi tradycjami.

Jak wspomniałam wyżej, Guernsey posiada bardzo bogatą historię, czego przykładem są zamki – starsze nawet niż Tower of London – jak również starożytne miejsca pochówku, czy też ruiny pochodzące z okresu neolitu. Unikalne położenie geograficzne wysp zaowocowało tym, że teraz można podziwiać ich fascynujące dziedzictwo. Znajduje się tam bowiem wiele muzeów, a także ogromnych rozmiarów zamek Castle Cornet, twierdza Fort Grey czy Niemieckie Muzeum Okupacji. Tak więc turysta wcale nie musi daleko szukać, aby móc doświadczyć tam przeszłości. Na przykład na niewielkiej wysepce Lihou, położonej tuż przy zachodnim wybrzeżu Guernsey, można ujrzeć smagane wiatrem ruiny klasztoru Najświętszej Marii Panny. Poza tym, gdzie nie spojrzeć, można dostrzec starożytne mogiły i grobowce, jak również ruiny wież czy fortyfikacji będące dowodem zawiłej historii wyspy.

Grupa dziewczynek ewakuowanych
z Wysp Normandzkich do Marple
w Cheshire przymierza ubrania
i buty podarowane przez
Stany Zjednoczone.

Zdjęcie wykonano w 1940 roku.
fot. Imperialne Muzeum Wojny
Jednym z najbardziej znaczących okresów w historii Wysp Normandzkich było zajęcie ich przez Niemców podczas drugiej wojny światowej. Okupacja Guernsey w okresie od czerwca 1940 roku do maja roku 1945 rzuca mroczny cień na charakter wyspy i jej mieszkańców w kontekście XX wieku. Tamto wydarzenie wywarło ogromny wypływ na kształt wyspy i ludzi, o czym wyspiarze pamiętają do dziś. Jest to niezwykle trwałe dziedzictwo zarówno pod względem emocjonalnym, jak i w sensie dosłownym. 

W dniu 19 czerwca 1940 roku Wyspy Normandzkie zostały oficjalnie zajęte przez hitlerowców po uprzednim zdemilitaryzowaniu i opuszczeniu tych terenów przez armię Wielkiej Brytanii. Niczym czarny dym unoszący się nad wybrzeżem Francji, nagłówek na pierwszej stronie Guernsey Evening Press nawoływał do natychmiastowej ewakuacji dzieci. Matki mogły towarzyszyć swoim pociechom w ucieczce, ale tylko tym, które nie ukończyły jeszcze piątego roku życia, natomiast dzieci w wieku szkolnym udawały się w podróż wraz z rówieśnikami, z którymi chodziły do szkoły. Jedynie niektórym matkom zezwalano na ucieczkę w ramach opieki nad grupami dzieci. W tym czasie ewakuowano około czterech tysięcy dzieci w wieku szkolnym, zapewniając im schronienie w Wielkiej Brytanii.

W dniu 28 czerwca 1940 roku (piątek) Guernsey przeżyła swój pierwszy nalot bombowy, który zabił trzydziestu trzech mieszkańców wyspy i ranił sześćdziesięciu siedmiu. Praca portu została sparaliżowana, więc nie można było już eksportować owoców, które stanowiły źródło dochodu wyspiarzy. Od tej chwili portowa przystań została przejęta przez Niemców, którzy wierzyli, że zainstalują tam swoje wojska i ciężkie pojazdy. Okupacja Guernsey rozpoczęła się około dwudziestej trzydzieści w niedzielę 30 czerwca 1940 roku, kiedy to na lotnisku w Guernsey wylądowało pięć niemieckich bombowców nurkujących o nazwie Junkers. Następnego dnia przybyły hitlerowskie oddziały wojska i już po południu zaczęły rozwieszać niemieckie flagi. Kolejne oddziały dotarły nieco później. Ostatecznie Niemców było więcej niż mieszkańców wyspy. Żołnierze Führera zajęli się fortyfikacją Guernsey, budując nowe mocniejsze bunkry, jak również dostosowując do własnych potrzeb już istniejące umocnienia oraz dodając do tego szereg lekkich i ciężkich karabinów.

Dzisiaj linia brzegowa stanowi swego rodzaju testament tamtych czasów. Najstarsi wyspiarze wciąż sięgają pamięcią do dnia swojej ewakuacji i powrotu na Guernsey. Ich przekazy różnią się od siebie wzajemnie. Ci ludzie nadal wspominają radość, jaka im towarzyszyła w dniu 9 maja 1945 roku (10 maja w Sark, a 16 maja w Alderney), kiedy było już wiadomo, że wojna się skończyła, a naziści ją przegrali. Wtedy też ich wyspa została uwolniona spod okupacji niemieckiej. Główną pozytywną cechą Guernsey jest jej związek z morzem. Z wyspą łączy się imponująca historia przemysłu stoczniowego, gdzie pracowali najbardziej znani brytyjscy marynarze. Dziedzictwo Guernsey to także połączenie wyspy z wodami przybrzeżnymi. W czasach rzymskich miejsce to było ważnym ogniwem handlu z Brytanią. Potem – w latach 1815-1880 – na wyspie prężnie rozwijało się szkutnictwo. Przemysł stoczniowy to był naprawdę wielki biznes, szczególnie w latach 1815-1890, kiedy budowano dwieście (a może nawet i więcej) statków w ponad dwudziestu stoczniach, począwszy od małych domowych łodzi rybackich, a skończywszy na fregatach. Rozwijający się przemysł okrętowy sprawił, że w XIX wieku na wyspę zaczęli przybywać nowi osadnicy, a wielu spośród nich było marynarzami.


Zamek Cornet na wyspie Guernsey 
źródło


Wróćmy zatem do roku 1940, kiedy wyspa Guernsey została opanowana przez nazistów, a dzieci zmuszone do opuszczenia swoich domów, natomiast dorośli do tolerowania nowych sąsiadów, którzy w każdej chwili mogli pozbawić życia, bo akurat taki mieli kaprys. W posiadłości Le Colombier mieszka Vivienne de la Mare. Kobieta ma około czterdziestu lat. Ponieważ trawa wojna, jej mąż został powołany do wojska i teraz walczy gdzieś na froncie. Vivienne nie mieszka sama. Ma na wychowaniu dwie córki: dorastającą Blanche i kilkuletnią Millie. Poza tym musi także opiekować się teściową, która jest już w podeszłym wieku i z tego powodu cierpi na demencję starczą. Są chwile, kiedy wydaje się, że Evelyn jest w doskonałej kondycji umysłowej, ale bardzo szybko okazuje się, że to tylko złudzenie, ponieważ kobieta tak naprawdę traci poczucie rzeczywistości i żyje w swoim własnym świecie. Choć opiekowanie się staruszką jest uciążliwe, to jednak Vivienne wcale się nie skarży. Ona wie, że należy to do jej obowiązków. Przecież kiedyś wyszła za mąż i tym samym przyjęła do swojego życia nie tylko męża, ale także jego bliskich. W dodatku któż inny mógłby teraz zaopiekować się Evelyn? Przecież jest wojna, a jedyny syn staruszki właśnie walczy gdzieś z wrogiem i tak naprawdę nie wiadomo, czy jeszcze kiedyś go zobaczą.


Wyd. HACHETTE BOOKS
czerwiec 2011
Pewnego dnia Vivienne de la Mare postanawia, że wraz z córkami wejdzie na pokład statku i tym sposobem przedostanie się do Anglii, gdzie mieszka jej ciotka. Trzeba bowiem wiedzieć, że nasza bohaterka jest rodowitą Angielką, natomiast na Guernsey znalazła się z powodu męża. Kobieta wie, że w tej sytuacji będzie musiała zostawić schorowaną teściową pod opieką sąsiadów. Nie będzie bowiem w stanie zaopiekować się Evelyn podczas podróży. Starsza córka – Blanche – jest zachwycona tym, że w końcu będzie mogła normalnie żyć. Londyn kojarzy jej się bowiem ze spokojem, co oczywiście jest tylko złudzeniem, bo przecież w Anglii również trwa wojna, a ludzie każdego wieczoru muszą zaciemniać okna w swoich domach i ukrywać się w schronach przed niemieckimi bombami. Blanche dorasta i marzy jej się życie na wysokim poziomie. Chciałaby kiedyś być bogata i nosić ubrania, które widzi w uwielbianych przez siebie magazynach o modzie. Z kolei młodsza córka – Millie – sprawia wrażenie, jak gdyby było jej wszystko jedno. Niestety, tak się jakoś dziwnie składa, że w ostatniej chwili Vivienne de la Mare rezygnuje z podróży, czego przez długi czas nie może jej wybaczyć Blanche.

Na Guernsey wcale nie jest spokojnie. Niemców coraz więcej, a to budzi przerażenie mieszkańców. Hitlerowcy zawłaszczają kolejne domy. Są to posiadłości tych, którym udało się uciec. Choć ich działanie to zwykła kradzież, bo przecież właściciele tych domów kiedyś do nich wrócą, to jednak dobrego w tym tyle, iż nie wysiedlają ludzi z ich mieszkań i nie wysyłają w nieznane albo nie czynią z nich bezdomnych. Cóż za miłosierdzie z ich strony! Pomimo że pojawia się coraz więcej zakazów, to jednak jak na razie nie widać brutalności ze strony okupantów. Zapewne jest na to jeszcze za wcześnie. W końcu najpierw muszą się rozgościć, prawda? Kwestią czasu zatem jest fakt, iż Vivienne de la Mare spotka na swojej drodze jakiegoś hitlerowca. Ona o tym doskonale wie i wcale nie ukrywa, że napawa ją to wielkim przerażeniem. Kobieta nie spodziewa się jednak, że to spotkanie będzie tak bliskie. Otóż pewnego dnia kilku Niemców wprowadza się do opuszczonej posiadłości tuż obok domu Vivienne. Teraz już nic im nie umknie. Kobieta musi zatem bardzo uważać, aby przypadkiem nie zrobić czegoś, co mogłoby być sprzeczne z nakazami i zakazami, jakie obowiązują na Guernsey.

Prócz powyższego wygląda też na to, że nowi sąsiedzi Vivienne to naprawdę kulturalni mężczyźni. Już pierwszego dnia przychodzą się przywitać i przedstawić, nie zapominając oczywiście o przypomnieniu przepisów, jakie teraz obowiązują na wyspie. Chodzi o godzinę policyjną i przede wszystkim zakaz ukrywania jakichkolwiek zbiegów, jeńców czy innych „podejrzanych typów” z kategorii podludzi. Jeśli Vivienne sprzeniewierzyłaby się temu w jakiś sposób, wówczas jej los mógłby być tragiczny. Ale hitlerowcy to przecież nie tylko bestie i maszyny do zabijania niewinnych ludzi. Okazuje się, że akurat ci konkretni Niemcy mają też uczucia. Przecież pewnego dnia Führer oderwał ich od życia, które prowadzili i w którym byli naprawdę szczęśliwi. Wykonywali jakieś tam zawody, mieli swoje pasje i marzenia, nigdy także nie myśleli o tym, żeby kogoś zabić. Dla nich wojna to też poniekąd przymus i rozkaz, który trzeba było wykonać, zakładając mundur Wehrmachtu czy Waffen-SS ze swastyką, której kolejne pokolenia ludzi na całym świecie będą nienawidzić przez dziesiątki lat.

Wyd. MIRA
wrzesień 2014
I tak oto mijają miesiące, a Vivienne de la Mare coraz bardziej przekonuje się do swoich sąsiadów, choć doskonale wie, że nie wolno jej tego robić. Ona powinna ich nienawidzić w taki sam sposób, jak robi to jej schorowana teściowa. Pomimo demencji, Evelyn zdaje sobie sprawę z tego, że wyspę opanował wróg, z powodu którego jej syn musiał opuścić dom i walczyć na froncie. Jednak nad uczuciami najtrudniej jest zapanować. Tak więc pomiędzy Vivienne i jednym z Niemców rodzi się uczucie, które z wiadomych względów muszą utrzymywać w tajemnicy. Ich miłość naprawdę jest ogromna, choć obydwoje wiedzą, że niemożliwa do spełnienia. Ona ma męża, który może przeżyć wojnę i kiedyś wrócić do domu, zaś on gdzieś w Trzeciej Rzeszy ma żonę i syna, który również zaciągnął się do armii Führera. W dodatku nie są w tym wszystkim sami. O ile dla Niemców nie jest problemem fakt, że jeden z nich wdał się właśnie w romans z kobietą, z którą teoretycznie nie powinno go nic łączyć, to dla wyspiarzy tego rodzaju miłość jest czymś plugawym, a sama Vivienne może być uważana za zdrajczynię i kolaborantkę, jeśli cała sprawa wyjdzie na jaw. Wiadomo przecież, jak kończą kochanki hitlerowców. Czy zatem kobiecie grozi niebezpieczeństwo z rąk ludzi, którzy do tej pory traktowali ją jak uczciwą i godną zaufania sąsiadkę? Czy miłość do znienawidzonego Niemca już na zawsze okryje ją hańbą? A co z kapitanem Lehmannem? Czy on również będzie musiał coś w życiu poświęcić?

Takich książek jak Kolaborantka powstało na przestrzeni lat bardzo wiele. Myślę, że autorzy sięgają po temat zakazanej wojennej miłości głównie dlatego, aby w bestiach i katach odnaleźć też zwykłe ludzkie cechy i pragnienia. Nie można również powiedzieć, że takich romansów w ogóle nie było podczas drugiej wojny światowej. Tego typu związków było i to całkiem sporo. Praktycznie w każdym okupowanym kraju kobiety wchodziły w związki z nazistami z różnych powodów. Czasami robiły to dlatego, żeby poprawić sobie poziom życia. Pamiętajmy, że wtedy panował głód, a one wielokrotnie miały na wychowaniu dzieci, bo mężowie albo zginęli na froncie czy w jakimś innym miejscu (na przykład w nazistowskim obozie zagłady), albo też wciąż walczyli, więc nie mogli zadbać o rodzinę. Czasami kobiety romansowały z Niemcami w celu wyciągnięcia od nich jakichś ważnych informacji, które pomogłyby członkom ruchu oporu przygotować akcję zbrojną. Były jednak przypadki, kiedy kobiety naprawdę zakochiwały się w esesmanach, a oni odwzajemniali to uczucie. Z takich związków bardzo często rodziły się dzieci. Lecz wraz z zakończeniem wojny kończyły się również romanse, a wtedy cała wina spadała na kobiety, które już do końca życia musiały nosić w sobie piętno hańby, nie mówiąc o wrogim traktowaniu ich przez społeczeństwo.


Przybycie brytyjskich oddziałów do Saint Peter Port (Guernsey) w maju 1945 roku.
Na nabrzeżu widać tłum wiwatujących ludzi witających żołnierzy. 

źródło: Imperialne Muzeum Wojny



W przypadku powieściowej Vivienne de la Mare można mówić o prawdziwym uczuciu. Zarówno ona, jak i jej nazistowski kochanek przez cały czas starają się udawać, że poza czterema ścianami ich sypialni tak naprawdę nic się nie dzieje. Nie ma wojny, a oni znajdują się w świecie, w którym najważniejsza jest ich wzajemna miłość. Czy zatem można potępiać Vivienne dlatego, że się zakochała? Z jednej strony zapewne tak, ponieważ bratanie się z wrogiem, który występuje tutaj w roli kata i w sposób bezwzględny morduje niewinnych ludzi, jest czymś haniebnym i praktycznie brak słów, które mogłyby w pełni określić negatywne postępowanie naszej bohaterki. Z drugiej strony trzeba też pamiętać, że kapitan Lehmann będący tutaj symbolem nazistów jako ogółu, jest także mężczyzną, który nie do końca zgadza się z polityką swojego wodza. Takich Niemców w czasie drugiej wojny światowej było trochę i to oni stanowią namiastkę człowieczeństwa w tych okrutnych czasach. Zresztą nie tylko Gunther Lehmann tak się zachowuje. Jest też Max Richter, któremu Vivienne wiele zawdzięcza.

Powieść Margaret Leroy zmusza czytelnika do zastanowienia się nie tyle nad okrucieństwem wojny, ponieważ akurat ten fakt nie podlega dyskusji. Chodzi tutaj przede wszystkim o jednostkowe relacje zachodzące pomiędzy katem a ofiarą. Książka jest naprawdę wzruszająca. Nie jest to historia, którą można przeczytać dla rozrywki. Ona wymaga skupienia uwagi i refleksji nad ludzką moralnością, gdzie główną rolę odgrywa miłość do drugiego człowieka, nawet kosztem poniesienia naprawdę poważnych konsekwencji. Te konsekwencje mogą być niebywale tragiczne, szczególnie wtedy, gdy jedna ze stron działa na dwa fronty i w pewnym momencie musi dokonać dramatycznego wyboru: kolaboracja czy działalność w ruchu oporu?