Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiesław Kielar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiesław Kielar. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 czerwca 2016

Wiesław Kielar – „Życie toczy się dalej” # 3














Wydawnictwo: ATUT
Wrocław 2004
Przedmowa: Leszek Mazan





W drugiej połowie 1944 roku, kiedy Armia Czerwona zaczęła odnosić sukcesy militarne na froncie i stopniowo zbliżała się do granic nazistowskiego obozu Auschwitz-Birkenau, władze SS zdecydowały wywieźć do obozów znajdujących się w Trzeciej Rzeszy około sześćdziesiąt pięć tysięcy więźniów. W tym samym czasie kierownictwo Auschwitz-Birkenau rozpoczęło także zacieranie śladów swojej bestialskiej działalności wobec niewinnych ludzi. Zaczęto więc palić wszelkiego rodzaju dokumenty, wśród których znajdowały się przede wszystkim kartoteki oraz spisy więźniów. Likwidowano doły zawierające ludzkie prochy, jak również rozebrano budynek krematorium IV, który został zniszczony podczas buntu Sonderkommando, czyli oddziału stworzonego do wykonywania specjalnych zadań eksterminacyjnych wobec społeczności pochodzenia żydowskiego.

Do wysadzenia przygotowano także pozostałe budynki krematoryjne, zaś z komór gazowych i pieców krematoryjnych II i III wymontowano urządzenia oraz instalacje, które potem częściowo wywieziono w głąb Trzeciej Rzeszy. Natomiast w krematorium V aż do połowy stycznia 1945 roku palono ciała zamordowanych więźniów. Do Niemiec wywożono też materiały budowlane, jak i zgromadzone w magazynach Kanady przedmioty zrabowane pomordowanym Żydom. Dla przypomnienia dodam, że Kanadą w obozowej gwarze określano zarówno robocze komando zajmujące się sortowaniem rzeczy osobistych odebranych więźniom oraz Żydom przywiezionym na śmierć w komorach gazowych, jak również baraki znajdujące się na terenie obozu, w których gromadzono i selekcjonowano owe rzeczy jeszcze przed ich wywózką do Niemiec. Niemniej działaniom tym w styczniu 1945 roku towarzyszył niezwykły pośpiech, a także zbliżająca się w dość szybkim tempie sowiecka ofensywa. Fakt ten spowodował, że Niemcy nie zdołali pozbyć się wszystkich śladów ludobójstwa i wywieźć całego zrabowanego więźniom mienia.



Riuny wysadzonego w 1945 roku przez Niemców krematorium w Birkenau
fot. Sharx (Creative Commons)


W dniu 12 stycznia 1945 roku Armia Czerwona rozpoczęła szarżę nad środkową Wisłą, co spowodowało przełamanie niemieckiej linii obrony. W momencie, gdy jednostki sowieckie zbliżyły się w okolice Krakowa – miasta odległego od Oświęcimia o jakieś siedemdziesiąt kilometrów – władze SS zadecydowały o całkowitej ewakuacji Auschwitz-Birkenau. Tak więc w dniach pomiędzy 17 a 21 stycznia esesmani wyprowadzili z obozu oraz podobozów około pięćdziesiąt sześć tysięcy więźniów, których zmusili do przejścia kilkudziesięciu kilometrów w niezwykle trudnych warunkach zimowych. Główne trasy tego morderczego marszu prowadziły do Wodzisławia Śląskiego i Gliwic, a stamtąd więźniowie zostali wywiezieni pociągami do innych obozów koncentracyjnych. Wśród tych więźniów byli i tacy, którzy całą drogę do miejsca przeznaczenia pokonali pieszo. Było to między innymi trzy tysiące więźniów podobozu Neu-Dachs znajdującego się w Jaworznie. Esesmani zmusili ich do przejścia dwustu pięćdziesięciu kilometrów do niemieckiego obozu Groß-Rosen mieszczącego się na terenie Dolnego Śląska. Jedynie niewiele ponad dwa tysiące więźniów z podobozów Laurahütte (Siemianowice Śląskie) i Eintrachthütte (Świętochłowice) zostało wywiezionych w dniach 23 i 24 stycznia pociągami bezpośrednio do Austrii do nazistowskiego obozu Mauthausen.

Podczas ewakuacji Auschwitz-Birkenau esesmani strzelali do więźniów, którzy tracili siły i nie byli już w stanie kontynuować morderczego marszu. Mordowali również tych, którzy usiłowali uciec. Na terenie Górnego i Opolskiego Śląska życie straciło około trzech tysięcy ludzi, natomiast szacuje się, iż podczas całej ewakuacji śmierć poniosło od dziewięciu do piętnastu tysięcy więźniów obozu. W tym samym czasie z obozu uciekali także sami esesmani wraz ze zrabowanym mieniem i częścią obciążających ich dokumentów. Niemniej większość akt palona była w piecach biur obozowych albo w ogniskach rozpalanych przed blokami. Pośpiech, który towarzyszył temu działaniu, jak również brak nadzoru nad załogą obozu sprawiły, że esesmanom nie udało się zniszczyć wszystkiego. 

Naziści przed bramą obozu
w Oranienburgu 
Wiesław Kielar (1919-1990) nie widział już tego wszystkiego, ponieważ znalazł się w grupie więźniów, którzy jako pierwsi opuścili obóz w połowie 1944 roku. Tym razem jego miejscem przeznaczenia okazał się nazistowski obóz koncentracyjny w Trzeciej Rzeszy znajdujący się w Sachsenhausen. Dziś niegdysiejsza miejscowość stanowi dzielnicę Oranienburga. Pierwszy barak obozu został postawiony już w dniu 12 lipca 1936 roku rękami pięćdziesięciu więźniów przeniesionych tam z obozu koncentracyjnego w Esterwegen w Dolnej Saksonii. Z kolei w sierpniu i wrześniu 1936 roku do Sachsenhausen trafili kolejni więźniowie z Esterwegen, a było ich dziewięciuset. Zostali oni zmuszeni do budowy obozu. W związku z brakiem jedzenia oraz niewiarygodnymi okrucieństwami ze strony esesmanów, większość więźniów w niedługim czasie zmarła. Pod koniec września KL Sachsenhausen był już gotowy i wtedy też przywieziono tam pierwszych więźniów politycznych.

Obok drewnianych baraków znajdowało się tam również kilka budynków z cegły, w których zamieszkali oficerowie SS. Było także kilka fabryk, gdzie zmuszano więźniów do niewolniczej pracy ponad siły. Przed wybuchem drugiej wojny światowej większość przebywających tam więźniów stanowili niemieccy komuniści lub niemieccy Żydzi. Tuż po Kryształowej Nocy w Sachsenhausen zostało uwięzionych tysiąc ośmiuset Żydów, którzy następnie zostali zamordowani. We wrześniu 1939 roku w Niemczech aresztowano tysiące komunistów, socjaldemokratów oraz byłych przywódców związkowych. Pięć tysięcy z nich przewieziono do Sachsenhausen wraz z około tysiącem Żydów. Pod koniec września w obozie znajdowało się już ponad osiem tysięcy więźniów. W listopadzie 1939 roku liczba ta dramatycznie wzrosła do ponad jedenastu tysięcy. W tym czasie zanotowano też pierwsze przypadki tyfusu. Ponieważ esesmani odmówili więźniom jakiejkolwiek opieki medycznej i dostarczania pożywienia, w ciągu kolejnych tygodni setki więźniów zmarło. Do kwietnia 1940 roku zmarłych palono już w krematoriach zainstalowanych w oddalonym o trzydzieści pięć kilometrów Berlinie. Niemniej już w kwietniu w Sachsenhausen powstało pierwsze krematorium.

Podobnie jak we wszystkich innych hitlerowskich obozach koncentracyjnych, tak i w Sachsenhausen warunki były niezwykle barbarzyńskie. Każdego dnia dokonywano egzekucji przez rozstrzelanie lub powieszenie. Z przywiezionych tam trzystu dwudziestu polskich więźniów ocalało trzydziestu trzech. Z kolei w maju 1942 roku esesmani zamordowali osiemdziesięciu ośmiu holenderskich cywilów. Kilka tygodni po inwazji nazistów na Związek Sowiecki, tysiące radzieckich więźniów wywieziono do Sachsenhausen. Większość z nich została zabita przez rozstrzelanie lub zmarła na skutek bicia, powieszenia, tortur czy głodu.

W dniu 31 stycznia 1942 roku władze SS zmusiły więźniów do budowy tak zwanej Stacji Z. Ta nowa instalacja powstała celem eksterminacji więźniów. W dniu 29 maja 1942 roku esesmani zaprosili do obozu kilkunastu wysokich rangą nazistowskich urzędników w celu uroczystego otwarcia Stacji Z.  Aby pokazać, w jaki sposób działa to nowoczesne urządzenie esesmani wybrali dziewięćdziesięciu sześciu Żydów, których zabito przez rozstrzelanie. W marcu 1943 roku do Stacji Z została dodana komora gazowa, którą używano aż do końca wojny. Liczba zagazowanych tam ofiar nie jest znana, ponieważ transporty przeznaczone do gazu nie były rejestrowane w wykazach wjazdowych do obozu.


Pozostałości po krematorium w obozie Sachsenhausen w Oranienburgu 
fot. Sally Scott


W 1944 roku i na początku roku 1945, ze względu na militarne działania aliantów, liczba więźniów dramatycznie wzrosła. W dniach 20 i 21 kwietnia 1945 roku, na skutek działań Armii Czerwonej, trzydzieści trzy tysiące więźniów zostało zmuszonych do opuszczenia obozu w Marszu Śmierci. W każdej grupie znajdowało się czterystu więźniów. Esesmani planowali wsadzić ich na pokłady statków, a następnie je zatopić. Podczas Marszu Śmierci tysiące więźniów zmarło. Natomiast ci, którzy byli zbyt słabi, aby iść, zostali rozstrzelani. Ostatecznie obóz został wyzwolony przez Armię Czerwoną 22 kwietnia 1945 roku. Wtedy też sowieccy żołnierze znaleźli w obozie jedynie trzy tysiące ocalałych, wśród których było tysiąc czterysta kobiet. Większość więźniów była głodna, chora i zbyt słaba, aby móc powitać swoich wyzwolicieli. Podobnie jak miało to miejsce w innych obozach, tak i tutaj brakowało opieki medycznej, dlatego też wielu więźniów zmarło już kilka dni po odzyskaniu wolności. Obecnie w Sachsenhausen znajduje się muzeum, do którego bardzo łatwo dostać się prosto z Berlina.

Już na samym początku pobytu w Sachsenhausen Autor przeżył piekło. Cierpiał głód, był chory, ale mimo to nie poddawał się. Miał obok siebie kolegów, z którymi spędził pięć lat w Auschwitz. Wśród nich byli także chłopcy z Jarosławia. Oni wszyscy starali się trzymać razem. I chyba właśnie ta bliskość sprawiła, że się nie poddawali i wciąż wierzyli, że koniec wojny jest już bliski, a im jakimś cudem uda się przeżyć. Potrafili też kombinować, aby nie dać się zabić. Ponieważ byli więźniami-weteranami znali już na pamięć zasady panujące w obozach koncentracyjnych i wiedzieli, że esesmanom się nie ufa. Wiedzieli, że kiedy esesman mówi, iż każdy, kto zgłosi się na ochotnika do wymarszu ocaleje, wówczas okaże się, że tak naprawdę w najbliższym lesie zostanie rozstrzelany. Może to wydawać się dziwne, ale Wiesław Kielar i jego towarzysze niedoli woleli zostać w obozie, niż iść w nieznane, aby rzekomo odzyskać wolność.

Czesława Romana Puzon ps. Baśka
(1919-1944)

Jarosławianka, która zginęła z rąk gestapo.
Do dziś jest znaczącą postacią w historii miasta.
Wspomina o niej również Wiesław Kielar.
Do Autora niniejszej książki wyzwolenie przyszło 2 maja 1945, ponieważ znalazł się on w grupie więźniów, których Niemcy zmusili do Marszu Śmierci w kwietniu 1945 roku. I tu znów okazało się, że Opatrzność go nie opuszcza. Przeżył! W związku z tym Wiesława Kielara i jego towarzyszy nie wyzwalała Armia Czerwona, lecz amerykańscy żołnierze, wśród których byli również ci o polskich korzeniach. Jakaż była radość, kiedy dowiedzieli się, że Hitler nie żyje, a Niemcy zostali pokonani! Wtedy też do głosu doszły negatywne emocje i chęć zemsty na tych, którzy przez prawie sześć lat fundowali piekło milionom ludzi w całej Europie.

Z drugiej strony jednak kiedy przyszedł moment refleksji zaczęły ujawniać się także zwykłe ludzkie uczucia. Teraz to znienawidzeni Niemcy szli na rzeź. Byli wśród nich nie tylko jeszcze do niedawna butni esesmani, ale także zwykli cywile. Nie wiadomo było tak naprawdę co stanie się z tymi ludźmi. Na pewno katów czekały procesy i kary śmierci albo w najlepszym wypadku kary długoletniego więzienia. Natomiast nie było wiadomo co będzie ze zwykłymi ludźmi. Teraz to oni musieli opuszczać swoje domy i uciekać bądź ukrywać się gdzieś w pobliskich lasach, patrząc jak amerykańscy czy brytyjscy żołnierze zajmują ich okazałe posiadłości.

Wiesław Kielar najpierw trafił pod opiekę Amerykanów, a potem nie chcąc aby to Sowieci zajęli się jego przyszłością, udał się w drogę w poszukiwaniu Brytyjczyków. Do Sowietów wciąż czuł żal i złość za to, że 17 września 1939 roku wbili Polakom nóż w plecy. Głód, który on i jego towarzysze odczuwali przez tak długi czas sprawił, że teraz wręcz pożerali wszystko to, co dostawali od swoich wybawicieli. Czasami groziło to wręcz chorobą z przejedzenia. Zasuszony żołądek nie był w stanie przyjąć tego wszystkiego, co mu oferowano. Po wyjściu z obozu Wiesław Kielar ważył bowiem tylko trzydzieści dziewięć kilogramów! Dziś jest to rzecz niewyobrażalna, żeby dwudziestokilkulatek ważył tak mało. Niemniej taki stan rzeczy wcale nie przeszkadzał byłym więźniom obozu w okazywaniu radości i szczęścia, że wreszcie są wolnymi ludźmi. I tak mijały miesiące, aż w końcu wszyscy zdecydowali się wracać do Polski do swoich rodzin. Był rok 1946. Żaden z nich nie wiedział co tak naprawdę dzieje się z jego rodziną. Czy udało im się przeżyć? I tutaj pojawiał się strach, ale też tęsknota za ojczyzną, choć powoli zaczęły już dochodzić słuchy, że w Polsce wcale tak kolorowo nie jest, jak mogłoby się wydawać. Fakt, że skończyła się wojna wcale nie oznaczał, że nasi chłopcy mieli wracać do raju. W Polsce zaczęli bowiem rządzić komuniści, którzy w bestialski sposób postanowili rozprawić się z „wrogami narodu”, w tym również z żołnierzami Armii Krajowej. Zaczynał się stalinizm!


Franz Schmidt (w środku; ok. 1910-?) wraz z braćmi
Podczas wojny był czołowym gestapowcem Jarosławia. Do dziś określany jest katem Jarosławia.
Niestety, uniknął kary za swoje zbrodnie, a od sądu domagał się jeszcze odszkodowania za proces.
Pochodził z Jarosławia, więc teren znał jak własną kieszeń. Był wyjątkowym sadystą. 


Przyjeżdżając do Jarosławia Wiesław Kielar zastał zmiany. W rodzinnym mieście nie było go siedem lat, więc trochę się tutaj zmieniło. Przede wszystkim rządził Urząd Bezpieczeństwa, który bardzo szybko upomniał się o niego. Na szczęście rodzina przeżyła niemalże w komplecie. Brakowało tylko szwagra, którego zabrała ciężka choroba. Sam Wiesław Kielar musiał teraz pomyśleć o własnej przyszłości. Nie miał przecież nawet matury! W dodatku chciał wreszcie nacieszyć się życiem. Hitlerowcy zabrali mu siedem lat życia, więc logiczne, że pragnął je nadrobić. A zatem niemalże od razu rzucił się w wir towarzyskich spotkań i miłosnych uniesień. W końcu jednak przyszedł czas na to, aby zdobyć jakiś zawód i zacząć zarabiać na życie. I tak oto po kilku latach został operatorem filmowym, a na jego drodze zaczęły stawać sławy polskiego powojennego kina. Pracował między innymi przy adaptacji filmowej powieści Marka Hłaski (1934-1969) zatytułowanej Następny do raju. Film zrealizowano pod tytułem Baza ludzi umarłych (1958). Natomiast w rolach głównych wystąpili między innymi Zygmunt Kęstowicz (1921-2007), Emil Karewicz, Teresa Iżewska (1933-1982), Leon Niemczyk (1923-2006), Aleksander Fogiel (1910-1996), Tadeusz Łomnicki (1927-1992) czy Roman Kłosowski.

Oprócz powyższego wśród filmów fabularnych, przy realizacji których pracował Wiesław Kielar, znalazły się także takie produkcje, jak: Profesor Zazul (1965), Koniec naszego świata (1964), Zimowy zmierzch (1956) i Uczta Baltazara (1954). Autor pracował też przy produkcji filmów dokumentalnych, jak ...Że dni nasze wiosenne... (1973) czy Powrót na miejsce wypadków (?). W dorobku Wiesława Kielara znalazły się również etiudy szkolne, jak: Końskie nazwisko (1954), W pościgu za bandą (1954), Muzeum Oświęcimskie (1951), Napiwek (1951) oraz Moda na co dzień (1952). Każdy z tych dokumentów został wyprodukowany przez Państwową Wyższą Szkołę Filmową w Łodzi. Węcej informacji na temat wymienionych wyżej produkcji można uzyskać na stronie internetowej Film Polski


Kadr z filmu Baza ludzi umarłych
Od lewej: Roman Kłosowski jako Orsaczek, Leon Niemczyk jako Dziewiątka
i Emil Karewicz w roli Tadka 'Warszawiaka'
reż. Czesław Petelski (1922-1996)


Życie toczy się dalej to trzecia i zarazem ostatnia cześć wspomnień Autora. Rozpoczyna się wyruszeniem w nieznane po rozpoczęciu ewakuacji obozu Auschwitz-Birkenau. Wiesław Kielar powtarza w niej wydarzenia, którymi kończył poprzednią część Anus mundi, a potem zabiera czytelnika do powojennego Jarosławia, aby za chwilę znów wyruszyć w podróż. Tym razem do Łodzi, Krakowa i Wrocławia. Podobnie jak poprzednie tomy, tak i ten czyta się jednym tchem. Język jest tak bardzo płynny i plastyczny, że można odnieść wrażenie, iż czytamy powieść, a nie autobiografię. Na kartach książki pojawia się cała galeria znanych postaci nie tylko ze świata filmu, ale też polityki czy dziennikarstwa, jak Maciej Szumowski (1939-2004), który był przyjacielem Wiesława Kielara. Autor opowiada nie tylko o swoim życiu zawodowym, ale także prywatnym. Dużo mówi o żonie, która była dla niego wszystkim i bardzo wiele jej zawdzięczał. Wiesław Kielar planował napisać jeszcze jedną część wspomnień, ponieważ uważał, że w tym tomie nie zwarł wszystkiego, co było dla niego ważne. Niestety, nie zdążył...










sobota, 21 maja 2016

Wiesław Kielar – „Anus mundi” # 2
















Wydawnictwo: ATUT
Wrocław 2004
Przedmowa: Mieczysław Kieta





Na temat nazistowskiego obozu Auschwitz-Birkenau pisałam już kilka razy. Pomimo że tym razem tematyka książki także dotyczy tego strasznego miejsca, które pochłonęło ponad milion istnień ludzkich, nie będę przybliżać historii powstania obozu. Dodam jedynie, że wśród jego ofiar byli nie tylko Polacy i Żydzi, ale także inne grupy etniczne, jak Romowie, Czesi, Białorusini, Ukraińcy czy jeńcy sowieccy. Ponadto do Auschwitz-Birkenau naziści przywozili Żydów nie tylko z terenu Polski, ale również z takich państw, jak Francja, Węgry, Holandia, Grecja, Słowacja, Belgia, Niemcy, Austria, Jugosławia, Włochy, Łotwa, Norwegia oraz z obszaru Protektoratu Czech i Moraw.

Zamiast opowiadać po raz kolejny o historii nazistowskiego obozu koncentracyjnego, chciałabym w zamian przybliżyć dramatyczne losy dwojga zakochanych młodych ludzi, którzy postanowili walczyć o swoją miłość nawet kosztem własnego życia. Doskonale wiedzieli bowiem, co ich czeka, kiedy zostaną złapani przez Niemców, ale mimo to nie zawrócili z raz obranej drogi. Historia Edka Galińskiego (1923-1944) i Mali Zimetbaum (1918-1944) doskonale znana jest tym, którzy interesują się drugą wojną światową i Holokaustem. W Internecie można znaleźć na ten temat naprawdę sporo informacji. Niektórzy Edka i Malę nazywają nawet Romeem i Julią z Auschwitz. Ich romantyczna i zarazem tragiczna historia ściśle wiąże się z osobą Wiesława Kielara (1919-1990). Tak sobie myślę, że to, co przydarzyło się Edkowi Galińskiemu i żydowskiej dziewczynie Mali Zimetbaum może stanowić doskonały temat na książkę, a nawet posłużyć do napisania scenariusza filmowego.

Czy ktokolwiek jest w stanie wyobrazić sobie, jak silne musiało być uczucie łączące tych dwojga, że zdecydowali się pewnego dnia pokonać druty Auschwitz, wszechobecny terror i śmierć, która czaiła się dosłownie wszędzie? Edward Galiński pochodził z niewielkiej miejscowości Tuligłowy leżącej na południu Polski niedaleko Jarosławia. To tam urodził się 5 października 1923 roku, natomiast w Jarosławiu uczęszczał do szkoły, gdzie został aresztowany przez Niemców. Jego los podzieliła także spora grupa kolegów, którzy tak jak on, oskarżani byli o przynależność do Związku Walki Zbrojnej. Konsekwencją tych oskarżeń była deportacja do nazistowskiego koncentracyjnego obozu Auschwitz w czerwcu 1940 roku. Transport liczył ponad siedmiuset więźniów, którzy trafili do Oświęcimia z więzienia w Tarnowie. Tak więc Edward Galiński znalazł się za drutami obozu dokładnie 14 czerwca 1940 roku i otrzymał numer obozowy 531. Jego współtowarzyszem właśnie rozpoczynającej się gehenny był młody chłopak pochodzący z Sanoka – Stanisław Ryniak (1915-2004), który był jednocześnie pierwszym więźniem Auschwitz. W tej grupie znalazł się także Wiesław Kielar. Autor niniejszych wspomnień otrzymał numer 290.

Edward Galiński
Edek Galiński został przydzielony do pracy w obozowej ślusarni, nad którą kontrolę sprawował esesman pochodzący z Bielska. Nazywał się Edward Lubusch (1922-1984). Do Auschwitz trafił w 1941 roku. Był on jednym z nielicznych obozowych nadzorców, którzy w ludzki sposób traktowali więźniów. Kilka lat później Edward Lubusch odegrał znaczącą rolę w historii Edka i jego ukochanej Mali. Ta młoda Żydówka była niezwykle atrakcyjną dziewczyną o ciemnych włosach. Pochodziła z Brzeska, gdzie przyszła na świat w 1918 roku. Różnica wieku wcale nie przeszkadzała młodym w ich miłości. W 1928 roku Mala wraz z rodzicami wyemigrowała do Antwerpii w Belgii. Była niezwykle uzdolniona, znała kilka języków obcych: niemiecki, flamandzki, rosyjski, francuski, angielski i oczywiście polski. Do Auschwitz-Birkenau trafiła w konsekwencji łapanki 11 września 1942 roku. Najpierw osadzono ją w obozie przejściowym w Malines, natomiast cztery dni później zapakowano ją do transportu wraz z tysiącem belgijskich Żydów deportowanych do Oświęcimia. Jako więźniarka Auschwitz-Birkenau otrzymała numer 19 880.

Edek i Mala poznali się będąc więźniami obozu koncentracyjnego, a było to na przełomie 1943 i 1944 roku. Bardzo szybko ich znajomość zaczęła przeradzać się w coś znacznie poważniejszego, niż tylko przyjaźń. To było wielkie i gorące uczucie, dalece silniejsze, aniżeli obozowy koszmar. Do swojej obozowej koleżanki Mala zwykła mawiać, że „teraz kocha i jest kochana.”. Również sam Edek zwierzał się kolegom ze swej wielkiej obozowej miłości. Zarówno on, jak i Mala marzyli, aby w końcu wydostać się na wolność i ułożyć sobie życie, nie myśląc o tym, że wciąż trwa wojna. I tak oto w głowie Edka zrodził się plan ucieczki z obozu. Początkowo Edkowi miał towarzyszyć Autor niniejszej książki – Wiesław Kielar. Niemniej Wiesiek zrezygnował z ucieczki na rzecz Mali. W opuszczeniu Auschwitz pomagał Galińskiemu wspomniany już Edward Lubusch, który jakimś sposobem dostarczył chłopakowi esesmański mundur i broń. Posługując się fałszywymi dokumentami, Edek Galiński opuścił teren obozu, udając, że właśnie eskortuje więźniarkę, którą oczywiście była Mala Zimetbaum.

Zakochani uciekli z obozu 24 czerwca 1944 roku. Zdołali dotrzeć do wsi Kozy pod Bielskiem. Potem planowali pomaszerować w kierunku Słowacji, ponieważ tam mieszkała rodzina Mali. Niestety, nie udało się. Podczas zakupów w sklepie dziewczyna wpadła w ręce patrolu żandarmerii. Jeśli chodzi o Edka, to ten mógł się uratować, lecz jego miłość była tak silna, że postanowił pozostać z ukochaną, choć doskonale zdawał sobie sprawę czym taka postawa grozi. Przecież to pewna śmierć! Nikt nie musiał zmuszać go do opuszczenia kryjówki. Dobrowolnie oddał się w ręce Niemców. Praktycznie od razu zostali przewiezieni do Oświęcimia i osadzeni w sławnym już bloku numer 11. Jeden ze współwięźniów mówił potem, że Galiński śpiewał jakąś włoską piosenkę, aby w ten sposób przekazać Mali, że nadal żyje; że pamięta, kocha i bardzo tęskni.

Mala Zimetbaum 
Pomimo niewyobrażalnych tortur Edek Galiński nie wydał esesmanom Edwarda Lubuscha. Nigdy nie zdradził, skąd w jego posiadaniu znalazły się niemiecki mundur i broń. Ostatecznie zarówno Edek, jak i Mala zostali skazani na śmierć. W dniu 22 sierpnia 1944 roku w męskiej i żeńskiej części Auschwitz-Birkenau postawiono dwie szubienice. Edek szedł na śmierć z wielką godnością i podniesioną głową. Do samego końca nie chciał, aby Niemcy czuli satysfakcję. Tak więc sam wykopał spod siebie stołek, na którym kazano mu stanąć, zanim założono mu pętlę na szyję. Na koniec zdążył jeszcze krzyknąć: „Niech żyje Polska!”, choć ostatnia sylaba słowa „Polska” została stłumiona przez zaciskającą się na szyi chłopaka pętlę. Z kolei Mala Zimetbaum prowadzona na śmierć zdołała wyjąć z włosów ukrytą tam żyletkę i podciąć sobie żyły. Przed śmiercią zdążyła jeszcze zakrwawionymi rękami spoliczkować esesmana. Legenda głosi, że udało jej się jeszcze wykrzyczeć Niemcowi w twarz: „Umrę jako bohaterka, a ty zdechniesz jak pies!

Malę najprawdopodobniej dobito strzałem z pistoletu, choć tak naprawdę nie wiadomo, jak było naprawdę, ponieważ istnieje aż trzy wersje okoliczności śmierci Mali. Najbardziej wiarygodna wydaje mi się ta przedstawiona przez Wiesława Kielara. W końcu był na miejscu, kiedy to się stało. Owszem, nie widział egzekucji na własne oczy, ale jednak był tam i nie sądzę, aby do jego uszu dotarły nieprawdzie informacje. Ciało dziewczyny obwożono potem po obozowym placu, aby tym samym pokazać i przestrzec pozostałych więźniów przed tym, co ich czeka w razie nieposłuszeństwa i ewentualnej ucieczki. W muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu przechowywana jest niecodzienna pamiątka dotycząca tej niezwyklej historii. Znajdują się tam bowiem dwa pukle włosów (Edka i Mali) zawinięte w papier, zaś na jego brzegu widnieje napis, który wyszedł spod ręki Galińskiego: „Mally Zimetbaum 19880, Edward Galiński 531. Tę pamiątkę muzeum przekazał Wiesław Kielar, gdyż to do jego rąk trafiły włosy obojga zakochanych.

Co zatem stało się z Edwardem Lubuschem, który pomagał Edkowi i Mali w ucieczce? Otóż udało mu się zdezerterować. Wstąpił do Armii Krajowej, lecz pod koniec 1944 roku wpadł w ręce Niemców, którzy przez ten czas bezustannie go poszukiwali. Było to podczas jego wizyty w Wadowicach, gdzie przyjechał, aby odwiedzić żonę i dziecko. Oczywiście został skazany na śmierć, bo przecież z jednej strony pomagał więźniom z Auschwitz-Birkenau, a z drugiej dopuścił się dezercji. Coś takiego nie mogło ujść mu płazem. Tak więc Edward Lubusch został umieszczony w więzieniu w Bielsku. Niemniej Niemcy w obliczu posuwającej się w dość szybkim tempie zimowej ofensywy Armii Czerwonej nie zdążyli wykonać na nim wyroku. Były esesman został więc przewieziony do Berlina, zaś z powodu zbliżającej się klęski Trzeciej Rzeszy, Lubuscha zwolniono warunkowo i wcielono do Volkssturmu (z pol. Szturm narodowy), czyli do formacji o charakterze pospolitego ruszenia, którego Niemcy użyli w ostatniej fazie drugiej wojny światowej. Edward Lubusch przeżył, natomiast przy zabitym polskim żołnierzu znalazł dokumenty na nazwisko Bronisław Żołnierowicz. I tak oto zyskał nową tożsamość, zaś z uwagi na esesmański epizod musiał się ukrywać. Podawał się więc za robotnika przymusowego, a pod nowym nazwiskiem wraz z żoną i dziećmi osiedlił się w Polsce. Zmarł w marcu 1984 roku we Wrocławiu, a pochowano go w Zielonej Górze.

Edward Lubusch w warsztatach obozowych w Auschwitz
fot. Archiwum Państowego Muzeum Auschwitz-Birkenau


W drugim tomie swojej autobiografii Wiesław Kielar opowiada powyższą historię ze zrozumiałych powodów, choć nie można mówić o jakimś szczególnym jej wyeksponowaniu. To przecież on mógł być na miejscu Mali Zimetbaum i podzielić los swojego przyjaciela! Można jednak odnieść wrażenie, że w książce Kielara jest to jedna z wielu obozowych historii, których Autor był świadkiem w ciągu niemalże pięciu długich lat przebywania w Auschwitz-Birkenau. Podobnie jak w przypadku pierwszego tomu Nasze młode lata, tak i tutaj czytelnik odnosi wrażenie, że nie czyta wspomnień, lecz powieść wojenną, której narracja prowadzona jest w pierwszej osobie. Poprzednia część autobiografii zakończyła się na aresztowaniu Wiesława Kielara przez gestapo i oczekiwaniu na dalszy rozwój wypadków. Młody Wiesiek wciąż łudził się nadzieją, że ojciec zdoła go jakoś wyciągnąć z aresztu. W końcu był urzędnikiem i miał wpływy. Niestety, stało się inaczej, co w konsekwencji spowodowało, że Wiesław Kielar trafił do Auschwitz już w pierwszym transporcie więźniów. Chyba tylko cudem udało mu się przeżyć. Mógł zostać zamordowany już w pierwszych dniach pobytu w obozie. Dlaczego tak się nie stało? Może zbyt mocno utwierdzał samego siebie w przekonaniu, że bardzo chce żyć? I ta siła dodawała mu odwagi do tego, aby każdego kolejnego dnia stawiać czoło gehennie, jaką zgotowali więźniom Niemcy.


Pierwszy transport więźniów z Tarnowa, wśrod których był
Edek Galiński i Wiesław Kielar
14 czerwca 1940


W miarę upływu czasu Wiesław Kielar potrafił już o siebie dość dobrze zadbać. Wiedział, gdzie można wymieniać papierosy na chleb albo do kogo pójść, aby dostać alkohol, który choć na chwilę pozwalał zapomnieć o koszmarze. Musiał też być niezwykle czujny, bo wszędzie mógł czaić się zdrajca. Byli bowiem i tacy, którzy potrafili współpracować z esesmanami, sądząc, że w ten sposób zdobędą sobie ich przychylność i być może unikną komór gazowych. Niestety, wielokrotnie zmuszeni byli się rozczarować. Esesmani nie potrafili okazać „wdzięczności”. Pomiędzy współwięźniami nawiązywały się również silne więzi przyjaźni. Niemniej zazwyczaj taka przyjaźń trwała krótko, ponieważ kilka razy w tygodniu Niemcy typowali ludzi do komór gazowych, a byli wśród nich przeważnie chorzy i słabi, którzy nie nadawali się już do pracy. Nierzadko wykonywano także egzekucje przez rozstrzelanie lub powieszenie. Wiesław Kielar miał naprawdę sporo szczęścia, które przypisywał działaniu Opatrzności, choć z drugiej strony często zastanawiał się, gdzie tak naprawdę jest Bóg i dlaczego pozwala na tak koszmarne rzeczy. Dlaczego pozwala, aby ginęli niewinni ludzie?!

Wydawnictwo:
WYDAWNICTWO LITERACKIE
Kraków 1972
Tytuł książki – Anus mundi (z pol. odbytnica świata) – to określenie, którego w 1942 roku użył lekarz SS Hauptsturmführer Heinz Thilo (1911-1945). Ta wojenna autobiografia ukazała się na rynku wydawniczym jako pierwsza spośród wszystkich trzech części i przyniosła Autorowi ogromną popularność. Była tłumaczona również na języki obce, w tym także na język niemiecki. Myślę, że stanowi ona doskonały dokument tamtych czasów. Uważam, że gdyby nie styl, w jakim jest napisana, trudno byłoby ją czytać ze względu na tragizm, który zawiera. 

Wiesław Kielar pisze niezwykle lekko. Czasami można odnieść wrażenie, że nie ma w tym emocji, choć nie wierzę, że Autor podczas pisania niczego nie odczuwał. Choć od wyzwolenia minęło dwadzieścia lat – pierwsze wydanie książki przypada na 1966 rok – to przecież przed oczami Wiesława Kielara musiały ożywać dramatyczne obozowe obrazy. Na pewno po raz kolejny widział swojego przyjaciela Edka, który z podniesioną głową zmierza w kierunku szubienicy w otoczeniu esesmanów. A kiedy już pod koniec wojny wydawało się, że teraz wszystko będzie dobrze i wreszcie nadejdzie upragniona wolność, Autor i ci, którzy wraz z nim przeżyli, ponownie trafili do piekła. Tym razem na terenie Trzeciej Rzeszy.

Kiedyś ktoś powiedział mi, że najbardziej wiarygodnymi książkami poruszającymi temat drugiej wojny światowej są te napisane przez osoby, które ją przeżyły. Trudno się z tym nie zgodzić. Bo kto lepiej zobrazuje tamte czasy, jak nie pokolenie, któremu udało się wydostać spod okupacji hitlerowskiej? Możliwe, że ci ludzie przeżyli właśnie po to, aby móc opowiadać i przestrzegać kolejne pokolenia przed nienawiścią i okrutnymi działaniami podejmowanymi w imię niezrozumiałych ideologii. Prędzej czy później nienawiść stanie się powodem wojny. Jest to tylko kwestią czasu. Historia wyraźnie to pokazuje i dlatego powinniśmy wyciągać z niej wnioski, aby już nigdy nie dopuścić do takiej bezsensownej rzezi, jaka miała miejsce podczas drugiej wojny światowej. Polityka nie powinna opierać się na siłowym zdobywaniu kolejnych sojuszników czy terenów. Prawdziwa polityka powinna opierać się na dialogu i dbaniu o dobro zwykłych ludzi. Nie wystarczą tylko piękne słowa. Potrzebne są czyny.










piątek, 6 maja 2016

Wiesław Kielar – „Nasze młode lata” # 1













Wydawnictwo: ATUT
Wrocław 2004





Miasto Jarosław wciąż zajmuje ważne miejsce wśród miejscowości mogących pochwalić się długą i bogatą historią. W latach dwudziestolecia międzywojennego było to miasto powiatowe (podobnie jak dziś), lecz leżące w ówczesnym województwie lwowskim, zaś nie podkarpackim, jak ma to miejsce obecnie. Publikacje z lat 30. XX wieku informowały, że Jarosław leży na północnej krawędzi karpackiego podgórza (203 m n.p.m.) dość stromo opadającego w szeroką dolinę rzeki San, która dzieli podmiejską okolicę na dwie różne części: południowo-zachodnią, pagórkowatą i zbudowaną z urodzajnych gleb lessowych, oraz północno-wschodnią, nizinną i piaszczystą. W ten sposób tworzyły one tło krajobrazowe miasta złożone z czterech dzielnic: śródmiejskiej, krakowskiej, głębockiej i leżajskiej. Według spisu ludności z 1931 roku, w Jarosławiu mieszkało wówczas 22 300 osób, wyłączając wojsko skoszarowane. Była to populacja zróżnicowana narodowościowo i religijnie. Przeważała jednak ludność polska.

Jarosław był siedzibą władz powiatowej administracji ogólnej, samorządowej i miejskiej. Na terenie miasta znajdowały się cztery rodzaje świątyń: rzymsko-katolicka, greko-katolicka, ewangelicko-reformowana oraz synagoga. Było też dwanaście szkół powszechnych i średnich, w tym ogólnokształcące i zawodowe, jak również muzeum i archiwum miejskie oraz szereg stowarzyszeń społecznych, towarzyskich i zawodowych. Do rąk jarosławian każdego tygodnia oddawano trzy pisma: Gazetę Jarosławską, która prowadziła też działalność wydawniczą, Tygodnik Jarosławski i Ekspres Jarosławski. Gazeta Jarosławska oraz Ekspres Jarosławski to tygodniki, które ukazują się również dzisiaj, choć w zupełnie innej formule. Oprócz wymienionej prasy, jarosławianie mogli zasięgnąć także informacji z Wiadomości Parafialnych. Na terenie miasta znajdowały się również sale widowiskowe, trzy kinoteatry, liczne restauracje i hotele oraz dwa szpitale i lecznica (przychodnia lekarska).

Jarosławski ratusz tuż przed
wybuchem II wojny światowej
(1938)
Jeśli chodzi o handel, to trzeba zaznaczyć, że ówczesny Jarosław był miastem, do którego zjeżdżali kupcy z kilku powiatów handlujący na przykład płodami rolnymi. Ponadto był to także ośrodek handlu spółdzielczego skupiony na wytwórstwie zarówno rolniczym, jak i przemysłowym charakterystycznym dla okolicy o dużych możliwościach wywozowych, jak przetwory mięsne, mleczarstwo, chów drobiu, buraki cukrowe czy jedwabnictwo. W latach 30. XX wieku miasto posiadało także kilka instytucji bankowych, mnóstwo sklepów i fabryk, w których wypiekano pierniki i ciasta, natomiast w innych wyrabiano wstążki i ceramikę. Były też cegielnie. Pozostałościami po dawnej świetności handlowej, na przykład znanych na cały świat siedemnastowiecznych gwarnych jarmarkach, były cotygodniowe targi (w piątki) oraz jarmarki odbywające się dwa razy w roku, czyli 15 sierpnia i 8 września. Z kolei lokalne stowarzyszenie sportowe rozporządzało pięknym i obszernym stadionem, salami gimnastycznymi, halą sportową i ośrodkiem sportu wodnego wybudowanym nad rzeką San.

Korzystne warunki geograficzne sprawiły, iż Jarosław położony centralnie w województwach południowych stanowił istotne miejsce turystyczno-krajoznawcze i posiadał bezpośrednie połączenia komunikacyjne, czyli drogowe i kolejowe z Warszawą, Krakowem, Lwowem, Łodzią, Lublinem, Śląskiem, Wołyniem, Wiedniem, Pragą, Berlinem oraz Bukaresztem. Ponadto rozwojowi komunikacji służyły także biuro podróży Orbis, autobusy, dorożki samochodowe (taksówki) i konne, warsztaty mechaniczne i stacje benzynowe. Cały ówczesny powiat jarosławski o charakterze wybitnie rolniczym zajmujący powierzchnię 1 337 kilometrów kwadratowych posiadał 148 100 mieszkańców, którzy zasiedlali trzy miasta: Jarosław, Radymno i Sieniawę, jak również jedenaście gmin wiejskich. Z kolei średnia gęstość zaludnienia wynosiła 111 mieszkańców na kilometr kwadratowy.

O historii Jarosławia już kiedyś pisałam, więc nie będę powtarzać tamtych informacji. Zainteresowanych odsyłam więc do artykułu [klik]. Wspomnę natomiast, że historia miasta jest niezwykle bogata, a co za tym idzie, również bardzo ciekawa. Znając historię Jarosławia, a także dzieje jego zabytków, można podczas każdego spaceru miejskimi uliczkami zastanawiać się, jak wyglądało to czy tamto miejsce dziesiątki lat temu; kto mieszkał w tej czy innej kamienicy; czy kilkadziesiąt lat temu w tym czy tamtym miejscu również toczył się handel, a może wcale nie było tutaj sklepu, tylko jakiś zupełnie inny lokal, w którym mieszkańcy spędzali wolny czas?

Na pewno w takim Jarosławiu, jak opisałam wyżej, swoje dzieciństwo i dorastanie przeżywał Autor Naszych młodych lat oraz dwóch kolejnych tomów swojej niezwykłej autobiografii. Kim zatem był Wiesław Kielar (1919-1990)? Otóż przede wszystkim jednym z tych, którzy cudem przeżyli dramat obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Po wojnie Autor poświęcił się pracy operatora filmowego i osiedlił we Wrocławiu, gdzie wraz z żoną pozostał do dnia swojej śmierci. Niemniej pochowany został na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Wiesław Kielar swoje wspomnienia spisał w trzech tomach. Ostatnia część została wydana już po śmierci Autora. Po napisaniu trzeciej części obiecał czytelnikom, że kiedyś napisze część czwartą. Niestety, nie zdążył…


Budynek Domu Żołnierza im. Józefa Piłsudskiego (1867-1935)
Zdjęcie pochodzi z lat 30. XX wieku. 


Dzisiaj nie będę opowiadać o Auschwitz-Birkenau widzianym oczami Wiesława Kielara. Na to przyjdzie jeszcze czas. Chciałabym natomiast skupić się na książce Nasze młode lata, która została wydana również pod tytułem I nasze młode lata. Pracę nad książką Wiesław Kielar ukończył w 1981 roku, kiedy drugi tom wspomnień (według chronologii wydarzeń) Anus mundi (1966) był już bestsellerem tłumaczonym na języki obce. Dla mnie Nasze młode lata to pozycja wyjątkowa. Autor niezwykle obrazowo przedstawia realia panujące w miasteczku w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Z niebywałą dokładnością opowiada o swojej rodzinie i przyjaciołach. Opisuje miejsca, których już dziś w Jarosławiu nie ma, a jeśli są, to wyglądają zupełnie inaczej, niż w latach 20. i 30. XX wieku. Oczywiście Jarosław z początków XX wieku nie jest wolny od problemów dnia codziennego. Mieszkańcy wcale nie są tacy idealni, jak można by się było tego spodziewać. Społeczność miasteczka jest dość zróżnicowana. Spora część mieszkańców Jarosławia to Żydzi. Niestety, nie brak sytuacji, kiedy wyraźnie widoczny jest brak tolerancji dla inności. Rodzina Wiesława Kielara stara się żyć w przyjaźni z ludnością żydowską, czego przykładem jest na przykład wspólne spędzanie świąt Bożego Narodzenia, a potem świat żydowskich.

Autor dokładnie opisuje swoje lata dorastania. Stara się nie pominąć żadnego szczegółu. Wspomina swoich kolegów z podwórka i ławy szkolnej, z którymi później – już jako młody chłopak – będzie dzielił dramat obozu oświęcimskiego. Wiesław Kielar niczego nie udaje i niczego nie próbuje zatuszować. Przyznaje się do wszystkiego, co było złe w jego postępowaniu. Bez żadnych tajemnic opowiada o swojej szkolnej egzystencji i o problemach, jakie przysparzał rodzicom poprzez nieposłuszeństwo i chodzenie własnymi ścieżkami. W jego młodym życiu pojawiają się też pierwsze nieśmiałe fascynacje płcią przeciwną. Autor podaje również niektóre nazwiska ówczesnych mieszkańców Jarosławia, z którymi łączyły go bliższe bądź dalsze relacje. Kładzie nacisk na szkolną dyscyplinę i na to, jak trzeba było się pilnować, aby nie narazić się nauczycielom. Kiedy taki profesor gimnazjum zobaczył swojego ucznia spacerującego z dziewczyną po ulicach miasta, należało liczyć się z tym, że nie skończy się to na zwykłym „dzień dobry”.

Wydawnictwo:
WYDAWNICTWO DOLNOŚLĄSKIE
Wrocław 1987
Język, jakim posługuje się Wiesław Kielar, jest niezwykle lekki i dzięki temu książkę czyta się, niczym świetną powieść. W dodatku Autora nie opuszcza poczucie humoru, co dodatkowo podnosi walor Naszych młodych lat. Od tej pozycji naprawdę nie można się oderwać, szczególnie jeśli czytelnikiem jest ktoś, kto zna w Jarosławiu każdą kamienicę, każdą uliczkę i każdy skwer. Część książki poświęcona jest rodzinie Autora, która mieszkała w okolicy Sanoka, a u której mały Wiesio wraz z rodzeństwem spędzał wakacje. Mowa oczywiście o wsi Strachocina. To tutaj Autor przeżywał niesamowite chwile na łonie przyrody pod czujnym okiem swojego wuja – księdza Barcikowskiego oraz ciotek Mani i Adeli. To były naprawdę szczęśliwe chwile, które potem Wiesław Kielar będzie wspominał za każdym razem, gdy życie brutalnie się z nim obejdzie.

Sporo miejsca Autor poświęca także swoim relacjom z rodzeństwem. Nie pomija również metod wychowawczych stosowanych przez rodziców. Matka Wiesława Kielara była nauczycielką w szkole podstawowej, zaś ojciec wysoko postawionym urzędnikiem. W domu nie powodziło się źle, ale mimo to przychodziły też takie chwile, gdy trzeba było zacisnąć pasa. Kiedy czyta się tę książkę można odnieść wrażenie, że mały Wiesio, a potem dorastający Wiesiek, był takim żywym srebrem, którego wszędzie było pełno. Nie potrafił długo usiedzieć w jednym miejscu. Wciąż gdzieś biegł i z kimś się spotykał. A ponieważ towarzystwa nigdy mu nie brakowało, nie mógł też narzekać na nudę.

Choć na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie, że Nasze młode lata to książka lekka i sielankowa, to jednak gdzieś pomiędzy wierszami uważny czytelnik zauważy, że wcale tak nie jest. Tam kryją się ludzkie dramaty, konflikty i cała masa problemów charakterystycznych dla ludzi żyjących w okresie dwudziestolecia międzywojennego. A potem przyszła wojna. Do miasteczka wkroczyli Niemcy, którzy od pierwszych dni okupacji zaczęli robić czystkę wśród miejscowej ludności, skupiając swoją uwagę szczególnie na ludności żydowskiej. Wtedy też ujawniła się prawdziwa natura człowieka. Ludźmi zaczął rządzić pieniądz i zdobywanie majątku kosztem nieszczęśliwych i skazanych na pewną śmierć ludzi. Z jednej strony dramat okrutnej okupacji, zaś z drugiej brak szacunku dla drugiego człowieka, z którym przez lata dzieliło się na przykład tę samą kamienicę.

Nasze młode lata, jak i pozostałe dwa tomy wspomnień Wiesława Kielara, nie są dla mnie czymś nowym. Kiedyś już pisałam o tych książkach w Internecie. Niemniej co pewien czas po nie sięgam i wciąż odkrywam je na nowo. Tak naprawdę straciłam już rachubę w tej kwestii. Przypuszczam, że przeczytam je jeszcze wiele, wiele razy, ponieważ są dla mnie swoistym testamentem, jaki Autor pozostawił nam po sobie. Te książki zawsze będą mi bliskie i chciałabym, żeby jak najwięcej czytelników o nich usłyszało.