O nas, o życiu, o podróżach. O wszystkim i o niczym. Baczne obserwacje otacząjacej nas rzeczywistości. Blogowe zapiski dla potomności na długie zimowe wieczory.
Antonka skonczyla 10 lat! Okragle, pierwsze podwojne urodziny! Juz z malego pisklaczka powoli przepoczwarza sie w resolutna kobietke z charakterkiem;). Kochamy ta nasza Antoske za jej wielke serce i sarkastyczne poczucie humoru;). Wnosi w nasze zycie mnostwo pozytywnego zamieszania i radosci. Dumni jestesmy, ze Anto super sobie radzi w szkole, jest lubiana, ciagle dostaje jakies nagrody za empatie, pomoc innym i emocjonalna inteligencje;). Coz, moze nie bedzie astrofizykiem, ale na pewno lubi pomagac innym.
Antonka jest swietna w siatkowke, ni z tego ni z owego pojawila sie u niej niesamowita pasja do tego sportu. Kibicujemy dzielnie na kazdym treningu i na kazdym meczu. Kto by pomyslal, ze mecze czwartoklasistek potrafia dostarczyc tyle emocji. Gorzej kiedy przegrywamy, Anto nie potrafi pogdzic sie, ze strata i jest wsciekla przez kilka dni;).
Oficjalnie 10-te urodziny swietowalismy kilka tygodni temu w Disneylandzie, ale nie moglo obyc sie bez imprezy wsrod psiapsiolek. Nie wiem jak ja sie zgodzilam na impreze z noclegiem, ale czego sie nie robi….;). Bylo wiec SPA, wspolne ogladanie Zootopia 2 (kolejna obsesja Anto), a pozniej smiechy i wyglupy do samego rana. Nasza biblioteka na gorze zamienila sie w sypialnie z baldachimami i swiatelkami, a dla podniesienie nastroju zapalilismy (elektryczne) swiece. Impreza udana, chociaz spania rzeczywiscie bylo malo;).
Antolku, rosnij nam zdrowo, badz zawsze otoczona przyjaciolmi. Kochamy cie najmocniej na swiecie.
Za nami kolejna gala Broadway Dallas. W tym roku to juz setna rocznica organizacji, ktora wystawia musicale Broadwayowskie w Dallas. Mamy szczescie uczetniczyc w tych galach dzieki Rebecce i Michaelowi, ktorzy sa sponsorami Broadway Dallas. W tym roku motywem przewodnim byly lata 20 poprzedniego stulecia. Wiazalo sie to oczywiscie z przedstawieniem przygotowanym specjalnie na ten wieczor – “Great Gatsby”. Byla przepiekna kolacja, aukcja, ktora wspomogla organizacje, pozniej cudowne wykonanie musicalu. Po przedstawieniu natomiast teatr zamienil sie w jedna wielka impreze. Tance, swietnie zaopatrzony bar i wysmienita zabawa. Wisienka na torcie bylo spotkanie i wspolne imprezowanie z aktorami, ktorych przed chwila ogladalismy na scenie. Pelna jestem podziwiu dla talentu tych mlodych ludzi. Nieziemskie glosy, super choreografia, piekne wykonanie. Widac, ze naprawde duzo pracy wlozyli w przygotowanie musicalu, ale efekt niesamowity. Z otwarta buzia siedzialam i ogladalam spektakl, a na after party bawilismy sie wspolnie, a aktorzy chetnie pozowali do zdjec. Cudowny, niezapomniany wieczor w gronie przyjaciol i wspanialej grupy aktorskiej.
Po powrocie z Kaliforni naszly mnie jeszcze takie przemyslenia. LA to super miasto, jest wiele ciekawych miejsc, wiele miejscowek kojarzacych sie z filmow czy programow. Jest ocean, piekna natura w poblizu. Sa muzea, parki rozrywki i szansa na przypadkowe spotkanie jakiegos znanego aktora. Wszystko to przyciaga tlumy turystow i poszukiwaczy przygod. Jest tez oczywiscie druga strona medalu. Chyba nigdzie indziej nie ma tylu bezdomnych, tylu uzaleznionych, tysiace ludzi ulicy. Tankujac na stacji benzynowej zauwazylismy osobe, ktora z kosza wybierala resztki jedzenia i dopijala wode z butelek. My kierowalismy sie juz w strone lotniska, a mielismy jeszcze cala torbe wody, owocow, slodyczy, ktore pewnie bym na lotnisku wyrzucila. Gdy zblizylam sie z torba pelna jedzenia, okazalo sie, ze jest to mloda dziewczyna, ktora ze strachem wymalowanym na twarzy i ze lzami w oczach dziekowala mi za wode i jedzenie. Widac, ze byla bardzo glodna bo natychmiast usiadla na lawce i zalczela oprozniac zawartosc torby. I tak sobie pomyslalam, ze nawet ta bezdomnosc ma wiele twarzy. Sa ludzie z nalogami, sa notoryczni bezdomni, ktorzy innego zycia nie znaja, sa ludzie, ktorych zwyczajnie nie stac na wynajecie mieszkania w drogim miescie jakim jest LA i sa tacy wlasnie mlodzi ludzie, ktorych losy sa pewnie bardziej zagmatwane niz nam sie wydaje. Byc moze sa to ofiary przemocy, byc moze uciekaja od czegos lub kogos, byc moze stracili wlasnie wszytko bo zaufali nieodpowiednim ludziom. Wpadajac na chwile do LA i korzystajac z jego atrakcji, nie nam oceniac, choc komentarz sam cisnie sie na usta i wydaje nam sie to takie proste, znalezc prace, isc do szkoly, zrobic cos ze swoim zyciem.
Są takie chwile w życiu rodzica, kiedy czas przyspiesza w sposób wręcz bezczelny. Jeszcze wczoraj trzymałaś ją za rękę, ucząc wiązać buty, a dziś planujesz jej 10. urodziny. Dziesiąte. Dwucyfrowe. Jak to w ogóle możliwe? Aby tradycji stało się zadość, na Antosiowe 10. urodziny zrobiliśmy jej niespodziankę – taką z kategorii „marzenia, które pamięta się całe życie”. Podobną niespodziankę zrobiliśmy dokładnie 9 lat temu Amelii, wiedzieliśmy, że będzie to strzał w dziesiątkę. Kilka dni przed wyjazdem powiedzieliśmy jej, że lecimy do Disneyland w Kalifornii. Najpierw cisza. Potem niedowierzanie. A potem pisk, który chyba było słychać w całej okolicy;). Bo przecież Disneyland to nie jest zwykły park rozrywki. To miejsce, gdzie dziecięce marzenia dostają adres i konkretną datę w kalendarzu.
Pierwszego dnia zanurzyliśmy się w energię Los Angeles. Hollywood Boulevard, Dolby Theatre, Hollywood Sign – wszystko jak z filmu. Pod samym znakiem spędziliśmy dobre dwie godziny, bo Anto walczyła o „idealne ujęcie”. Patrzyłam na nią z boku i myślałam, że to już nie jest mała dziewczynka. To młoda osoba z własną wizją kadru, świata i marzeń.
Ale prawdziwa magia zaczęła się w sobotę. O 9:30 byliśmy już w Disneylandzie. Plan opracowany jak operacja specjalna: wirtualne kolejki na najpopularniejsze rollercoastery, rozpisane parady, pokazy, fajerwerki. Biegaliśmy. Dosłownie. Od atrakcji do atrakcji, od śmiechu do śmiechu. 14 godzin. 25 tysięcy kroków. O 21:00 ja już byłam cieniem samej siebie. Powłóczyłam nogami i marudziłam jak dziecko, że chcę do domu. A Anto? Anto zapisała nas jeszcze na „Pirates of the Caribbean” na 22:45!!!! I tak, z głowami podpartymi rękami, piszczałyśmy ze śmiechu w środku nocy, płynąc łódką pośród piratów – po raz drugi tego dnia. Zmęczeni do granic możliwości, ale absolutnie szczęśliwi. Za każdym razem zachwyca mnie organizacja tego miejsca. Tysiące ludzi, akurat trafiliśmy na długi weekend, tłumy – a jednak wszystko działa. Czysto, sprawnie, z uśmiechem. Udało nam się zaliczyć najważniejsze atrakcje, zobaczyć pokazy, zjeść spokojny obiad i – co najważniejsze – wytropić „Myszy”;) Bo przecież bez zdjęcia i autografu od bajkowych bohaterów urodziny się nie liczą. Dzięki specjalnej aplikacji śledziliśmy, gdzie pojawią się Miki i Przyjaciele. Goniliśmy ich po całym parku, śmiejąc się, że jesteśmy jak paparazzi. A Anto promieniała. Tak po prostu – czystą, dziecięcą radością.
Kolejnego dnia wróciliśmy do miasta i pozwoliliśmy sobie na wolniejsze tempo. Santa Monica Pier przywitało nas słońcem i spokojem. Spacer po plaży, wiatr we włosach, zapach oceanu. Dziewięć lat temu, dokładnie w tym miejscu, starszy chiński artysta rysował portret Amelii. Pamiętaliśmy go doskonale. I nie mogliśmy uwierzyć, gdy zobaczyliśmy, że siedzi tam nadal. Ten sam człowiek. Ten sam spokój. Ta sama sztuka. Antosia – tak jak kiedyś jej siostra – usiadła przed nim i zapozowała do portretu. Patrzyłam na nią i miałam wrażenie, że czas zatoczył koło. Te same gesty. Ta sama duma w oczach rodziców. Tylko dzieci większe. Po południu spotkaliśmy się ze znajomymi mieszkającymi w LA. Rozmawialiśmy o życiu w mieście kontrastów – pięknym, chaotycznym, inspirującym. I znowu poczułam ten lekki niedosyt. Bo trzy dni to za mało, by naprawdę poczuć Kalifornię.
Wracaliśmy zmęczeni, z walizkami pełnymi pamiątek i telefonami pełnymi zdjęć. Ale co najważniejsze zabraliśmy ze sobą w sercu. Dziesiąte urodziny zdarzają się tylko raz. A wspomnienia takich chwil – zostają na zawsze. I choć czas biegnie nieubłaganie, to gdzieś między fajerwerkami nad Disneylandem a zachodem słońca nad Pacyfikiem, udało nam się go na chwilę zatrzymać.
Nasze zycie dalekie jest od szalenczego, ale kiedy tylko mamy okazje staramy sie troszeczke pikanterii temu zycku dodac. Jak chocby wybrac sie na fajny koncert orkiestry symfonicznej z udzialem solistow spiewajacych muzyke Latino. Od zawsze uwielbiam wszelkie szlagiery Latino, Rickiego, Enrique, Glorie Estefan i innych o moim najcudowniejszym Alejandro nie wspominajac. Jak tylko zobaczylam bilety na taki koncert wlasnie, natychmiast sie na nie rzucilam. Okazaly sie swietnym prezentem gwiazdkowym dla calej rodziny. I cala rodzina wlasnie wybralismy sie na koncert w piatkowy wieczor. Przednia zabawa, cudowna muzyka w wykonaniu naszej jedynej, najlepszej, najzdolniejszej orkiestry. Do tego solisci, ktorych glosy przyprawialy o gesia skorke -wszystko to oczywiscie w rytmie salsy, merenge i bachaty. Cudowny wieczor przy wspanialej muzie. Niejednego ta muzyka poniosla, cala sala spiewala i tanczyla. Wezyki, wygibusy, starsi, mlodsi – wszyscy bawili sie znakomicie. Po raz kolejny przekonalismy sie jak wazna jest muzyka w naszym zyciu, jak wiele radosci i cudownych chwil w nie wnosi. Vivir la vida loca….
Amelia odhaczyla wlasnie 19-te urodziny. To ostatnie “naste” urodziny i wedlug wiekszosci kryteriow jest juz dorosla. Moze dla swiata jest dorosla, dla nas pozostanie na zawsze pyskata Meli, ktora wnosi w nasze zycie mnostwo radosci i powodow do dumy. Wyfrunela juz z domu, jest studentka UT Austin, swietnie zaliczyla pierwszy semestr, ambitnie nabrala sobie duzo klas na drugi semestr. Do tego udziela sie w organizacjach studenckich i juz planuje letni semestr i praktyke w Azji. W Austin znalazla swoich ludzi i szybko ogarnela studencka rzeczywistosc. Nudno nie jest, dzieje sie mnostwo, Meli ma okazje poznac ciekwaych ludzi, uczestniczyc w ciekawych wydarzeniach, a wieczorami imprezowac;).
Meli odswietowala urodziny na weekendowym wyjezdzie z kolezankami do Nowego Orleanu. Do domu wpadla tylko na chwilke, na szybcika zdazylismy tylko odspiewac jej “Sto Lat” i zjesc tort. Pozostaje nam sie pogodzic, ze w ‘pewnym wieku’ imprezy z kolezankami biora gore nad obiadkiem u rodzicow;). Zyczymy Ci Melis, samych radosci i sukcesow. I duzo zdrowka. Kochamy najmocniej na swiecie.
W Texasie zima z prawdziwego zdarzenia. Tak ok. -10 C, odczuwalna jeszcze zimniej. Oblodzone drogi, zasypane chodniki, nieprzejezdne autostrady. Jednym slowem Dallas na chwile (miejmy nadzieje) zamienilo sie miejscami z Alaska; Skutek – zamkniete szkoly, odwolane wszelkiego rodzaju zajecia. Wszyscy siedza w domach i ratuja sie ciepla herbata. Ta Teksanska zima jest fajna bo trwa 3 dni czyli mniej wiecej tyle ile wystarczy zeby dzieciaki nacieszyly sie sniegiem i zimnem. Dla mnie takie zasypane sniegiem miasto najladniej wyglada przez okno i choc wychowalam sie w takich wlasnie srogich zimach, to nie tesknie za tym zimnem, sniegiem, jazda po sliskich ulicach. W czasie gdy wiekszosc ludzi siedzi w domu, co niektorzy smialkowie, w tym moj Pingwin, wychodza na dwor korzystac z zimowych atrakcji. Anto natychmiast zaadoptowala sobie wieczko od pudla i na takich wlasnie “biedasankach” zjedzala z jedynej gorki na naszym osiedlu. Radochy bylo co niemiara, policzki czerwone, buty przemoczone, czyli wszystko w normie. Szkola zamknieta poniedzialek i wtorek, w srode temperatury maja wskoczyc na plus, i nastapi powrot do kieraciku. Za nami pracowity weekend, rozebralismy choinke i dekoracje swiateczne, poupychalismy wszystko na strychu, a przy okazji przemeblowalismy kilka szaf. Ja nie wiem jak ja to robie, ale wiecznie mam gore niepotrzebnych duperszwancow, jak na przyklad posciel do lozeczka dzieciecego!!!! Czas chyba najwyzszy oddac to komus lub wyrzucic.
Przy okazji tej zimy i zimowych wyglupow, na osiedlu obok wydarzyl sie tragiczny wypadek. Grupa 16 latkow przyczepila sanki do Jeepa i jezdzila po osiedlu. Niby nic, ale sanki niefortunnie uderzyly w kraweznik, potem w drzewo i niewinna zabawa zakonczyla sie tragicznie. Jedna 16-letnia dziewczynka zmarla, druga jest w ciezkim stanie. Straszna tragedia, ktora zyje teraz nasze miasto. I serce wrecz rozrywajacy wpis mamy dziewczynki na FB proszacy o modlitwe za rodzine i przypominajacy jak kruche jest nasze zycie.
Jak juz polabiedzilam troche o poprzednim roku, napisze moze cos przyjemniejszego. Bo zycie, wiadomo – raz pod wozem, raz na wozie. I w sumie cale szczescie. Gdyby tylko wspanialosci na na nas czekaly kazdego dnia, nie docenilibysmy jak mamy dobrze. A tak, gdy dzieje sie cos zlego, natychmiast doceniamy te wszystkie dobre rzeczy, ktore nas w zyciu spotykaja. Ja wdzieczna jestem bardzo, ze dane nam jest podrozowac. Bo to uwielbiam. Lubie wyjechac, poznac nowych ludzi, nowe miejsca, posmakowac innego jedzenia, kultury. Lubie, ze jako turystka, moge wybrac sobie to co w danym miejscu najfajniejsze i skorzystac z tego na maxa. Ale lubie wyjezdzac rowniez dlatego, ze lubie wracac. Uwielbiam byc w innym miejscu, ale jeszcze bardziej lubie moment powrotu.
Jezeli poczatek 2026 jest wyznacznikiem kolejnych miesiecy, to chyba zaczelismy calkiem niezle. Na przelomie roku pojechalismy do Francji i Hiszpanii, wstepujac do Maroka. Ta wyprawa byla troche inna, bo pojechalismy w sporym, 10-cio osobowym skladzie. Oprocz tesciow, dolaczyli do nas nasi przyjaciele, Rebecca i Michael, z dzieciakami -Micah (13 l.) i Madeline (18). Musze przyznac, ze zgralismy sie wszyscy fajnie na tym wyjezdzie, choc logistyka 10 osobowej grupy jest troche skomplikowana. Samo znalezienie stolika dla 10 osob w malutkich, francuskich knajpkach graniczy z cudem. Ale dalismy rade, wybrnelismy i w zasadzie nie bylo problemu. Po prostu wszyscy bylismy elastyczni i nikt nie robil problemu ze tego, ze np. nie siedzimy razem przy stoliku. Nikt rowniez nie robil problemu kiedy chcielismy sie rozdzielic bo np. panowie woleli obejrzec muzeum militarne i grob Napoleona, a panie wolaly pobiegac po sklepach;).
Paris. W samym Paryzu bylismy tylko 3 dni. Program byl napiety, biegalismy od atrakcji do atrakcji starajac sie jak najwiecej zobaczyc. Na plus zaliczylabym piekne, swiateczne dekoracje miasta, swiateczne kiermasze i ogolna swiateczna atmosfere. Na minus, zdecydowanie zimna pogoda i niesamowite tlumy. To ostatnie troche nas zaskoczylo. Nie wiedzialam, ze Paryz jest az tak popoularny o tej porze roku. Wszedzie pelno turystow, kolejki do atrkacji, na ulicach tlumy, przez ktore ciezko sie czasem przebic. Zaliczylismy kilka glownych atrakcji, ktore, cale szczescie zarezerwowalismy z wyprzedzeniem. Louvre, Wieza Eiffla, Petit Palace, Galerie LaFayette, Montmartre, Bazylika Sacre-Coeur czy przepiekna katedra Notre Dame. Ale urok Paryza to nie tylko slawne zabytki. To sliczne paryskie ulice z knajpkami, piekarniami, ktore nawet w zimie tetnia zyciem. To przypadkiem napotkany antykwiariat czy sklep z serami. Nie zabraklo oczywiscie wizyty we francuskiej aptece, gdzie zaopatrzylismy sie w dermo-kosmetyki. Uwielbiam ich retinol czy plyn do mycia twarzy. Paryz to rowniez pyszne jedzenie. Oprocz tradycyjnych francuskich dan, nawet pizza smakuje wybornie. Mysle, ze jest to kwestia swiezych, dobrej jakosci skladnikow. Nawet prosta bagietka z szynka i serem urasta do rangi kulinarnego majstersztyku. Zreszta, ja moglabym nawet jesc bagietke z supermarketu z maslem i juz bylabym szczesliwa. Ciesze sie, ze wstapilismy do tego Paryza, ze rodzice mogli po raz pierwszy zobaczyc to miasto. Nie wiem czy wrocilabym do Paryza w grudniu, ale samo miasto nadal mnie urzeka.
Hiszpania Ach jak cudownie bylo zdjac czapki i grube kurtki i z zimnego Paryza przemiescic sie do cieplejszej Malagi. To na ulicach Malagi wlasnie, przywitalismy Nowy Rok, zyczac sobie pomyslnosci przy szampanie i 12 winogronach. Super bylo wtopic sie w tlum nieznajomych, wspolnie spiewac, tanczyc, wznosic toasty. Swietnie, ze moglismy te chwile spedzic wsrod bliskich, rodziny i naszych wspanialych przyjaciol. Podobno i dla nich byl to szczegolny moment i dziekowali nam bardzo, ze mozemy wspolnie podrozowac. Przy okazji Sylwestra i Nowego Roku w Maladze, zwiedzilismy troche miasto i okolice pokazujac co ciekawsze zakatki rodzicom i Rebecce i Michaelowi. Z Malagi przemiescilismy sie do Roquetas de Mar, skad mielismy swietna baze wypadowa do Granady, Nerja, Almerii i okolic. Dla nas sa to juz znane tereny, ale chetnie pokazalismy co ciekawsze ‘smaczki’ naszym gosciom. Wielkie wrazenie zrobila na nich Granada, szczegolnie Alhambra. Mimo kilku dni deszczu, ktore nam sie przytrafily, zobaczylismy sporo. Wlasnie troche nam deszcz pokrzyzowal plany w Granadzie, ale schronilismy sie na kilka godzin w centrum handlowym, co spoktalo sie z wielkim zadowoleniem ‘mlodziezy’;). Kolejnego dnia, aby przeczekac deszcz wlasnie – skorzystalismy ze SPA na naszym osiedlu. I byla to jedna z przyjemniejszych atrakcji. Na kilka godzin oddalismy sie blogiemu odpoczynkowi w wodzie, naturalnych zrodlach, saunach i “pokoju ciszy” a co niektorzy skorzystali z masazu. Na plus zdecydowanie ta wizyta w SPA wlasnie oraz sporo pieknych widokow w Nerja, Salobrena i Granadzie. Na minus pogoda – momentami deszczowa oraz duze opady sniegu w Sierra Nevada i kiepski dojazd do stokow, przez ktore zrezygnowalismy z wyjazdu na narty. Na pocieszenie trafilo nam sie kilka pieknych, slonecznych dni – gdzie moglismy spacerowac do woli po plazy i podziwiac kapiacych sie smialkow;). Nareszcie mozna bylo zwolnic tempo, dluzej pospac, pospacerowac, przycupnac w kafejce, popatrzec na ludzi i nacieszyc sie soba. Mlodziez nagrala tysiace Tik-Tokow, bo okolicznosci przyrody tworzyly piekne tlo, a my probowalismy lokalnych trunkow w hotelowym barze czy probowalismy swoich sil w golfa w klubie golfowym w Almerimar.
Maroko Juz dawno planowalismy wycieczke do Maroka i ciesze sie, ze tym razem doszlo to do skutku. Poplynelismy promem z Tarifa do Tangeru, postawic noge na innym kontynencie i liznac troszke egzotyki Maroka. Maroko spodobalo nam sie tak bardzo, ze na pewno wrocimy tam na dluzej, zapuscimy sie w dalsze tereny, do Marakeshu i Casablanki. Tymczasem pozostana nam swietne wspomnienia z Tangeru wlasnie, ktorego uroki pomogl nam odkryc mlody przewodnik Ahmed. Zabral nas do ciekawych, historycznych miejsc, pokazal gdzie lacza sie Ocean Atlantycki z Morzem Srodziemnym, oprowadzil po miescie i lokalnym targu. Najwieksza atrakcja byla jazda na wielbladach. Troche sceptycznie podchodzilam do tego pomyslu, mysle sobie, taka turystyczna pulapka i te zwierzeta takie biedne. Ale musze przyznac, ze bawilismy sie swietnie a wspomnienia (i tysiace zdjec) zostana na zawsze.
Kolejny, fajny wyjazd za nami. Ciesze sie bardzo, ze moglismy zobaczyc te piekne miejsca w powiekszonym skladzie. Mysle, ze kolejne ciekawe wyprawy przed nami. Oby jak najszybciej;).
2025 byl dosyc ciezki dla nas. Duzo sie dzialo, bylo intensywnie, bylo sporo stresu. Bylo sporo problemow zdrowotnych. Antoska polamala reke dwa razy pod rzad co wykluczylo ja z zajec sportowych i ukochanej siatkowki na 2 sezony. Amelia borykala sie z tarczyca, co skonczylo sie operacja jej usuniecia, a z konsekwencjami braku tarczycy boksuje sie jeszcze do teraz. Mialam i ja swoje tarczycowe 5 minut, kiedy znalezli mi cyste na tarczycy. W/g chinskiego doktora, ktory przy diagnozowaniu wspomagal sie AI, ponoc to nic powaznego i nic nie trzeba z tym robic, choc pewnie poszukam drugiej opinii. Do listy przygod ze zdrowiem dorzuce tylko kilka operacji dziadka (kolana, oczy) i zabieg dermatologiczny Amelii, kontrole, badania, wizyty i mialam wrazenie, ze w tym roku nie wychodzilismy wrecz od lekarzy.
Do tego sporo turbulencji w pracy. Moja firme przejela olbrzymia firma chemiczna, co zachwialo rownowage naszego dzialu. Z dnia na dzien zwolnili nam szefa, wspanialego, wyrozumialego czlowieka, a do dzisiaj jeszcze nie wiadomo co bedzie z reszta zespolu. I tak, praca zmienila sie w mgnieniu oka. Ze stabilnej, cieplej posadki w miejscu gdzie od 15 lat czuje sie dobrze, mam znajomych i swietne relacje z klientem – znalazlam sie w jakims ‘limbo’, gdzie kazdy dzien moze byc moim ostatnim. I choc mam oczywiscie nadzieje, ze zostawia nas wszystkich i byc moze beda nawet wieksze warunki na rozwoj – to niepewnosc nie pomaga a atmosfera jest mniej wiecej jak na pogrzebie.
Ale zeby tak juz zupelnie nie spisac 2025 na straty, musze przyznac, ze bylo rowniez sporo fajnych wydarzen. Amelia skonczyla High School ze swietnymi wynikami. Po malych stresach zwiazanych z przyjeciami na studia, po zamieszaniu jakie wprowadzila w nasze zycie oferta studiow na Duke University w Chinach, po dyskusjach, argumentach i analizach stanelo na University of Texas at Austin, swietnej uczelni, tylko 3.5 godz od domu. Amelia wlasnie rewelacyjnie zakonczyla pierwszy semestr i zdecydowanie znalazla swoje miejsce i swoich ludzi na tej uczelni. Mimo sporych zawirowan zdrowotnych udalo nam sie sporo podrozowac. Gdzies pomiedzy badaniami, operacjami i kontrolami wcisnelismy sporo wyjazdow w roznych, jak zwykle, konfiguracjach rodzinnych. W styczniu Hub polecial na konferencje, ktora wspologranizowal, do Ghany. W marcu Hub i Ami odbyli super podroz do Brazylii. My z Anto za to zorganizowalysmy sobie dosysc intensywne “Ferie w miescie”;). W kwietniu Meli poleciala z kolezankami do Disney World w Orlando. W maju, po imprezach zakonczeniowych, tesciowie polecieli do Polski. W czerwcu cala rodzina udalo nam sie wyrwac do Europy. Najpierw cudowna Hiszpania, potem kilka dni w Polsce, a na zakonczenie spedzilam kilka dni w Paryzu z Meli i jej kolezankami. Anto w tym czasie zostala w Polsce, a Hub polecial na kolejna konferencje do Tajlandii. W lipcu po kilkutygodniowych wojazach po Polsce Meli z Antonka wrocily do domu. W sierpniu pelnym skladem polecielismy na Tajwan i byla to jedna z ciekawszych wypraw w ostatnim czasie. Pokochalismy Tajwan, kulture, jedzenie i ludzi. W pazdzierniku Antonka z dziadkami odpoczywali w Cancun. Rok zakonczylismy w sporej, 10-cio osobowej grupie, w Paryzu. Z Francji polecielismy do Hiszpanii i Maroka, o czym oczywiscie napisze osobno.
W minionym roku odeszlo kilka waznych dla mnie osob. Odeszla pani Danusia, dyrygentka zespolu w ktorym dorastalam, osoba, ktora miala olbrzymi wplyw na moje zycie. Odszedl kolega z liceum, z ktorym swego czasu bylismy blisko. Sporo moich przyjaciol rowniez stracilo bliskich. Byl taki moment, ze balam sie niemalze zadzwonic do ludzi bo z kazdej strony slychac bylo tylko zle wiesci: smierc, choroba, rozwod. Zamykam ten rok z impetem jak ksiazke, ktora chce zapomniec. Czekam z nadzieja na nowe rozdzialy, pisane pewniejsza reka, z sercem bogatszym o nowe, lepsze doswiadczenia, a przede wszystkim na zdrowy, pomyslny rok. Czego wszystkim zycze z calego serca! A na zakonczenie minionego roku wrzucam smutna moze troche, ale piekna piosenke Felicjana Andrzejczaka o zyciu, co jest codziennym swietem, w ktorym uczestniczymy czy tego chcemy czy nie. I tylko pozostaje nam nadzieja, ze pisane nam jest cos dobrego.
“Życie jak pociągiem podróż Którą odbyć możesz raz Bilet w jedną stronę odwróć Zobacz co pisane masz.”
Swieta przebiegly w milej, tradycyjnej atmosferze. Z Houston przyjechali Iza, Pawel i David, a na Wigilje dolaczyly Agatka i Aga z rodzinami. Bylo gwarnie, wesolo, choc obylo sie od tematow politycznych, jak to czasem bywa. Ciesze sie, ze udaje nam sie takie polskie, tradycyjne swieta zorganizowac. Nawet ta przedswiateczna goraczka, krojenie salatek, pieczenie ciasta czy (nudne skadinad) lepienie pierogow mnie cieszy. I jak co roku, robiac to wszystko mam cicha nadzieje, ze moje dzieci przeniasa nasze polskie tradycje do swoich rodzin, nawet jak zaserwuja pierogi ze sklepu;). Mielismy wiec tradycyjnie 12+ potraw na wigilijnym stole: ryby, sledzie, salatki, pierogi i barszcz z uszkami. Tesciowa upiekla pyszny piernik, Antonka pomogla upiec mi ciasteczka i rogaliki. Przed kolacja wigilijna polamalismy sie oplatkiem, Amelia przeczytala fragment pisma swietego. Po kolacji spiewalismy koledy i otworzylismy prezenty. Antonka juz troche sceptycznie podchodzila do kwestii Mikolaja, ale jeszcze troszke dala sie nabrac na najstarszy trik swiata, jak to Mikolaj podrzucil prezenty pod choinke i szybko odjechal. Co roku obiecuje sobie, ze tych prezentow bedzie mniej, ze skupimy sie na doswiadczeniach (jak wyjazdy i koncerty), ale jakos i tych materialnych dobr pod choinka zawsze masa laduje, wiec otwieranie zamienia sie w ‘przedstawienie’ i kazdy chwali sie tym co dostal;).
Sam dzien Bozego Narodzenia, po porannej Mszy Sw., spedzilismy w przemilej atmosferze u Agi i Arka. Totalnie moglam sie wyluzowac, zasiasc za stolem i nie martwic sie co mi sie w kuchni przypala;). Wieczorem pojechalismy na dlugasny spacer do Grapevine – samozwanczej “Swiatecznej Stolicy Texasu” – co potwierdzaja przepiekne dekoracje i tlumy ludzi je ogladajace. Wystroilismy sie w nasze dyzurne ‘swiateczne sweterki’ co wprowadzilo troche usmieszkow i zamieszania wsrod przechodniow. Pocpykalismy zdjec wiecej niz Japonscy turysci i z przyjemnoscia klapnelismy na kanapie w domu przy goracej herbacie i ciasteczku.
Lubie Swieta, lubie Wigilje, cale to zamieszanie, oczekiwanie, dzielenie sie oplatkiem, nasze rozmowy, do ktorych teraz juz dolacza nasza mlodziez. Z roku na rok obiecuje sobie, ze za rok to troche odpuszcze, bedzie wszystkiego mniej, moze gdzies wyjedziemy, etc. I nie potrafie, nie chce jeszcze odpuscic tradycyjnych Swiat. Jeszcze nie. Moze nigdy nie.