NIE BEDZIE O POLITYCE

Az mnie korci zeby napisac cos o polityce  i o calym tym balaganie, ktory sie dzieje w Polsce… i o Beger-Gate ale chyba sie powstrzymam, za duzo musialabym chyba uzyc niecenzuralnych slow i jeszcze mi bloga zdejma:)  Napisze za to, ze ciesze sie bardzo, ze juz jest piatek, a jutro sobota… i jest szansa na krotki odpoczynek. Na bardzo krotki. Rano, juz tradycyjnie, Chinski. Moze nie dla wszystkich, ale dla mnie sobota , 9 rano to srodek nocy i chcialam oficjalnie oswiadczyc, ze bardzo wielkie jest to z mojej strony poswiecenie. Ah, no i odrobilam juz prace domowa: napisalam (sic!) kilka zwrotow po chinsku!!!!! Nawet nie wiecie jaki to dla mnie sukces. Przypuszczam, ze Shao Pei zrobi nam jutro Quiz…. Tak cos czuje “jak przez skarpete”. Cale szczescie, ze mialam dzisiaj w pracy troche czasu, to sobie pokaligrafowalam… jeszcze takie niezgrabne te moje chinskie kulfony, ale i tak jestem z siebie dumna.
Jutro tez przyjezdza na weekend z New Jersey kolezanka Niemka i koniecznie musimy sie spotkac. Niemka ze swoim boy-em wrocili wlasnie z 2-tygodniowej wycieczki do Polski i strasznie jestem ciekawa ich wrazen. A wieczorem tesciowie wracaja z wczasow. Dzien zapowiada sie wiec ciekawie.
Szef mi wlasnie zakomunikowal, ze bedziemy “omawiac” pewne dokumenty, wiec reszta po poludnia z glowy. Przy zyciu trzyma mnie fakt, ze po pracy ide z dziewczynami na zakupy… tzn. ja tylko poogladac:)).

 A wczoraj spotkalam sie z moim bylym szefem, Davidem. Ale bylo fajnie. Przyznam, ze atmosfera pracy w mojej poprzedniej firmie byla super. Mlodzi ludzie, dziewczyny z ktorymi mozna bylo pogadac i super szef. Ale juz chyba kiedys o tym pisalam. Milo mi, ze zawsze chce sie ze mna spotkac i zawsze mamy o czym pogadac. A to juz prawie rok odkad stamtad odeszlam.

NOWA PERSPEKTYWA

Wczoraj mialam lunch z grupa kobiet-adwokatow. Takie lunch-e organizowane sa przez Bar Association, czyli taka izbe adwokacka, do ktorej kazdy adwokat musi nalezec. Uczestniczylam juz wczesniej w innych spotkaniach, ale nigdy nie byly to takie male grupy. Nasza wczorajsza miala 8 osob (kobiet). To spotkanie dalo mi wiele do myslenia. Dziewczyny/Kobiety opowiadaly o swoich doswiadczeniach, zyciu prywatnym i sluzbowym. Jak tak posluchalam to zdalam sobie sprawe, ze wcale nie mam tak zle i ze moze bardziej powinnam docenic to co mam. Coz, czlowiek jak zwykle nigdy nie zadowolony, a "wszedzie jest dobrze gdzie nas nie ma", czy jak to mowia Amerykanie "trawa jest zawsze zielensza po drugiej stronie". Wiele firm, szczegolnie wiekszych, ma bardzo sztywne zasady pracy. Wlacznie z przychodzeniem punktualnie na 7:30 i zostawaniem do 7-8. Placa wprawdzie swietnie, ale zycia nie ma sie zadnego. Tym bardziej bylam w szoku jak jedna opowiadala, ze ma 4 dzieci, robi MBA i jest na "partner-track", czyli na drodze do zostania partnerem w swojej firmie. To ja sie pytam dziewczyno, kiedy ty spisz? Przyznala, ze niewiele spi, niewiele tez uczestniczy w zyciu swoich dzieci, ma bardzo wyrozumialego meza i duza rodzine+nianie do pomocy. Tradycyjnie kobiety ponarzekaly tez na sekretarki (zauwazylam, ze wszyscy, ktorzy korzystaja z pomocy sekretarek na nie narzekaja, to jest chyba po prostu modne), korki na ulicach i pogode w Cleveland. To stale tematy kazdej konwersacji. Ciekawie bylo posluchac jak kazda inaczej dochodzila do obecnej pozycji i jak wiekszosc w zasadzie nie chciala byc adwokatem. Nie wiem czy to kokieteria, czy nie. Ja tam od razu wypalilam, ze nic innego mi sie nie podoba, ze probowalam innych zawodow, gdy jeszcze nie moglam byc prawnikiem, i nie widze siebie robiacej nic innego. Stwierdzily zgodnie, ze moze z czasem mi to przejdzie, a moze i nie…..Ogolnie lunch byl super i ciesze sie, ze bedziemy sie spotykaly co miesiac. Oczywiscie pazdziernikowy lunch mnie ominie, gdyz bede wtedy jadla "ryz z… ryzem?" gdzies na drugiej polkuli. Moje nowe znajome nie mogly sie nadziwic ze szef puscil mnie na 2 tygodnie. To podobno tez sie nie zdarza w innych firmach prawniczych. Troche mnie szczerze mowiac przestraszyly bo o ile marzy mi sie wielka kancelaria, najlapiej miedzynarodowa i duze pieniadze, o tyle nie mam zamiaru zostac niczyim niewolnikiem, bez urlopu, z kupa stresu i zerem satysfakcji. Z pewnoscia nabralam teraz zupelnie innej perspektywy i wiem juz do jakich firm nie bede wysylala mojego resume:).

BLISKO, BLISKO CORAZ BLIZEJ…

Powoli sie rozkrecamy  jezeli chodzi o planowanie wycieczki do Chin. Zarezerwowalismy juz hotel w Tokio i pracujemy teraz nad planem pobytu w Chinach. W Szanghaju znalezlismy mnostwo fajnych hoteli (przynajmniej na internecie ladnie wygladaja) i trudno sie zdecydowac. Znalezlismy tez super nowe apartamenty, ktore mozna wynajac na kilka dni. Zastanawiamy sie czy czasem na dzien lub dwa nie sprobowac takiego apartamentu, ot tak zeby zobaczyc. W Ningbo nie ma problemu. Podobno maja hotel przy uniwersytecie dla miedzynarodowych studentow/profesorow i chyba tam sie zatrzymamy. W koncu uniwersytet to nasz glowny punkt pobytu tam, wiec ma to sens zeby mieszkac blisko.
W miedzyczasie zaczelismy zbierac informacje o Szanghaju, Ningbo, i Chinach ogolnie, ale tez o Tokio. Niesamowite jest ile mozna sie dowiedziec z internetu, ale jeszcze bardziej fascynujace jest to, ze wszedzie mozna znalezc ludzi, ktorzy zawsze chetnie udziela rad. Najlepszym tego przykladem jest kolega z “Tokyo-by-night”. Znalazlam go na jakims forum, napisalam email z mnostwem pytan i dostalam wyczerpujace odpowiedzi. Rewelacja. Jacek, jest studentem (chyba z Poznania) i mieszka w Tokio i wie co “w trawie piszczy”. Zrobie mu tu mala reklame. Odwiedzcie jego blog, naprawde ciekwy: http://tokyobynight.blogspot.com/ . Poza tym okazuje sie ze wielu naszych znajomych ma znajomych badz bliskich ktorzy cos tam do czynienia z Chinami maja lub mieli. Kazdy chetnie udziela rad, opowiada, przestrzega. Mamy juz tego tyle, ze trzeba bedzie porzadnie te informacje przesortowac  i zdecydowac co chcecmy tam robic, co zobaczyc, a co sobie odpuscic. Dwa tygodnie to wbrew pozorom wcale nie jest tak duzo.

CHINCZYK

Po intensywnym chinskim poranku czulismy sie na silach spotakc sie ze znajomym naszej kolezanki, ktory pochodzi z Ningbo (miasta do ktorego jedziemy). Billy (takie sobie obral imie Amerykanskie) oczywiscie w pierwszych slowach powiedzial nam, ze slyszal ze uczymy sie Chinskiego i czy chcemy porozmawiac sobie po Chinsku. Zaserwowalam mu szeroki usmiech w mine w stylu "czys ty chlopie z konia spadl" i delikatnie wyjasnilam, ze xiexie (dziekuje), ale ja dopiero zaczynam… po czym spojrzalam na Huba, z pytaniem czy moze on chce sprobowac…. Popisal sie kilkoma zdaniami (przynajmniej uratowal honor rodziny) i zaraz przeszlismy na angielski. Ufff…. moglam nareszcie odetchnac z ulga. Billy udzielil nam kilku rad, co zobaczyc i jak najlepiej poruszac sie po Szanghaju i po Ningbo. Ma tez kilku znajomych tam w Ningbo, wprawdzie oni nie mowia po angielsku ale chetnie moze nas z nimi styknac to sobie pocwiczymy chinski:)…no Thanx!!!. Poza tym powiedzial, ze tam jest bardzo ladnie, miasto sie rozwija, w ogole cale Chiny sie rozwijaja… i sa super, ale on na razie "wyskoczyl" sobie do Stanow zrobic magistra. Powialo troche propaganda bo jak jest tak super to co on tu robi, nie?

A propos chinskiego to Xiao-Pei (nauczycielka) podkreca tempo… tym razem nauczylismy sie nie 2 a 6 zdan i zaserwowala nam zadanie domowe. Wow!!! Jeszcze nie wyobrazam sobie jak mozna w ogole cos napisac po chinsku, ale mam juz cwiczyc znaczki…

NA KOLANACH

Moj stosunek do polityki mniej wiecej znacie. Czasem mnie smieszy czasem drazni… ale przejsc obok wydarzen w Polsce obojetnie raczej sie nie da. Nie moglam wiec sobie odpuscic umieszczenia ponizszego prze-smiesznego komentarza z wp.pl:

Andrzej Lepper po decyzji premiera Jarosława Kaczyńskiego o odwołaniu go ze stanowiska wicepremiera i ministra rolnictwa, bardzo emocjonalnie wypowiedział się w tej sprawie. Powiedział, że bracia Kaczyńscy chcieliby żeby wszyscy dookoła nich chodzili na kolanach. Jednak, ja przed panem chodzić na kolanach nie będę. Przed panem, panie premierze, może chodzić na kolanach jedynie pan Giertych, a i tak będzie wyższy niż pan – powiedział.

"Nosil Wilk razy kilka, poniesli i Wilka".  Najpierw sam robil czystki w swoich szeregach a teraz i jego sie pozbyli. Leppera wywalili z rzadu. Nikt raczej po nim plakal nie bedzie. Jako, ze dusze ma "wiejska" a temperament nieokielznany nie potrafil sobie odmowic powiedzenia "prawdy" na koniec. Przypomina mi sie w takiej sytuacji moj sp. dziadek, ktory tez bardzo emocjonalnie podchodzil do polityki i czesto polemizowal z telewizorem i ciagle krzyczal, ze zydo-komuna i ze on im wszystkim "zrobi kolo dupy"… No i Lepper tez im wszystkim zrobi….na kolanach nie bedzie chodzil… a juz samolotem sluzbowym sobie polatal, to ich ma teraz wszystkich gdzies. Juz tam pewnie szykuje blokady… powod zawsze sie znajdzie.

Ot, panie, polityka.

ELMO-we SZALENSTWO

Amerykanskie szalenstwo w wersji eXtra Large. Wczoraj gazety doniosly, ze firma Matel wypuscila na rynek nowa zabawke: “ELMO TXM”. Jest to unowoczesniona wersja Elmo sprzed 10 lat. Tym razem Elmo na podrapanie go po brzuchu reaguje agresywnym smiechem, kuleniem sie i slanianiem ze smiechu. Jak na rok 2006 przystalo, pod czerwonym futrem kryje sie skomplikowany mechanizm odpowiedzialny za ruchy i odglosy… a odglosy sa ciekawe. Po kazdym “polaskotaniu” Elmo krzyczy “Jeszcze, Jeszcze”!!!!
 Nie bylo by w tym nic szalonego, ot nowa zabawka na rynku, gdyby nie to, ze juz pierwszego dnia zabawki zniknely z pulek w Wal-Mar-tach i innych sklepach zabawkowych. Nie jestem pewna, czy sklepy te zamowily tak male ilosci, (a wydaje sie to mozlie, gdyz dystrybutorzy nie mieli mozliwosci obejrzenia towaru przed zamowieniem I zamawiali “w ciemno”), czy tez ludzie tak sie na Elmo rzucili. Znajac psychologie rynku amerykanskiego i szlenstwo konsumentow, raczej to drugie wydaje sie bardziej prawdopodobne. W sklepach Elmo kosztuje ok $40. Tylko, ze w sklepach go nie ma!!!! Jest za to na eBay… a jakze. Podobno na eBay mozna znalezc 14 tysiecy Elm-ow….. a srednia cena to $305. No i ja sie pytam czy to jest normalne? A wszystko tylko dlatego, ze zabawke te juz oglosili hitem tegorocznych swiat. A gdzie jeszcze do swiat? Wyglada na to, ze czerwony, gilgoczacy futrzak ma wiecej rozumu w tym swoim mechanicznym mozdzku niz ludzie, ktorzy sie na niego “rzucili”:))))))

 A oto ELMO:

                                             

W PRACY I W DOMU

W pracy spokojne tempo, przynajmniej u mnie. Jak widze jak chlopcy z dzialu “litigation”, czyli reprezentowanie ludzi/firm przed sadem, sie uwijaja i biegaja od rozprawy do rozprawy  to utwierdzam sie w przekonaniu, ze to nie dla mnie. Tam zyjesz w/g terminow sadu i adwokata strony przeciwnej. U mnie tez wprawdzie sa jakies daty do ktorych musze sie wyrobic, ale niewyrobienie sie nie ma az takich konsekwencji jak u nich. Zaden sad czy sedzia nad glowa mi nie siedzi i nie ukarze mnie grzywna jezeli nie napisze pisma na czas. “Chlopcy z litigation” ripostuja, ze oni wola uzerac sie z sadem i sedziami, bo to zazwyczaj ludzie kulturalni niz z klientami, z ktorymi roznie bywa.  No i znowu wychodzi na to, ze wszedzie dobrze gdzie nas nie ma… i ze kazde zajecie ma swoje wady i zalety. Ja tam lubie moje sprawy. Robi sie tez coraz ciekawiej. Wyglada jednak na to, ze bedziemy mieli wspolny projekt z “chlopcami z litigation”. Bedziemy reprezentowac firme z Bolivii w sadowych potyczkach z firma amerykanska. Bedzie tam komponent negocjacji biznesowych, negocjowanie ugody i kontraktu… i w to bede zamieszana ja… a pozniej coz, “chlopcy z lititagion” wezma to w swoje rece i pojda do sadu… moze i ja pojde, ale sie popatrzec i zobaczyc ich w akcji.

Zauwazylam, ze moje tempo pracy zbiega sie mniej wiecej z pogoda jaka mamy na zewnatrz. Jako, ze ostatni tydzien jest okropny, deszczowy i pochmurny, moja wydajnosc tez jest taka “pochmurna”, a na pewno “pochmurny” bylby moj szef gdyby wiedzial, ze nie do konca sie przykladam. No, robie wszystko, tylko 5 razy wolniej niz moglabym. Jakby sie kto pytal to po prostu chce byc dokladna:))))))))
To tyle w pracy, w domu tez spokojnie. Mama odjezdza w sobote do NYC. Znowu jej sie udalo, ze nie musi leciec samolotem, czego bardzo sie bala. Zabiora ja po drodze znajomi, ktorzy  akurat jada do NYC.

Biżuteria ze zmarłych

(za www.wp.pl)

O nowej usłudze pogrzebowej w Polsce polegającej na przerobie ciała zmarłego w diament – pisze "Metro".

Na Zachodzie breloczki i pierścionki z takimi kamieniami robią furorę. Są ludzie, którym nie wystarcza stojąca w domu urna z prochami ukochanej osoby. Potrzebują pamiątki, którą mogą nosić przy sobie. A jeśli może być ozdobą – jeszcze lepiej. Na świecie oszałamiającą karierę robi więc przetwarzanie prochów zmarłych w diamenty. U nas nowatorską usługę oferuje od niedawna zakład pogrzebowy Klepsydra w Łodzi. Telefony się urywają. Właśnie podpisujemy pierwszą w naszym kraju umowę na "diament pamięci" – opowiada Julita Dawidowicz z Klepsydry.
Rodzina zmarłego może sobie zażyczyć diamentu w dowolnym kolorze: różowym, żółtym, niebieskim. Do wyboru jest też kilkadziesiąt kształtów. Wielkość kamieni waha się od ćwierć do ponad jednego karata. Nowatorską usługę pogrzebową podpatrzyła na zagranicznych targach funeralnych i od razu wiedziała, że to jest to. Z namówieniem szefa nie miała problemów.

W innych krajach taka forma uczczenia pamięci robi zawrotną karierę. W Stanach decyduje się na to 5% wszystkich rodzin, które wybierają kremację swoich zmarłych bliskich – opowiada Tomasz Salski, szef Klepsydry.

Jak powstaje diament? Po skremowaniu prochy razem z dokumentami zmarłego wysyłamy do amerykańskiej firmy Life Gem. Oni wydzielają z prochów węgiel i w specjalnej prasie przekształcają go w grafit, a potem w diament. Ten trafia później do Antwerpii, gdzie jest poddany szlifowaniu i oprawie – tłumaczy Dawidowicz.

Cały proces trwa kilka miesięcy, a rodzina może wszystko obserwować w Internecie. Przy składaniu zamówienia dostaje chroniony adres internetowy z loginem i hasłem, aby nikt inny nie mógł podglądać, co dzieje się z prochami bliskiej osoby. Koszt usługi? W zależności od wielkości diamentu, rodzaju szlifu i oprawy od 4 tys. nawet do 20 tys. euro.

Wojciech Krawczyk z Polskiego Stowarzyszenia Kremacyjnego uspokaja, że nowa usługa pogrzebowa nie jest profanacją zwłok. Diament powstaje tylko z części prochów, reszta trafia do urny i zostaje pochowana, a polskie prawo nie zabrania dzielenia prochów – tłumaczy.

Osobiście odradzałbym taką ekstrawagancję, bo sprawa jest kosztowna i katolik powinien zachować większą skromność. Ale jeśli ktoś się uprze i ma za dużo pieniędzy, to nie będzie to nic strasznego – tłumaczy ks. dr Dariusz Kowalczyk, Prowincjał Zakonu Jezuitów. (PAP)

Czego to ludzie nie wymysla? Pierwszy raz slysze o takich cudach. A podobno w Stanach bardzo to popularne… no coz, nigdy nie przyszlo mi do glowy, ze te diamenty na palcach tudziez szyjach moich znajomych moga byc ich zmarlymi przodkami… ale teraz baczniej juz bede sie temu przygladala:)

GOOD BYE

Good bye Ameryko!!! W sobote odlecieli do domu Stas i babcia. Pomyslnie przeszli przez odprawe, bez problemow przeszly tez ich walizy zapakowane na maxa i troszeczke wykraczajace poza dopuszczalne limity. Lecieli przez Paryz i podobno nie bylo zadnych problemow. Cali, zdrowi i z bagazami (tym razem) dotarli do domu w niedziele wieczorem. Pewnie jeszcze z tydzien beda dochodzili do siebie walczac z roznica czasu i jet leg, ale ciesza sie ze sa na swoich smieciach. Nie dziwie im sie. Powiedzenie "wszedzie dobrze, ale najlepiej w domu" sprawdza sie i u mnie w stu procentach. Uwielbiam podrozowac, ale wielka przyjemnosc czerpie z powrotow do domu. Mysle, ze tak jest z kazdym.

Skonczyly sie tez i dla mnie "wakacje". Przez ich pobyt tutaj czulo sie ta odrobine relaksu. Bylo sporo wyjazdow, probowalismy im jak najwiecej pokazac, a dzieki temu mielismy i my okazje odwiedzenia wielu miejsc gdzie normalnie pewnie bysmy nie dojechali. Mam nadzieje, ze wyjechali zadowoleni, wypoczeci, chociaz moze troche znudzeni, bo jednak wiekszosc czasu spedzali w domu. Taka jest niestety wada tego miasta, ze jezeli nie jezdzisz samochodem to jestes uziemiony i zdany na innych. Transport publiczny praktycznie nie istnieje.