Pattaya

Jak juz pisalam jestesmy na wczasach w Pattaya, w Tajlandii. Nalezy sie wiec kilka slow o tej Pattaya napisac. Miejscowosc jak najbardziej turystyczna, a wiec i turystow tlumy. Nie wiem czy teraz jest sezon czy nie sezon, ale ludzi tu jest mnostwo. A Rosjan najwiecej. Czasem wydaje mi sie, ze to jakies deja vu i powtorka z Sanya. Wszystkie napisy po rosyjsku, i tlumy Rosjan. Boze, oni sa wszedzie. Zawsze mi sie wydawalo, ze to Niemcow jest wszedzie pelno… ale Rosjanie bija Niemcow na leb. No i oczywiscie tradycyjnie biora nas za Rosjan. Tradycyjnie sie troche wkurzamy, troche smiejemy. Coz, gubi nas nasz "aryjski" wyglad:).  Generalnie sa tu same hotele i atrakcje turystyczne. Ale jakie… no ale moze o tym w osobnym wpisie. Skoro jest morze, sa tez i sporty wodne, lodki, nurkowanie, plazowanie, i wszystko co w morzu robic mozna. Sa centra handlowe, bazary i stragany pelne podrobek i arcydziela ludowego. Jest mnostwo restauracji, sporo swiezych owocow morza, itp. Generalnie jest tu wszystko, ale jakos tak nam ta Pattaya nie przypadla do gustu. Czegos tu brakuje, jakiejs atmosfery, jakiegos "ambiance". Bardziej niz gdzie indziej lokalni "zeruja" na turystach i zupelnie nie jest to miejsce dla rodzin z dziecmi. Nawet ulice nie przystosowane do spacerow z wozkiem. No coz, ale nie mozna tak narzekac. Cieszymy sie, ze mielismy okazje zobaczyc Tajlandie, cieszymy sie z pieknej pogody, ladnych widokow i odrobiny relaksu.

Taka sobie Tajlandia…

Do Bangkoku dolecielismy ok. 8
wieczorem. Na internecie wyczytalismy, ze prosto z lotniska jest autobus do
Pattaya, naszej docelowej miejscowosci. Pattaya polozona jest 150 km od
Bangkoku. Jest to bardzo znana miejscowosc turystyczna, oczywiscie nad morzem…
nie pytajcie mnie jakim. Nigdy nie wiem nad jaka woda sie znajduje. Myla mi sie
te oceany, morza, jeziora…. Ach powtorka z geografi by sie przydala…Okazalo
sie, ze ostatni autobus juz odjechal i zostaje nam taksowka. Nie bylo tak zle i
jak na taka odleglosc wynegocjowalismy nawet dobra cene. Do Pattaya
dojechalismy juz wiec w nocy. Nie zrobila ona nas dobrego pierwszego wrazenia.
Podobnie hotel. Sam hotel ladny, ale pokoj ktory nam sie dostal, okropny…Jezeli
to jest hotel 4-gwiazdkowy, to nawet nie chce wiedziec jak wygladaja 2
gwiazdki…cos im sie chyba te standardy pomylily. Na dodatek w hotelu mial byc
internet, ktory jest mi niezbedny do pracy… no jest, tylko, ze trzeba za
niego slono zaplacic ($20/dzien). Okazalo sie, ze w naszym pokoju jednak nawet
po zaplaceniu nie ma internetu gdyz nie ma modemu. No to wyslali speca z
kablami, srubokretami, itp. o godzinie 2 nad ranem…. Dopoki montowal cos przy
stoliku nic nie mowilam, ale jak mnie poprosil zeby zejsc z lozka bo musi cos
tam przymocowac, nie wytrzymalam i kategorycznie zazadalam, ze ma przyjsc
jutro… bo chcemy spac.

W swietle dziennym pokoj wygladal jeszcze
gorzej… natychmiast postanowilismy przeniesc sie do innego pokoju. Lepszy pokoj
sie znalazl, chociaz kazali nam do niego doplacic… I tak w tej Tajlandii do
wszystkiego kaza sobie doplacac. Coz, taki urok miejscowosci turystycznych.
Nowy pokoj okazal sie calkiem przyzwoity i od razu poprawil nam sie humor. Na
otuche mamy tez ladna pogode, fajne baseny i sliczna wode w morzu.

Raz wesolo, raz smutno…

Ostatnie tygodnie nie byly dla mnie
zbyt laskawe. Pracy sie narobilo od groma. Biore na siebie za duzo, potem sie
nie wyrabiam i strasznie sie tym stresuje. Chinska kancelaria zrobila mnie
odpowiedzialna za ich caly marketing. Wychodza z zalozenia, ze kazdy bialy zna
sie na marketingu. Rozmawiam wiec z magazynami w sprawie ogloszen, wymyslam
hasla reklamowe i redaguje strone internetowa. Jeden magazyn dla Cudzoziemcow w
Ningbo zaproponowal mi pisanie dla
nich artykulow w ramach promocji mojej kancelarii. Jako, ze lepszej reklamy nie
trzeba, musialam sie na to zgodzic. Oczywiscie oznacza to dodatkowa prace, a
niekoniecznie wiecej pieniedzy. Tak wiec bede miala swoja wlasna kolumne…. Juz
czuje sie jak Carrie z “Seks w Wielkim Miescie”. Tylko, ze moje artukuly beda
nudne, bo o prawie a nie o seksie…no chyba, ze to jakos polacze:).

O mojej macierzystej kancelarii z Cleveland
nie bede nawet wspominac. Tak mi daja w kosc, ze musze chyba podjac jakas
powazna decyzje. Ale czy jestem na to gotowa? I tak zle i tak niedobrze. Do
tego dwie olbrzymie transakcje, ktore mam przypieczetowac swoim
nazwiskiem…straszny stres. Dreczy mnie jeszcze wiele innych rzeczy, wiec na
blogu mnie prawie nie ma. Przykro mi z tego powodu, ale o smutasach i
problemach nikt nie chce czytac…wiec po co sie wysilac.

Mimo, ze nie jestem w nastroju na
rozrywke, postanowilismy sie troche “rozerwac” i wyskoczyc na tydzien do
“cieplych krajow”. Wybralismy Tajlandie. Zorganizowalismy wszystko w ostatniej
chwili. Przyzwyczajeni do latwosci zalatwiania wszystkiego w mig przez internet
w Stanach, bardzo rozczarowalismy sie pod tym wzgledem w Chinach. Agencje
turystyczne nie chca sprzedawac pakietow wyjazdowych cudzoziemcom bo boja sie
klopotow i odpowiedzialnosci. Wszystko musielismy zalatwiac wiec sami. Na
internecie jest niewiele, poza tym 
placenie miedzynarodowa karta kredytowa to skomplikowana operacja, ktora
zajmuje kilka dni. Pojecie “click to buy” po tej stronie kuli ziemskiej NIE
ISTNIEJE. Jako, ze na pomysl wyjazdu wpadlismy naprawde w ostatniej chwili,
cala ta organizacja kosztowala nas mnostwo nerwow, frustracji i kilka razy juz
dawalismy sobie spokoj. No bo jak tu sie nie zniechecic gdy bilet lotniczy, na
ktory system pozwala zrobic rezerwacje okazuje sie niedostepny gdy dzwonimy do
biura linii lotniczych. Podobnie hotele. Owszem pieniadze z karty kredytowej za
rezerwacje wezma, po to tylko, zeby na drugi dzien wyslac email, ze niestety
nie maja wolnych pokoi. I tak dalej, I tak dalej. No, ale udalo sie. Jedziemy.
Ciekawa jestem tej Tajlandii.

Sesja Zdjeciowa Amelii

Juz od dawna wybieralam sie do fotografa poleconego mi przez znajoma. Musialysmy wprawdzie z Mysia wybrac sie na caly dzien do jej miasta oddalonego od Ningbo 40 minut, ale naprawde warto bylo. Przede wszystkim trafila nam sie rewelacyjna pogoda. Niemalze caly dzien spedzilysmy na swiezym powietrzu. Mysia super bawila sie z dziecmi znajomej… 3-letnia Yin Yin i 8-letnim Bin-Bin (-em):))))).

No i nareszcie mamy za soba sesje fotograficzna. Nie poznawalam wlasnego dziecka. Dala sobie zrobic 80 zdjec, zmienic kilkanascie kostiumow, i ani na chwilke nie zaplakala… nie wiem co jej sie stalo. Normalnie przy ubieraniu i rozbieraniu wyczynia cuda…W studio towarzyszyly nam dzieci znajomej i to byl najlepszy rozsmieszacz i zabawiacz:). Zdjecia wyszly przepiekne, Amelcia pozowala jak profesjonalna modelka. Ja tarzalam sie po podlodze zeby ja zabawic i jednoczenie asekurowac… a niektore pozy byly calkiem niebezpieczne. Coz, liczy sie efekt… a ten jest rewelacyjny. Ponizej kilka zdjec "na smak":)

http://widget-e5.slide.com/widgets/slideticker.swf

Fenomen “Naszej Klasy”

Genialne. Wciagajace. Super sposob
na odnalezienie znajomych ze szkoly i nie tylko. Jezeli jeszcze sie tym nie
zaraziliscie to jest to tylko kwestia czasu. Nie chce tu robic tworca tego
portalu darmowej reklamy, ale pomysl jest rewelacyjny. Wiem, ze podobne strony
istnieja juz w innych krajach, ale Nasza Klasa jest taka nasza, swojska. To nic, ze nawigacja troszke pokiermaszona, ze strona laduje sie godzine, i tak ja kocham!
Koniecznie, koniecznie zachecam, namawiam i agituje… odnajdzcie swoich
znajomych na Naszej Klasie, a bedziecie mieli tyle frajdy co ja. Odzywaja sie
ludzie, z ktorymi nie widzialam sie 10 lat lub wiecej… rekordem chyba jest
kolega mojego brata ze szkoly sredniej, ktorego ostatni raz widzialam jakies 15
lat temu. Poza tym uwielbiam ogladac zdjecia dzieci moich znajomych. Uwielbiam
patrzec jak “imprezowicze” zamienili sie w przykladnych tatusiow. Generalnie
moi znajomi rozpierzchli sie po Polsce i po swiecie. To, ze ja jestem w Chinach
to juz nic egzotycznego. Okazuje sie, ze byc moze niedlugo przeniesie sie do
Sznghaju kolezanka ze studiow z rodzina. A dowiedzialam sie o tym oczywiscie na
“Naszej Klasie”. Super jest codziennie zagladac na ta strone i z usmiechem na
ustach akceptowac kolejne zaproszenia. Kazde nazwisko przywoluje jakies tam
wspomnienia. Czasem nie pamietam nazwisk, wtedy pomagaja zdjecia.  Naprawde fajna zabawa z ta  Nasza Klasa!!!!

Z Nowym Rokiem…

Z Nowym Rokiem nowe zycie. Na serio
zaczelam chodzic do pracy. W zasadzie kazdego dnia pojawiam sie w biurze. To
nowe biuro jest super, ladne, czyste, po prostu nowe. Mam wiecej do czynienia z
pozostalymi prawnikami w naszej kancelarii i oni ze mna. I o to chodzi. Ja mam
sie od nich uczyc jak funkcjonuja firmy chinskie, a oni ode mnie jak dziala
system Amerykanski. Taka obopolna korzysc. Zostalam wlaczona w szeregi
chinskich pracownikow. Dostalam karte lunchowa do pobliskiego baru, wejsciowke
do pracy, etc. Naprawde czuje sie chinskim robolem:).

Mam sporo czasu w pracy, mam wiec
zamiar nadrobic bloga, uporzadkowac zdjecia, poszperac troche na internecie i
moze zaczac realizowac od miesiecy odkladane pomysly.

Nadal spotykam sie z chinskimi
klientami, uczestnicze w oficjalnych spotkaniach z tutejszymi wladzami, etc.
Wlasnie jutro mam takie spotkanie. Otoz, szef tutejszej Izby Adwokackiej
przychodzi do naszej kancelarii z wizyta(-cja). Gdy zapytalam co on tak naprawde
bedzie tu robil, odpowiedziano mi, ze przyjdzie zachecic prawnikow do ciezkiej
pracy, zobaczyc nowe biuro, odpowiedziec na pytania. Czyli taki ogolny
BS….typowe w Chinach. Rozwina czerwony dywan, wrecza sobie kwiaty, poklepia sie
po plecach i wszyscy szczesliwi….tzw. budowanie wzajemnego zaufania. Cos mniej
wiecej jak scena z filmu “Alternatywy 4”;).

Od przyszlego tygodnia wracam do mojej chinskiej szkoly. Wszystko juz zapomnialam i teraz martwie sie jak ja sobie poradze. Trzeba bedzie przysiasc. Zmienila nam sie nauczycielka. Dziewczyny mi donosza, ze ta jest sroga i duzo zadaje. Ah, zachcialo mi sie znowu usiasc w szkolnej lawie.

Tak wiec wiele planow, pomyslow, nadzieji wiaze z tym Nowym Rokiem. Juz nie mowie o moich osobistych postanowieniach poprawy, ktore sa niezmiennie takie same od kilku lat:). Zazwyczaj trwam silnie mniej wiecej do polowy stycznia… alez czlowiek to slaba kreatura!

SYLWESTER!!!!

Nie moge pominac tego wydarzenia.
Zaczelismy od kolacji w Sheratonie. Spotkalismy sie tam ze znajomymi. i to byla
glowna atrakcja kolacji. Sheraton generalnie przereklamowany i troche nas
rozczarowal. O 7 jak tam dotarlismy, buffet wygladal, jakby zostaly same
resztki. Moze i zostaly, bo chmary Chinczykow krazyly miedzy “stoiskami”
niemalze wyrywajac sobie jedzenie z rak. Takie ladne miejsce, az szkoda, ze tak
sie nie spisali. No ale co tam. Po kolacji wyruszylismy
do barow. Nie bylismy pewni co sie gdzie bedzie dzialo, ale nawet niezle
trafilismy. Zaczelismy od Irish Pub… pozniej zahaczylismy o Francuski bar,
gdzie przywitalismy NOWY ROK , by w koncu wyladowac w meksykanskiej
restauracji, gdzie swietnie bawilismy sie w rytm muzyki Latino… Taka muzyka
rozgrzeje nawet dosyc konserwatywne dusze. Ramie w ramie  bawili sie z nami sztywni na codzien Anglicy i
60-letni ojciec znajomej z Mauritiusa.

Do domu wrocilismy ok 3 i z
pewnoscia mozna uznac zabawe za udana…

Ayi po raz pierwszy zostala z Melia
na noc! Podobno mala poszla spac juz o 8 wiec nie bylo problemu. Zreszta
Amelcia ostatnio nawet woli towarzystwo Ayi niz nasze. Jak ja wychodze do pracy
to macha mi raczka z usmiechem na buzi, a jak Ayi idzie do domu… Amelcia
placze…. Chyba nie lubi wlasnej matki to moje dzieckoJ. Pocieszam sie, ze
wieczorem jak ja usypiam to we mnie sie wtula i zaklada mi na szyje te swoje
pulchniutkie lapki.

Bozonarodzeniowe Refleksje

Moze dlatego, ze jestem daleko od
domu, czy tego w Polsce, czy w Cleveland,
a moze po prostu starzeje sie i latwiej mi nabrac dystansu do pewnych rzeczy… w
kazdym razie przy okazji Bozego Narodzenia nachodza mnie takie rozne refleksje.
Jako, ze emaile i ten blog sa dla nas jedyna forma komunikowania sie ze
znajomymi, zaczelam zwracac uwage na to co ludzie pisza. Nie chodzi o to, ze
wczesniej nie czytalam wiadomosci, nie. Teraz jednak zwracam uwage na inne
rzeczy. Zauwazylam na przyklad, ze pod tegorocznymi zyczeniami podpisalo sie
wiele samotnych imion. Imion, ktore jeszcze niedawno byly zwiazkami. Do tej
pory podpisywaly sie jako pary lub rodziny. Tego roku juz nie ma par, nie ma
rodzin. Bardzo mi przykro z tego powodu. Podobnego wraznia doznalam w Polsce
kiedy dowiedzialam sie ze kolejnych kilka znajomych par albo juz sie rozwiodlo
albo jest “na krawedzi”.

Inne spostrzezenie to takie ze
znacznie powiekszyla mi sie lista adresowa. Z tego akurat sie ciesze. Odkad
jestesmy w Chinach, poznajemy mnostwo ciekawych ludzi. Nie mowie, ze wszyscy od
razu zostaja naszymi przyjaciolmi… ale jest sporo naprawde fajnych ludzi. Moze
bardziej sie rozumiemy gdyz wszyscy jestesmy z dala od rodzin, domow… mamy wiec wiele wspolnego.