Pieniadze to nie wszystko…

Jak juz zlozylam swoja prosbe u Bawola o wiecej pieniedzy, to teraz zamieszcze wpis jak to pieniadze szczescia nia daja… powiewa hipokryzja… zaraz sie pewnie na mnie rzuca z wirtualnymi kamieniami…, Coz, czasem lubie prowokowac.
Jako, ze przygotowuje spotkania w Chinach z roznymi kregami biznesmenow i inwestorow, odswiezam kontakty z moimi znajomymi. Ci, z kolei, przedstawiaja mnie swoim znajomym… itd. Wczoraj dostalam email od znajomych moich znajomych. Juz kiedys o nich na blogu pisalam… bardzo zamozni ludzie. Swego czasu zabrali nas na pamietna wyspe, zorganizowali spotkanie z burmistrzem tej wyspy i wozili nas od restauracji do restauracji, goszczac przez caly dzien….Wlasnie dowiedzialam sie, ze ta Znajoma zaszla w ciaze z drugim dzieckiem. Jako, ze, jak sama stwierdziala, sprzeciwili sie polityce jednego dziecka, musiala ukryc sie na czas ciazy. Kilka tygodni temu urodzila slicznego, zdrowego synka, ale nadal znajduja sie w ukryciu, w odleglym miasteczku. I sa to ludzie, ktorzy naprawde moga sobie pozwolic na pewnie 10-ro dzieci, pewnie stac ich na zaplacenie srogiej kary… Nie rozumiem dlaczego sie ukrywaja i jak dlugo to potrwa. Beda przeciez musieli gdzies to dziecko zarjestrowac i przeciez sie wyda….przypuszczam tylko, ze moze chodzilo o ukrycie sie na czas ciazy, zeby nie zmusili cie do aborcji, bo jest to dosyc powszechne… Coz, zycze im jak najlepiej….mam nadzieje, ze uda mi sie z nimi spotkac podczas mojego pobytu w Ningbo.

Niech Bawol Szczescie Przyniesie…

 Jak juz wyczerpalismy wszelkie mozliwe sily wyzsze, odwolalismy sie do Mikolaja, Gwiazdki, Noworocznego Szmpana… i wszystko to zawiodlo… jedyna nadzieje w Bawole. Wlasnie rozpoczal sie Chinski Nowy Rok, w tym roku znakiem patronujacym jest Bawol. Sprawdzilam swoj chinski horoskop…. Zajacom… a, tak, tak, Jestem Zajacem…. podobno ma sie nieziemsko poszczescic w Roku Bawola! Mam nadzieje, ze maja na mysli troche wiecej niz "zajecza kapuste"…moze chociaz "ludzka kapuste", ktorej nigdy wystarczajaco duzo;) a zatem…

SZCZESLIWEGO BAWOLEGO ROKU….

Zimujemy…

Hub pochloniety swoja praca, sporadycznie do nas zaglada.  Ja spie z Mysia na dole, wiec nawet w nocy sie nie widzimy….mijamy sie w kuchni przy stercie brudnych naczyn….jak "roommates" na stancji…..Telefon praktycznie nie do uzytku, bo on non-stop gada…. klienci sa w Europie, wiec normalne sa konferencje o 7 rano (naszego czasu), a zespol grafikow jest w Indiach, wiec zdarzaja sie i telefony o 9 wieczorem… Chcac korzystac z telefonu domowego musze niemalze umawiac sie z kilkudniowym wyprzedzeniem… Cale szczescie, ze jest komorka… pod warunkiem, ze dziala… bo ostatnio mi szwankuje. Chcialam juz psy wieszac na AT&T, ale sprytnie przelaczyli mnie do Apple… ze niby iPhone, to niech sie martwi Apple….apple nie apple, grunt ze problem rozwiazali i telefon dziala.

Zimujemy wiec sobie z Mysia…staram sie codziennie cos z nia robic. A to gdzies pojedziemy, a to spacer… szkoda, ze polamalysmy sanki….czekamy na nowe. Pewnie zima sie skonczy, a sanek nie bedzie:( Trzy razy w tygodniu zabiera mi Myske tesciowa. Mam wiec troche czasu zeby popracowac. A ostatnio nawet mam sporo pracy, kilka ciekawych spraw… no i oczywiscie organizacja lutowego wyjazdu do Chin… tak, tak… o ile wszystko dobrze pojdzie, a Bawol (w ktorego rok wlasnie wkraczamy) przyniesie mi szczescie… 19 lutego lece do Chin…. Ciesze sie. I zawodowo i prywatnie.

Zaprzysiezenie Obamy

Dzis uroczyscie i oficjalnie zaprzysiezono Baracka Obame na 44 prezydenta Stanow Zjednoczonych. Uroczystosci odbyly sie oczywiscie na Kapitolu w Waszyngtonie. Oczywiscie wydarzenie transmitowane bylo na zywo na kazdym kanale telwizyjnym. Wszystkie gazety sie o tym rozpisywaly. Komentowano na prawo i lewo… mnie najbardziej podobalo sie zestawienie na yahoo. Krotko i zwiezle podsumowano plusy i minusy calego wydarzenia:

Na plus: Swietnie przygotowana przemowa inauguracyjna Obamy, suknia Michelle i plaszczyki dziewczynek, a takze milionowe tlumy przybyle do D.C. mimo zimna i niewygody….

Na minus: pomylka Obamy i zaprzysiegajacego go Sedziego Robertsa…w przysiedze, brak zatwierdzenia Hillary Clinton jako Sekretarza Stanu… jeden z senatorow blokuje formalne zatwierdzenie…. oraz to, ze zaraz po zaprzysiezeniu indeksy na Wall Street stracily po 2%…

Update o przedszkolach…

Jak juz sie wyzalilam jakie to sa baznadziejne te przedszkola tutaj, dzisiaj, chyba na poprawe humoru los wyslal mnie do dwoch calkiem fajnych przedszkoli…Jedno dosyc drogie, drugie srednie cenowo. Obydwa ladne, czyste i calkiem niedaleko…Usmiech wrocil na moja twarz, bo przynajmniej wiem, ze jest opcja.
Podoba mi sie, ze Mysia zaczelaby sie uczyc przebywania z dziecmi, pewnej dyscypliny. Dobrze, za zaczela by sie uczyc, przebywac w srodowisku angielsko jezycznym. Tylko nie jestem pewna, czy jest juz na tyle duza zeby "bezstresowo" zniesc taka dyscypline i wszystko robione na godzine… od..do.. W domu ma przeciez luz, w zasadzie to my dostosowujemy sie do niej. Spi kiedy chce, je kiedy i co chce… generalnie ma fun, zabawy… i rozpieszczanie….Nagle przejscie na bardzo rygorystyczny rozklad dnia bylby dla niej malym szokiem… i nie wiem czy juz jej to serwowac, skoro mamy inne opcje… Ot, rozterki mlodych rodzicow.

Akcja “Przedszkole”

Mama wyjechala i kwestia opieki nad Mysia powrocila na pierwszy plan. Zaczelam rozgladac sie za przedszkolem. Co wiecej mialam okazje odwiedzic kilka przedszkoli w okolicy.  O ile bardzo podobaja mi sie programy, zajecia z dziecmi, nauka literek, kolorow, etc, to troche jestem rozczarowana co do jakosci i wygladu przedszkoli. Nie przesadzajac, przedszkole z mojego dziecinstwa, w badz co badz, komunistycznej Polsce i malej miejscowosci, o NIEBO bylo lepsze….ladniejsze…. przytulniejsze i na pewno czysciejsze…

A tu niby jedno z najbogatszych panstw swiata, niby na dzieci sie chucha i dmucha, niby pozywa sie producentow zabawek jak lalce wypadnie oko, niby szczepi sie dzieci na wszystko pod sloncem… a takie przedszkola… do niczego. I dodam, ze sa to przedszkola prywatne, bo w grupie wiekowiej Amelki, panstwo nie zapewnia wychowania przedszkolnego, dopiero od 5 lat. No wiec wydawac by sie moglo, ze skoro przedszkole jest prywatne, to "klient nasz pan" i trzeba o niego dbac i zapewnic komfort… a tymczasem:
-duza nieprzytulna sala podzielona na boksy…
-kurtki wisza na korytarzu, poniewieraja sie buciki i czapki
-panie "przedszkolanki" ubrane w dresy lub jeansy i bluzy z kapturem, do tego nieumyte wlosy, z odrostami z zeszlego roku
-po korytarzu przemyka cuchnaca papierosami pani z mopem (chyba wozna)
-na scianie wywieszka dla grupy 3  (2 latki): "dzis panuja nastepujace choroby: pink eye and zapalenie oskrzeli….."tuz obok taca z ciastkami i kawa dla rodzicow przyprowadzajacych dzieciaki…. well, smacznego!

Nie wiem, moze przesadzam, moze za duzo wymagam…? Wiem, ze przedszkole jest w sumie dobra instytucja, ze dzieci sie tam sporo ucza, ze ja w domu nigdy nie bede w stanie zapewnic jej tyle atrakcji… ALE:
Czy 2-letnia Mysia gotowa jest na taka dyscypline, na posilki na godzine, na to, ze w miedzyczasie nie dostanie nawet ulubionego banana? Na drzemke miedzy 12-2, a nie wtedy kiedy jej sie zamani?
No coz, zobaczymy… oprocz przedszkola rozwazamy jeszcze nadal Chinska nianie, a ostatnio pojawila sie opcja, ze Mysia zajmie sie kolezanka, ktora ma synka w wieku Amelki. Sama nie wiem co wybrac…. doradzcie!!!!!

Florida…..2009

Fort Myers/Naples
Na Florydzie wyladowalismy pozno w nocy. Przylecielismy do Ft. Myers… chcemy skorzystac z okazji i zobaczyc rowniez zachodnie wybrzeze Florydy. Mimo poznej godziny bylo cieplo. W zestawieniu z zimnym Cleveland czy snieznym Bostonem, 60 F na Florydzie wydawalo sie rajem. Krotka noc w hotelu w Ft. Myers i wyruszamy w droge… Przejezdzamy obok plaz i z zazdroscia patrzymy na rozebranych turystow leniwie wypoczywajacych nad oceanem. Gdyby nie to, ze do wieczora musimy dojechac do Miami, chetnie wskoczylibysmy do wody “tu i teraz”. Wreszcie nie wytrzymujemy i zatrzymujemy sie w Naples. Natychmiast pedzimy na plaze  i sprawdzamy temperature wody. Ciepla. Podobnie jak piasek, po ktorym chodzimy. Samo miasteczko Naples tez przyjemne. Sa sliczne uliczki w europejskim stylu, eleganckie restauracje i mnostwo galerii. Powoli zaczynam rozumiec koncept spedzania na Florydzie “jesieni zycia”. Tu jest bosko, i jezeli w zimnym Ohio czy Michigan nie trzyma cie juz nic… czemu nie spedzic emerytury w ciepelku i egzotyce Florydy?

Miami
Przedzieramy sie przez bagna poludniowej Florydy. Banery zachecajace do ogladania krokodyli mnoza sie jak gdzyby po deszczu. Z tego co widze, to turystow chciwych “mocnych wrazen” jest chyba wiecej niz tych krokodyli. Juz samo przedzieranie sie przez te gestwiny jakas stara lodka podnosi adrenaline, a co dopiero swiadomosc, ze wkraczamy na terytorium “Pana Crocco’a”. Natychmiast przypomina mi sie “Powrot do Edenu”, czy jak tam sie ten film nazywal….. i jezeli przez chwile mialam ochote na taka wycieczke, momentalnie mi przeszlo.
Do hotelu w Miami docieramy pod wieczor… zreszta wieczor tutaj to 5 po poludniu. Wyjatkowo wczesnie robi sie ciemno…Jeszcze kolacja, zameldowanie sie w hotelu i wieczorny spacer po okolicy. Mieszkamy w Coconut Grove, dzielnicy Miami polozonej nad samym wybrzezem. Jest pieknie, cieplutko, a odleglosci kilku minut od hotelu mamy wspaniale centrum pelne restauracji, sklepow i kawiarnianych ogrodkow. Nie dziwi nas, ze cale zycie odbywa sie tu na zewnatrz… jest zdecydowanie przyjemniej niz w klimatyzowanym “srodku”.
Kolejny dzien poswiecamy na odwiedzenie Seaquarium, ogrodu botanicznego i innych atrakcji. Zachwyca nas roslinnosc, ciesza kolory. Seledynowa woda kontrastuje z bialym piaskiem. Palmy na tle blekitnego nieba wygladaja jak z obrazka…do tego super jachty w zatoce i  wieczorne kolorowe swiatla na South Beach…. Oh…. Tutaj to jest zycie… tak mi sie przynajmniej (naiwnie) wydaje. Na South Beach znajduje sie mnostwo hotelikow w stylu Art-Deco. Kazdy inny, niecodzienny, ciekawy. Ludzi mnostwo, chociaz to srodek tygodnia, az zyc sie chce. Spacerujemy wzdluz oceanu, podziwiajac luksus i podgladajac ludzi. Podejrzanie duzo “meskich par”, ale kto by sie czepial…. Najwazniejszym wydarzeniem dnia jest tajemnicze znikniecie Elmo, ulubionego pluszaka Mysi… no zapadl sie ten czerwony stwor pod ziemie…. Nie wspomne, ze to juz drugi Elmo, ktory “ginie’ w niewyjasnionych okolicznosciach w ostatnim czasie… Mysia szuka swojego “przyjaciela”… jest jej smutno… cale szczescie, ze takie smutki daje sie latwo naprawic…Kupujemy czerwonego Elmo w czerwonym Target…..
Kolejny dzien naszego pobytu w Miami to nic jak tylko czyste leniuchowanie…. Chcialabym, napisac, ze wylegiwalismy sie na plazy, ale tak naprawde spacerowalismy po niej i ganialismy za Amelka… ta, z kolei, bala sie wejsc do wody. Swoja droga przyznam, ze jak na taka ciepla temperature powietrza, woda byla zimna… sama zamoczylam tylkgo nogi.

Ft. Lauderdale/West Palm Beach
Nastepnego dnia, konczymy zwiedzanie Miami, posilamy sie “fish&chips” na promenadzie i przemieszczamy sie do Fr. Lauderdale i West Palm Beach. Zatrzymujemy sie w kazdym z nich, cpykamy zdjecia jak japonscy turysci i  po raz kolejny rozkoszujemy sie przyjemnym widokiem: palmy, woda, piasek, ludzie…..
W West Palm Beach odwiedzamy ciocie Huba, ktora niedawno sie tam przeprowadzila… Ciocia podejmuje nas po polsku, flakami i "kielbasa z Chicago…" co jest milym urozmaiceniem w naszym “knajpowym” jadlospisie…Zza wysokich plotow podgladamy jeszcze (za)moznych tego swiata: Wieze Trumpa, posiadlosc Rosie O’Donnell. Wille, ogrody, luksusy… dokladnie jak na filmach…Bosko.

Orlando
Wieczorem docieramy do Orlando. Nie mamy wystarczajaco czasu aby odwiedzic slynne parki Disney’a.  Ktos polecil nam sliczny Etola Park z olbrzymim placem zabaw. Spedzamy tam mile przedpoludnie, a jedynym zgrzytem jest “zgrzyt” a raczej wrzask Mysi, ktora na sile wynosze z placu zabaw….  Po poludniu Hub ma kolejna konferencje telefoniczna, a “dziewczyny” zabijaja  czas w olbrzymim centrum handlowym. Uwielbiam znaki z informacja, ze towar jest przeceniony o 70-80%… Nie, zeby szalec, ale cos tam zawsze sie znajdzie…nawet Mysia wybiera sobie bluzeczki….rosnie z niej prawdziwa mala kobietka…
Pozno w nocy wracamy do Cleveland, ktore wita nas mrozem, sniegiem i slizgawica na drogach. Wycieczka dobiegla konca… przed nami brutalna rzeczywistosc. Na szczescie, za nami mile wspomnienia, 2000 zdjec z palmami w tle i obietnica, ze kupujemy condo na Florydzie….:)

Boston

Mielismy w Cleveland swego czasu super paczke przyjaciol. Z uplywem czasu paczka zeczela sie kruszyc, ludzie zaczeli sie rozjezdzac w rozne krance kraju. Jedni wyprowadzili sie do Phoenix, drudzy do Nowego Jorku, a trzeci, wlasnie do Bostonu. Przykro mi bylo ich pozegnac, ale jak mozna bylo odrzucic propozycje pracy na Harvardzie….kazdy na ich miejscu zrobilby to samo. Po prawie dwoch latach M&M juz na dobre zadomowili sie w Bostonie.  W drodze drugi synek, a kariera naukowa jak najbardziej posuwa sie do przodu… Sylwester 2008 dane nam bylo spedzac w tym wlasnie wspanialym gronie przyjaciol. My, przyjaciele z Arizony i Bostonczycy mielismy nareszcie chwilke aby powspominac dawne czasy, nacieszyc sie widokiem rosnacych dzieci i nadrobic ostatnie dwa lata… oczywiscie czasu bylo malo… ale i tak jestesmy wdzieczni, ze moglismy sie spotkac. W mieszkanku M&M zageszczenie zrobilo sie straszne. Siedmioro doroslych I czworka “toddlerow” robili niemale zamieszanie. Przy okazji mama zobaczyla Boston, odwiedzila laboratorium M i obfotografowala sie na kampusie Harvardu na prawo i lewo.

Juz Po…

Po swietach, po Nowym Roku, po spotkaniu po latach w Bostonie, po wczasach na Florydzie, po odlocie mamy do Polski, po wylocie Huba do Texasu…. dzialo sie duzo. Zmieniali sie ludzie wkolo, miejsca, hotele, strefy klimatyczne. Caly ten tydzien jestem sama z Mysia w domu, wiec nie wiem czy uda mi sie nadrobic zaleglosci i wszystko to opisac i udokumentowac zdjeciami… obiecuje sie postarac…