Musze to jak najszybciej opisac, tak jeszcze na goraco, dopoki
jeszcze pamietam szczegoly i dopoki sa jeszcze we mnie te wszystkie emocje.
Wlasnie wrocilismy ze szpitala dziecinnego. Nie, nic
powaznego sie nie stalo. Amelka od kilku dni kaslala i miala katar, ot takie
zwykle przeziebienie. Chyba zarazila sie ode mnie bo ja tez kicham i prycham.
Nie miala temperatury i ogolnie normalnie sie zachwowywala, ale dla pewnosci
postanowilam ja wziasc do lekarza. Chcialam tez zobaczyc jak to wszystko
wyglada i gdybym jeszcze kiedys (Nie daj Boze) musiala isc z Mala do lekarza to
bede juz wiedziala, jak, gdzie i co.
Poprzez znajoma pielegniarke mojej znajomej zostalismy
umowieni na 9:30 rano. Pielegniarka
ta mowila po angielsku i w ogole byla nam bardzo pomocna. Powiem wiecej, gdyby
nie ona absolutnie nie dalibysmy sobie rady. Jezyk Chinski… niezbedny.
No wiec zaladwoalam Amelie, Ayi i siebie do taksowki i
pojechalysmy do szpitala dla kobiet i dzieci. Szpital ogromny, ludzi chyba
tysiace… jak wszedzie zreszta. Anjili (znajoma pielegniarka) czekala na nas na
piatym pietrze. Jest tam taki oddzial, niby ze specjalistyczny. W gwarze
tutejszych obcokrajowcow nazywa sie on VIP. Trik polega na tym, ze placi sie
tam za wizyte, jak na Chinskie warunki, sporo-120 RNB, czyli jakies $14. Na
pierwszym pietrze, gdzie ida wszyscy oplata wynosi 1-2 RNB… czyli roznica jest
ogromna. A roznica w obsludze tez jest ogromna. Na pierwszym pietrze czeka sie
na lekarza okolo 4-5 godzin. Na piatym pietrze… jakies 15 minut… Szpital jest
tylko dla dzieci i matek… tak wiec mozecie sobie wyobrazic tysiace kobiet w
ciazy i jeszcze wiecej dzieci. Dzieci sa chore (wiadomo), placza wiec, wymiotuja,
sikaja… nieciekawy widok. Sam szpital jest dosyc ladnie urzadzony… tylko nie da
sie utrzymac czystosci przy takiej masie, jaka tam sie przewija. No po prostu
sie nie da. OK. Anjili wprowadzila nas wreszcie do gabinetu. Lekarz, nie
przesadzajac, mial chyba z 80 lat. Rece mu drzaly, troche nie doslyszal. Mnie
generalnie zignorowal. Rozmawial z Anjili i z Ayi, ktora opisywala symptomy.
Generalnie kaszel i katar. Cale badanie Malej zajelo lekarzowi jakies 2 minuty…
za to wypisywania form, druczkow, recept, ksiazeczek bylo 20 minut. Po
trzykrotnym dotkniecu Amelki stetoskopem lekarz stwierdzil, ze Mala ma
astme….tak przynajmniej przetlumaczyla mi to Anjili z pomoca elektronicznego
tlumacza. Pozniej wyjasnila, ze nie astme, tylko "chyba" alergie…
Cala procedura przyjmowania pacjentow jest mniej wiecej podobna
jak wszedzie indziej na swiecie. No prawie…np. Gabinety lekarskie sa otwarte,
kazdy moze sobie wejsc, zajrzec… oczywiscie jak my bylysmy w srodku kilka
ciekawskich osob wscibilo glowy przez (otwarte) drzwi. No i typowy dla
chinskiego szpitala widok ludzi pod kroplowkami. Cale rzedy dzieci i matek z
kroplowkami w zylach leza pokotem w poczekalni…Anjili probowala mi to wyjasnic…
ale nic mnie nie przekonywalo… w koncu stwierdzila, ze taki jest chinski
zwyczaj.
Lekarz przypisal Amelci leki. Mimo, ze poprosilam o
zachodnie, dostalam jeden zachodni a jeden jakis chinski specyfik. Lek zachodni
to “Singulair” znany mi lek na alergie dla doroslych. Na opakowaniu Ayi
doczytala sie, ze to jest wersja dla dzieci od 2 do 5 lat. Przypomne, ze Amelcia
ma niecale 8 miesiecy. Do tego sa to tabletki do ssania… lekarz stwierdzil, ze
to sa takie slodkie tableteczki to dziecko sobie possa… Ale jak wytlumaczyc 8
miesiecznemu brzdacowi, zeby ssac… a nie polykac i sie nie udusic? . Luz. Z grzecznosci wysluchalam jak stosuje sie ten
chinski specyfik.. jakies ziola rozpuscic w wodzie i podawac trzy razy
dziennie. Dzieki. Medycyny nie konczylam, ale cala ta diagnoza i lekarstwa mi
sie nie podobaja. Jak na razie Amelcia nie dostanie nic. Juz czuje sie lepiej,
mam nadzieje, ze jeszcze dzien, dwa i zupelnie przejdzie jej kaszel. Raz w
tygodniu przyjezdza niemiecki lekarz z Szanghaju. Jezeli Amelci kaszel nie
przejdzie wybierzemy sie do niego w przyszlym tygodniu.
Jak tylko wrocilysmy do domu, Ayi chciala dawac malej leki.
Ze slownikiem i jezykiem “migowym” wytlumaczylam jej, ze nie bedziemy na razie
zadnych lekow podawac. Spojrzala tylko na rachunek z apteki i pokiwala
glowa…nawet nie chce wiedziec co sobie o mnie pomyslala.