Doczakac sie nie moglam jak wyskocze z tego samolotu i usciskam moja Myszke… Boze tak za nia tesknilam…. Tymczasem dowiaduje sie, ze Mysia rozrabia w przedszkolku…. na wszystko odpowiada "nie", nie slucha sie pani, a wczoraj podrapala nawet kolezanke. Nie wiem czy to taki wiek, czy moze Mysia robi sie bardziej agresywna, czy moze to przedszkole takie nie za bardzo. Trzeba sie bedzie zastanowic po nowym roku czy jej nie przeniesiemy… coraz czesciej zdarzaja sie nauczycielkom "wpadki". A to wlosy nieuczesane, a to buciki zalozone na zla noge, a to ubranie ubrudzone… troche juz tego ostatnio za duzo. A jak Hub zaczal zwracac im uwage, to one zaczely sie skarzyc na Amelcie… dziwny zbieg okolicznosci…
Jutro Haloween.. Amelus przebiera sie za Mickey Mouse… mam nadzieje, ze bedzie cieplo bo sukienka Mickey nie za gruba i obawiam sie, ze Mickey moze troszke pupka zmarznac… Tymczasem pedze kupic wiadro cukierkow bo dzieci przyjdzie jutro mnostwo…. i trzeba bedzie miec zapasy.
Month: October 2009
Atlanta
W innych okolicznosciach to nawet cieszylabym sie z dwoch dni tylko dla siebie, ale tym razem to chcialabym juz byc w domu, z Mysia.
Staralam sie jednak wykorzystac ten czas wolny na maksa. Wyruszylam wiec na zakupy, ktore zakonczyly sie "absolutnym sukcesem";), martwie sie tylko teraz jak ja sie zabiore z olbrzymim Barney i torba ubranek dla Mysi… i mamusi;). Spedzilam 2 godziny u kosmetyczki, powoli popijalam kawe obserwujac przechodniow w pobliskim Starbacks’ie. Wzielam dluga kapiel, polezalam w lozku do 10, czyli mniej wiecej zrobilam to na co nigdy nie mam czasu w domu. Nadrobilam troche zaleglosci biurowych, poodpowiadalam na zalegle emaile, przewisialam na telefonie z Hubem, czyli mozna powiedziec, ze pozytecznie spedzilam weekend.
Jeszcze tylko odbebdnie jutrzejsze spotkanie i wracam do domu… juz nie moge sie doczekac.
Na wysokich obrotach (i obcasach)
Ten tydzien byl naprawde intensywny. Juz prawie tydzien jestem poza domem w podrozy sluzbowej. Mnostwo stresu, proces, spotkania z klientami. Codziennie na wysokich obrotach i na nogach od rana do wieczora, tak wiec nogi bola od wysokich obcasow.
Najpierw postepowanie arbitrazowe w North Carolina gdzie wraz z kolezanka reprezentowalysmy firme budowlana. Spor dotyczyl kilkumilionowego projektu, ktory moj klient wybudowal dla developera. Budynki stoja, ludzie mieszkaja a developer odmawia zaplaty twierdzac, ze to moj klient powinien mu zaplacic bo jakosc wykonania byla tak tragiczna ze musial wszystko poprawiac i poniosl wysokie koszty. Sprawa bardzo ciekawa do obrony ale trudna pod wzgledem ilosci dokumentow, swiadkow itp. Przez 2.5 dnia przesluchiwalismy wiec swiadkow, prezentowali argumenty, przedstawiali tysiace domkumentow, zdjec i innych dowodow. Poniewaz byl to arbitraz nie znamy jeszcze wyroku. Arbiter ma kilka tygodni na wydanie wyroku ktory nota bene jest niepodwazalny i nie podlega apelacji.
Po zakonczeniu procesu, pojechalam na spotkanie z innym klientem, rowniez firma budowlana. A wieczorem juz siedzialam w samolocie do Atlanty, na serie kolejnych spotkan.
Spotkanie mialo odbyc sie w piatek, ale zostalo przelozone na poniedzialek. Mam wiec caly weekend w Atlancie i korzystam z chwili swobody…przygotowujac sie do spotaknia i nadrabiajac biurowe zaleglosci.
Praca, praca, praca
Nie chce narzekac, ale dawno juz tak ciezko nie pracowalam. Wracam do domu o 10-11 w nocy, dziecka prawie nie widze, nie uczestnicze w zyciu domowym. Mam duzo pracy, co oczywiscie jest dobre, ale zastanawiam sie jak dlugo tak pociagne. Doszedl tez stres, bo mam kilka duzych spraw, gdzie w gre wchodza naprawde duze pieniadze moich klientow… Caly zeszly tydzien przeprowadzalam "depositions" czyli przesluchania swiadkow. W Polskim systemie prawnym nie ma czegos takiego, ale tutaj strony w sporze maja prawo wzajemnego przesluchiwania swiadkow poza sadem, przy uczestnictiwie stenotypisty (?) i pod przysiega. No i takie przesluchania swiadkow w jednej z moich spraw ciagnely sie przez kilka dni po 7 godzin dziennie. Siedzialam tylko i krew mi sie gotowala jak moj klient sam sie wkopywal, wpadajac w coraz to kolejne pulapki zrecznie zastawiane przez adwokata strony przeciwnej… a przeciez mu mowilam zeby odpowiadal "tak" lub "nie"… no coz, facet jest gadatliwy wiec opowiadal cale historie i przy okazji "wypsnelo" mu sie to i owo… Teraz moja rola jest jakos to wszystko "odkrecic"…latwo powiedziec.
Zimno sie u nas zrobilo, jesiennie i ponuro… Mam nadzieje, ze na weekend bedzie ladnie bo mamy zamiar spedzic niedziele w ogrodzie botanicznym.
Dobry Tatus
Za oknem leje jak z cebra, ciemno, zimno… okropnie. A ja budze Mysie skoro swit zeby odstawic ja wczesniej do przedszkola bo o 8 musze byc na szkoleniu. Mysia placze bo nie chce jej sie wstac… i wcale jej sie nie dziwie… mnie tez sie nie chcialo. Hub nie moze sie nia zajac bo juz od 8 ma konferencje telefoniczna z pracy.
Co robi dobry tatus w takiej sytuacji?
Przeklada konferencje, sadowi Myske na kanapie z cieplym kakao w rece, otula kocem, wlacza "Smerfy" i zapewnia, ze "jeszcze troche sobie polezymy", a do przedszkolka pojedziemy pozniej jak przestanie padac:)
Przez caly dzien przypominalam sobie ta sytuacje poranna i usmiech sam mi sie cisnal na usta…..fajnie miec takiego tatusia….