piątek, 30 listopada 2012

Zawału

ani chybi dostanę od tego czytania!!!
Tak "Pani Jędzo kochana, potrzebne jest nam Pani doświadczenie i fachowość" czytaj: trzeba ofiary losu i frajera.
Osiem godzin czytania i nawet nie połowa roboty??? Co za frajer redagował???  Znowu redagowały panienki, a że dziedzina jak flaki z olejem, to olały. A ja, kretynka, szukam i czytam sylabizując, jak dziecko w zerówce, żeby wiedzieć, czy nazwy są takie same. I zastanawiam się, czy akronimy angielskie są dobrze wpisane, a jak ich nie ma - szukam na Googlu, kto mi kurwa za to płaci??? Dlaczego nie olewam, psiakrew???
Wiem, jestem niepoprawną idiotką.
Ale jak już mam wydruk to siadam i animrumram, nie odrywam się, aż nie skończę.
Ale tym razem mózg mi się zlasował, bo sprawdzanie trzydziestuparoliterowych nazw związków chemicznych, gdy nie ma się zielonego pojęcia o chemii (kiedyż to ja chemię miałam ostatnio??, a i na mojej chemii takich nazw w ogóle nie używaliśmy), pisanych w róznych dowolnych konfiguracjach,  to naprawdę kaskaderka.
Poszłam więc po łomżę, a co, są andrzejki, zasłużyłam. I o mało nie zleciałam ze schodów, tak mam zdrętwiałe nogi od siedzenia. Przeczytałam już 7 rozdziałów, zostały 3. Ojapierdolę.
Fakt, kasa o której chłop nie wie, ale kurde, u mnie chłop nie wie o żadnej kasie, z tej prostej przyczyny, że nigdy nie wiedział, bo był ponad to ;) Jemu się należało, od roboty miał mnie ;)
I nawet nie zapytałam, idiotka, na kiedy to ma być gotowe, ale chcę to skończyć i nie myśleć.
Cały ten bełkot ma opisać, jak skóra radzi sobie z zanieczyszczeniami. Jak to jest podręcznik, a ani chybi jest, to współczuję tym, co będą się z niego uczyć. Ja przeczytam raz, za kasę, a oni będą to musieli zapamiętać.
Nic dziwnego, że jak idzie się do lekarza, to ten nie wie, co nam dolega.
Równie dobrze mógłby lotką w jakąś tablicę z nazwami chorób celować.
Dlatego nie chodzę do lekarza :D 

No dobra, sama tego chciałam, mogłam napisać, że nie.
Akcje moje na giełdzie po tym, co odwaliłam teraz powinny znów wzrosnąć.
Bo co ja mogę, że głupia jestem??
Przecież w Auschwitz autorytatywnie i obligatoryjnie zespołowo to stwierdzili, że się do niczego nie nadaję...

czwartek, 29 listopada 2012

Dziś na obiad: chłodnik litewski

Tak wyszło. Myślałam, że to buraczki zamroziłam, ale nie, chłodnik ;)  Odgrzany, gorący też dobry :) Jak jeszcze parę dni popada, będę tynk ze ścian jadła ;) Bo w zamrażalniku jeszcze zupa ogórkowa, cyc kurzęcy, zwłoki i przeterminowana resztka lodów. Plus kawałek chleba baltonowskiego i masa zieleniny: pietruszki i koperku tudzież maggi :)

LOL :)

Piosenka na dziś


Jadę na oparach

Znaczy się, na zapasach jadę. Dobrze, że chleb mam, a i mąkę jak coś też, makaron jest, przetwory są, cztery jabłka i grapefruit też, cebuli dużo, w zamrażalniku zwłoki i włoszczyzna... Ufff, nawet koniec świata może być.
Pierdolę, nie wychodzę. Leje jak z cebra, ciemno jak w dupie u Murzyna, w Internecie piszą, że w mieście syf i malaria, korki, stłuczki i apokalipsa...
Listopad.
Piszę do Inżyniera z pytaniem, czy spełnił moją prośbę i kupił sobie kalendarz adwentowy (oddaję kasę, nie będę się wygłupiać i z PL kalendarza słać), a on, że nie, że dla Małej Wiedźmy kupił, a sam dba o linię :( Jest mi niezmiernie przykro, coś się dla mnie skończyło. Dotąd kupowałam kalendarze dla wszystkich, w tym roku spasowałam, bo Baran też dba o linię i nie zje czekoladki, Pierworodny i jego żona nawet thank you nie powiedzą, a MW??? Nie dbają o to, żeby dać jej co dzień czekoladkę, żeby to była ceremonia. Bo u nas w domu to było całe przedstawienie z tego. Ponieważ jak chłopcy byli mali zdobycie kalendarza poza Pewexem lub prezentem z zagranicy było marzeniem ściętej głowy, co roku, w zależności od tego, ile kalendarzy zdobywaliśmy, dzieliliśmy czekoladkę co dzień na dwa lub na cztery :) Bo przecież każdy musiał dostać ją, żeby poczuć, że nadchodzą święta... Potem już kalendarze można było spokojnie kupić, ale zawsze była ta miła chwila jedzenia czekoladki... I teraz, po tylu latach umarło :( Znów się coś dla mnie skończyło.

Śmieszna jestem, wiem, ale mi smutno :(
Nikt już nie potrzebuje moich prezentów :(
Nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi, no i nikt mnie nie szanuje :(

Ehhh...

Listopadowa chandra mnie dopadła na maksa :(

środa, 28 listopada 2012

Biedna ja, biedna

Jak mam mieć normalne ciśnienie, no jak?? Znów mi podskoczyło :> Dzwonek do drzwi, lecę uradowana, myśląc, że to te Kuboty dla Inżyniera, a za drzwiami jakaś filigranowa blondyneczka. No to otwieram, chyba mnie nie zaciuka... A blondyneczka łapkę do torebki i... amerykański film... Policja.
Ojapierdolę. Ostatni mandat za złe przechodzenie przez ulicę dostałam na studiach, a tu od jakiegoś czasu machają mi tymi odznakami średnio raz w miesiącu.  Wpuszczam blondi i w panice szukam aparatów słuchowych. Znalazłam i pytam co znów Eks wywinął. Okazało się, że nie Eksa szuka, ale jakiegoś Patryka... Ojaciekręcę. W życiu tu takiego nie było, nie znam nawet nazwiska, ale coś mi zaświtało. Jakiś czas temu było awizo na to nazwisko. Mówię to blondynce, a ona zapisuje, łącznie z moim nazwiskiem :) I jeszcze mi dziękuje, że ją wpuściłam i załatwiłam, bo przynajmniej wie, że ten ktoś tu nie mieszka. I dopytuje się, kto tu mieszkał. Mówię, że tylko rodzina Jędzy. No ba, jakby tego nie mogli sprawdzić w biurze meldunkowym, od tego wszak są takie ustrojstwa.
No to tableteczka na uspokojenie, bo... Każdemu obywatelowi na widok tej legitymacji chyba nogi miękną... :|

Z dobrych nowin: będzie kasa, o której chłop nie wie... Nie wiadomo kiedy, ale będzie :)

I jeszcze jedno awizo na obce nazwisko kiedyś było... Zatem jeszcze jednej wizyty należy oczekiwać... Brrrr....

Kiedyś Eks zgłosił na policji, że go biję. A ważyłam wtedy jakieś 50 kilo i wygladałam, co tu ukrywać, młodo :) Poszłam więc na posterunek, melduję się, policjant prowadzi mnie do sali, gdzie stała przedpotopowa maszyna do pisania (sama mam lepszą, a już wtedy miałam niezły komputer), patrzy na mnie i mówi: ten pani mąż to jednak, między nami, nie jest zbyt popularny tu, wciąż coś zgłasza. Ale tym razem się naprawdę ośmieszył - taka kruszyna miałaby takiego chłopa pobić?? Zeznania wziął, Inżyniera potem przesłuchał i sprawę umorzono. Mąż obdukcji nie miał z tego prostego powodu, że żeby obdukcję zrobić, trzeba ją jeszcze mieć z czego zrobić :) Ale co sobie na policję polatałam, to moje :D :) Jak widać, rozrywek mi nigdy nie brakowało ;)

Szaro, buro, nijako...

Praktycznie cały dzień przy włączonym świetle. Patrzę przez okno i w sąsiednich blokach też w wielu mieszkaniach pali się światło od rana do wieczora. Nie pamiętam takiej jesieni, żeby co dzień było tak szaro i tak mgliście. No cóż, zatem to pierwsza taka jesień ;) Zapamiętać. Zapisane, więc nie pójdzie w zapomnienie.
W domu cicho, ciepło i spokojnie (odpukać, nie śmie się zmieniać) :)
Łażę pod tej mojej chałupince i... jestem szczęśliwa. A jednocześnie widzę pełen pogardy wzrok szwagra i słyszę jego lekceważące słowa: z tych gratów komornik by nie miał żadnej pociechy... A to w kontekście wyczynów rodziny Eksa... Cieszę się bardzo, że nie miałby żadnej pociechy, bo to są KURWA moje graty, nie jego. Większość mebli pamięta jeszcze mój rodzinny dom, choć nie był to dom szlachecki, jak Eksa, choć meble te to faktycznie złom, ale ja lubię ten złom, a i o dziwo, dzieciakom też on nie przeszkadza. Ostatnio Pierworodny coś plumknął, że jak już "tylko niech się Mama nie gniewa" mnie nie będzie, to on chciałby toaletkę wziąć. Toaletka żadne tam cudo, ale widać mu się jakoś kojarzy. Reszta mebli to zbieranina od Sasa do Lasa i przy remoncie pójdzie na śmietnik, ale...
Mieliśmy tyle mebli, co na kredyt dla młodych małżeństw kupiliśmy, a wiadomo, że nie były to żadne cuda.
W momencie, gdy została nam połowa kredytu, mój genialny Eks wparował do sklepu z meblami sam i kupił: szafę wąską dwudrzwiową, jedno łóżko pojedyńcze i komodę za 75 tys. zł :) O mało zawału nie dostałam i już nie pamiętam, jakich argumentów użyłam i jakim cudem odzyskałam kasę, bo to nie była gotówka, tylko czeki czy jakieś bony, już nie pamiętam... Jednoosobowe łóżko, psiakrew, na zmianę mieliśmy na tym spać???? Ja za te 75 tys. kupiłam meblościankę, którą później umeblowaliśmy pokój chłopców, kanapę, dwa fotele, odkurzacz, pralkę i parę innych cudów wianków :D Mój Eks to był naprawdę chłop z fantazją ułańską.
Meblościanka po rozmontowaniu do dziś zagraca przedpokój. No i?? Jak się komuś u mnie nie podoba, nie musi tu bywać.
Dzięki temu genialnemu szwagrowi mam też drący się już dzis lenteks, bo mieszkanie, które mam, miało być "rotacyjne". Miałam wujka, który miał stolarnię i za 200 marek (fakt, że wtedy było to niemało) miał nam położyć PRAWDZIWĄ podłogę. Już ekipa zjeżdżała, gdy kochany szwagier rzekł do mego Eksa: zwariowałeś, dajesz babie 200 marek na podłogę w mieszkaniu rotacyjnym?? Twoja baba ma posrane... No i mąż rzekł: NIE. Bo to ON zarobił tę kasę na saksach... Oczywiście, ja NIE PRACOWAŁAM, wychowując dwójkę dzieci, prowadząc dom, kolędując w kolejkach i "w wolnych chwilach" zajmując się na czarno chałupnictwem, nie licząc tego, że miałam już wtedy swoją rentę!!!! No bo po co głupiej babie, co nawet szlachcianką nie jest podłoga drewniana... :)

Ale... nie żałuję. Jak los da, wywalę za niedługo ten lenteks, znów poustawiam moje stare mebelki, których żaden komornik nie będzie chciał, kurzołapy, zaparzę herbatkę, albo otworzę butelkę dobrego wina, zapalę świeczuszki albo burdelówkę, w zależności od nastroju, może nawet adapter wyciągnę albo odpalę winampa z Baker Street, bo pasuje do nastroju, pooglądam stare zdjęcia lub te najnowsze... Bez kasy, bez kłopotów, żeby tylko zdrowie było i spokój. Zwykła chłopka i mieszczanka, żadna tam szlachcianka, psiakrew :D Mój jeden dziadek był zwykłym chłopem i to nawet swojego gospodarstwa nie miał, na folwarku robił i z 13 dzieci gnieździł się z 2 małych pokojach... Mój drugi dziadek był szewcem i co z tego, że miał swój warsztat i czeladników, był mistrzem i radnym miejskim, jak przed wojną nie było go nawet stać na liceum dla jednego z synów, który chciał się uczyć tak bardzo, że do seminarium poszedł, żeby się tylko móc uczyć i tym samym wydał na siebie wyrok śmierci???
To są moje korzenie. Nie wstydzę się ich. Moim chłopcom dałam je w posagu, też się ich nie wstydzą. Sztywni zaś robią się na wzmiankę o szlachectwie, które po mieczu wszak mają, bo rodzina zdążyła im to bardzo skutecznie obrzydzić, podkreślając wciąż kim to oni nie są.

Tak mi się myśli plotą w ten pochmurno mglisty listopadowy poranek.
Dobra wiadomość dla czekających na weekend. Już środa.  Nie chce mi się iść po Politykę :) Może później.
Zaczęłam znów grać w Grepolis, bo jest świat bez podbojów :)
I zaczęłam oglądać Tajemnice Smallville od początku, bo nie pamiętam, na którym sezonie utknęłam, a jest ich 10 :)
Nigdy nie dorosnę, albo inaczej - dziecinnieje na stare lata.
A co? Wolno mi :)

I u Inżyniera będą może duże zmiany. Ale to czas pokaże. I oby na lepsze były. Ma ciekawe życie i dobrze. I wyśmiał marudzenie Kolegi :)

Ale mi się napisało :D :)


wtorek, 27 listopada 2012

Rozmyślania o chorowaniu

Jak wcześnie teraz robi się ciemno, aby do 21 grudnia... Jak nie będzie końca świata, to zacznie dnia przybywać, teraz są najgorsze dni. Natchnęło mnie, żeby polecieć z kijkami i dobrze, bo ledwo do domu wróciłam, zaczęło padać. A ładną trasę zrobilam,  przy okazji wykupiłam leki i załadowałam komkartę i kupiłam tygodniówkę dla Inżyniera. Komkartę mam do 5 stycznia, więc po 5 grudnia muszę ją znów doładować, żeby w popłochu nie szukac biletów po powrocie. No i chcę mieć ciągłość, bo ponoć wtedy będę miała miesiąc gratis. Pożywiom, uwidiom :)

Jako że co jakiś czas muszę odnawiać receptę, bo do kardiologa może się dostanę w przyszłym roku ( z naciskiem na może), łażę do przychodni. Jakieś 2 lata temu zmieniłam przychodnię po raz pierwszy, odkąd się wprowadziłam do tej dzielnicy. Na początku luz, blues i wszystko OK. Ostatnio robi się pod górkę, a na kartce z prośbą o recepty dostałam notkę od lekarza, że następnym razem Pani Jędza ma się stawić osobiście po receptę i z zapisanymi pomiarami ciśnienia... A że to się nakłada na wyjazd i brak czasu na latanie do lekarza po powrocie, postanowiłam dziś tam poleźć. Włażę, nogi wycieram, witam się grzecznie i o wizytę pytam, a smarkula w recepcji z pyskiem na mnie: jutro pani przyjdzie. Pytam dalej grzecznie: a dlaczego pan doktor nie przyjmie mnie dziś?? "A co pani sobie myśli, że pani tak z ulicy wejdzie, a my panią przyjmiemy?? Tu się trzeba zapisać i poczekać". "to czy mogę się zapisać na jutro??" "nie, na jutro może się pani zapisać jutro" "a dostanę się?" "nie wiem, to się okaże jutro"... I w tym momencie się wkurwiłam. Bo jak to?? Nie chcę iść do lekarza, nie mam takiej potrzeby, potrzebuję tylko recepty, a tu masz, będę kolędować. Więc już mniej grzecznie rzekłam, że wizyta mi nie jest potrzebna, że potrzebuję receptę, jak chcą, mogą to w systemie odnotować jako wizytę, ale nie mam jutro czasu, bo pracuję, I tak sobie myślę, że jakbym chora przyszła, to co, też jutro?? To jest POZ, a ja kurwa, co miesiąc płacę składki i to niemałe, nie tylko z pensji, ale i z renty mi to ściągają, więc żyją za moją kasę do jasnej ciasnej!!! Musiałam wyglądać nie tenteges, bo smarkata powiedziała, że zapyta "panią doktor" czy mnie przyjmie. Jako że na mojej kartce było jakieś niepolskie nazwisko, zakładałam, że to facet, a ona "to jest pani doktor". Faktycznie, Tracey, imię żenskie. Nie wiem dlaczego, ale myślałam, że to jakiś Hindus czy cuś... :) Pani doktor raczyła mnie przyjąć. Siedzę więc w kolejce i mnie szlag trafia, a facet obok mnie nogami przebiera i sapie, w którymś momencie mówi: godzinę już tam siedzi... Ojapierdolę.... Po jakichś 15 minutach ta "godzinna" wyszła, gość wleciał i wyleciał (zupełnie jak ja mam w zwyczaju) no i włażę do gabinetu, a tam niespodziewajka :) Pani doktor okazała się być filigranową Murzynką :) Nie, żebym coś miała do Murzynów, nie jestem rasistką, ani nic z tych rzeczy, ale... zatkało mnie. Ze wstydem przyznaję, że dobierałam słowa jak najprostsze, bojąc się, że pani doktor mnie nie zrozumie... Wstyd i hańba, Stara Jędzo. A pani doktor wertowała kartotekę i mówi zdziwiona: Dwa lata pani u nas nie była, dlaczego??  No bo nie chorowałam, to nie byłam. A ona mi jak dziecku, że trzeba się badać!!! No to ja jej jak głupiej, że jak się dobrze czuję, to do lekarza latała nie będę, bo nie i już. Zmierzyła mi ciśnienie i się czepia, że podwyższone (wiedziałam, że mam podwyższone, to wczorajsze piwo wyszło), ale się nie tłumaczę i  mówię: nadciśnienie białego fartucha :):):)  Chce mnie osłuchać, no to proszę bardzo, osłuchuje, wszystko jest OK i znów się czepia znamion na plecach. Mam je odkąd pamięcią sięgam. nic się z nimi od lat nie dzieje, jestem do nich przywiązana i nie, kurwa, nie mam zamiaru ich ani badać, ani usuwać. Nie mam kasy na prywatne latanie, a do dermatologa dostanę się może z pół roku przed śmiercią. Jeśli to czerniak, to na coś trzeba umrzeć, w moim wieku już nie ma tragedii... Za dużo wiem i nie dam się kroić, nie bo nie... Pokiwała głową i... uczepiła się: a gardło pani nie boli???

Ojapierdolę... jeżeli wstanę rano i nic mnie nie będzie bolało, to znaczy, że powiększyłam grono aniołków!!!!
Po co mam sobie na siłę znajdować choroby??? Posrane to jest - jak się idzie ze schorzeniem, to nie wiedzą, co jest - tak jak przy moim ataku dny, co go koleżanka psim swędem zdiagnozowała. Jak się na nic nie cierpi, to próbują dziecko w brzuch wmówić. Powiedziałam jej, że jestem grubą, szczęśliwą kobietą i jak będę się źle czuła, sama się do niej zgłoszę...
Odrzekła, że mogę zostawiać kartkę z prośbą o receptę w recepcji, ale mam zapisać pomiary ciśnienia...

Ufff.... Pani doktor ma piękne, kaligraficzne pismo, zupełnie nielekarskie. Moja szwagierka, notabene chirurg też takie miała :D To dwa wyjątki wśród lekarzy, a znam ich od cholery...

Kolejna rzecz z listy skreślona. I dobrze :D :)

Grzebanie

Wstałam, nie jem, nie piję, siedzę i grzebię :) Nie, nie grzebię zwłok ani nic takiego, grzebię w blogu i... podoba mi się to. Nie będzie taki, jak stary, czyli stabilny, będzie się zmieniał w zależności od moich  chmurek i humorków ;)
A powinnam się ogarnąć i iść do lekarza, bo się skunks uparł, że zaocznie mi już recepty nie wypisze, więc muszę się zorientować, kiedy się do niego dostanę. Obiad mam z głowy, bo Kolega Inżyniera niejedzącym dzieckiem jest. Nie, że mu nie smakowało, ale podobno "za dużo było". Zjadł i padł jak długi, wzdychając, o Bożeno, jak ja dawno nie jadłem tak dobrego obiadu, ale to za wcześnie na obiad... ;) Jedlismy o 16, więc jak dla mnie to najwyższa pora na obiad :D Takie czasy...

Zatem zbieram się w kupkę i ogarniam...


Ciąg dalszy nastąpi. Dziś środa, to Polityki dzień jest :)

Lecę :D

Update

Dopiero łykając piguły z magicznego pudełka i konfrontując z kalendarzem odkryłam, że dziś wtorek jest :) Tyż piknie... Jak dobrze nie musieć liczyć dni... ;)

poniedziałek, 26 listopada 2012

Ciąg dalszy

Kolega Inżyniera wleciał, i wbrew sugestiom Zmorki nie ugościłam go grochówką. Zabiedzony wciąż taki jak trzcinka, dostał pyry, schaboszczaka i tzatziki ;P Plus soczek marchwekowo-jabłkowy własnoręcznie wyciskany. Po operacji rozbijania kamienia nerkowego jest, nieborak. Takie są skutki porzucenia picia piwa :>
Pogawędzilismy bardzo miło, jak zawsze zresztą, bo ja imiennika Pierworodnego bardzo lubię, choć maruda z niego, ale serce ma złote...
Wypiliśmy po 2 łomże miodowe, ale nie nagadaliśmy się do końca, bo... no... :) On ma dziewczynę i wściekała się, że zamiast w domu siedzieć do Starej Jędzy polazł... W sumie chłopak ma przechlapane, bo... no bo ma :D :) Ale i tak go lubię :)
I jeszcze marudził, że to niemożliwe, że mi się kompik nie psuje i że go nie wzywam. Zatem... będę go wzywała do każdej błahostki, aż mu się znudzi :D
Inżynier ma fajnych kolegów, no, może się trochę podlizałam obiadkami na studiach, ale bez przesadyzmu :D Prawie wszystkich, of course... Pomijając niejakiego Smerfa Marudę... Bleh....
I Kolega Inżyniera będzie się z Marudą męczył w sylwestra :D

A tak poza tym to u mnie nic nowego :)

Ni cholery

nie wiem, co się stało znów z blogiem. Nie loguje mnie, nie wysyła hasła, kij im w oko. Idę tu. Jedyne, co mnie wkurza, to że nie umiem przenieść tu starego bloga, ale to sobie poradzę z tym powolutku. Na dokładkę nie wpuszcza mnie na hotmail, a Inżynier ostrzegał, że tam hakują często. Hasło miałam zapisane, a nagle wszystko znikło.
Więc chuj im w oko, będzie tu.... :)
Stary blog trochę powisi, ale co tam, niech wisi, powoli wszystko ściągnę... :)
Zatem witam zainteresowanych tu i trochę potrwa, zanim wszystko poukładam na półeczkach, ale trudno. Mam dość :D :)