jeden radosny filmik, Kochany Pamiętniczku, a jebnę.
Serio?
A podobno to ja jestem uzależniona od siedzenia w necie.
A nie wysłałam, kurwa, ani jednego jebanego filmiku.
Po odebraniu kolejnego, jak to bardzo jestem niezbędna w nowym roku osobie, która przez cały rok nie znajduje dla mnie ani minuty, mam ochotę wyjebać całe te social media w Kosmos.
Inżynier już dawno temu oduczył mnie spamowania.
Bo to jest spam i nic innego.
Pamiętałam o wszystkich - złożyłam życzenia wszystkim, ogólnie, na moim wallu. Kto bywa na nim - widział, przyjął do wiadomości, zalajkował bądź nie, odpowiedział bądź nie - nieważne.
Osobiste życzenia i to niekoniecznie w formie oklepanego w danym momencie filmiku, wysyłam osobiście do wybrańców :) Nie z listy.
Tak samo nie wysyłam łańcuszków typu "rak piersi" i inne takie tam.
Nie sądzę, żeby to cokolwiek zmieniało w podejściu do badań, do profilaktyki.
Może się mylę, ale dostawanie łańcuszka, w którym jestem wpisana na listę pierdyliarda obcych mi zupełnie osób, z której wypisać się nie mogę, bo akurat mam tylko jebany telefon i tam nie wiem, jak się wypisać, potem zapominam o tej liście, a następnie tragicznym zbiegiem okoliczności wysyłam prywatną wiadomość do pierdyliarda osób, z których jedna nigdy nie powinna tej wiadomości widzieć - jest coś takiego jak prywatność i niekoniecznie muszę w tym momencie kogoś oczerniać, obgadywać, ale nie we wszystkie sprawy powinien być dany delikwent wtajemniczony - kurwa mać.
I nie, nie zdarzyło się dziś nic złego, łańcuszki pousuwałam, teraz już pilnuję interesu.
Czy ludzie - rzekomo rodzinni, towarzyscy, otoczeni bliskimi - nudzą się aż tak bardzo, że muszą wysyłać spam?
Ja, samotna, opuszczona, zaniedbana - spamu nie ślę, bo jak ktoś odczuwa potrzebę rozmowy ze mną, napisze. Jeżeli ja chcę pogadać pytam, czy ktoś ma dla mnie czas.
Jak mam focha, to mam focha i nie ma zmiłuj.
A jebane świąteczne filmiki sama potrafię znaleźć w necie.
Jak mam ochotę - wrzucam je na walla, mój wall, moje zasady, nie chcesz - zablokuj mnie, nie oglądaj.
Nie blokuję komunikatorów, bo ludzie czasem potrzebują pomocy.
Ja też.
Kolęda minęła. Dzwonili, jak do pożaru. Podzwonili i poszli.
I już.
A ja ogarniam ostatni sezon Doc Martina i już mnie dupa boli, co dalej. Ale od 3 stycznia będzie Ania, więc spoko :0
Gdy tak siedziałam w półmroku i ciszy, bo dźwięk w kompie wyłączyłam nagle jak jebło...
O mało na zawał nie zeszłam.
Nie miałam aparatów.
Może dlatego, że był półmrok i cisza tak mnie poderwało.
I już nie dziwię się protestującym przeciwko fajerwerkom.
Z tym, że to nie był fajerwerk, ale niezła bomba - petarda.
Niezła, bo nawet mnie poruszyła.
No nic, pewno jestem przed okresem, skoro mnie wszystko tak wkurwia :D
poniedziałek, 30 grudnia 2019
sobota, 28 grudnia 2019
Operacja
"Boże Narodzenie" zakończona stuprocentowym sukcesem, Kochany Pamiętniczku.
Było tak, jak zaplanowałam, a nawet miłe niespodziewajki były :)
Pierogi dziewice nieśmigane dalej w zamrażarce tkwią, bo nie mam, jak Alf, kilku żołądków.
Dzięki niespodziewanej wizycie Barana (online, of course, nie ma tak dobrze) zamroziłam sernik (skleroza, bo oni co roku zamrażają) i dzięki temu nic się nie zmarnowało, jako że bigos, także nówka nieśmigana spoczął w słoikach, jako i pieczeń.
Nie gotowałam przez dwa dni, bo... karp był i mandarynki.
Jakoś tak wyszło i było całkiem OK :)
Radio Pogoda w Wigilię nakurwiało same kolędy, nie tylko polskojęzyczne, ale dzięki temu, że były różne interpretacje, nic się nie przejadło.
Inżynier z bandą dopieścił.
Banda Pierworodnego nawet wesołych świąt nie napisała na żadnym komunikatorze, co nie ukrywam - wkurwiło mnie.
Nie wiem, jak zareaguję, jak okaże się, że jestem potrzebna za baby sitter.
Bo zwykła przyzwoitość nakazywałaby nauczyć wnuki pożyczenia babci, co nie?
Ale w dupie to mam, jako że dupa u mnie pojemna.
Przez trzy dni nosa z domu nie wychyliłam i było mi z tym przefantastycznie.
Potańczyłam trochę i choć nie były to hołubce wywijane z Baranem, było pięknie.
Czasem trzeba coś dla siebie zrobić i tak uczyniłam.
W drugie święto Kalafiorkówna rok skończyła i dała sobie powinszować, Skubana.
To naprawdę były fajne święta i... niczego mi nie brakuje, choć może powinno?
Bo nie otoczyłam się rodzinną atmosferą?
Bo nie zmywałam sterty garów i nie ogarniałam na nowo kuwety?
Nie wyszłam, bo nie miałam na to ochoty, a i pogoda nie zachęcała.
Posłuchałam melodii łapiących za serce.
Oglądnęłam parę fajnych rzeczy.
I zakochałam się w
Brytyjski do szpiku kości. I krajobrazy jakie za mną chodzą bez ustanku. Jest osiem sezonów, będę ogarniała szósty :)
I taki jeden w R, był niemile zaskoczony, że mnie nie ma
Zapytał Barana wprost: A Dorota gdzie...
Też za nimi tęsknię... Ale sorry Winnetou, musiałam :)
Sobota: zakupy, bo pieczywo się skończyło, korytarz, bo mój dyżur, z leksza chaupka, bo za bardzo nie ma co ogarniać, a w sylwestra nie będę.
I zaczynam poprawiać internety, co znaczy, że za pracą się stęskniłam (ale cicho sza)...
W poniedziałek kolęda, więc akcja przyczajony tygrys, ukryty smok, co mnie WKURWIA, bo...
W żadnym cywilizowanym kraju księża nie chodzą po kolędzie i nie wymagają kasy.
Mój dom, moje zasady.
A, polecam też
Mądry film, szkoda, że polski Kościół to całkiem inna bajka jest.
W mojej parafii też.
W mojej, z przymusu, nie z wyboru, bo ponoć wyboru nie mam.
Więc...
Co ma być, będzie.
I tak w zawieszeniu do tego nowego roku i jeszcze parę dni później.
Było tak, jak zaplanowałam, a nawet miłe niespodziewajki były :)
Pierogi dziewice nieśmigane dalej w zamrażarce tkwią, bo nie mam, jak Alf, kilku żołądków.
Dzięki niespodziewanej wizycie Barana (online, of course, nie ma tak dobrze) zamroziłam sernik (skleroza, bo oni co roku zamrażają) i dzięki temu nic się nie zmarnowało, jako że bigos, także nówka nieśmigana spoczął w słoikach, jako i pieczeń.
Nie gotowałam przez dwa dni, bo... karp był i mandarynki.
Jakoś tak wyszło i było całkiem OK :)
Radio Pogoda w Wigilię nakurwiało same kolędy, nie tylko polskojęzyczne, ale dzięki temu, że były różne interpretacje, nic się nie przejadło.
Inżynier z bandą dopieścił.
Banda Pierworodnego nawet wesołych świąt nie napisała na żadnym komunikatorze, co nie ukrywam - wkurwiło mnie.
Nie wiem, jak zareaguję, jak okaże się, że jestem potrzebna za baby sitter.
Bo zwykła przyzwoitość nakazywałaby nauczyć wnuki pożyczenia babci, co nie?
Ale w dupie to mam, jako że dupa u mnie pojemna.
Przez trzy dni nosa z domu nie wychyliłam i było mi z tym przefantastycznie.
Potańczyłam trochę i choć nie były to hołubce wywijane z Baranem, było pięknie.
Czasem trzeba coś dla siebie zrobić i tak uczyniłam.
W drugie święto Kalafiorkówna rok skończyła i dała sobie powinszować, Skubana.
To naprawdę były fajne święta i... niczego mi nie brakuje, choć może powinno?
Bo nie otoczyłam się rodzinną atmosferą?
Bo nie zmywałam sterty garów i nie ogarniałam na nowo kuwety?
Nie wyszłam, bo nie miałam na to ochoty, a i pogoda nie zachęcała.
Posłuchałam melodii łapiących za serce.
Oglądnęłam parę fajnych rzeczy.
I zakochałam się w
Brytyjski do szpiku kości. I krajobrazy jakie za mną chodzą bez ustanku. Jest osiem sezonów, będę ogarniała szósty :)
I taki jeden w R, był niemile zaskoczony, że mnie nie ma
Zapytał Barana wprost: A Dorota gdzie...
Też za nimi tęsknię... Ale sorry Winnetou, musiałam :)
Sobota: zakupy, bo pieczywo się skończyło, korytarz, bo mój dyżur, z leksza chaupka, bo za bardzo nie ma co ogarniać, a w sylwestra nie będę.
I zaczynam poprawiać internety, co znaczy, że za pracą się stęskniłam (ale cicho sza)...
W poniedziałek kolęda, więc akcja przyczajony tygrys, ukryty smok, co mnie WKURWIA, bo...
W żadnym cywilizowanym kraju księża nie chodzą po kolędzie i nie wymagają kasy.
Mój dom, moje zasady.
A, polecam też
W mojej parafii też.
W mojej, z przymusu, nie z wyboru, bo ponoć wyboru nie mam.
Więc...
Co ma być, będzie.
I tak w zawieszeniu do tego nowego roku i jeszcze parę dni później.
poniedziałek, 23 grudnia 2019
Wszystko
zapięte na ostatni guzik, Kochany Pamiętniczku.
Zaszokowałam się tylko, wchodząc rano do Faworu, bo nie było ANI KAWAŁKA chleba, bułki czy innego pieczywa, nie licząc ciast.
Piekarnia, do której latami wiły się zakręcone jak świński ogonek kolejki bez pieczywa?
Koniec świata, pani Popiołkowa.
Ponoć jakaś awaria.
Potuptałam więc dalej, z karteluszkiem w łapie, bo skleroza nie boli, nogi bolą.
U rzeźnika ZERO ludzi, co nie omieszkałam skomentować, bo tam w weekend zawsze tłok, a pani: i niech tak zostanie, na co nam tłumy...
Jprdl...
Wychodzę od rzeźnika i w nozdrza wbija mi się zapach świeżego pieczywa, lecę do Faworu, bo mój nos nigdy się nie myli i jest - przywieźli.
Zatem nie ma końca świata. Jeszcze.
W domu bigos do słoików, bo nie zjem, choćbym się skichała, nawet 1/10 tego, co nagotowałam :)
I kompot z suszonych owoców popełniłam, czego nie popełniałam od wieków.
Bo tak.
Susz na kompot miałam na balkonie, bo mimo celofanu woniał wędzeniem. I co? Mimo siatki na balkonie miałam - umierając ze strachu - taniec w wykonaniu wróbliszona i dwóch bogatek. Zorientowałam się o co lotto, gdy jedna z sikor miała w dziobie coś białego. Skubana, kawałek jabłka mi zeżarła. Na całe moje szczęście, jak wleciała, tak wyleciała (ni cholerę nie wiem jak). Nakryłam susz miską i już miałam spokój.
Panicznie boję się ptaków.
Ale kompot wyszedł prima sort :P
A jutro?
Wyśpię się.
Dwa kieliszki wódki na czczo, starym śląskim obyczajem, bez Barana, bo biedak na rano do pracy...
Więc melodię będę pewno miała aż do południa.
Nigdzie się już nie wybieram, może do śmietnika z obierkami, żeby mi w święta nie chuchnęły.
Zupy nie gotuję, bo i tak nie zjem
Karp, ziemniaki i parę pierogów plus kapusta.
Nie będzie tradycyjnych 12 potraw, bo jeszcze mi na mózg nie padło.
Wszystkim, którzy tu zaglądają, znajomym i nieznajomym, przechodniom, Bliskim i Przyjaciołom życzę, by w ten szczególny dzień w roku byli szczęśliwi, by zapomnieli o troskach.
I by pamiętali, że w życiu najważniejsze są wiara w drugiego człowieka, nadzieja i miłość.
Wzgardzony, okryty chwałą, śmiertelny król nad wiekami, a Słowo ciałem się stało i mieszkało między nami...
Zaszokowałam się tylko, wchodząc rano do Faworu, bo nie było ANI KAWAŁKA chleba, bułki czy innego pieczywa, nie licząc ciast.
Piekarnia, do której latami wiły się zakręcone jak świński ogonek kolejki bez pieczywa?
Koniec świata, pani Popiołkowa.
Ponoć jakaś awaria.
Potuptałam więc dalej, z karteluszkiem w łapie, bo skleroza nie boli, nogi bolą.
U rzeźnika ZERO ludzi, co nie omieszkałam skomentować, bo tam w weekend zawsze tłok, a pani: i niech tak zostanie, na co nam tłumy...
Jprdl...
Wychodzę od rzeźnika i w nozdrza wbija mi się zapach świeżego pieczywa, lecę do Faworu, bo mój nos nigdy się nie myli i jest - przywieźli.
Zatem nie ma końca świata. Jeszcze.
W domu bigos do słoików, bo nie zjem, choćbym się skichała, nawet 1/10 tego, co nagotowałam :)
I kompot z suszonych owoców popełniłam, czego nie popełniałam od wieków.
Bo tak.
Susz na kompot miałam na balkonie, bo mimo celofanu woniał wędzeniem. I co? Mimo siatki na balkonie miałam - umierając ze strachu - taniec w wykonaniu wróbliszona i dwóch bogatek. Zorientowałam się o co lotto, gdy jedna z sikor miała w dziobie coś białego. Skubana, kawałek jabłka mi zeżarła. Na całe moje szczęście, jak wleciała, tak wyleciała (ni cholerę nie wiem jak). Nakryłam susz miską i już miałam spokój.
Panicznie boję się ptaków.
Ale kompot wyszedł prima sort :P
A jutro?
Wyśpię się.
Dwa kieliszki wódki na czczo, starym śląskim obyczajem, bez Barana, bo biedak na rano do pracy...
Więc melodię będę pewno miała aż do południa.
Nigdzie się już nie wybieram, może do śmietnika z obierkami, żeby mi w święta nie chuchnęły.
Zupy nie gotuję, bo i tak nie zjem
Karp, ziemniaki i parę pierogów plus kapusta.
Nie będzie tradycyjnych 12 potraw, bo jeszcze mi na mózg nie padło.
Wszystkim, którzy tu zaglądają, znajomym i nieznajomym, przechodniom, Bliskim i Przyjaciołom życzę, by w ten szczególny dzień w roku byli szczęśliwi, by zapomnieli o troskach.
I by pamiętali, że w życiu najważniejsze są wiara w drugiego człowieka, nadzieja i miłość.
Wzgardzony, okryty chwałą, śmiertelny król nad wiekami, a Słowo ciałem się stało i mieszkało między nami...
piątek, 20 grudnia 2019
Jak pączek
w maśle czułam się dziś, Kochany Pamiętniczku.
Po raz pierwszy od lat zrobiłam zakupy nie tak, jak ktoś chciał, ale tak, jak mi fantazja ułańska podpowiedziała.
No, powiedzmy, z leksza przesadziłam może, ale nie szkodzi. Są słoiki i jest zamrażalnik, więc odpocznę od aprowizacji i stania przy garach na jakiś czas.
Jeszcze tylko w poniedziałek odbiorę ciasta i kupię pieczywo.
Pachnie rosołkiem, bigosem i pieczonym mięsem, bo to na pierwszy ogień idzie, a i jeść w weekend i później trzeba.
Dzień jak z bajki, w słońcu 15 stopni, nie żałowałam sobie spacerowania, ciesząc się chwilą.
Jutro ogarnę tę kuwetę, a teraz spadam na Wiedźmina. Książki nie czytałam, bo nie czytam jak wiadomo, ale serial może mnie w podłogę nie wbił, ale źle nie jest.
Pachną pomarańcze i goździki.
La vita e bella :)
La vie est belle :)
Nie da się ukryć :)
Po raz pierwszy od lat zrobiłam zakupy nie tak, jak ktoś chciał, ale tak, jak mi fantazja ułańska podpowiedziała.
No, powiedzmy, z leksza przesadziłam może, ale nie szkodzi. Są słoiki i jest zamrażalnik, więc odpocznę od aprowizacji i stania przy garach na jakiś czas.
Jeszcze tylko w poniedziałek odbiorę ciasta i kupię pieczywo.
Pachnie rosołkiem, bigosem i pieczonym mięsem, bo to na pierwszy ogień idzie, a i jeść w weekend i później trzeba.
Dzień jak z bajki, w słońcu 15 stopni, nie żałowałam sobie spacerowania, ciesząc się chwilą.
Jutro ogarnę tę kuwetę, a teraz spadam na Wiedźmina. Książki nie czytałam, bo nie czytam jak wiadomo, ale serial może mnie w podłogę nie wbił, ale źle nie jest.
Pachną pomarańcze i goździki.
La vita e bella :)
La vie est belle :)
Nie da się ukryć :)
czwartek, 19 grudnia 2019
Faaaaaaaajrant
Kochany Pamiętniczku.
Od dziś południa robię co mi się podoba i nikomu nic do tego.
Warzywka zamknęłam, aczkolwiek szlag mnie, bo miało być zamknięte w środę wszystko, po wydruczkach warowałam do 22 w domu na poczcie i guzik.
Pensję już wpłacili na konto, 16 - szok.
No, z pensją czy bez, zobligowana się czuję zawsze (teatr do dziś nie zapłacił, ale to wina K., bo faktury nie zaniosła, to będę miała za dwa miesiące, no problem).
Ale... Dostosowuję się zawsze i przez to cierpi moje życie osobiste.
Więc, sorry Winnetou, machnęłam emilka, że online będę po 12.
I pojechałam do Eksa. Bo chodziło to za mną po tej fotce z 1 listopada, co mi ją szwagierka przysłała.
Dojechałam o 10.07, jakoś nie było dziś korków, a i pasażerów mało, to autobus miał przyspieszenie i dwa razy stawał na przystankach dłużej, boby za szybko dojechał, a tego też im nie wolno. A to jest autobus raz na godzinę, więc ja zawsze z wyprzedzeniem lecę. Okazało się, że wbrew tablicy w necie, powrotny mam nie 10.24, a 10.43.
Więc zaryzykowałam zawał, doleciałam na Umarlakowo w 7 minut, zamiast w 14, pierunem kuwetę ogarnęłam i klnąc jak diabli o 10.26 ruszyłam z kopyta spod cmentarnego śmietnika. Nie bawiłam się w cudowanie, ale śmieci wyniosłam, miotełką sruuu po płycie, mokrą szmatką, znicze zapaliłam, paciorek klepiąc z w czasie sprzątania, liście ze ścieżynki zmiotłam i tadam...
Na pewno tak jest.
A było...
Inżynier określił to mianem pierdalnika.W punkt. Żeby to jeszcze jakoś ustawili na płycie, ale nie, świchnęli jak świni do koryta. Bajzel na bogato, a co, stać ich. Wywaliłam wszystko, zostawiłam dwa znicze, no i te czerwone wieńce i biały. Jeden z moich czerwonych stoi od września i nadal jest OK. Nie będę za każdym razem kupowała nowych i generowała pokładów plastiku. Wiedziałam, że żywe badyle szlag trafi, a te bombiaste znicze to szczyt bezguścia, no ale pokazali, że mają kasę, co nie?
Teraz, kochanie, możesz mnie pocałować, byle delikatnie, żeby mnie nie zbudzić, bo... Wiesz...
Koszmary miewam.
A jak nie chcesz, to baw się tam dobrze, masz moje błogosławieństwo :)
Na przystanek już sunęłam dostojnie jak Titanic na spotkanie z górą lodową, a i tak byłam kilka minut wcześniej.
A cały czas była mgła.
I znów cieszyłam się, że nie lecę, bo ze skóry bym przez tę mgłę wyskoczyła.
A te Paskudy jedne, żeby mi za nimi jeszcze bardziej tęskno było, w ramach zemsty dosłali mi
Wiem, wiem, kochane chłopaki. Tak mi się wydaje, że też troszkę za mną tęsknią, ale tylko troszkę.
Chałupkę udekorowali przepięknie, przed domem mają nowe ozdoby, cudnie tam.
Ale...
Czasem trzeba być samemu ze sobą i posmakować tego, za czym się tęskni.
A zima u nas, odpukać, taka, jaką uwielbiam.
Bratki za oknem trzymają fason, w radiu leci Feliz navidad...
Jutro gros zakupów ogarnę, zacznę pichcenie i sprzątanie.
Swoim rytmem, nie przejmując się niczym.
Jest obok daru blasku łaska cienia...
My Shadow potwierdza.
A kości napieprzają po równo. Zawsze jest balkonik, a potem wózeczek :)
Chyba jednak mam to, co mama.
No nic :)
Będzie dobrze, a już na pewno będzie to, co ma być. Nie ma innej opcji :P
Od dziś południa robię co mi się podoba i nikomu nic do tego.
Warzywka zamknęłam, aczkolwiek szlag mnie, bo miało być zamknięte w środę wszystko, po wydruczkach warowałam do 22 w domu na poczcie i guzik.
Pensję już wpłacili na konto, 16 - szok.
No, z pensją czy bez, zobligowana się czuję zawsze (teatr do dziś nie zapłacił, ale to wina K., bo faktury nie zaniosła, to będę miała za dwa miesiące, no problem).
Ale... Dostosowuję się zawsze i przez to cierpi moje życie osobiste.
Więc, sorry Winnetou, machnęłam emilka, że online będę po 12.
I pojechałam do Eksa. Bo chodziło to za mną po tej fotce z 1 listopada, co mi ją szwagierka przysłała.
Dojechałam o 10.07, jakoś nie było dziś korków, a i pasażerów mało, to autobus miał przyspieszenie i dwa razy stawał na przystankach dłużej, boby za szybko dojechał, a tego też im nie wolno. A to jest autobus raz na godzinę, więc ja zawsze z wyprzedzeniem lecę. Okazało się, że wbrew tablicy w necie, powrotny mam nie 10.24, a 10.43.
Więc zaryzykowałam zawał, doleciałam na Umarlakowo w 7 minut, zamiast w 14, pierunem kuwetę ogarnęłam i klnąc jak diabli o 10.26 ruszyłam z kopyta spod cmentarnego śmietnika. Nie bawiłam się w cudowanie, ale śmieci wyniosłam, miotełką sruuu po płycie, mokrą szmatką, znicze zapaliłam, paciorek klepiąc z w czasie sprzątania, liście ze ścieżynki zmiotłam i tadam...
Na pewno tak jest.
A było...
Inżynier określił to mianem pierdalnika.W punkt. Żeby to jeszcze jakoś ustawili na płycie, ale nie, świchnęli jak świni do koryta. Bajzel na bogato, a co, stać ich. Wywaliłam wszystko, zostawiłam dwa znicze, no i te czerwone wieńce i biały. Jeden z moich czerwonych stoi od września i nadal jest OK. Nie będę za każdym razem kupowała nowych i generowała pokładów plastiku. Wiedziałam, że żywe badyle szlag trafi, a te bombiaste znicze to szczyt bezguścia, no ale pokazali, że mają kasę, co nie?
Teraz, kochanie, możesz mnie pocałować, byle delikatnie, żeby mnie nie zbudzić, bo... Wiesz...
Koszmary miewam.
A jak nie chcesz, to baw się tam dobrze, masz moje błogosławieństwo :)
Na przystanek już sunęłam dostojnie jak Titanic na spotkanie z górą lodową, a i tak byłam kilka minut wcześniej.
A cały czas była mgła.
I znów cieszyłam się, że nie lecę, bo ze skóry bym przez tę mgłę wyskoczyła.
A te Paskudy jedne, żeby mi za nimi jeszcze bardziej tęskno było, w ramach zemsty dosłali mi
Wiem, wiem, kochane chłopaki. Tak mi się wydaje, że też troszkę za mną tęsknią, ale tylko troszkę.
Chałupkę udekorowali przepięknie, przed domem mają nowe ozdoby, cudnie tam.
Ale...
Czasem trzeba być samemu ze sobą i posmakować tego, za czym się tęskni.
A zima u nas, odpukać, taka, jaką uwielbiam.
Bratki za oknem trzymają fason, w radiu leci Feliz navidad...
Jutro gros zakupów ogarnę, zacznę pichcenie i sprzątanie.
Swoim rytmem, nie przejmując się niczym.
Jest obok daru blasku łaska cienia...
My Shadow potwierdza.
A kości napieprzają po równo. Zawsze jest balkonik, a potem wózeczek :)
Chyba jednak mam to, co mama.
No nic :)
Będzie dobrze, a już na pewno będzie to, co ma być. Nie ma innej opcji :P
poniedziałek, 16 grudnia 2019
Auuuć
Kochany Pamiętniczku.
Niejako pod przymusem pojechałam z MW I Papryczkiem na tę świąteczną bimbę, bo widuję ich od wielkiego dzwonu.
W tym tygodniu wyjeżdżają do O. i nie wiadomo kiedy wrócą.
Zadeklarowałam bez większej ochoty, że 2 i 3 stycznia mogę ich wziąć do siebie, bo inaczej znów muszą jechać do O.
Problem w tym, że Papryczek nie chce już do żadnej babci :)
A MW na pytanie, czy chce, zresztą na każde pytanie odpowiada: nie wiem. Ze słuchawkami na uszach non stop, nawet ja, aczkolwiek umiem czytać z ust i potrafię rozmawiać w czasie słuchania muzyki, ze zwykłej grzeczności nie słucham jej.
Mniejsza z większym.
Świąteczna bimba okazała się koszmarem do potęgi. Mieliśmy o tyle szczęścia, że udało nam się wejść jaki pierwsi i dzięki temu mieliśmy miejsca siedzące. I nie, nie poczuwałam się do ustąpienia miejsca małym dzieciom, albowiem znów mi kopyto napierdala i na pewno nie wytrzymałabym godzinnego (bo tyle trwała jazda) stania w tłoku, przy którym śledzie w beczce mają luz. Inna para kaloszy, że ludzie też są bezmyślni, bo połowa tramwaju to byli ludzie z dziećmi tak małymi, że po kilku minutach przejażdżka przestała być dla nich atrakcją, a na pewno zmęczył je tłok, smród i hałas. Smród, bo sporo z ludzi woniało przetrawionym alkoholem, a i pani z roczną dziewczynką była w stanie lekko wskazującym na spożycie. Dziecko, stojące na siedzeniu, liżące szybę, i wrzeszczące monotonnie, z tatusiem jeszcze mocno wczorajszym. I hałas, bo Gwiazdor paplał przez godzinę bez przerwy, dzieci odpowiadały i śpiewały kolędy.
Synowa nie chciała wcześniej wysiąść, bo "Papryczek będzie płakał". MW siedziała ze słuchawkami na uszach i miała na wszystko wyjebane.
Wiedziałam, scenariusz sprawdził się co do joty, ale gdybym powiedziała, że nie pojadę, to byłoby "niedobra babcia wymawia się bólem nogi".
No a potem z głodnymi dziećmi na zakupy, bo musi kupić cukier waniliowy, papier do pakowania i zielone legginsy i czapkę elfa dla P. na jasełka.
Gdzie, a oczywiście koło babci.
Wzięłam na obiad na stoisku w galerii, bo żal mi było dzieci, ale to przy tej drożyźnie już prawie 100 w najtańszej jadłodajni. Gdy zorientowała się, że w zestawie w cenie jest zupa, nastroszyła się, że po co kupowałam dzieciom zestaw, mogły zjeść samą zupę, a my drugie.
No, matka roku. Dzieci zjadły prawie wszystko, a zupka w zestawie to taki cieńkusz i niezbyt smaczna.
No trudno.
A potem do mnie, a jakże, po czapeczkę elfa, bo oczywiście nigdzie nie było, a ja mam. Zielonych legginsów też nie było, ale tego nie miałam.
W dupie mam, ja swoje dzieci z wyprzedzeniem przygotowywałam.
No i nasiadówka u mnie, jeszcze Pierworodny po pracy wleciał, nakarmiłam, a jakże, nie mam zwyczaju głodzić ludzi. I tak zamiast spokojnej niedzieli miałam hałas, sprzątanie i stertę zmywania znów.
Więc niebiosom dziękuję za samotne święta.
W nocy znów wrócił koszmar, że ktoś się ze mną szarpie, zrywając ze mnie kordełkę i nie wiem, czy to była jawa, czy sen.
I nad ranem miałam wrażenie, że mam atak serca.
Ale potem i zakupy zrobiłam, ciasto zamówiłam, okna wszystkie pomyłam i "odświęciłam" mieszkanie, w międzyczasie pracując w warzywkach, więc chyba to jeszcze nie zawał. Chociaż kto wie, może i z zawałem można okna myć? :)
Mój stary drapak - podstawkę gdzieś mam, ale nie mam zielonego pojęcia gdzie. Wzięłam ciężką donicę, wsadziłam folię bąbelkową, na wierzch bieluchną miękką folię zabezpieczającą, świetnie udaje śnieg i wszystkie ocalałe bombki, choć korciło mnie, żeby kupić nowe, takie "na topie). Ale... Każda z tych wytartych, poniszczonych, sporo jeszcze z mojego rodzinnego domu - to tyle wspomnień. Nie ma już tych ogromnych bombek, które dostałam na imieniny od pani Herczyńskiej, ale i tak mój marny drapak by ich nie uniósł. W porównaniu z wypasioną choinką u Barana, moja to takie mikre byle co... Ale... Jest moja. Po tylu latach znów mam swojego drapaka i swoje miejsce na ziemi.
Jest cudnie.
I jest moje.
A w Biedronce mają wyfiletowane karpie, drogie, ale prawie ani kawałka ości i nie wonieje mułem. Jak kupiłam, to zjadłam od razu i na święta też to kupię :)
Jutro Papryczkowe jasełka, w środę na wydruki warzyw, chciałabym jeszcze do M. skoczyć, wywalić bajzel z grobu Eksa. Wkurwia mnie to. Pierworodny nie może. Z jednej strony rozumiem - wczoraj przyszedł z pracy jak zombie.
Z drugiej - a co z moim zawałem? :0
Nosz, kurka wodna :D
Niejako pod przymusem pojechałam z MW I Papryczkiem na tę świąteczną bimbę, bo widuję ich od wielkiego dzwonu.
W tym tygodniu wyjeżdżają do O. i nie wiadomo kiedy wrócą.
Zadeklarowałam bez większej ochoty, że 2 i 3 stycznia mogę ich wziąć do siebie, bo inaczej znów muszą jechać do O.
Problem w tym, że Papryczek nie chce już do żadnej babci :)
A MW na pytanie, czy chce, zresztą na każde pytanie odpowiada: nie wiem. Ze słuchawkami na uszach non stop, nawet ja, aczkolwiek umiem czytać z ust i potrafię rozmawiać w czasie słuchania muzyki, ze zwykłej grzeczności nie słucham jej.
Mniejsza z większym.
Świąteczna bimba okazała się koszmarem do potęgi. Mieliśmy o tyle szczęścia, że udało nam się wejść jaki pierwsi i dzięki temu mieliśmy miejsca siedzące. I nie, nie poczuwałam się do ustąpienia miejsca małym dzieciom, albowiem znów mi kopyto napierdala i na pewno nie wytrzymałabym godzinnego (bo tyle trwała jazda) stania w tłoku, przy którym śledzie w beczce mają luz. Inna para kaloszy, że ludzie też są bezmyślni, bo połowa tramwaju to byli ludzie z dziećmi tak małymi, że po kilku minutach przejażdżka przestała być dla nich atrakcją, a na pewno zmęczył je tłok, smród i hałas. Smród, bo sporo z ludzi woniało przetrawionym alkoholem, a i pani z roczną dziewczynką była w stanie lekko wskazującym na spożycie. Dziecko, stojące na siedzeniu, liżące szybę, i wrzeszczące monotonnie, z tatusiem jeszcze mocno wczorajszym. I hałas, bo Gwiazdor paplał przez godzinę bez przerwy, dzieci odpowiadały i śpiewały kolędy.
Synowa nie chciała wcześniej wysiąść, bo "Papryczek będzie płakał". MW siedziała ze słuchawkami na uszach i miała na wszystko wyjebane.
Wiedziałam, scenariusz sprawdził się co do joty, ale gdybym powiedziała, że nie pojadę, to byłoby "niedobra babcia wymawia się bólem nogi".
No a potem z głodnymi dziećmi na zakupy, bo musi kupić cukier waniliowy, papier do pakowania i zielone legginsy i czapkę elfa dla P. na jasełka.
Gdzie, a oczywiście koło babci.
Wzięłam na obiad na stoisku w galerii, bo żal mi było dzieci, ale to przy tej drożyźnie już prawie 100 w najtańszej jadłodajni. Gdy zorientowała się, że w zestawie w cenie jest zupa, nastroszyła się, że po co kupowałam dzieciom zestaw, mogły zjeść samą zupę, a my drugie.
No, matka roku. Dzieci zjadły prawie wszystko, a zupka w zestawie to taki cieńkusz i niezbyt smaczna.
No trudno.
A potem do mnie, a jakże, po czapeczkę elfa, bo oczywiście nigdzie nie było, a ja mam. Zielonych legginsów też nie było, ale tego nie miałam.
W dupie mam, ja swoje dzieci z wyprzedzeniem przygotowywałam.
No i nasiadówka u mnie, jeszcze Pierworodny po pracy wleciał, nakarmiłam, a jakże, nie mam zwyczaju głodzić ludzi. I tak zamiast spokojnej niedzieli miałam hałas, sprzątanie i stertę zmywania znów.
Więc niebiosom dziękuję za samotne święta.
W nocy znów wrócił koszmar, że ktoś się ze mną szarpie, zrywając ze mnie kordełkę i nie wiem, czy to była jawa, czy sen.
I nad ranem miałam wrażenie, że mam atak serca.
Ale potem i zakupy zrobiłam, ciasto zamówiłam, okna wszystkie pomyłam i "odświęciłam" mieszkanie, w międzyczasie pracując w warzywkach, więc chyba to jeszcze nie zawał. Chociaż kto wie, może i z zawałem można okna myć? :)
Mój stary drapak - podstawkę gdzieś mam, ale nie mam zielonego pojęcia gdzie. Wzięłam ciężką donicę, wsadziłam folię bąbelkową, na wierzch bieluchną miękką folię zabezpieczającą, świetnie udaje śnieg i wszystkie ocalałe bombki, choć korciło mnie, żeby kupić nowe, takie "na topie). Ale... Każda z tych wytartych, poniszczonych, sporo jeszcze z mojego rodzinnego domu - to tyle wspomnień. Nie ma już tych ogromnych bombek, które dostałam na imieniny od pani Herczyńskiej, ale i tak mój marny drapak by ich nie uniósł. W porównaniu z wypasioną choinką u Barana, moja to takie mikre byle co... Ale... Jest moja. Po tylu latach znów mam swojego drapaka i swoje miejsce na ziemi.
Jest cudnie.
I jest moje.
A w Biedronce mają wyfiletowane karpie, drogie, ale prawie ani kawałka ości i nie wonieje mułem. Jak kupiłam, to zjadłam od razu i na święta też to kupię :)
Jutro Papryczkowe jasełka, w środę na wydruki warzyw, chciałabym jeszcze do M. skoczyć, wywalić bajzel z grobu Eksa. Wkurwia mnie to. Pierworodny nie może. Z jednej strony rozumiem - wczoraj przyszedł z pracy jak zombie.
Z drugiej - a co z moim zawałem? :0
Nosz, kurka wodna :D
piątek, 13 grudnia 2019
Jest
cudnie, Kochany Pamiętniczku, jest cudnie i niech nikt nie odważy się tego spierdolić :)
Zamknęłam styczniowy numer nawet o całkiem przyzwoitej godzinie, bo co to jest 10 godzin w pracy, z tego 3 godziny pracy, a reszta czekania na pracę.
I nawet Boss czekoladą poczęstował dwa razy, raz na korytarzu, a drugi raz personalnie w pokoju, a na protesty, że dupa już nie ma miejsca na rośnięcie zapytał, czy czekolada nie smakuje?
Smakowała, a jakże, nowozelandzka była.
A taka tam służbowa wycieczka do Nowej Zelandii :)
I nie, nie zazdroszczę, bo nie.
Może kiedyś zazdrościłabym, ale teraz już nie.
Bo cenię sobie swoje miejsce na Ziemi i najszczęśliwsza jestem wchodząc do domu, witając Miśki i wiedząc, że nic nie muszę.
A nie muszę do 6 stycznia (ojapierdolę), pomijając jeden dzień na wydruki z warzywek i drugi na czekanie na komentarz i spis treści, ale już online.
Takie piękne, nudne życie.
Wracając wczoraj z pracki autobusem, na przednim siedzeniu, tak jak lubię, co chwilę miałam żołądek w gardle.O tej porze roku po 16 pieszych po prostu nie widać, nawet na tych "prawie" oświetlonych przejściach. Poleciałam w domu od razu po odblaski, które leżą w szafie na starej torebce. Pisałam do Pierworodnego, pytając, czy mają odblaski, ale olał pytanie ciepłym strumieniem moczu. To groszowy wydatek, w niedzielę mam randkę z Synową, więc dopytam. Jadąc przez Świerczewo dojrzałam do odblasków.
Chociaż nie jestem kierowcą.
I będę je nosiła, jakkolwiek głupio w nich nie wyglądam, albowiem kto będzie korekcił ukochane gazetki i inne takie tam, jak ja będę rozjechana?
Czy to czarna czekoladka, czy czerwona marmoladka? Nie, to Jędza ukochana przez auto rozjechana :P
No proszę, jaki piękny wierszyk...
Niedzielna randka mnie przerasta, bo Synowa wybrała jazdę świąteczną bimbą, a to jest ojapierdolę, masakra.
Ale, czekając na pracę czytam wszystko i...
Co rusz młodsi ode mnie, a to wylew, a to paraliż, a to armia chińska, połączona z przemarszem wojsk radzieckich...
I jak pisał mój ukochany Sztaudynger: myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny...
Przypominam sobie, jeszcze z łatwością, że kiedyś miałam to wyhaftowane na sztandarze...
Który dumnie powiewał nad moją głową.
Zatem...
Bez marudzenia...
Umyję się, jakby co :)
A juterko w planach randka na szybko z W., skąd dziś dostałam filmik,którego zazdroszczę do bólu, no ale nie miałam opcji nakręcenia równie słodkich scen, zasługujących na Oscara, bo po prostu narzędzi nie było ku temu :)
A gad, znaczy się dziecko moje Drugorodzone odpisuje, że na przyjemność trzeba sobie zapracować.
Kiedyś go uduszę i każdy sąd mnie uniewinni :P
I jakoś nie mam tradycyjnej chandry unyńskiej z mordobijskiego powiatu w tym roku.
Nie wiem, cieszyć się z tego, czy martwić.
Jest jak jest...
Rozmawiałam dziś z panią K., i jakkolwiek biorę poprawkę na jej osobowość, bo to przemiła kobieta, ale - każdy ma jakieś ale - niebiosom dziękuję, że nie pojechałam na tę wigilię firmową. Firma firmą, ale sorry Winnetou - business is business.
Tak jak powinien być rozdział Kościoła od państwa, tak samo powinien być rozdział pracy od życia prywatnego.
Nikt by na tym nie stracił, a wielu by zyskało...
Chodzi za mną ubieranie choinki...
Serio?
SJ, weź się ogarnij, zanim całkiem padnie ci na mózg :P
Zamknęłam styczniowy numer nawet o całkiem przyzwoitej godzinie, bo co to jest 10 godzin w pracy, z tego 3 godziny pracy, a reszta czekania na pracę.
I nawet Boss czekoladą poczęstował dwa razy, raz na korytarzu, a drugi raz personalnie w pokoju, a na protesty, że dupa już nie ma miejsca na rośnięcie zapytał, czy czekolada nie smakuje?
Smakowała, a jakże, nowozelandzka była.
A taka tam służbowa wycieczka do Nowej Zelandii :)
I nie, nie zazdroszczę, bo nie.
Może kiedyś zazdrościłabym, ale teraz już nie.
Bo cenię sobie swoje miejsce na Ziemi i najszczęśliwsza jestem wchodząc do domu, witając Miśki i wiedząc, że nic nie muszę.
A nie muszę do 6 stycznia (ojapierdolę), pomijając jeden dzień na wydruki z warzywek i drugi na czekanie na komentarz i spis treści, ale już online.
Takie piękne, nudne życie.
Wracając wczoraj z pracki autobusem, na przednim siedzeniu, tak jak lubię, co chwilę miałam żołądek w gardle.O tej porze roku po 16 pieszych po prostu nie widać, nawet na tych "prawie" oświetlonych przejściach. Poleciałam w domu od razu po odblaski, które leżą w szafie na starej torebce. Pisałam do Pierworodnego, pytając, czy mają odblaski, ale olał pytanie ciepłym strumieniem moczu. To groszowy wydatek, w niedzielę mam randkę z Synową, więc dopytam. Jadąc przez Świerczewo dojrzałam do odblasków.
Chociaż nie jestem kierowcą.
I będę je nosiła, jakkolwiek głupio w nich nie wyglądam, albowiem kto będzie korekcił ukochane gazetki i inne takie tam, jak ja będę rozjechana?
Czy to czarna czekoladka, czy czerwona marmoladka? Nie, to Jędza ukochana przez auto rozjechana :P
No proszę, jaki piękny wierszyk...
Niedzielna randka mnie przerasta, bo Synowa wybrała jazdę świąteczną bimbą, a to jest ojapierdolę, masakra.
Ale, czekając na pracę czytam wszystko i...
Co rusz młodsi ode mnie, a to wylew, a to paraliż, a to armia chińska, połączona z przemarszem wojsk radzieckich...
I jak pisał mój ukochany Sztaudynger: myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny...
Przypominam sobie, jeszcze z łatwością, że kiedyś miałam to wyhaftowane na sztandarze...
Który dumnie powiewał nad moją głową.
Zatem...
Bez marudzenia...
Umyję się, jakby co :)
A juterko w planach randka na szybko z W., skąd dziś dostałam filmik,którego zazdroszczę do bólu, no ale nie miałam opcji nakręcenia równie słodkich scen, zasługujących na Oscara, bo po prostu narzędzi nie było ku temu :)
A gad, znaczy się dziecko moje Drugorodzone odpisuje, że na przyjemność trzeba sobie zapracować.
Kiedyś go uduszę i każdy sąd mnie uniewinni :P
I jakoś nie mam tradycyjnej chandry unyńskiej z mordobijskiego powiatu w tym roku.
Nie wiem, cieszyć się z tego, czy martwić.
Jest jak jest...
Rozmawiałam dziś z panią K., i jakkolwiek biorę poprawkę na jej osobowość, bo to przemiła kobieta, ale - każdy ma jakieś ale - niebiosom dziękuję, że nie pojechałam na tę wigilię firmową. Firma firmą, ale sorry Winnetou - business is business.
Tak jak powinien być rozdział Kościoła od państwa, tak samo powinien być rozdział pracy od życia prywatnego.
Nikt by na tym nie stracił, a wielu by zyskało...
Chodzi za mną ubieranie choinki...
Serio?
SJ, weź się ogarnij, zanim całkiem padnie ci na mózg :P
czwartek, 12 grudnia 2019
Sny
to ja miałam, Kochany Pamiętniczku :)
Że jechałam z jakimś gościem, który mi prawił o uczuciach, szalonych, do mnie (ojapierdolę) autobusem prowadzonym przez kierowcę wariata. Gość pocieszał mnie, że jak umrzemy, to razem. Autobus na słupie wylądował, ja cała, a pani kierująca miętówki żre tonami. Ja na to, że zakabluję, że po pijaku prowadzi, wtem spod ziemi wyrasta gość o aparycji Frankensteina i zaczyna mnie dusić. Za kablowanie.
A jak żyję, nikogo nie zakablowałam, chociaż powinnam nie raz i nie dwa, ale nawet na pytanie Bossa, o to, kto najwięcej byków sadzi odpowiadam: wszyscy :) A pamiętam każdego byczka, dokładnie. Boss też dziś pobyczył, merytorycznie i oczy jak kwadraty miał i poleciał sprawdzać, żeby z wzdechem stwierdzić: jak pani to robi, że ma rację?
Jak?
No, pracuję.
Jak uczciwość nakazuje, mimo że czasami nie pracuję, ale to tylko dlatego, że praca nie doszła.
No nic.
A dziś rankiem w pracce
Stanowczo w tym roku Mikołajowi vel Gwiazdorowi się wygło, jak te szyny od bimby :)
A po 10 godzinach na pracowym łonie, co ja paczę?
Tak zapieprzałam ze śrubką w dupie, okrętową numer 5, że nawet nie zauważyłam, że śnieg spadł :)
A rano, idąc do pracy czułam motylki w brzuchu. Nie, nie zakochałam się, ale...
Co roku w tych dniach chodziłam nakręcona jak szwajcarski zegarek, że mróz, że mgła, że śnieg, że ślisko... wylecę, nie wylecę i takie tam.
A dziś poczułam, ze luz i hasta manana, że marzenia się czasem spełniają. Nieważne, czy mróz, czy śnieg, czy inny przemarsz wojsk radzieckich - zero presji.
Ma być ślizgawica jutro - to poczekam aż odtaje i pojadę do pracy. Swoje zrobię. Ta Fronterra przez dwa r to jednak zaklepanie mojej pozycji i nic mi nie zrobi, jak nie będę punkt 9.
Powoli, ale uczę się. Cenić siebie.
Duszę mą i ciało błogi spokój ogarnia.
I tak, żałuję, że tego jebanego jelonka, co patrzy i mówi ze zdziwieniem i zachwytem: Dorota?, nie zobaczę.
Ale... Nie brakuje mi już tak bardzo angielskich klimatów, bo i u nas coraz więcej domów ozdobionych jest światełkami i takimi tam, nawet na moim blokowisku.
Będzie mi brakowało tylko ludzi bliskich mojemu sercu, ale wiem, że to działa w obie strony i...
Czasem rozstania i rozłąka są bardzo budujące.
Potrzebuję oddechu, nie od ludzi, ale od rzeczy.
I tak, zatańczę sama, ale to nie znaczy, że będę szczęśliwsza, ale... :)
Czasem trzeba.
Wciąż chodzi za mną wczorajsze starcie z E.
Podsumowuję, myślę, analizuję. No, tak u mnie to działa.
W sumie nie mam żadnej przyjaciółki ze studiów. Z jedyną, moją imienniczką z G. jakoś się rozklepało i nawet nie wiem, czy jeszcze jest.
A inne dziewczyny? Fajnie było w tamtym czasie, potem nie wyszło. Byłam na jednym zjeździe i nic nie zaiskrzyło ani nie zaskoczyło. A wiele z nas jest wciąż w mojej wiosce.
Za to mam fajny kontakt z kilkoma z podstawówki, spotykamy się może raz w roku, ale... nic nas nie dzieli, wszystko łączy. I tak jakoś - ja jedna poszłam na studia. Ale wciąż nadajemy na tych samych falach i możemy konie kraść i nikt nas nie złapie. Piszę, że będę, hop, siup i już jest nasza ferajna i jakoś wszyscy mają czas.
Fakt, one są na emeryturach, ale też muszą dojechać do K., a na prowincji to nie takie proste.
Ze szkoły średniej mam kontakt z dziewczyną, z którą się z daleka kolegowałam, aczkolwiek ona twierdzi, że dzięki mnie skończyła budę, bo... dawałam jej odpisywać.
Może, nie pamiętam.
Ona była seksbombą, ja myszą.
Mamy inne wspomnienia, ale to nie przeszkadza nam w - teraz wirtualnej - przyjaźni. Ona jest w DE, ja tu.
Gadamy na Skype.
Może nam się uda real, ale nawet jeżeli nie - tragedii nie będzie. Jest nam dobrze, nadrobiłyśmy zaległości (no prawie) życiowe i...
Jest dobrze.
A E.? Mieszkamy w tej samej wiosce.
I odzywa się zawsze, jak czegoś potrzebuje. Tak jest od lat.
Nie oceniam jej życiowych wyborów, ale przez te 42 lata od kiedy skończyłyśmy studia, jak widziałyśmy się 20 razy, to dużo.
Zawsze ja się dostosowywałam. Bo ona ma całe życie pod górkę.
Nie przeczę, że nie. Ma.
Ale jak już mówiłam - każdy ma swoje piekło.
U mnie w tle przewija się jeszcze jej brat, startujący do mnie na chama właśnie wtedy, kiedy niańczyłam w wakacje jego syna... I dziadek, proponujący mi schadzkę w Polonezie, zapraszający mnie do pokoju... Polonez, tamte lata - kto przeżył, ten wie. Po latach, gdy zdobyłam się na wykrztuszenie tego wszystkiego, #metoo nie było wtedy modne, powiedziała, że mogłam wszystko powiedzieć jej mamie. Tej, która chciała mnie wlec do ginekologa po moim wyjeździe do Mikołajek pod namiot...
Sama z mamą nie miała kontaktu.
Ze wszystkich tych zakrętów udało mi się wybrnąć bez skazy i bez bólu.
Chyba i wtedy byłam już dość wyszczekana.
I wredna :) Nie dałam sobie jednak w kaszę pluć, bo niby dlaczego.
A najbardziej bawiło mnie, gdy po latach spotkałam jej brata, u niej na imieninach. I gość znów zastartował, ale zgasiłam go, lekko wspominając święta z Baranem :) Tak się bowiem składa, że Baran ma tyle lat, ile Pierworodny i gość był przekonany, że sypiam z kimś w wieku mojego syna. Oczywiście urosłam w jego oczach i to bardzo :) Przysłał mi potem SMS z pytaniem, jak się odmienia wyraz państwo w znaczeniu pary. Nie zgadzał się z moją odpowiedzią, ale posłałam go do słownika ortograficznego i tak się skończyło. Gość miał wyjechaną w Kosmos, piękną, rudą żonę, którą namiętnie zdradzał na prawo i na lewo. Już nie żyje.
I tak mi cały dzień dziś to z tyłu głowy chodziło.
Momentami czułam się paskudnie, ale halo, halo...
Znów mam się wkręcić w latanie na wezwanie, bo E. się wkuła?
Wkuwała się bezustannie.
Nic z tym nie robiąc, bo pasowało jej wkuwanie się.
(Poznańskie pyry wiedzą, co to jest "wkuć się").
No więc nie, Stara Jędzo, nie wkuwasz się na nic, bo po co?
Jutro grzecznie potuptasz do ukochanego miejsca, bez wkuwania się zamkniesz pierwszy numer z 2020 roku, podlejesz badyle, pożegnasz się ze wszystkimi, nie na maksa, bo wrócisz za tydzień na jeden dzień do warzywek, ale pożegnasz.
wino w lodówce się chłodzi, zasłużyłaś na casillero del diablo na podsumowanie kolejnego roku.
To był dla mnie dobry rok pracowo, nie narzekam, chociaż się wściekam co miesiąc.
Prywatnie też, chociaż nie chwalę dnia przed zachodem słońca, ale - hartuję się, uczę się cieszyć dzisiaj, nie czekając na jutro.
Ale jestem dobra w pracowe klocki i już to wiem, na bank. Bo zagrozili, że będą reanimować mimo DNR, żebym zamknęła numer. Interesowni są, co nie?
A reszta? Jest milczeniem.
Największym darem od życia jest to, że nie wiemy, co nas jutro czeka.
Chyba sobie na czole wytatuuję, że życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
I kurde, nową klawiaturę dopisuję do listy życzeń, bo mi się w tej spacja zacina :)
Mam jedną na oku, ale uczę się cierpliwości, bo jednak... potrzebuję Inżyniera. Na miejscu, nie zdalnie...
Życie jest czekaniem.
A wystarczyło nie żreć przy kompie i klawiatura chodziłaby jak należy :P
Że jechałam z jakimś gościem, który mi prawił o uczuciach, szalonych, do mnie (ojapierdolę) autobusem prowadzonym przez kierowcę wariata. Gość pocieszał mnie, że jak umrzemy, to razem. Autobus na słupie wylądował, ja cała, a pani kierująca miętówki żre tonami. Ja na to, że zakabluję, że po pijaku prowadzi, wtem spod ziemi wyrasta gość o aparycji Frankensteina i zaczyna mnie dusić. Za kablowanie.
A jak żyję, nikogo nie zakablowałam, chociaż powinnam nie raz i nie dwa, ale nawet na pytanie Bossa, o to, kto najwięcej byków sadzi odpowiadam: wszyscy :) A pamiętam każdego byczka, dokładnie. Boss też dziś pobyczył, merytorycznie i oczy jak kwadraty miał i poleciał sprawdzać, żeby z wzdechem stwierdzić: jak pani to robi, że ma rację?
Jak?
No, pracuję.
Jak uczciwość nakazuje, mimo że czasami nie pracuję, ale to tylko dlatego, że praca nie doszła.
No nic.
A dziś rankiem w pracce
Stanowczo w tym roku Mikołajowi vel Gwiazdorowi się wygło, jak te szyny od bimby :)
A po 10 godzinach na pracowym łonie, co ja paczę?
Tak zapieprzałam ze śrubką w dupie, okrętową numer 5, że nawet nie zauważyłam, że śnieg spadł :)
A rano, idąc do pracy czułam motylki w brzuchu. Nie, nie zakochałam się, ale...
Co roku w tych dniach chodziłam nakręcona jak szwajcarski zegarek, że mróz, że mgła, że śnieg, że ślisko... wylecę, nie wylecę i takie tam.
A dziś poczułam, ze luz i hasta manana, że marzenia się czasem spełniają. Nieważne, czy mróz, czy śnieg, czy inny przemarsz wojsk radzieckich - zero presji.
Ma być ślizgawica jutro - to poczekam aż odtaje i pojadę do pracy. Swoje zrobię. Ta Fronterra przez dwa r to jednak zaklepanie mojej pozycji i nic mi nie zrobi, jak nie będę punkt 9.
Powoli, ale uczę się. Cenić siebie.
Duszę mą i ciało błogi spokój ogarnia.
I tak, żałuję, że tego jebanego jelonka, co patrzy i mówi ze zdziwieniem i zachwytem: Dorota?, nie zobaczę.
Ale... Nie brakuje mi już tak bardzo angielskich klimatów, bo i u nas coraz więcej domów ozdobionych jest światełkami i takimi tam, nawet na moim blokowisku.
Będzie mi brakowało tylko ludzi bliskich mojemu sercu, ale wiem, że to działa w obie strony i...
Czasem rozstania i rozłąka są bardzo budujące.
Potrzebuję oddechu, nie od ludzi, ale od rzeczy.
I tak, zatańczę sama, ale to nie znaczy, że będę szczęśliwsza, ale... :)
Czasem trzeba.
Wciąż chodzi za mną wczorajsze starcie z E.
Podsumowuję, myślę, analizuję. No, tak u mnie to działa.
W sumie nie mam żadnej przyjaciółki ze studiów. Z jedyną, moją imienniczką z G. jakoś się rozklepało i nawet nie wiem, czy jeszcze jest.
A inne dziewczyny? Fajnie było w tamtym czasie, potem nie wyszło. Byłam na jednym zjeździe i nic nie zaiskrzyło ani nie zaskoczyło. A wiele z nas jest wciąż w mojej wiosce.
Za to mam fajny kontakt z kilkoma z podstawówki, spotykamy się może raz w roku, ale... nic nas nie dzieli, wszystko łączy. I tak jakoś - ja jedna poszłam na studia. Ale wciąż nadajemy na tych samych falach i możemy konie kraść i nikt nas nie złapie. Piszę, że będę, hop, siup i już jest nasza ferajna i jakoś wszyscy mają czas.
Fakt, one są na emeryturach, ale też muszą dojechać do K., a na prowincji to nie takie proste.
Ze szkoły średniej mam kontakt z dziewczyną, z którą się z daleka kolegowałam, aczkolwiek ona twierdzi, że dzięki mnie skończyła budę, bo... dawałam jej odpisywać.
Może, nie pamiętam.
Ona była seksbombą, ja myszą.
Mamy inne wspomnienia, ale to nie przeszkadza nam w - teraz wirtualnej - przyjaźni. Ona jest w DE, ja tu.
Gadamy na Skype.
Może nam się uda real, ale nawet jeżeli nie - tragedii nie będzie. Jest nam dobrze, nadrobiłyśmy zaległości (no prawie) życiowe i...
Jest dobrze.
A E.? Mieszkamy w tej samej wiosce.
I odzywa się zawsze, jak czegoś potrzebuje. Tak jest od lat.
Nie oceniam jej życiowych wyborów, ale przez te 42 lata od kiedy skończyłyśmy studia, jak widziałyśmy się 20 razy, to dużo.
Zawsze ja się dostosowywałam. Bo ona ma całe życie pod górkę.
Nie przeczę, że nie. Ma.
Ale jak już mówiłam - każdy ma swoje piekło.
U mnie w tle przewija się jeszcze jej brat, startujący do mnie na chama właśnie wtedy, kiedy niańczyłam w wakacje jego syna... I dziadek, proponujący mi schadzkę w Polonezie, zapraszający mnie do pokoju... Polonez, tamte lata - kto przeżył, ten wie. Po latach, gdy zdobyłam się na wykrztuszenie tego wszystkiego, #metoo nie było wtedy modne, powiedziała, że mogłam wszystko powiedzieć jej mamie. Tej, która chciała mnie wlec do ginekologa po moim wyjeździe do Mikołajek pod namiot...
Sama z mamą nie miała kontaktu.
Ze wszystkich tych zakrętów udało mi się wybrnąć bez skazy i bez bólu.
Chyba i wtedy byłam już dość wyszczekana.
I wredna :) Nie dałam sobie jednak w kaszę pluć, bo niby dlaczego.
A najbardziej bawiło mnie, gdy po latach spotkałam jej brata, u niej na imieninach. I gość znów zastartował, ale zgasiłam go, lekko wspominając święta z Baranem :) Tak się bowiem składa, że Baran ma tyle lat, ile Pierworodny i gość był przekonany, że sypiam z kimś w wieku mojego syna. Oczywiście urosłam w jego oczach i to bardzo :) Przysłał mi potem SMS z pytaniem, jak się odmienia wyraz państwo w znaczeniu pary. Nie zgadzał się z moją odpowiedzią, ale posłałam go do słownika ortograficznego i tak się skończyło. Gość miał wyjechaną w Kosmos, piękną, rudą żonę, którą namiętnie zdradzał na prawo i na lewo. Już nie żyje.
I tak mi cały dzień dziś to z tyłu głowy chodziło.
Momentami czułam się paskudnie, ale halo, halo...
Znów mam się wkręcić w latanie na wezwanie, bo E. się wkuła?
Wkuwała się bezustannie.
Nic z tym nie robiąc, bo pasowało jej wkuwanie się.
(Poznańskie pyry wiedzą, co to jest "wkuć się").
No więc nie, Stara Jędzo, nie wkuwasz się na nic, bo po co?
Jutro grzecznie potuptasz do ukochanego miejsca, bez wkuwania się zamkniesz pierwszy numer z 2020 roku, podlejesz badyle, pożegnasz się ze wszystkimi, nie na maksa, bo wrócisz za tydzień na jeden dzień do warzywek, ale pożegnasz.
wino w lodówce się chłodzi, zasłużyłaś na casillero del diablo na podsumowanie kolejnego roku.
To był dla mnie dobry rok pracowo, nie narzekam, chociaż się wściekam co miesiąc.
Prywatnie też, chociaż nie chwalę dnia przed zachodem słońca, ale - hartuję się, uczę się cieszyć dzisiaj, nie czekając na jutro.
Ale jestem dobra w pracowe klocki i już to wiem, na bank. Bo zagrozili, że będą reanimować mimo DNR, żebym zamknęła numer. Interesowni są, co nie?
A reszta? Jest milczeniem.
Największym darem od życia jest to, że nie wiemy, co nas jutro czeka.
Chyba sobie na czole wytatuuję, że życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
I kurde, nową klawiaturę dopisuję do listy życzeń, bo mi się w tej spacja zacina :)
Mam jedną na oku, ale uczę się cierpliwości, bo jednak... potrzebuję Inżyniera. Na miejscu, nie zdalnie...
Życie jest czekaniem.
A wystarczyło nie żreć przy kompie i klawiatura chodziłaby jak należy :P
środa, 11 grudnia 2019
No i
wyszła ze mnie padlina, Kochany Pamiętniczku.
Całe moje zło, zakorzenione w memłonie pokazało swe niecne oblicze.
Ale po kolei, jak piszą moi kochani redaktorzy.
W pierwszych słowach mego posta bez bicia przyznaję się, że miałam wyjebane na kacowe cierpienia moich współpracowników. I nie, że święta jestem i kaca nigdy nie miałam, bo miałam i to nieraz, ale...
Nigdy nie byłam na tyle głupia, żeby dopuszczać do kaca, gdy muszę następnego dnia być na baczność.
I dlatego nie pojechałam na firmową imprezę.
Bo lubię pić. Ale nie lubię konsekwencji w nieoczekiwanych momentach.
I wkurwiało mnie zachowanie D., która najpierw wpadła mi do pokoju z ryjem, że nie idę po dobra, które z pańskiego stołu zalegały w kuchni, a następnie strofowała mnie, żeby nie brać tyle, bo inni też muszą. Ci, co byli na imprezie rzucili się na resztki, wynosząc je całymi siatkami.
Jakby się tam nie nażarli i nie napili, ale mniejsza z większym :) Dziś rano połowę wywaliłam do kosza, bo cenię swój żołądek. Kible w pracy były okupowane non stop.
Życie :)
A D. po kolejnej wizycie w miejscu, gdzie król chodzi piechotą i bez asysty raczej westchnęła: dawno się tak nie napchałam.
No ja sądzę.
Mniejsza z większym.
Dziś jeszcze wyszłam o ludzkiej porze, ale jutro ma być pod górkę i pod wiatr.
Nie takie tornada się przeżywało, co nie, Kochany Pamiętniczku?
I odezwała się E.
E. jest moją... hmmm... to skomplikowane... przyjaciółką (?) ze studiów.
To naprawdę skomplikowane.
Dziewczyna z pokręconym bardziej niż ja życiem. Doświadczona przez nie. Z wymaganiami wobec niego, których ja nawet w marzeniach nie ośmieliłabym się mu stawić. Nasze drogi krzyżowały się często, ale...
OK, za wiele rzeczy jestem jej wdzięczna. Może nie tyle jej samej, co je otoczeniu, za niektóre tak, za niektóre mniej. Pracowałam u jej brata jako baby sitter. Skomplikowane i to bardzo. Zakręcone bardziej niż świński ogonek. Jej mama, z jednej strony wspierająca mnie wałówą, z drugiej mówiąca mi, gdy wyjeżdżałam na wakacje z moją ówczesną miłością do Mikołajek pod namiot (P., nie ma Cię już, ale naprawdę? To nie ja byłam tą, która poszła w siną dal. Bolałeś, jak i ten peron, No cóż, było, minęło) powiedziała, że jak wrócę pójdzie ze mną do ginekologa, by stwierdzić, czy wciąż jestem dziewicą. Uśmiechnęłam się tylko, ale Ty, E. swoje wybory wciąż znaczyłaś tym, co rodzice powiedzą. To były Twoje decyzje. Ja, wiodąc życie beztroskie, nie wdawałam się w takie związki jak Ty, bo... Ano, moje zasady są głupie, ale... Nigdy nie przyszło mi do głowy wzdychać do żonatego faceta, odkąd zauroczyłam się w żonatym taksówkarzu, na co moja koleżanka, nawet nie przyjaciółka, rzekła "50 groszy". W sensie, że oni nigdy nie mają wydać ze złotówki :) A 50 groszy to kiedyś była kasa, oranżada kosztowała 45 groszy :) I tym sposobem uratowała moje życie.
Ty, E.korzystałaś z notatek,podpowiedzi, spotkań. Spóźniałaś się, bo tak, to ja zawsze czekałam, mnie nic nie usprawiedliwia w mojej punktualności.
Gdy byłam na lodzie, bez dachu nad głową, a Ty mieszkałaś w studenckim, dwuosobowym pokoju sama, gdy wiedziałaś, że nie mam już gdzie iść, nie powiedziałaś: zacumuj u mnie. Tłumaczyłaś, że właścicielka się nie zgodzi. Właścicielka, dzięki której zostałam mężatką, a long story.
Szłam do Warty,po drodze napotkałam siostrę uczennicy mojej mamy, która na wieść, ze jestem od jutra bezdomna powiedziała: no ja mieszkam na dwuosobowym pokoju sama...
I tak nasze losy się krzyżowały, ciągle i ciągle, ale to ja byłam stroną dającą bardziej.
Jak wtedy, gdy nie chciałaś urodzić tego dziecka.
I potem, gdy widząc Pierworodnego, mówiłaś, że nie możesz na niego patrzeć.
|Jakby to on był coś winien.
Angażujesz się we wszystko, w Solidarność, w inne takie tam - szamocąc się. I wciąż mówiąc o Marku i Piotrze, którzy mają Cię głęboko w dupie. Do wyrzygania. Żaden nie był gotowy do poświęcenia czegokolwiek dla Ciebie.
Jestem okrutna?
Może.
Bo dziś napisałam Ci, że nie, przepraszam, ale nie, nie dostosuję się już do Twoich terminów. Bo ja też mam swoje piekło. I nie,nie będę się z Tobą licytowała, która z nas jest bardziej doświadczona przez życie.
Każda z nas ma swoje piekło.
I tak , jestem szczęściarą, bo mam dzieci i wnuki.
Bo w moim życiu są takie osoby, jak Baran, Sikora, Zmorka, Dora, mamaKlary, Stardust, Kierownik Budowy i wiele innych wirtualnych i realnych osób. Jak P., klepiący mnie po tyłku i wystawiający swój do klepania. Ludzie, którzy są, bo ja jestem jaka jestem.
Sześć lat temu, gdy skończyłam mój największy w życiu remont, gdy chciałam się pochwalić tym, co mam, co zdobyłam na starość rzutem na taśmę, nigdy nie miałaś czasu.
Byłam w tym czasie parę razy u Ciebie.
Bo Ty tak pracujesz, że ukojenie znajdujesz tylko w ścianach domu.
No popatrz.
Tak jakoś wyszło, że ja też. I dziś Ci to wprost napisałam.
Nie odzywasz się już do mnie - i o dziwo - mam na to wyjebane.
Nie jestem już tą Basią, lecącą na skinienie każdej "przyjaciółki".
Jestem wredną, Starą Jędzą, która jest okrutna.
I zastanawiam się, jak bardzo musisz nie kochać swojej pracy, skoro piszesz, że w Wigilię bedziesz pracowała do późna.
Serio, pojebało Cię?
Pracujesz tam, odkąd skończyłaś studia.
Więc na chuja siedzisz tam w Wigilię, będąc już na emeryturze?
Bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka, nawet mając grosze na koncie wyszłabym wtedy, nie trzaskając drzwiami.
Bo ni chuja nikt nie potrzebuje mojej pracy w Wigilię tam.
Więc podsumowując: jestem jakąś wredną suką, ale dobrze mi z tym :P
I niech tak zostanie.
A wczoraj wracałam do domu tak, że ojapierdolę. Najpierw nie chciało mi się czekać ponad 20 minut na autobus, więc w bimbę skoczyłam...
A potem cała long story z dojazdem w smrodzie jakżeż uczynnego obywatela wyszła...
Dlatego dziś odstałam karnie 18 minut na zimnie, żeby wrócić bez smrodu.
I w ten sposób, słuchając radia na P., notatkę popełniłam.
Jeszcze dwa dni, potem niedzielę przeżyć i...
Może znów coś napiszę.
A pełnia dziś w Kosmos wyjebana, ale komórkowa fota nie odda jej uroku :)
A, i kartka doszła, też w Kosmos wyjebana do bólu :P
A od Słonka doszła pinkowa...
Wszyscy się na mnie zasadzają, co nie.
No ale w sumie wredna ze mnie kobita :|
Zasłużyłam :P
Całe moje zło, zakorzenione w memłonie pokazało swe niecne oblicze.
Ale po kolei, jak piszą moi kochani redaktorzy.
W pierwszych słowach mego posta bez bicia przyznaję się, że miałam wyjebane na kacowe cierpienia moich współpracowników. I nie, że święta jestem i kaca nigdy nie miałam, bo miałam i to nieraz, ale...
Nigdy nie byłam na tyle głupia, żeby dopuszczać do kaca, gdy muszę następnego dnia być na baczność.
I dlatego nie pojechałam na firmową imprezę.
Bo lubię pić. Ale nie lubię konsekwencji w nieoczekiwanych momentach.
I wkurwiało mnie zachowanie D., która najpierw wpadła mi do pokoju z ryjem, że nie idę po dobra, które z pańskiego stołu zalegały w kuchni, a następnie strofowała mnie, żeby nie brać tyle, bo inni też muszą. Ci, co byli na imprezie rzucili się na resztki, wynosząc je całymi siatkami.
Jakby się tam nie nażarli i nie napili, ale mniejsza z większym :) Dziś rano połowę wywaliłam do kosza, bo cenię swój żołądek. Kible w pracy były okupowane non stop.
Życie :)
A D. po kolejnej wizycie w miejscu, gdzie król chodzi piechotą i bez asysty raczej westchnęła: dawno się tak nie napchałam.
No ja sądzę.
Mniejsza z większym.
Dziś jeszcze wyszłam o ludzkiej porze, ale jutro ma być pod górkę i pod wiatr.
Nie takie tornada się przeżywało, co nie, Kochany Pamiętniczku?
I odezwała się E.
E. jest moją... hmmm... to skomplikowane... przyjaciółką (?) ze studiów.
To naprawdę skomplikowane.
Dziewczyna z pokręconym bardziej niż ja życiem. Doświadczona przez nie. Z wymaganiami wobec niego, których ja nawet w marzeniach nie ośmieliłabym się mu stawić. Nasze drogi krzyżowały się często, ale...
OK, za wiele rzeczy jestem jej wdzięczna. Może nie tyle jej samej, co je otoczeniu, za niektóre tak, za niektóre mniej. Pracowałam u jej brata jako baby sitter. Skomplikowane i to bardzo. Zakręcone bardziej niż świński ogonek. Jej mama, z jednej strony wspierająca mnie wałówą, z drugiej mówiąca mi, gdy wyjeżdżałam na wakacje z moją ówczesną miłością do Mikołajek pod namiot (P., nie ma Cię już, ale naprawdę? To nie ja byłam tą, która poszła w siną dal. Bolałeś, jak i ten peron, No cóż, było, minęło) powiedziała, że jak wrócę pójdzie ze mną do ginekologa, by stwierdzić, czy wciąż jestem dziewicą. Uśmiechnęłam się tylko, ale Ty, E. swoje wybory wciąż znaczyłaś tym, co rodzice powiedzą. To były Twoje decyzje. Ja, wiodąc życie beztroskie, nie wdawałam się w takie związki jak Ty, bo... Ano, moje zasady są głupie, ale... Nigdy nie przyszło mi do głowy wzdychać do żonatego faceta, odkąd zauroczyłam się w żonatym taksówkarzu, na co moja koleżanka, nawet nie przyjaciółka, rzekła "50 groszy". W sensie, że oni nigdy nie mają wydać ze złotówki :) A 50 groszy to kiedyś była kasa, oranżada kosztowała 45 groszy :) I tym sposobem uratowała moje życie.
Ty, E.korzystałaś z notatek,podpowiedzi, spotkań. Spóźniałaś się, bo tak, to ja zawsze czekałam, mnie nic nie usprawiedliwia w mojej punktualności.
Gdy byłam na lodzie, bez dachu nad głową, a Ty mieszkałaś w studenckim, dwuosobowym pokoju sama, gdy wiedziałaś, że nie mam już gdzie iść, nie powiedziałaś: zacumuj u mnie. Tłumaczyłaś, że właścicielka się nie zgodzi. Właścicielka, dzięki której zostałam mężatką, a long story.
Szłam do Warty,po drodze napotkałam siostrę uczennicy mojej mamy, która na wieść, ze jestem od jutra bezdomna powiedziała: no ja mieszkam na dwuosobowym pokoju sama...
I tak nasze losy się krzyżowały, ciągle i ciągle, ale to ja byłam stroną dającą bardziej.
Jak wtedy, gdy nie chciałaś urodzić tego dziecka.
I potem, gdy widząc Pierworodnego, mówiłaś, że nie możesz na niego patrzeć.
|Jakby to on był coś winien.
Angażujesz się we wszystko, w Solidarność, w inne takie tam - szamocąc się. I wciąż mówiąc o Marku i Piotrze, którzy mają Cię głęboko w dupie. Do wyrzygania. Żaden nie był gotowy do poświęcenia czegokolwiek dla Ciebie.
Jestem okrutna?
Może.
Bo dziś napisałam Ci, że nie, przepraszam, ale nie, nie dostosuję się już do Twoich terminów. Bo ja też mam swoje piekło. I nie,nie będę się z Tobą licytowała, która z nas jest bardziej doświadczona przez życie.
Każda z nas ma swoje piekło.
I tak , jestem szczęściarą, bo mam dzieci i wnuki.
Bo w moim życiu są takie osoby, jak Baran, Sikora, Zmorka, Dora, mamaKlary, Stardust, Kierownik Budowy i wiele innych wirtualnych i realnych osób. Jak P., klepiący mnie po tyłku i wystawiający swój do klepania. Ludzie, którzy są, bo ja jestem jaka jestem.
Sześć lat temu, gdy skończyłam mój największy w życiu remont, gdy chciałam się pochwalić tym, co mam, co zdobyłam na starość rzutem na taśmę, nigdy nie miałaś czasu.
Byłam w tym czasie parę razy u Ciebie.
Bo Ty tak pracujesz, że ukojenie znajdujesz tylko w ścianach domu.
No popatrz.
Tak jakoś wyszło, że ja też. I dziś Ci to wprost napisałam.
Nie odzywasz się już do mnie - i o dziwo - mam na to wyjebane.
Nie jestem już tą Basią, lecącą na skinienie każdej "przyjaciółki".
Jestem wredną, Starą Jędzą, która jest okrutna.
I zastanawiam się, jak bardzo musisz nie kochać swojej pracy, skoro piszesz, że w Wigilię bedziesz pracowała do późna.
Serio, pojebało Cię?
Pracujesz tam, odkąd skończyłaś studia.
Więc na chuja siedzisz tam w Wigilię, będąc już na emeryturze?
Bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka, nawet mając grosze na koncie wyszłabym wtedy, nie trzaskając drzwiami.
Bo ni chuja nikt nie potrzebuje mojej pracy w Wigilię tam.
Więc podsumowując: jestem jakąś wredną suką, ale dobrze mi z tym :P
I niech tak zostanie.
A wczoraj wracałam do domu tak, że ojapierdolę. Najpierw nie chciało mi się czekać ponad 20 minut na autobus, więc w bimbę skoczyłam...
A potem cała long story z dojazdem w smrodzie jakżeż uczynnego obywatela wyszła...
Dlatego dziś odstałam karnie 18 minut na zimnie, żeby wrócić bez smrodu.
I w ten sposób, słuchając radia na P., notatkę popełniłam.
Jeszcze dwa dni, potem niedzielę przeżyć i...
Może znów coś napiszę.
A pełnia dziś w Kosmos wyjebana, ale komórkowa fota nie odda jej uroku :)
A, i kartka doszła, też w Kosmos wyjebana do bólu :P
A od Słonka doszła pinkowa...
Wszyscy się na mnie zasadzają, co nie.
No ale w sumie wredna ze mnie kobita :|
Zasłużyłam :P
piątek, 6 grudnia 2019
Jakoś
tak w tym roku miesiące mijają piorunem, Kochany Pamiętniczku, a dni wloką się jak żółwie.
Dziś już dwa dni po imieninach i urodzinach, a ja wciąż życzenia dostaję, łomatkoicórko.
A wszystko przez mój genialny pomysł (polecam dla mających konto) wyłączenia daty urodzin na FB.
To naprawdę bardzo genialny pomysł, bo wtedy odzywają się tylko ci, którzy naprawdę są w moim życiu - nieważne - od dawna, od wczoraj, ale są.
Realnie, nawet jeżeli są to osoby oddalone o tysiące mil, nielajkujące na co dzień moich wypocin, ludzie ze swoim życiem (to nic złego, też mam swoje życie), znane niekiedy tylko wirtualnie, ale...
Jestem dla nich kimś, a i oni są dla mnie ważni.
To ludzie, którzy w jakiś sposób zmienili moje życie.
Ale wszystkim moim czytaczom, którzy wleźli na bloga 4 grudnia i powinszowali - z serca dziękuję.
Bo to był dla mnie szczególny dzień.
Nie lubię swoich urodzin, bo jestem chyba "jakoś zepsuta". Odkąd zmarła moja mama, a zmarła, gdy miałam niecałe 16 lat, nikt jakoś nie obchodził moich urodzin. Skończyły się i tyle. A że na dokładkę mam w tym dniu ustalone rodzinnie imieniny (bo dziadek mój chciał mieć Basię i to świętowaliśmy zawsze, choć nikt w domu nie mówił na mnie Basia) - to jakoś mi wali w dekielek :) Nawet będąc mężatką nie celebrowałam tego dnia, bo nie bardzo było za co. A moja teściowa i owszem, celebrowała, szarpiąc się na oszałamiające prezenty w postaci sfilcowanego sweterka z paczki z Reichu.
Więc...
Zawsze chcę, żeby wszyscy o tym dniu zapomnieli.
A i ja sama czuję się jak Maria Antonina wstępująca na szafot :)
Przechodzi mi dopiero następnego dnia, gdy budzę się, boli tak samo wszystko, jak dzień wcześniej, okoliczności przyrody nie ulegają zmianie, na czole nie mam tatuażu, że znów jestem rok starsza, chociaż lustro mówi, że i owszem, jeden dzień na karku więcej...
Ale...
Dziś mam już za sobą 23 743 dni.
I dzień jak co dzień.
D. podarowała mi kolejny zestaw śniadaniowy - talerz, talerzyk, kubek. Co z tego, że z Ćmielowa? Jak ściągnięty z zasobów pracowych i w kartoniku, który już niejedno widział? Wiem, wiem, darowanemu nie zagląda się w zęby, ale tekst: mam też w szafie białe wino, ale ty chyba białego nie pijesz, powalił mnie na kolana. Wino też pracowe. W zeszłym roku dostałam maść na receptę, napoczętą, ale jej nie służyła, a ja ją potrzebowałam. Szczerze? Doceniam wszystko, ale... Po co mi takie coś?
Gdy zaczynałam pracować, zapytano mnie, czy chcę obchodzić urodziny w pracy. Powiedziałam, że nie.
To jest mój dzień, moja sprawa.
W praniu okazało się, że panowie dostają whisky, a panie bukiecik. A poczęstunek u nas na bogato, z alkoholem.
To ja dziękuję, postoję.
Nie ma pojęcia, jakie oni mają pensje, ale wydawanie z własnych zasobów jakichś 500 zł na balangę na mój koszt - sorry Winnetou, nie opłaca mi się to wcale :P
P. co roku przychodzi, składa życzenia, daje badyle albo słodycze
w tym roku oryginalną grecką chałwę - i ja to szanuję. Nie oczekuje nic w zamian. Nie jest idealny, ale są gorsi od niego. Przez te 10 lat nie upokorzył mnie nigdy, aczkolwiek ciśnienie mi czasem nieźle podniósł.
A dzisiaj Mikołaj się "rozszalał", od prezesa dostaliśmy tradycyjnie
taką dużą. No OK :) Ale lepsza byłaby premia, co nie?
Ale od lat nie ma premii, za to jest wigilia.
Na którą w poniedziałek jadą prawie wszyscy. Cztery godziny jazdy autobusem, potem balanga dla całej firmy.
Spasowałam. Nie lubię pracowych spędów, to raz. Dwa, nie jest to zsynchronizowane w pracą. Trzy, już mnie pytano, czy w poniedziałek pracuję, oczywiście, wszyscy wszystko robią na ostatnią chwilę.
A, na poniedziałek wypisałam urlop, bo inaczej musiałabym iść w stronę słońca i odsiedzieć 8 godzin.
Odsiedzieć dosłownie i nawet kura siedząca na jajach ma lepiej, bo ma efekt: kurczaki.
Więc nie, nie będę siedziała. Może pójdę w stronę słońca, jak aura pozwoli :)
Ale halo, halo, dlaczego w czasie urlopu mam pracować?
Odpisałam żądającym, że mam urlop.
Oni, jak mają urlop, mają na wszystko wyjebane.
Mam i ja :)
I tak będę pracowała na wariackich papierach (jakbym tak stale nie pracowała), ale sorry Winnetou - będę świeża, wypoczęta, wypachniona i chociaż wiem, że przekibluję grubo po godzinach, w piątek w nocy wrócę do domu i będę WOLNA :)
A jedyne co jeszcze się w życiu liczy, to wolność.
W środę też miałam urlop, bo tak, i dzięki temu przeżyłam spokojnie swoje urodziny, relaksując się spacerkiem do miasta, gdzie zanabyłam w Pierożaku (polecam tubylcom) na Półwiejskiej pierogi, Ułożone na tacce, zamrożone głęboko, za oszałamiającą kwotę 16 zł za 18 pierogów. Jak policzę moją niechęć do robienia pierogów, bajzel w kuchni i jakość (to ukraińskie, bo to lepią Ukrainki) pierogi za tę cenę na sztuk ludzi jeden są za darmo :)
W jednej z budek w okolicy będą sprzedawać karpie żywe z Milicza.
Ojapierdolę :)
Żywy karp i na dokładkę z MILICZA to kiedyś było MARZENIE.
Niedościgłe.
Ale teraz? Kopnę się do rybnego, gdzie mają wyjechane w Kosmos filety z karpia i zapytam, czy będę musiała się o nie bić, ewentualnie czy ze względu na to, że jestem stałą klientką dostanę spod lady tę tuszkę?
Wanna zajęta. Mój brat, rezygnujący z walnięcia karpia w łeb, bo mu na to serce nie pozwalało, jedyne, co robił, to go wypatroszył. Eks, który nie zhańbił się zabiciem nikogo, a już na pewno nie karpia, jako że ryb unikał jak ognia. I Inżynier, pomagający matce, trzymającej karpia w gazecie, bo się ślizgał, walący go w łeb...
Nie, nie wyrósł na zboczeńca :)
A teraz matka kulturalnie, wyczyszczone, wyfiletowane, za koszmarną cenę, ale co tam :)
Raz się żyje, potem się straszy.
Przede mną w sumie 3,5 dnia spokoju.
Niech będą spokojne zatem :)
Dziś już dwa dni po imieninach i urodzinach, a ja wciąż życzenia dostaję, łomatkoicórko.
A wszystko przez mój genialny pomysł (polecam dla mających konto) wyłączenia daty urodzin na FB.
To naprawdę bardzo genialny pomysł, bo wtedy odzywają się tylko ci, którzy naprawdę są w moim życiu - nieważne - od dawna, od wczoraj, ale są.
Realnie, nawet jeżeli są to osoby oddalone o tysiące mil, nielajkujące na co dzień moich wypocin, ludzie ze swoim życiem (to nic złego, też mam swoje życie), znane niekiedy tylko wirtualnie, ale...
Jestem dla nich kimś, a i oni są dla mnie ważni.
To ludzie, którzy w jakiś sposób zmienili moje życie.
Ale wszystkim moim czytaczom, którzy wleźli na bloga 4 grudnia i powinszowali - z serca dziękuję.
Bo to był dla mnie szczególny dzień.
Nie lubię swoich urodzin, bo jestem chyba "jakoś zepsuta". Odkąd zmarła moja mama, a zmarła, gdy miałam niecałe 16 lat, nikt jakoś nie obchodził moich urodzin. Skończyły się i tyle. A że na dokładkę mam w tym dniu ustalone rodzinnie imieniny (bo dziadek mój chciał mieć Basię i to świętowaliśmy zawsze, choć nikt w domu nie mówił na mnie Basia) - to jakoś mi wali w dekielek :) Nawet będąc mężatką nie celebrowałam tego dnia, bo nie bardzo było za co. A moja teściowa i owszem, celebrowała, szarpiąc się na oszałamiające prezenty w postaci sfilcowanego sweterka z paczki z Reichu.
Więc...
Zawsze chcę, żeby wszyscy o tym dniu zapomnieli.
A i ja sama czuję się jak Maria Antonina wstępująca na szafot :)
Przechodzi mi dopiero następnego dnia, gdy budzę się, boli tak samo wszystko, jak dzień wcześniej, okoliczności przyrody nie ulegają zmianie, na czole nie mam tatuażu, że znów jestem rok starsza, chociaż lustro mówi, że i owszem, jeden dzień na karku więcej...
Ale...
Dziś mam już za sobą 23 743 dni.
I dzień jak co dzień.
D. podarowała mi kolejny zestaw śniadaniowy - talerz, talerzyk, kubek. Co z tego, że z Ćmielowa? Jak ściągnięty z zasobów pracowych i w kartoniku, który już niejedno widział? Wiem, wiem, darowanemu nie zagląda się w zęby, ale tekst: mam też w szafie białe wino, ale ty chyba białego nie pijesz, powalił mnie na kolana. Wino też pracowe. W zeszłym roku dostałam maść na receptę, napoczętą, ale jej nie służyła, a ja ją potrzebowałam. Szczerze? Doceniam wszystko, ale... Po co mi takie coś?
Gdy zaczynałam pracować, zapytano mnie, czy chcę obchodzić urodziny w pracy. Powiedziałam, że nie.
To jest mój dzień, moja sprawa.
W praniu okazało się, że panowie dostają whisky, a panie bukiecik. A poczęstunek u nas na bogato, z alkoholem.
To ja dziękuję, postoję.
Nie ma pojęcia, jakie oni mają pensje, ale wydawanie z własnych zasobów jakichś 500 zł na balangę na mój koszt - sorry Winnetou, nie opłaca mi się to wcale :P
P. co roku przychodzi, składa życzenia, daje badyle albo słodycze
w tym roku oryginalną grecką chałwę - i ja to szanuję. Nie oczekuje nic w zamian. Nie jest idealny, ale są gorsi od niego. Przez te 10 lat nie upokorzył mnie nigdy, aczkolwiek ciśnienie mi czasem nieźle podniósł.
A dzisiaj Mikołaj się "rozszalał", od prezesa dostaliśmy tradycyjnie
taką dużą. No OK :) Ale lepsza byłaby premia, co nie?
Ale od lat nie ma premii, za to jest wigilia.
Na którą w poniedziałek jadą prawie wszyscy. Cztery godziny jazdy autobusem, potem balanga dla całej firmy.
Spasowałam. Nie lubię pracowych spędów, to raz. Dwa, nie jest to zsynchronizowane w pracą. Trzy, już mnie pytano, czy w poniedziałek pracuję, oczywiście, wszyscy wszystko robią na ostatnią chwilę.
A, na poniedziałek wypisałam urlop, bo inaczej musiałabym iść w stronę słońca i odsiedzieć 8 godzin.
Odsiedzieć dosłownie i nawet kura siedząca na jajach ma lepiej, bo ma efekt: kurczaki.
Więc nie, nie będę siedziała. Może pójdę w stronę słońca, jak aura pozwoli :)
Ale halo, halo, dlaczego w czasie urlopu mam pracować?
Odpisałam żądającym, że mam urlop.
Oni, jak mają urlop, mają na wszystko wyjebane.
Mam i ja :)
I tak będę pracowała na wariackich papierach (jakbym tak stale nie pracowała), ale sorry Winnetou - będę świeża, wypoczęta, wypachniona i chociaż wiem, że przekibluję grubo po godzinach, w piątek w nocy wrócę do domu i będę WOLNA :)
A jedyne co jeszcze się w życiu liczy, to wolność.
W środę też miałam urlop, bo tak, i dzięki temu przeżyłam spokojnie swoje urodziny, relaksując się spacerkiem do miasta, gdzie zanabyłam w Pierożaku (polecam tubylcom) na Półwiejskiej pierogi, Ułożone na tacce, zamrożone głęboko, za oszałamiającą kwotę 16 zł za 18 pierogów. Jak policzę moją niechęć do robienia pierogów, bajzel w kuchni i jakość (to ukraińskie, bo to lepią Ukrainki) pierogi za tę cenę na sztuk ludzi jeden są za darmo :)
W jednej z budek w okolicy będą sprzedawać karpie żywe z Milicza.
Ojapierdolę :)
Żywy karp i na dokładkę z MILICZA to kiedyś było MARZENIE.
Niedościgłe.
Ale teraz? Kopnę się do rybnego, gdzie mają wyjechane w Kosmos filety z karpia i zapytam, czy będę musiała się o nie bić, ewentualnie czy ze względu na to, że jestem stałą klientką dostanę spod lady tę tuszkę?
Wanna zajęta. Mój brat, rezygnujący z walnięcia karpia w łeb, bo mu na to serce nie pozwalało, jedyne, co robił, to go wypatroszył. Eks, który nie zhańbił się zabiciem nikogo, a już na pewno nie karpia, jako że ryb unikał jak ognia. I Inżynier, pomagający matce, trzymającej karpia w gazecie, bo się ślizgał, walący go w łeb...
Nie, nie wyrósł na zboczeńca :)
A teraz matka kulturalnie, wyczyszczone, wyfiletowane, za koszmarną cenę, ale co tam :)
Raz się żyje, potem się straszy.
Przede mną w sumie 3,5 dnia spokoju.
Niech będą spokojne zatem :)
środa, 4 grudnia 2019
Dzisiejszy
dzień sponsoruje, Kochany Pamiętniczku, kilka cyferek.
23 741 i 65.
Podobają mi się :)
Lubię je :)
Zatem wypiję za nie :)
23 741 i 65.
Podobają mi się :)
Lubię je :)
Zatem wypiję za nie :)
piątek, 29 listopada 2019
To już
Kochany Pamiętniczku, styczeń...
A nie, sorry, wróć, jeszcze jeden dzień do grudnia, jeszcze andrzejki.
Dlaczego mam wrażenie, że czas mija jednak znacznie szybciej? Kiedyś nie mogłam się doczekać końca miesiąca, a tu szast-prast i znów spada kartka z kalendarza.
Zamykałam dziś styczniowy numer, niby bezboleśnie, ale zabolało, że już w styczniu będę zamykała drugi numer z sześciu...
Jak ten czas zapinkala.
Pytałam o opcję, że nie będę w styczniu, bo mi koliduje z życiem osobistym i wywołałam panikę na pokładzie. Na Titanicu byli spokojniejsi po zderzeniu z górą lodową niż tutaj na wieść, że mogę nie zamykać.
Alarm okazał się fałszywy, ale...
Kurde, to wszystko psuje moje plany.
I nie, nie jestem dość asertywna, żeby rzec: NIE. Na razie to luźny projekt, jeszcze niedzielna audiencja i czekanie na wyniki poniedziałkowych negocjacji na szczeblach wysokich, ale trzymajcie za mnie kciuki, żeby nie, żebym nie musiała zmieniać planów, bo nie chcę.
Dlaczego raz w życiu nie mogę mieć tak, jak chcę?
Odpowiem sobie sama.
Moja M. dostała w prezencie od córki na 65. urodziny wycieczkę do Tajlandii. Marzyła o tym od lat. Zycie rzucało jej w tym projekcie masę kłód pod nogi, ale miała lecieć 3 grudnia z mężem. No ale poszła z nim przedtem do kardiologa i okazało się, że gość ma zawalone tętnice w nogach na skutek palenia. Operacja w lutym i żaden lekarz nie zagwarantuje mu, że przeżyje parogodzinny lot do Tajlandii. Może, ale nie musi. M. podejmuje heroiczną decyzję. Nie lecą. Nie wiem, czy kasa przepadnie, nie pytam, co będę szarpać świeżą ranę. Ale zrozpaczona pisze, że on wciąż pali...
Cóż mam rzec? Life is brutal and full of zasadzkas and sometimes kopas w dupas. Mogę tylko przytulić, pogłaskać po główce (wirtualnie albo realnie, wracają wspomnienia z czatowych czasów, kiedy niewinny zwrot "pogłaskać po główce" wywoływał burzę dwuznaczności na czasie i ostrą interwencję opa).
To też znak, jak ten czas leci.
Jak miesza się życie realne i wirtualne i jak czasami trudno je rozgraniczyć.
Nigdy dotąd nie byliśmy tak nachalnie atakowani wiadomościami zewsząd.
Fake newsy nie krążyły jak sępy wszędzie.
Teraz momentami, żeby sprawdzić jaka jest pogoda za oknem łatwiej włączyć jakąś apkę na najbliższym urządzeniu niż podejść do okna, czy wyjść na balkon, czy na dwór, żeby sprawdzić, co tam słychać w górnych warstwach atmosfery.
Życie.
Nie można mieć wszystkiego, proste.
Byłam dziś w Biedronce po zakupy, bo i w lodówce światło, i zapasy na kolejny ciężki tydzień i chciałam ominąć jutrzejsze kolejki.
A tam... Black Friday :)
A ja pamiętam pierwszą, ubogą Biedronkę (stoi nadal, w Alei Żula, ale odremontowana, rozbudowana), w której widok towaru na paletach nas zaskakiwał i wywoływał odruch lekceważenia, mimo wszechobecnej biedy, że jak to, taki szajs, towar w sklepie, w kartonach, na paletach?
I jakkolwiek w dupie mam Black Friday, bo nic nie potrzebuję na gwałt, nie będę się biła o przeceniony TV, z tego prostego powodu, że na chuj mi odbiornik, skoro nie mam telewizji? Po co mi telewizja, skoro mam Internet? Mam Internet, jestem panią siebie, większy monitor z lepszą rozdzielczością i innymi bajerami nie jest mi do niczego potrzebny. Na razie, of course, bo wszystko pędzi coraz prędzej, mój pierwszy kompik o śmiesznej pamięci 1 Mb, miał pamięć większą niż kompik wysłany na Księżyc... Nie mówiąc już o moim odtwarzaczu mp3, starym, ale jarym, wciąż pięknie gra, chociaż innym się takie popsuły.
Też jestem stara, coraz starsza, ale jara, co nie?
Mimo że mnie strzyka, boli i ukradkiem, chyłkiem i znienacka tu i tam wyskakuje siniak i zastanawiam się - skąd? Nie piłam, nie leżałam, nie pamiętam...
A dziś, wpychając się w siedzenie, którego nie lubię, rąbnęłam się i... już wiem, skąd mam na tej nodze siniaki :0
I tak zwykły dzień za dniem pędzi, przeplatany peanami na moją cześć, protestami, że inaczej planować mam życie, bo nie ma innej opcji pracowej, no jak to, kolejny numer beze mnie, że wiem, rozumiem, umiem. Wiem, rozumiem, umiem, ale czasem myślę, ludzie, kurwa, nie jestem wieczna, nie ma ludzi niezastąpionych. I podobno są lepsze ode mnie, chodzą tłumami po ulicach. (Co to z ludzi robi pranie mózgów.) Zdziwkiem, że jak to, nie będzie mnie na imprezie (zakładając, że peany i zdziwko są szczere powinnam być z siebie dumna jak paw, ale... jakoś nie do końca w to wierzę - powinnam szukać psychoterapeuty i kozetki?). A, i Synowa podziękowała. Po raz pierwszy od lat.
Mniejsza, że za kasę :P
Z kolei druga się zmartwiła, że o mało się dziś nie zadławiłam ością z fileta. Zakładałam, że filet to bez ości (kłaniają się Baranie filety) :)
Oba fakty cieszą mnie niezmiernie :)
No jakoś tak :P
Zatem, nieuduszona ością, zmagająca się z bólami (serca, stawów, innych takich tam - niepotrzebne skreślić), słuchająca tej muszelki, znalezionej nad Wigrami (P., szkoda, ze nam nie wyszło, no ale Ciebie nie ma już od lat i nikogo po mnie nie miałeś... widzisz ten peron. Bo ja widzę go do dziś...)...
Pytam: czy wciąż warto żyć?
Na pewno takie rozterki obce są Kalafiorkównie, która z rozkoszą wdrapała się na stołek, wykorzystując fakt, że Alienek śpi i jej nie zwala już...
O czym marzy dziewczyna, gdy dorastać zaczyna?
Niech los będzie dla niej łaskawy...
A nie, sorry, wróć, jeszcze jeden dzień do grudnia, jeszcze andrzejki.
Dlaczego mam wrażenie, że czas mija jednak znacznie szybciej? Kiedyś nie mogłam się doczekać końca miesiąca, a tu szast-prast i znów spada kartka z kalendarza.
Zamykałam dziś styczniowy numer, niby bezboleśnie, ale zabolało, że już w styczniu będę zamykała drugi numer z sześciu...
Jak ten czas zapinkala.
Pytałam o opcję, że nie będę w styczniu, bo mi koliduje z życiem osobistym i wywołałam panikę na pokładzie. Na Titanicu byli spokojniejsi po zderzeniu z górą lodową niż tutaj na wieść, że mogę nie zamykać.
Alarm okazał się fałszywy, ale...
Kurde, to wszystko psuje moje plany.
I nie, nie jestem dość asertywna, żeby rzec: NIE. Na razie to luźny projekt, jeszcze niedzielna audiencja i czekanie na wyniki poniedziałkowych negocjacji na szczeblach wysokich, ale trzymajcie za mnie kciuki, żeby nie, żebym nie musiała zmieniać planów, bo nie chcę.
Dlaczego raz w życiu nie mogę mieć tak, jak chcę?
Odpowiem sobie sama.
Moja M. dostała w prezencie od córki na 65. urodziny wycieczkę do Tajlandii. Marzyła o tym od lat. Zycie rzucało jej w tym projekcie masę kłód pod nogi, ale miała lecieć 3 grudnia z mężem. No ale poszła z nim przedtem do kardiologa i okazało się, że gość ma zawalone tętnice w nogach na skutek palenia. Operacja w lutym i żaden lekarz nie zagwarantuje mu, że przeżyje parogodzinny lot do Tajlandii. Może, ale nie musi. M. podejmuje heroiczną decyzję. Nie lecą. Nie wiem, czy kasa przepadnie, nie pytam, co będę szarpać świeżą ranę. Ale zrozpaczona pisze, że on wciąż pali...
Cóż mam rzec? Life is brutal and full of zasadzkas and sometimes kopas w dupas. Mogę tylko przytulić, pogłaskać po główce (wirtualnie albo realnie, wracają wspomnienia z czatowych czasów, kiedy niewinny zwrot "pogłaskać po główce" wywoływał burzę dwuznaczności na czasie i ostrą interwencję opa).
To też znak, jak ten czas leci.
Jak miesza się życie realne i wirtualne i jak czasami trudno je rozgraniczyć.
Nigdy dotąd nie byliśmy tak nachalnie atakowani wiadomościami zewsząd.
Fake newsy nie krążyły jak sępy wszędzie.
Teraz momentami, żeby sprawdzić jaka jest pogoda za oknem łatwiej włączyć jakąś apkę na najbliższym urządzeniu niż podejść do okna, czy wyjść na balkon, czy na dwór, żeby sprawdzić, co tam słychać w górnych warstwach atmosfery.
Życie.
Nie można mieć wszystkiego, proste.
Byłam dziś w Biedronce po zakupy, bo i w lodówce światło, i zapasy na kolejny ciężki tydzień i chciałam ominąć jutrzejsze kolejki.
A tam... Black Friday :)
A ja pamiętam pierwszą, ubogą Biedronkę (stoi nadal, w Alei Żula, ale odremontowana, rozbudowana), w której widok towaru na paletach nas zaskakiwał i wywoływał odruch lekceważenia, mimo wszechobecnej biedy, że jak to, taki szajs, towar w sklepie, w kartonach, na paletach?
I jakkolwiek w dupie mam Black Friday, bo nic nie potrzebuję na gwałt, nie będę się biła o przeceniony TV, z tego prostego powodu, że na chuj mi odbiornik, skoro nie mam telewizji? Po co mi telewizja, skoro mam Internet? Mam Internet, jestem panią siebie, większy monitor z lepszą rozdzielczością i innymi bajerami nie jest mi do niczego potrzebny. Na razie, of course, bo wszystko pędzi coraz prędzej, mój pierwszy kompik o śmiesznej pamięci 1 Mb, miał pamięć większą niż kompik wysłany na Księżyc... Nie mówiąc już o moim odtwarzaczu mp3, starym, ale jarym, wciąż pięknie gra, chociaż innym się takie popsuły.
Też jestem stara, coraz starsza, ale jara, co nie?
Mimo że mnie strzyka, boli i ukradkiem, chyłkiem i znienacka tu i tam wyskakuje siniak i zastanawiam się - skąd? Nie piłam, nie leżałam, nie pamiętam...
A dziś, wpychając się w siedzenie, którego nie lubię, rąbnęłam się i... już wiem, skąd mam na tej nodze siniaki :0
I tak zwykły dzień za dniem pędzi, przeplatany peanami na moją cześć, protestami, że inaczej planować mam życie, bo nie ma innej opcji pracowej, no jak to, kolejny numer beze mnie, że wiem, rozumiem, umiem. Wiem, rozumiem, umiem, ale czasem myślę, ludzie, kurwa, nie jestem wieczna, nie ma ludzi niezastąpionych. I podobno są lepsze ode mnie, chodzą tłumami po ulicach. (Co to z ludzi robi pranie mózgów.) Zdziwkiem, że jak to, nie będzie mnie na imprezie (zakładając, że peany i zdziwko są szczere powinnam być z siebie dumna jak paw, ale... jakoś nie do końca w to wierzę - powinnam szukać psychoterapeuty i kozetki?). A, i Synowa podziękowała. Po raz pierwszy od lat.
Mniejsza, że za kasę :P
Z kolei druga się zmartwiła, że o mało się dziś nie zadławiłam ością z fileta. Zakładałam, że filet to bez ości (kłaniają się Baranie filety) :)
Oba fakty cieszą mnie niezmiernie :)
No jakoś tak :P
Zatem, nieuduszona ością, zmagająca się z bólami (serca, stawów, innych takich tam - niepotrzebne skreślić), słuchająca tej muszelki, znalezionej nad Wigrami (P., szkoda, ze nam nie wyszło, no ale Ciebie nie ma już od lat i nikogo po mnie nie miałeś... widzisz ten peron. Bo ja widzę go do dziś...)...
Pytam: czy wciąż warto żyć?
Na pewno takie rozterki obce są Kalafiorkównie, która z rozkoszą wdrapała się na stołek, wykorzystując fakt, że Alienek śpi i jej nie zwala już...
O czym marzy dziewczyna, gdy dorastać zaczyna?
Niech los będzie dla niej łaskawy...
środa, 27 listopada 2019
Masakryczna
masakra była dziś, Kochany Pamiętniczku.
Niby nic się nie stało, ale poczułam niezmierną ulgę, gdy zamknęłam za sobą drzwi i już nawet śmieci nie poszłam wynieść :)
Ale po kolei, jak piszą moi redaktorzy, gdy wierszówkę wyrabiają, co ja im bezlitośnie usuwam :)
Zasługują na usuwanie, bo i takie kwiatki sadzą
więc zasługują na usuwanie :)
No ale po kolei :)
W sobotę randka się odbyła i to nie byle jaka, bo podwójna, oja, oja, dawno takiej nie było. Jednak byłam jak reduta Ordona i nie, nie skusiłam się, chociaż serce mi na sznurku dyndało :) Przyjedzie babcia, więc nie będą sami, a ja, szczerze, może i złamałabym się, ale... Perspektywa świąt z babcią po raz kolejny jednak mnie przerosła :) Sorry, Winnetou :) Wiem, wiem, nic by się nie stało, ale... Nie.
Za stara jestem.
A przed podwójną randką ukradkiem i znienacka pisze Inżynier, że nie mogą sobie poradzić z Alienkiem, bo Alienek w trybie nagłym żąda dostępu do babci. Rzeczony dostęp został udzielony, w asyście Ciapka i Anielki, bo takie ostatnio są scenariusze, a szczęścia dopełniła możliwość nastraszenia babci okrutnym dinozaurem pożerającym wszystko i wszystkich. Takie to teraz orgie ze zwierzętami odchodzą.
Wydało się, że Pierworodny znów jest słomianym wdowcem, a że miałam na zbyciu schab pieczony w piekarniku ze śliwką w ilości za dużej
dokarmiłam niebożę.
Przedtem znów odbyłam seans z Ciapkiem, Anielką i bandą z AC z W. A dzieje się, że ojapierdolę, ale mam nie zapeszać, więc cicho, sza, na razie.
W poniedziałek spokojna pracka, ale w skrzynce awizo. Do Pierworodnego. Więc panika, że a nuż, widelec, łyżeczka znów wojsko.
Nie wytrzymałam, polazłam odebrać, a to bankowe sprawy.
A na poczcie cuda wianki. Zepsuły się komputery i - wszystko szło błyskawicznie mimo olbrzymiej kolejki. Śmierć komputerom :)
Wzdech, wydech, jest OK.
We wtorek przyszedł po to pismo, a że miał wolne, to dostał kawę i pogawędziliśmy, jak czekista z czekistą i o dziwo - jakaś nowa epoka.
Się dociera.
Mam nadzieję, że będzie dobrze.
W sumie chyba tak miało być, a i Synowa się nie szarpie, jak jej ojciec akurat teraz choruje - wyjazd do O. co weekend to nie problem. Problemem byłoby, gdyby byli w UK bądź DE.
Jest dobrze.
A w pracy kwitnie mi
grudnik, takim dziwnym kolorkiem :)
A i praca na mnie czeka, jutro - ekstras.
A jakże, jakbym wolne miała wolne, byłby koniec świata.
Za to dziś sądny dzień, kurwa.
Muszę pobluzgać, nie ma mocnych. W sumie nie sądny, bo nic się nie działo, ale... Ciulaty jak chuj.
Przesiadka na bimbę i trzy przystanki w oparach niestrawionego alkoholu i ćmików.
No nic. Przesiadka na kolejną bimbę.
Tłum na przystanku, za chwilę ma jechać kolejna, a mnie się nie spieszy. Poczekam.
Poczekałam.
Bimba nie odjechała.
Światła na skrzyżowaniu przy kolejnej padły.
Przeczołgaliśmy się.
Wlazłam do obcej piekarni i kanapka była do dupy.
W kompiku fontów nie było, a informatyk (też do dupy) założył fonty tylko dlatego, że poddusił go naczelny. Informatyk nieumiejący założyć fontów, w jakim ja świecie żyję?
Po pracy podkusiło mnie jechać po opłatki, no i...
Veritasu na Kantaka nie ma.
Miasto w centrum puste, mimo Jarmarku Bożonarodzeniowego, jakieś takie smutne. Wiem, wiem, to nie pora, ludzie dopiero z pracy wracają, ale ja pamiętam centrum tętniące i tłumy, a tu... Niby dekoracje, wszystko błyszczy i piszczy, ale...
Pustynia. Na jarmark nawet nie wchodziłam, bo raz, że nic nie potrzebuję, a dwa jak się już na coś skuszę, niepotrzebnie wydam kasę. (Właśnie wlazłam do banku i nóż mi się w kieszeni otworzył: 15 zł za prowadzenie konta, 5 zł za kartę i 2,50 za wypłacenie 50 zł z bankomatu? WTF? Z bankomatu Euronetu? Zanalizuję konto i chyba zmienię bank. Dotąd nie czytałam regulaminów, bo po co, ale 2,50 za wypłacenie 50 zł? Nawet ja nie jestem taka rozrzutna, a czasem muszę płacić gotówką, bo na Manhattanie inaczej się nie da, czasem też kupuję w pracy od kolegów jajka czy inne zabawki, Źle się dzieje w państwie duńskim).
No nic. Na bimbę.
Bimba załadowana. Rzuciło mnie koło dwóch mademoiselles. Nie wiem, koniec podstawówki, bo gimnazjów już nie ma, liceum? W każdym razie, gdybym się sprężyła, mogłabym być ich babcią. Luz. Głowa do góry, rzut oka na moją mordę i... wzrok w smartfona i stuku puku. Rybka mi to, ale wkoło stało mnóstwo starego ziela, ogrzewanie dawało popalić, w środku lekko mogło być ze 30 stopni z groszami. No nic. Monitorek, okno, okno, monitorek, rechot, rechot, monitorek, okno. Pani mogąca być ich matką szarpie się z oknem, próbując je otworzyć, ale nic z tego (pocieszające, że nie tylko mi jest za gorąco). No dobra, dziwoje mogły mieć okres, inne takie tam, ale nie, paluszki po monitorku smyrają niestrudzenie, chichoty nie milkną. Przystanek 7. Wsiada woń strawionego piwska plus ćmiki. Podchodzi mi do gardła, pocieszam się, że jak rzygnę to na ten futerkowy pomponik i co mi zrobi?
Przystanek 9. wsiada skóra woniejąca naftaliną...
Nie, nie otworzę torebki, żeby do niej rzygnąć.
Przystanek 10.
Wypryskuję, przesiadka na autobus.
Autobus wypadnięty z kursu, ale udaje mi się, jest wolne miejsce. Siadam, nie zastanawiając się nawet przez moment, czy ktoś inny nie potrzebuje. Obok mnie pani z chłopcem w wieku Papryczka. Dziecię zasypia momentalnie, jego rączka ląduje na mojej, pani spanikowana, ale uspokajam, że absolutnie mi nie przeszkadza.
Po trzech przystankach pani wysiada, a na jej miejsce pakuje się ponaddwumetrowy dres, z zespołem niespokojnych nóg i ogólnym ADHD.
Na szczęście wysiada na przedostatnim przystanku i do domu dojeżdżam zmiażdżona, ale w całości.
Z uczuciem ulgi zamykam drzwi. Mam nadzieję, że jestem już bezpieczna.
Dlatego nie jeżdżę do miasta.
Wybieram godziny i trasy nieoblegane.
Przeżyłam kolejny dzień, ale bardzo martwi mnie bank.
Dobrze mi tam było, a zmiana to nie takie hop siup.
A do tego na AC się dzieje, jak w przyspieszonym filmie.
I listopad jakiś taki krótki znów był...
Już prawie grudzień.
Czyżby życie pod koniec jechało, jak na diabelskim młynie?
Niby nic się nie stało, ale poczułam niezmierną ulgę, gdy zamknęłam za sobą drzwi i już nawet śmieci nie poszłam wynieść :)
Ale po kolei, jak piszą moi redaktorzy, gdy wierszówkę wyrabiają, co ja im bezlitośnie usuwam :)
Zasługują na usuwanie, bo i takie kwiatki sadzą
więc zasługują na usuwanie :)
No ale po kolei :)
W sobotę randka się odbyła i to nie byle jaka, bo podwójna, oja, oja, dawno takiej nie było. Jednak byłam jak reduta Ordona i nie, nie skusiłam się, chociaż serce mi na sznurku dyndało :) Przyjedzie babcia, więc nie będą sami, a ja, szczerze, może i złamałabym się, ale... Perspektywa świąt z babcią po raz kolejny jednak mnie przerosła :) Sorry, Winnetou :) Wiem, wiem, nic by się nie stało, ale... Nie.
Za stara jestem.
A przed podwójną randką ukradkiem i znienacka pisze Inżynier, że nie mogą sobie poradzić z Alienkiem, bo Alienek w trybie nagłym żąda dostępu do babci. Rzeczony dostęp został udzielony, w asyście Ciapka i Anielki, bo takie ostatnio są scenariusze, a szczęścia dopełniła możliwość nastraszenia babci okrutnym dinozaurem pożerającym wszystko i wszystkich. Takie to teraz orgie ze zwierzętami odchodzą.
Wydało się, że Pierworodny znów jest słomianym wdowcem, a że miałam na zbyciu schab pieczony w piekarniku ze śliwką w ilości za dużej
dokarmiłam niebożę.
Przedtem znów odbyłam seans z Ciapkiem, Anielką i bandą z AC z W. A dzieje się, że ojapierdolę, ale mam nie zapeszać, więc cicho, sza, na razie.
W poniedziałek spokojna pracka, ale w skrzynce awizo. Do Pierworodnego. Więc panika, że a nuż, widelec, łyżeczka znów wojsko.
Nie wytrzymałam, polazłam odebrać, a to bankowe sprawy.
A na poczcie cuda wianki. Zepsuły się komputery i - wszystko szło błyskawicznie mimo olbrzymiej kolejki. Śmierć komputerom :)
Wzdech, wydech, jest OK.
We wtorek przyszedł po to pismo, a że miał wolne, to dostał kawę i pogawędziliśmy, jak czekista z czekistą i o dziwo - jakaś nowa epoka.
Się dociera.
Mam nadzieję, że będzie dobrze.
W sumie chyba tak miało być, a i Synowa się nie szarpie, jak jej ojciec akurat teraz choruje - wyjazd do O. co weekend to nie problem. Problemem byłoby, gdyby byli w UK bądź DE.
Jest dobrze.
A w pracy kwitnie mi
grudnik, takim dziwnym kolorkiem :)
A i praca na mnie czeka, jutro - ekstras.
A jakże, jakbym wolne miała wolne, byłby koniec świata.
Za to dziś sądny dzień, kurwa.
Muszę pobluzgać, nie ma mocnych. W sumie nie sądny, bo nic się nie działo, ale... Ciulaty jak chuj.
Przesiadka na bimbę i trzy przystanki w oparach niestrawionego alkoholu i ćmików.
No nic. Przesiadka na kolejną bimbę.
Tłum na przystanku, za chwilę ma jechać kolejna, a mnie się nie spieszy. Poczekam.
Poczekałam.
Bimba nie odjechała.
Światła na skrzyżowaniu przy kolejnej padły.
Przeczołgaliśmy się.
Wlazłam do obcej piekarni i kanapka była do dupy.
W kompiku fontów nie było, a informatyk (też do dupy) założył fonty tylko dlatego, że poddusił go naczelny. Informatyk nieumiejący założyć fontów, w jakim ja świecie żyję?
Po pracy podkusiło mnie jechać po opłatki, no i...
Veritasu na Kantaka nie ma.
Miasto w centrum puste, mimo Jarmarku Bożonarodzeniowego, jakieś takie smutne. Wiem, wiem, to nie pora, ludzie dopiero z pracy wracają, ale ja pamiętam centrum tętniące i tłumy, a tu... Niby dekoracje, wszystko błyszczy i piszczy, ale...
Pustynia. Na jarmark nawet nie wchodziłam, bo raz, że nic nie potrzebuję, a dwa jak się już na coś skuszę, niepotrzebnie wydam kasę. (Właśnie wlazłam do banku i nóż mi się w kieszeni otworzył: 15 zł za prowadzenie konta, 5 zł za kartę i 2,50 za wypłacenie 50 zł z bankomatu? WTF? Z bankomatu Euronetu? Zanalizuję konto i chyba zmienię bank. Dotąd nie czytałam regulaminów, bo po co, ale 2,50 za wypłacenie 50 zł? Nawet ja nie jestem taka rozrzutna, a czasem muszę płacić gotówką, bo na Manhattanie inaczej się nie da, czasem też kupuję w pracy od kolegów jajka czy inne zabawki, Źle się dzieje w państwie duńskim).
No nic. Na bimbę.
Bimba załadowana. Rzuciło mnie koło dwóch mademoiselles. Nie wiem, koniec podstawówki, bo gimnazjów już nie ma, liceum? W każdym razie, gdybym się sprężyła, mogłabym być ich babcią. Luz. Głowa do góry, rzut oka na moją mordę i... wzrok w smartfona i stuku puku. Rybka mi to, ale wkoło stało mnóstwo starego ziela, ogrzewanie dawało popalić, w środku lekko mogło być ze 30 stopni z groszami. No nic. Monitorek, okno, okno, monitorek, rechot, rechot, monitorek, okno. Pani mogąca być ich matką szarpie się z oknem, próbując je otworzyć, ale nic z tego (pocieszające, że nie tylko mi jest za gorąco). No dobra, dziwoje mogły mieć okres, inne takie tam, ale nie, paluszki po monitorku smyrają niestrudzenie, chichoty nie milkną. Przystanek 7. Wsiada woń strawionego piwska plus ćmiki. Podchodzi mi do gardła, pocieszam się, że jak rzygnę to na ten futerkowy pomponik i co mi zrobi?
Przystanek 9. wsiada skóra woniejąca naftaliną...
Nie, nie otworzę torebki, żeby do niej rzygnąć.
Przystanek 10.
Wypryskuję, przesiadka na autobus.
Autobus wypadnięty z kursu, ale udaje mi się, jest wolne miejsce. Siadam, nie zastanawiając się nawet przez moment, czy ktoś inny nie potrzebuje. Obok mnie pani z chłopcem w wieku Papryczka. Dziecię zasypia momentalnie, jego rączka ląduje na mojej, pani spanikowana, ale uspokajam, że absolutnie mi nie przeszkadza.
Po trzech przystankach pani wysiada, a na jej miejsce pakuje się ponaddwumetrowy dres, z zespołem niespokojnych nóg i ogólnym ADHD.
Na szczęście wysiada na przedostatnim przystanku i do domu dojeżdżam zmiażdżona, ale w całości.
Z uczuciem ulgi zamykam drzwi. Mam nadzieję, że jestem już bezpieczna.
Dlatego nie jeżdżę do miasta.
Wybieram godziny i trasy nieoblegane.
Przeżyłam kolejny dzień, ale bardzo martwi mnie bank.
Dobrze mi tam było, a zmiana to nie takie hop siup.
A do tego na AC się dzieje, jak w przyspieszonym filmie.
I listopad jakiś taki krótki znów był...
Już prawie grudzień.
Czyżby życie pod koniec jechało, jak na diabelskim młynie?
piątek, 22 listopada 2019
O jeżu kolczasty
Kochany Pamiętniczku, już zapomniałam, że mogą być takie fajne dni :)
Pospałam do wypęku, chociaż sny były - wg mojej nieboszczki teściowej masakryczne, bo to i woda lała się bez końca strumieniami, i małe dzieci w nim były, a i Umarlaków kręciło się tam od cholery.
Więc ogólnie - grób, kiła i mogiła.
No cóż, obudziłam się, wszystko bolało, więc tak jakby żyłam, innej opcji nie było, skoro bolało :)
Rączka (ałłła) za główkę, ajpadzik do rączki i...
... codzienny rytuał zaliczony.
No co, kto bogatemu zabroni?
Łazienka, kuchnia, kompik, w sumie jadam przy stole tylko, gdy mam gości.
Pogawędka z Inżynierem, u którego dzieje się, że ojapierdolę, jakie to moje dziecko jest nabuntowane, a ja wciąż pamiętam wersję: nigdy nie wracam...
W kafejce w Londynie czekał na randkę z Google. Tak, tak, ma się te rodzinne koneksje, moje dziecko aż tak dotarło. I z Bank of England jest na ty.
Fajnie, niefajnie, cieszę się, że doszedł tam, gdzie jest.
Jestem z niego dumna.
Ale musiałam do Biedronki i... no cóż, czekam na realną randkę na Skype :) Mamy sobie dużo do pogadania.
Inżynier po trupach wraca do PL.
Znaczy się, może nie do końca po trupach, zmieniły mu się priorytety życiowe.
Dla mnie budujące jest, że wciąż chce ze mną rozmawiać o tym, chociaż w sumie nie mam nic do powiedzenia.
Ale chce.
I to jest takie fajne.
A i Synowa co dzień znajduje dla mnie parę minut, więc...
Jakkolwiek na to nie patrzyć - jest cudnie.
Ale wracając do naszych baranów: poleciałam do Biedronki na skrzydłach, bo u mnie słowo droższe od pieniędzy, a obiecałam o 12 być w redakcji. Wiem, wiem, to nie etat, ale...
Wylądowałam :)
Zajęło mi wszystko 3 godziny, z tego umówione godzinę, dodawszy wszystko inne, 100 zł za godzinę to chyba nie jest źle?
Maszynki w międzyczasie, a na podlizanie się o podwyżkę usłyszałam, że bonusem jest miłe towarzystwo.
Kurwa,
Dla kogo miłe, dla tego miłe, abstrahując do miłości...
Dobra, nie denerwuję się :)
W międzyczasie SMS od Biedronki, że jest książka, której szuka Inżynierowa.
Rezygnuję więc z prostej drogi do domu, mając uczucie wyższości w mknącym tramwaju na widok piątkowych korków w mojej wiosce, nadkładam drogi, wpadam do Biedronki i?
WTF?
Nie ma ŻADNYCH książek, ale jest...
... za jedyne 9,90 :) W tym roku będę ją pielęgnować do upadłego, do ostatka, do szału.
A pewno i na inne się skuszę, choć w loggii wciąż mam bratki...
Moje życie składa się z pięknych drobiazgów, już nawet nie z chwil zapierających dech.
Aczkolwiek i te drobiazgi są oszałamiające.
Niech tak zostanie.
Do końca.
To właśnie jest takie piękne :)
I tak warto żyć.
A jutro, jak nic się nie zmieni, pójdę na randkę :)
Dawno na niej nie byłam, ale cóż, życie :P
Pospałam do wypęku, chociaż sny były - wg mojej nieboszczki teściowej masakryczne, bo to i woda lała się bez końca strumieniami, i małe dzieci w nim były, a i Umarlaków kręciło się tam od cholery.
Więc ogólnie - grób, kiła i mogiła.
No cóż, obudziłam się, wszystko bolało, więc tak jakby żyłam, innej opcji nie było, skoro bolało :)
Rączka (ałłła) za główkę, ajpadzik do rączki i...
... codzienny rytuał zaliczony.
No co, kto bogatemu zabroni?
Łazienka, kuchnia, kompik, w sumie jadam przy stole tylko, gdy mam gości.
Pogawędka z Inżynierem, u którego dzieje się, że ojapierdolę, jakie to moje dziecko jest nabuntowane, a ja wciąż pamiętam wersję: nigdy nie wracam...
W kafejce w Londynie czekał na randkę z Google. Tak, tak, ma się te rodzinne koneksje, moje dziecko aż tak dotarło. I z Bank of England jest na ty.
Fajnie, niefajnie, cieszę się, że doszedł tam, gdzie jest.
Jestem z niego dumna.
Ale musiałam do Biedronki i... no cóż, czekam na realną randkę na Skype :) Mamy sobie dużo do pogadania.
Inżynier po trupach wraca do PL.
Znaczy się, może nie do końca po trupach, zmieniły mu się priorytety życiowe.
Dla mnie budujące jest, że wciąż chce ze mną rozmawiać o tym, chociaż w sumie nie mam nic do powiedzenia.
Ale chce.
I to jest takie fajne.
A i Synowa co dzień znajduje dla mnie parę minut, więc...
Jakkolwiek na to nie patrzyć - jest cudnie.
Ale wracając do naszych baranów: poleciałam do Biedronki na skrzydłach, bo u mnie słowo droższe od pieniędzy, a obiecałam o 12 być w redakcji. Wiem, wiem, to nie etat, ale...
Wylądowałam :)
Zajęło mi wszystko 3 godziny, z tego umówione godzinę, dodawszy wszystko inne, 100 zł za godzinę to chyba nie jest źle?
Maszynki w międzyczasie, a na podlizanie się o podwyżkę usłyszałam, że bonusem jest miłe towarzystwo.
Kurwa,
Dla kogo miłe, dla tego miłe, abstrahując do miłości...
Dobra, nie denerwuję się :)
W międzyczasie SMS od Biedronki, że jest książka, której szuka Inżynierowa.
Rezygnuję więc z prostej drogi do domu, mając uczucie wyższości w mknącym tramwaju na widok piątkowych korków w mojej wiosce, nadkładam drogi, wpadam do Biedronki i?
WTF?
Nie ma ŻADNYCH książek, ale jest...
... za jedyne 9,90 :) W tym roku będę ją pielęgnować do upadłego, do ostatka, do szału.
A pewno i na inne się skuszę, choć w loggii wciąż mam bratki...
Moje życie składa się z pięknych drobiazgów, już nawet nie z chwil zapierających dech.
Aczkolwiek i te drobiazgi są oszałamiające.
Niech tak zostanie.
Do końca.
To właśnie jest takie piękne :)
I tak warto żyć.
A jutro, jak nic się nie zmieni, pójdę na randkę :)
Dawno na niej nie byłam, ale cóż, życie :P
czwartek, 21 listopada 2019
Kolejny
rok minął, Kochany Pamiętniczku.
Na wariackich papierach zamykaliśmy dziś grudniowy numer.
Wczoraj było nasze forum, zatem większość załogi w stanie lekko zmęczonym.
Osobiście wg zaleceń pani wice przyszłam w południe (kurde, nienormalna jestem, wciąż mam z tyłu głowy: zwolnią cię, jak ciebie nie będzie), tylko po to, by dowiedzieć się, że Cezar jednak będzie miał dla mnie materiał "chyba jutro", ale bladym świtem.
Zatem "bladym świtem", klnąc jak mój dziadek szewc, zlądowałam w pracce i ojapierdolę.
Cezarowy materiał dostałam grubo po 19, a sterczał mi pod drzwiami i zaglądał co 5 minut, czy już jest gotowe, więc rzekłam, że dziś jestem w stanie zabić i każdy sąd mnie uniewinni.
To były, KURWA, dwie strony, z czego 1/3 to były zdjęcia.
Tekst żywcem z folderu i...
A, szkoda gadać.
Do tego wszystkim na łeb padło, że to wiecie, rozumiecie, event...
Jak dla mnie bardziej okazja do pierdolenia o Szopenie i do wyważania otwartych drzwi i trzaskania zamkniętymi, ale co ja tam wiem.
Ludzie potrzebują chleba i igrzysk.
Stwierdziłam, że idę na emeryturę, na to biedna D. z rzęsami jak firany powiedziała, że i tak mam dobrze, bo ona się do psychiatryka wybiera. I zapytała, czy jadę na firmową wigilię. - W życiu nie - odpowiedziałam.
- Ale napijemy się za firmową kasę.
Uśmiechnęłam się tylko. Nie kręci mnie picie za firmową kasę. Wyjazd jest - a jakże - znów w środku zamykania, gdzieś poza wioskę. Pić lubię za swoje.
Nie ma pokoi jednoosobowych, a nie mam najmniejszej ochoty spać z kimś obcym. W całej firmie nie ma osoby, z którą chciałabym spać w jednym pomieszczeniu. Tak, jestem pojebana, ale jak piję, to chrapię. I lubię mieć swoją łazienkę.
Co mi z imprezy do 4 nad ranem (tak zaplanowana), skoro o 10 muszę być na baczność do powrotu do wioski?
Oczywiście, nie muszę siedzieć do końca.
Ale i tak nie wiem, po co mam siedzieć godzinami z ludźmi, z którymi w zasadzie nic mnie nie łączy?
Doceniają mnie, a jakże, jak chcą mieć zrobione coś na cito.
A na co dzień albo gdy im się wali, bo za dużo siedzą w kuchni, na papierosach, albo im się zwyczajnie omsknęło - to jestem dla nich jak powietrze. Bo nie wchodzę w koalicje, kto z kim, za ile i po co?
Bo nie lubię chodzić do Bossa, bo czasem zaciskam zęby i tłamszę w sobie wszystkie złości tego świata, bo co mi z tego, że kogoś w dupę kopnę?
Ot, taki Cezar. Ma o wiele więcej kasy niż ja, a dochodzą mnie słuchy, że wnerwia nie tylko mnie, ale i wszystkich, bo nie współpracuje i zatrzymuje robotę. Pracę dostał, bo zna Królika i jego znajomych. Umiejętności, mimo dr inż. przed nazwiskiem - mierne. Upiera się, że ma rację, nawet jak jej nie ma, ale on wie lepiej. Nie ogarnia zasad wydawnictwa i pracy... W zasadzie mogłabym kablować bez końca, bo mnie wkurwia na maksa. Do tego nie zachowuje dystansu, przestrzeni osobistej. I nie, nic z molestowania, ale... Jak można siedząc 12 godzin w pracy i nawet mając swoje zęby nie pomyśleć, że jedzie nam z paszczy?
I sapać mi nad głową, pokazując pazurem...
No nie.
Albo pani M. Jak potrzebuje, to w dupę by mnie lizała. Jak nie potrzebuje, jestem dla niej jak powietrze. Nie, żeby była zła, co to, to nie. Ale zawsze podkreśli, delikatnie, a jednak, że ma władzę. To dzięki niej siedziałam wczoraj bez sensu, a mogła powiedzieć: SJ, jutro o 8. I tak byłam o tej jebanej 8 w pracy... I kiblowałam w niej i z jej powodu 11 godzin, pracując w sumie 3.
No dobra.
Nie narzekamy na pracę. Jesteśmy w domu, me and Shadow i...
Jutro wstaniemy, jak się nam będzie chciało, bo warzywka proszą, żeby być późno.
A maszynki gdzieś pomaszerowały i... będziemy je robić jak nam będzie pasowało :)
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie...
I takie inne tam.
Od ponad miesiąca próbuję zrobić śmierdziela, takiego jak robiła moja mama i ciocia Kazia i ni chuja żaden twaróg nie gliwieje.
To dopiero jest problem, bo chodzi za mną ten śmierdziel i nie mogę go dorwać.
To gorszy problem, jak moja praca :D
Na wariackich papierach zamykaliśmy dziś grudniowy numer.
Wczoraj było nasze forum, zatem większość załogi w stanie lekko zmęczonym.
Osobiście wg zaleceń pani wice przyszłam w południe (kurde, nienormalna jestem, wciąż mam z tyłu głowy: zwolnią cię, jak ciebie nie będzie), tylko po to, by dowiedzieć się, że Cezar jednak będzie miał dla mnie materiał "chyba jutro", ale bladym świtem.
Zatem "bladym świtem", klnąc jak mój dziadek szewc, zlądowałam w pracce i ojapierdolę.
Cezarowy materiał dostałam grubo po 19, a sterczał mi pod drzwiami i zaglądał co 5 minut, czy już jest gotowe, więc rzekłam, że dziś jestem w stanie zabić i każdy sąd mnie uniewinni.
To były, KURWA, dwie strony, z czego 1/3 to były zdjęcia.
Tekst żywcem z folderu i...
A, szkoda gadać.
Do tego wszystkim na łeb padło, że to wiecie, rozumiecie, event...
Jak dla mnie bardziej okazja do pierdolenia o Szopenie i do wyważania otwartych drzwi i trzaskania zamkniętymi, ale co ja tam wiem.
Ludzie potrzebują chleba i igrzysk.
Stwierdziłam, że idę na emeryturę, na to biedna D. z rzęsami jak firany powiedziała, że i tak mam dobrze, bo ona się do psychiatryka wybiera. I zapytała, czy jadę na firmową wigilię. - W życiu nie - odpowiedziałam.
- Ale napijemy się za firmową kasę.
Uśmiechnęłam się tylko. Nie kręci mnie picie za firmową kasę. Wyjazd jest - a jakże - znów w środku zamykania, gdzieś poza wioskę. Pić lubię za swoje.
Nie ma pokoi jednoosobowych, a nie mam najmniejszej ochoty spać z kimś obcym. W całej firmie nie ma osoby, z którą chciałabym spać w jednym pomieszczeniu. Tak, jestem pojebana, ale jak piję, to chrapię. I lubię mieć swoją łazienkę.
Co mi z imprezy do 4 nad ranem (tak zaplanowana), skoro o 10 muszę być na baczność do powrotu do wioski?
Oczywiście, nie muszę siedzieć do końca.
Ale i tak nie wiem, po co mam siedzieć godzinami z ludźmi, z którymi w zasadzie nic mnie nie łączy?
Doceniają mnie, a jakże, jak chcą mieć zrobione coś na cito.
A na co dzień albo gdy im się wali, bo za dużo siedzą w kuchni, na papierosach, albo im się zwyczajnie omsknęło - to jestem dla nich jak powietrze. Bo nie wchodzę w koalicje, kto z kim, za ile i po co?
Bo nie lubię chodzić do Bossa, bo czasem zaciskam zęby i tłamszę w sobie wszystkie złości tego świata, bo co mi z tego, że kogoś w dupę kopnę?
Ot, taki Cezar. Ma o wiele więcej kasy niż ja, a dochodzą mnie słuchy, że wnerwia nie tylko mnie, ale i wszystkich, bo nie współpracuje i zatrzymuje robotę. Pracę dostał, bo zna Królika i jego znajomych. Umiejętności, mimo dr inż. przed nazwiskiem - mierne. Upiera się, że ma rację, nawet jak jej nie ma, ale on wie lepiej. Nie ogarnia zasad wydawnictwa i pracy... W zasadzie mogłabym kablować bez końca, bo mnie wkurwia na maksa. Do tego nie zachowuje dystansu, przestrzeni osobistej. I nie, nic z molestowania, ale... Jak można siedząc 12 godzin w pracy i nawet mając swoje zęby nie pomyśleć, że jedzie nam z paszczy?
I sapać mi nad głową, pokazując pazurem...
No nie.
Albo pani M. Jak potrzebuje, to w dupę by mnie lizała. Jak nie potrzebuje, jestem dla niej jak powietrze. Nie, żeby była zła, co to, to nie. Ale zawsze podkreśli, delikatnie, a jednak, że ma władzę. To dzięki niej siedziałam wczoraj bez sensu, a mogła powiedzieć: SJ, jutro o 8. I tak byłam o tej jebanej 8 w pracy... I kiblowałam w niej i z jej powodu 11 godzin, pracując w sumie 3.
No dobra.
Nie narzekamy na pracę. Jesteśmy w domu, me and Shadow i...
Jutro wstaniemy, jak się nam będzie chciało, bo warzywka proszą, żeby być późno.
A maszynki gdzieś pomaszerowały i... będziemy je robić jak nam będzie pasowało :)
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie...
I takie inne tam.
Od ponad miesiąca próbuję zrobić śmierdziela, takiego jak robiła moja mama i ciocia Kazia i ni chuja żaden twaróg nie gliwieje.
To dopiero jest problem, bo chodzi za mną ten śmierdziel i nie mogę go dorwać.
To gorszy problem, jak moja praca :D
sobota, 16 listopada 2019
Ta noc
Kochany Pamiętniczku, była dla mnie najgorszą od wielu, wielu lat.
Albowiem stałam w tłumie na peronie, z Inżynierem i jego Dziewczyną, która była w ciąży, aczkolwiek o tym jeszcze nie wiedziała (dla ścisłości, Inżynierowa zaszła w ciążę już po ślubie, ale mniejsza z większym).
Tłum był koszmarny i wepchnął Inżynierostwo (dysponujące biletem) do innego wagonu, daleko ode mnie.
Przerwa na siusiu :)
Wracam i okazuje się, że jestem jakieś trzy wagony przed nimi.
Jedziemy do Szczecina.
WTF do Szczecina? W równoległym świecie aka w sennym koszmarze, kto to wie?
Fakt faktem, jedziemy, koła stukocą miarowo.
A ja w ręku dzierżę Samsunga z klapką.
Ni chuja nie wiem, czy jest jakiś Samsung z klapką, miałam tylko nokijki i od razu przesiadłam się na ajfonika.
I... Jadę do tego pieprzonego Szczecina. Próbuję się skontaktować z Inżynierem, ale ni chu chu nie umiem napisać SMS na jebanym Samsungu. Znaczy się, umiem pisać na klawiaturze starych telefonów, ale nie wiem, jak ją włączyć.
Wyświetlają mi się cuda wianki, gry, reklamy, cokolwiek bym nie dusiła, ale nie ma opcji SMS.
Bateria wciąż trzyma, ale monitorek nie działa na dotyk.
Kolęduję po zapchanych na maksa przedziałach, ale nikt nie umie obsłużyć tego jebanego Samsunga.
Proponują mi smartfony - ale nie znam numeru Inżyniera.
Pobudka, na sik :) Tak koło 5 nad ranem już.
I znów wracam do sennego koszmaru, bijąc się z niedziałającym Samsungiem, kontrolerami, obcym krajobrazem za oknem...
Siódma rano.
Otwieram oczy, jestem w bezpiecznym świecie smartfonów, miziania po ekranie.
Uświadamiam sobie jeszcze dobitniej, jak kruchy jest mój świat, w którym NIE PAMIĘTAM nie tylko sytuacji, w których serce klęka, ale i...
No właśnie, co będzie, jak wszystko padnie?
Spociłam się w tym śnie tak, że musiałam zmienić pościel.
Wiesz, Baranie, kiedyś wyrwana ze snu potrafiłam wyrecytować Twój numer.
Jak i numery moich synów.
A dziś? Swój pamiętam. Żadnych innych nie. I nie można tego zwalać na mojego alzheimera (kłania się głęboko, do dziś pamietam nasz stacjonarny...)
Wracając do naszych baranów (revenons à nos moutons, jak mawiają Żabojady) podrzucono mi dziś znienacka i ukradkiem
Olaboga. Jak ktoś w komentarzach napisał, że może to wnuki zainteresuje... Może mam z nią więcej wspólnego, niż sądzę.
Jest idealna, jak przystało na moją pierwszą wnuczkę.
Odpukać w niemalowane - marzenia czasem się spełniają... Interesują ją nawet prapradziadkowie. A ma - nie ukrywając niczego - ciekawych :)
No dobra, zostawiam w kompie wszystko na wejściu. Dla niej - warto. Reszta w tonach papieru, zakładam, że się przez nie przekopię, jak nie, będzie miała dużo roboty :)
A i sama Synowa w szybkiej rozmowie, bo Papryczek ma włączoną opcję: do domu, czemu się nie dziwię po tylu przejściach, stwierdziła, że jak coś, będzie mi zmieniała pampersy.
Serio?
Nie wierzę.
Jebłam, jako rzecze Baran.
I zapytuję, Kochany Pamiętniczku, jak żyć, skoro wszystko przewraca się do góry nogami?
Pozytywnie, ale zawsze.
Chyba jeszcze nie pora umierać...
Na złość ZUS-owi.
Może dożyję tego pierwszego piwa w Brovarii z Małą Wiedżmą?
Bez Samsunga, psiakrew :P
Albowiem stałam w tłumie na peronie, z Inżynierem i jego Dziewczyną, która była w ciąży, aczkolwiek o tym jeszcze nie wiedziała (dla ścisłości, Inżynierowa zaszła w ciążę już po ślubie, ale mniejsza z większym).
Tłum był koszmarny i wepchnął Inżynierostwo (dysponujące biletem) do innego wagonu, daleko ode mnie.
Przerwa na siusiu :)
Wracam i okazuje się, że jestem jakieś trzy wagony przed nimi.
Jedziemy do Szczecina.
WTF do Szczecina? W równoległym świecie aka w sennym koszmarze, kto to wie?
Fakt faktem, jedziemy, koła stukocą miarowo.
A ja w ręku dzierżę Samsunga z klapką.
Ni chuja nie wiem, czy jest jakiś Samsung z klapką, miałam tylko nokijki i od razu przesiadłam się na ajfonika.
I... Jadę do tego pieprzonego Szczecina. Próbuję się skontaktować z Inżynierem, ale ni chu chu nie umiem napisać SMS na jebanym Samsungu. Znaczy się, umiem pisać na klawiaturze starych telefonów, ale nie wiem, jak ją włączyć.
Wyświetlają mi się cuda wianki, gry, reklamy, cokolwiek bym nie dusiła, ale nie ma opcji SMS.
Bateria wciąż trzyma, ale monitorek nie działa na dotyk.
Kolęduję po zapchanych na maksa przedziałach, ale nikt nie umie obsłużyć tego jebanego Samsunga.
Proponują mi smartfony - ale nie znam numeru Inżyniera.
Pobudka, na sik :) Tak koło 5 nad ranem już.
I znów wracam do sennego koszmaru, bijąc się z niedziałającym Samsungiem, kontrolerami, obcym krajobrazem za oknem...
Siódma rano.
Otwieram oczy, jestem w bezpiecznym świecie smartfonów, miziania po ekranie.
Uświadamiam sobie jeszcze dobitniej, jak kruchy jest mój świat, w którym NIE PAMIĘTAM nie tylko sytuacji, w których serce klęka, ale i...
No właśnie, co będzie, jak wszystko padnie?
Spociłam się w tym śnie tak, że musiałam zmienić pościel.
Wiesz, Baranie, kiedyś wyrwana ze snu potrafiłam wyrecytować Twój numer.
Jak i numery moich synów.
A dziś? Swój pamiętam. Żadnych innych nie. I nie można tego zwalać na mojego alzheimera (kłania się głęboko, do dziś pamietam nasz stacjonarny...)
Wracając do naszych baranów (revenons à nos moutons, jak mawiają Żabojady) podrzucono mi dziś znienacka i ukradkiem
Olaboga. Jak ktoś w komentarzach napisał, że może to wnuki zainteresuje... Może mam z nią więcej wspólnego, niż sądzę.
Jest idealna, jak przystało na moją pierwszą wnuczkę.
Odpukać w niemalowane - marzenia czasem się spełniają... Interesują ją nawet prapradziadkowie. A ma - nie ukrywając niczego - ciekawych :)
No dobra, zostawiam w kompie wszystko na wejściu. Dla niej - warto. Reszta w tonach papieru, zakładam, że się przez nie przekopię, jak nie, będzie miała dużo roboty :)
A i sama Synowa w szybkiej rozmowie, bo Papryczek ma włączoną opcję: do domu, czemu się nie dziwię po tylu przejściach, stwierdziła, że jak coś, będzie mi zmieniała pampersy.
Serio?
Nie wierzę.
Jebłam, jako rzecze Baran.
I zapytuję, Kochany Pamiętniczku, jak żyć, skoro wszystko przewraca się do góry nogami?
Pozytywnie, ale zawsze.
Chyba jeszcze nie pora umierać...
Na złość ZUS-owi.
Może dożyję tego pierwszego piwa w Brovarii z Małą Wiedżmą?
Bez Samsunga, psiakrew :P
piątek, 15 listopada 2019
Marzy mi się
Kochany Pamiętniczku...
Guziki po samą szyję
starannie zapinamy
aż trudno nam oddychać
lecz w myślach grzech popełniamy
A co, gdyby tak po prostu pójść w tango
pozwolić, żeby świat odpłynął i zgasnął
ten jedyny raz zapomnieć się w tańcu
chociaż raz, tylko raz, jeden raz, ostatni raz...
Guziki po samą szyję
starannie zapinamy
aż trudno nam oddychać
lecz w myślach grzech popełniamy
A co, gdyby tak po prostu pójść w tango
pozwolić, żeby świat odpłynął i zgasnął
ten jedyny raz zapomnieć się w tańcu
chociaż raz, tylko raz, jeden raz, ostatni raz...
środa, 13 listopada 2019
Tylko
ja, Kochany Pamiętniczku, pamiętałam dziś.
Nikt inny na całym świecie już nie.
A to akurat czterdzieści lat.
Nawet chłopcy nie pamiętali, ale nie winię ich, bo nigdy nie celebrowaliśmy tego.
Jak i nie celebrowaliśmy samej ceremonii. W sumie - niewiele z tego pamiętam, fragmenty. Parę zdjęć, parę momentów zatrzymanych - jeszcze - w pamięci.
Już tylko mojej.
Byliśmy biedni jak myszy kościelne, a i rodzina nie była zachwycona, ani jedna, ani druga.
I byłam w drugim miesiącu chcianej, wyczekanej ciąży.
Nie chcieliśmy ślubu kościelnego.
Obiad miał być u Eksa w domu, dlatego że do głowy nam nie przyszło jechać w tym celu do R.
W przeddzień naszego ślubu w piwnicy wybuchł pożar, albowiem teść w ramach oszczędności poowijał rury szmatami i coś się zapaliło. Siedzieliśmy w ichnim saloniku, zdjęłam kapcie, położyłam nogi na parkiecie i mówię: jaka ciepła podłoga :)
Na szczęście nie spaliła się chata, ale nie było prądu, gazu, więc cała impreza na nic. Dla nas to było bez znaczenia, ale szwagier (nie TEN, drugi) stwierdził, że wobec tego on zapłaci za obiad w knajpie w Rogalinie. Wydał na to (a byli tylko najbliżsi z bliskich) tyle, ile wynosiła moja ówczesna pensja, a i nieraz miałam to wyszczekane, może nie bezpośrednio, ale... Odrobiłam to potem, choć do nikogo nie docierało, pilnując mu miesiącami domu, gdy wszyscy wyjeżdżali, albo stróż brał urlop, i pracując bez zapłaty w warsztacie, gdy miał pilne dostawy, a pracownikom ani się nie śniło przerywać urlopu. No ale zawsze nazywało się, że nic nie robię i mam się dobrze :P
Po powrocie z Rogalina okazało się, że włączono już prąd, więc polecieliśmy do Iwy po tort i szampana i to było całe wesele :)
Ale byliśmy szczęśliwi sobą.
Sukienkę miałam błękitną, kupioną od koleżanki, która uszyła ją sobie na bal absolutoryjny. Długo potem plątała mi się w szafie (sukienka, nie koleżanka). Na to miałam zarzucony szal koloru ecru, który był... moją narzutą do chrztu, zrobiony na klockach z przecieniutkiej owczej wełny, mam go do dziś. Jest starszy ode mnie, bo mama miała go długo przed tym, zanim ja się urodziłam. Buty, szpileczki 12-centymetrowe, a jakże, zapieprzało się kiedyś na obcasach, były z... teksasu, błękitnego jak niebo, haftowanego w kwiaty. Nosiłam je na każdy ubaw, świetnie się w nich tańczyło.
Po garnitur dla Eksa pojechaliśmy do Gniezna.
I dlatego włosy stawały mi dęba na głowie, gdy widzę, ile teraz ludzie wydają na wesela.
Inżynier wydał majątek, ale swój. Mówi, że nie żałuje, no a ja nie będę mu żałowała jego wlasnych pieniędzy.
Ale byłoby mu teraz o całe niebo łatwiej, gdyby tamtych pieniędzy nie wydał.
Pierworodnemu wyprawili wesele teściowie, z fochem, że ja nie chcę się dokładać do imprezy. Impreza była na 150 osób, z czego od nas były słownie cztery: Inżynier, ja i moi przyjaciele z Irlandii. Nie rozumiem, dlaczego miałabym dokładać do zabawy 146 obcych mi osób, zapłaciliśmy za cały alkohol. Nie miałam wielkich oszczędności, a kredyt brać na cudze wesele? Że syna? No i?
Skoro młodzi nie mieli, mogli zrobić jak my. Weselisko było fantazją teściów Pierworodnego, bo okolica musiała wiedzieć, że ona wyszła za mąż.
No to wie :)
Trzynastego listopada o trzynastej, Anno Domini 1979, wyszłam za mąż i już nie wróciłam.
Zdjęcie na orwowskiej kliszy, kolory powoli znikają i blakną, a to fotka telefonem robiona.
Tak, i tylko ja dziś pamiętam.
Ano, bywa.
I gad taką szopę na głowie miał do końca, w przeciwieństwie do mnie.
Ale dość bajdurzenia.
Poszłam wczoraj do pracy i ojapierdolę. Ten, co rabanu narobił i mnie na rękach nosił, to po prostu chciał pokazać, że człowiek u niego pracujący pracować musi. Połowa tekstów nie wchodzi do numeru, więc - olałam. Jak wejdą i tak będę musiała czytać. Druga połowa złamana o kant dupy, pewno znów przyjdzie do mnie pod hasłem: bo się dużo zmieniło.
I w całej tamtej redakcji żywego ducha, zresztą do dziś.
A w dupie to mam.
Ekstras w bólach się rodził, ale się sprężyli, albowiem powiedziałam, że o 16 znikam do lekarza.
Zniknęłam i... Przyjęta od ręki, 10 minut przed czasem, dostałam antybiotyk, aczkolwiek pani doktor twierdziła (inna, w tej przychodni lekarze zmieniają się szybciej, niż zmieniam rękawiczki, ostatnią parę noszę już 13 lat i nówki nieśmigane są), że niepotrzebnie, bo samo się zagoi. Antybiotyk w końskiej dawce, zadziałał, jak fabryka dała, ruszyło hurtem wszystko, co ruszyć po syropkach i kropelkach nie chciało. Jeszcze pobolewa, ale już da się żyć.
Pojechałam znów do pracy, ale... Zostało mi tylko 10 stron z książki o świniakach. Co przeleciałam z palcem w dupie, ale pani redaktor do końca tygodnia nie ma. Jak ta książka jest zredagowana, to ja jestem Marylin Monroe. No ale to było do przewidzenia. Książka jest wydawana po raz kolejny, więc zastanawiam się, co za debil ją redagował? Mogę olać? Mogę. Ale nie lubię. Zobaczymy. Jak redaktorka nie będzie się chciała bawić (a książka ma być FACHOWA), to będzie mi to wisiało kalafiorem, albowiem i tak za redakcjo-korektę nikt mi nie zapłaci. Ale lubię pracować solidnie, kto bogatemu zabroni.
Zobaczymy.
Pojechałam też zaraz do domu, bo nic innego nie było i kuruje się dalej.
Lało tak, że w torebce ze skóry wodę miałam, buty przemokły, parasol też przepuszczał krople wody. w autobusie miałam napad kaszlu, masakryczny, myślałam, że orła odwinę, a i ludzie patrzyli z dezaprobatą. No nic, jutro też do pracy, ale mam umowę, że jak coś, to online. Tyle że moja praca online idzie na marne, bo... nie otwierają im się pdf jak należy, a i tak nie umieją nanosić zmian.
Masakryczne :)
Taką mamy młodzież, psiakrew :)
Nikt inny na całym świecie już nie.
A to akurat czterdzieści lat.
Nawet chłopcy nie pamiętali, ale nie winię ich, bo nigdy nie celebrowaliśmy tego.
Jak i nie celebrowaliśmy samej ceremonii. W sumie - niewiele z tego pamiętam, fragmenty. Parę zdjęć, parę momentów zatrzymanych - jeszcze - w pamięci.
Już tylko mojej.
Byliśmy biedni jak myszy kościelne, a i rodzina nie była zachwycona, ani jedna, ani druga.
I byłam w drugim miesiącu chcianej, wyczekanej ciąży.
Nie chcieliśmy ślubu kościelnego.
Obiad miał być u Eksa w domu, dlatego że do głowy nam nie przyszło jechać w tym celu do R.
W przeddzień naszego ślubu w piwnicy wybuchł pożar, albowiem teść w ramach oszczędności poowijał rury szmatami i coś się zapaliło. Siedzieliśmy w ichnim saloniku, zdjęłam kapcie, położyłam nogi na parkiecie i mówię: jaka ciepła podłoga :)
Na szczęście nie spaliła się chata, ale nie było prądu, gazu, więc cała impreza na nic. Dla nas to było bez znaczenia, ale szwagier (nie TEN, drugi) stwierdził, że wobec tego on zapłaci za obiad w knajpie w Rogalinie. Wydał na to (a byli tylko najbliżsi z bliskich) tyle, ile wynosiła moja ówczesna pensja, a i nieraz miałam to wyszczekane, może nie bezpośrednio, ale... Odrobiłam to potem, choć do nikogo nie docierało, pilnując mu miesiącami domu, gdy wszyscy wyjeżdżali, albo stróż brał urlop, i pracując bez zapłaty w warsztacie, gdy miał pilne dostawy, a pracownikom ani się nie śniło przerywać urlopu. No ale zawsze nazywało się, że nic nie robię i mam się dobrze :P
Po powrocie z Rogalina okazało się, że włączono już prąd, więc polecieliśmy do Iwy po tort i szampana i to było całe wesele :)
Ale byliśmy szczęśliwi sobą.
Sukienkę miałam błękitną, kupioną od koleżanki, która uszyła ją sobie na bal absolutoryjny. Długo potem plątała mi się w szafie (sukienka, nie koleżanka). Na to miałam zarzucony szal koloru ecru, który był... moją narzutą do chrztu, zrobiony na klockach z przecieniutkiej owczej wełny, mam go do dziś. Jest starszy ode mnie, bo mama miała go długo przed tym, zanim ja się urodziłam. Buty, szpileczki 12-centymetrowe, a jakże, zapieprzało się kiedyś na obcasach, były z... teksasu, błękitnego jak niebo, haftowanego w kwiaty. Nosiłam je na każdy ubaw, świetnie się w nich tańczyło.
Po garnitur dla Eksa pojechaliśmy do Gniezna.
I dlatego włosy stawały mi dęba na głowie, gdy widzę, ile teraz ludzie wydają na wesela.
Inżynier wydał majątek, ale swój. Mówi, że nie żałuje, no a ja nie będę mu żałowała jego wlasnych pieniędzy.
Ale byłoby mu teraz o całe niebo łatwiej, gdyby tamtych pieniędzy nie wydał.
Pierworodnemu wyprawili wesele teściowie, z fochem, że ja nie chcę się dokładać do imprezy. Impreza była na 150 osób, z czego od nas były słownie cztery: Inżynier, ja i moi przyjaciele z Irlandii. Nie rozumiem, dlaczego miałabym dokładać do zabawy 146 obcych mi osób, zapłaciliśmy za cały alkohol. Nie miałam wielkich oszczędności, a kredyt brać na cudze wesele? Że syna? No i?
Skoro młodzi nie mieli, mogli zrobić jak my. Weselisko było fantazją teściów Pierworodnego, bo okolica musiała wiedzieć, że ona wyszła za mąż.
No to wie :)
Trzynastego listopada o trzynastej, Anno Domini 1979, wyszłam za mąż i już nie wróciłam.
Zdjęcie na orwowskiej kliszy, kolory powoli znikają i blakną, a to fotka telefonem robiona.
Tak, i tylko ja dziś pamiętam.
Ano, bywa.
I gad taką szopę na głowie miał do końca, w przeciwieństwie do mnie.
Ale dość bajdurzenia.
Poszłam wczoraj do pracy i ojapierdolę. Ten, co rabanu narobił i mnie na rękach nosił, to po prostu chciał pokazać, że człowiek u niego pracujący pracować musi. Połowa tekstów nie wchodzi do numeru, więc - olałam. Jak wejdą i tak będę musiała czytać. Druga połowa złamana o kant dupy, pewno znów przyjdzie do mnie pod hasłem: bo się dużo zmieniło.
I w całej tamtej redakcji żywego ducha, zresztą do dziś.
A w dupie to mam.
Ekstras w bólach się rodził, ale się sprężyli, albowiem powiedziałam, że o 16 znikam do lekarza.
Zniknęłam i... Przyjęta od ręki, 10 minut przed czasem, dostałam antybiotyk, aczkolwiek pani doktor twierdziła (inna, w tej przychodni lekarze zmieniają się szybciej, niż zmieniam rękawiczki, ostatnią parę noszę już 13 lat i nówki nieśmigane są), że niepotrzebnie, bo samo się zagoi. Antybiotyk w końskiej dawce, zadziałał, jak fabryka dała, ruszyło hurtem wszystko, co ruszyć po syropkach i kropelkach nie chciało. Jeszcze pobolewa, ale już da się żyć.
Pojechałam znów do pracy, ale... Zostało mi tylko 10 stron z książki o świniakach. Co przeleciałam z palcem w dupie, ale pani redaktor do końca tygodnia nie ma. Jak ta książka jest zredagowana, to ja jestem Marylin Monroe. No ale to było do przewidzenia. Książka jest wydawana po raz kolejny, więc zastanawiam się, co za debil ją redagował? Mogę olać? Mogę. Ale nie lubię. Zobaczymy. Jak redaktorka nie będzie się chciała bawić (a książka ma być FACHOWA), to będzie mi to wisiało kalafiorem, albowiem i tak za redakcjo-korektę nikt mi nie zapłaci. Ale lubię pracować solidnie, kto bogatemu zabroni.
Zobaczymy.
Pojechałam też zaraz do domu, bo nic innego nie było i kuruje się dalej.
Lało tak, że w torebce ze skóry wodę miałam, buty przemokły, parasol też przepuszczał krople wody. w autobusie miałam napad kaszlu, masakryczny, myślałam, że orła odwinę, a i ludzie patrzyli z dezaprobatą. No nic, jutro też do pracy, ale mam umowę, że jak coś, to online. Tyle że moja praca online idzie na marne, bo... nie otwierają im się pdf jak należy, a i tak nie umieją nanosić zmian.
Masakryczne :)
Taką mamy młodzież, psiakrew :)
sobota, 9 listopada 2019
Chora
chorsza, trup, Kochany Pamiętniczku.
Przez ten pieprzony ekstras nie zdążyłam do lekarza, a teraz trzy dni bez lekarza. A znów boli mnie ucho, w nocy spać nie mogłam. Mam jeszcze przeciwbólowe od poprzedniego razu, ale na razie poczekam. O czwartej nad ranem szukałam przychodni prywatnej w necie i jest, a jakże, całodobowa. 170 zł wizyta u internisty. Na SOR nie pojadę, nie ma opcji.
Zobaczymy, jak będzie dalej. Najpierw chce zamknąć ten jebany ekstras.
Tak, wiem, mogę iść na zwolnienie.
Rano jednak powlokłam się na Manhattan, bo Pan od Pomidorków obiecał mi
no i musiałam odebrać. To jest właśnie to moje sobotnie szczęście. Przy okazji wywaliłam zmarznięte komarzyce, przesadziłam bratki i mam względny porządek na balkonie.
I jestem szczęśliwa, choć ucho napierdala :)
A potem Inżynier, słomiany wdowiec, bo żonę puścił do kina na Downton Abbey (też chcę, też chcę), zabawiał mnie z dziećmi. Kalafiorkówna jak na niespełna 11-miesięczne dziecko jest cwana jak glapa. Dobrze jej robi bycie siostrą Alienka :)
A sam Alienek na moją cześć lądowisko zrobił, żebym przyleciała :)
Całą flotę samolotów mi podstawił :)
I dla tych, którym podobają się anieli. Nie pamiętam, skąd ściągnęłam fotki, to było dawno, dawno temu, zaraz jak dostałam ajfonika. Próbowałam znaleźć, ale nie trafiłam. Za to mam zapisane
ten, którego mam na tapecie (nie wiem, gdzie w fotkach jest, kiedyś zrobię porządek, to go znajdę), kombinowałam też z tymi aniołami
ale ten, który siedzi na monitorku jest najlepiej wpasowany.
Mam parę zboczeń, jak widać: bratki, badyle, naparstki, książki, zabawki, no i janioły :D
Ale nie, że zbieram aniołki, choć kilka mam. Takie, jakie wsadzam na tapetki to pokłosie Miasta Aniołów.
UPDATE:
Szukałam po wallpapers angel.
I tym sympatycznym akcentem żegnam się z Państwem dziś, podejmując kurację. Nie będzie relacji z Dnia Niepodległości, a dokładniej z imienin ulicy Święty Marcin, albowiem będę - jak dobrze pójdzie - tylko chorsza, a nie trup :)
Przez ten pieprzony ekstras nie zdążyłam do lekarza, a teraz trzy dni bez lekarza. A znów boli mnie ucho, w nocy spać nie mogłam. Mam jeszcze przeciwbólowe od poprzedniego razu, ale na razie poczekam. O czwartej nad ranem szukałam przychodni prywatnej w necie i jest, a jakże, całodobowa. 170 zł wizyta u internisty. Na SOR nie pojadę, nie ma opcji.
Zobaczymy, jak będzie dalej. Najpierw chce zamknąć ten jebany ekstras.
Tak, wiem, mogę iść na zwolnienie.
Rano jednak powlokłam się na Manhattan, bo Pan od Pomidorków obiecał mi
no i musiałam odebrać. To jest właśnie to moje sobotnie szczęście. Przy okazji wywaliłam zmarznięte komarzyce, przesadziłam bratki i mam względny porządek na balkonie.
I jestem szczęśliwa, choć ucho napierdala :)
A potem Inżynier, słomiany wdowiec, bo żonę puścił do kina na Downton Abbey (też chcę, też chcę), zabawiał mnie z dziećmi. Kalafiorkówna jak na niespełna 11-miesięczne dziecko jest cwana jak glapa. Dobrze jej robi bycie siostrą Alienka :)
A sam Alienek na moją cześć lądowisko zrobił, żebym przyleciała :)
Całą flotę samolotów mi podstawił :)
I dla tych, którym podobają się anieli. Nie pamiętam, skąd ściągnęłam fotki, to było dawno, dawno temu, zaraz jak dostałam ajfonika. Próbowałam znaleźć, ale nie trafiłam. Za to mam zapisane
ten, którego mam na tapecie (nie wiem, gdzie w fotkach jest, kiedyś zrobię porządek, to go znajdę), kombinowałam też z tymi aniołami
ale ten, który siedzi na monitorku jest najlepiej wpasowany.
Mam parę zboczeń, jak widać: bratki, badyle, naparstki, książki, zabawki, no i janioły :D
Ale nie, że zbieram aniołki, choć kilka mam. Takie, jakie wsadzam na tapetki to pokłosie Miasta Aniołów.
UPDATE:
Szukałam po wallpapers angel.
I tym sympatycznym akcentem żegnam się z Państwem dziś, podejmując kurację. Nie będzie relacji z Dnia Niepodległości, a dokładniej z imienin ulicy Święty Marcin, albowiem będę - jak dobrze pójdzie - tylko chorsza, a nie trup :)
piątek, 8 listopada 2019
Wieczorkiem
szukam ajfonika, świchniętego gdzieś tam, Kochany Pamiętniczku, albowiem zdarzyło mi się już rozładować baterię do zera, a to nic ciekawego...
I co ja paczę?
Po 15 dwoje ludzi z pracki dobijało się do mnie, a jakże. Jednemu byłam potrzebna na gwałt, drugi twierdził, że też na gwałt, ale ja go dobrze znam, na pieszczotki mu się zebrało, bo wychodzi z założenia, że dobra korektorka to taka, której się non stop coś podrzuca.
A było już po 21.
Więc trudno, piszę, żem cierpiąca i do redakcji nijak przyjść nie mogę, że będę we wtorek.
W końcu, kurde, MAM WOLNE. Nie urlop, ale wolne, swoją działkę mam z nawiązką wypracowaną.
No i tragedia.
Ten od gwałtu padł z rozpaczy. Mówię, że OK, że zrobię, ale noga moja w redakcji nie postanie. Bo nie uśmiechało mi się jeżdżenie dwugodzinne po mieście, w tym zasmarkanym i zakaszlanym MPK, sama jeszcze charkocąca.
Mogę popracować, ale online.
Jakże on mi dziękował.
A ten od pieszczotek milczy.
Wiedziałam :)
Zatem poszłam w objęcia Morfeusza i aczkolwiek mój plan dnia poszedł się jebać, nie byłam zła.
Ale rano sprawdzam ajfoniczka i co ja paczę?
Ten od pieszczotek zgodził się na wtorek, no i mało, jeszcze mnie dopieścił, co nie?
No tak, a jak rozmawialiśmy o podwyżce od nowego roku to stwierdził, że nie wie, jakie będzie miał fundusze.
Przypomnę mu, a jakże.
Mniejsza z większym, teraz mam już w technikolorze i na piśmie, że niezła ze mnie laska :D
A pracowałam jak ten mrówek, bo oczywiście, w jeden dzień robili wydanie na sympozjum. I o dziwo, pracowali, pewno się bali, że zniknę i tyle. Bo jak jestem w redakcji, to zawsze można powiedzieć, że mam siedzieć na dupie.
Nie zrobiłam wszystkiego, albowiem Boss poszedł w siną dal, nie odrobiwszy lekcji, ale to nic nowego.
W międzyczasie obiadek zjadłam, albowiem wczoraj rosołek upichciłam, więc porządny, gorący, nie żadne tam odgrzewane badziewie z mikrofali.
I po skończeniu wszystkiego szybciorem mieszkanko ogarnęłam, jak to miałam w planach.
Ale na dłuższą metę nie chciałabym pracować z domu, bo to jednak jest mieszanie życia osobistego z pracą, a to nic dobrego. Przyzwyczailiby się i przysyłaliby mi pracę o północy nawet.
I nie tylko u Dory grudniki szaleją, mój też nie zasypia gruszek w popiele i...
Tylko mój róziowo-biały jest. Ciekawe, jak pracowy, bo w pracy też mam :)
A jutro... Na myśl o jutrze drży moje spragnione serce...
Wiem, fantazja i szaleństwo, ale...
Kto bogatemu zabroni? :)
I nie, nikt nie zgadł, co mnie jutro czeka :)
I co ja paczę?
Po 15 dwoje ludzi z pracki dobijało się do mnie, a jakże. Jednemu byłam potrzebna na gwałt, drugi twierdził, że też na gwałt, ale ja go dobrze znam, na pieszczotki mu się zebrało, bo wychodzi z założenia, że dobra korektorka to taka, której się non stop coś podrzuca.
A było już po 21.
Więc trudno, piszę, żem cierpiąca i do redakcji nijak przyjść nie mogę, że będę we wtorek.
W końcu, kurde, MAM WOLNE. Nie urlop, ale wolne, swoją działkę mam z nawiązką wypracowaną.
No i tragedia.
Ten od gwałtu padł z rozpaczy. Mówię, że OK, że zrobię, ale noga moja w redakcji nie postanie. Bo nie uśmiechało mi się jeżdżenie dwugodzinne po mieście, w tym zasmarkanym i zakaszlanym MPK, sama jeszcze charkocąca.
Mogę popracować, ale online.
Jakże on mi dziękował.
A ten od pieszczotek milczy.
Wiedziałam :)
Zatem poszłam w objęcia Morfeusza i aczkolwiek mój plan dnia poszedł się jebać, nie byłam zła.
Ale rano sprawdzam ajfoniczka i co ja paczę?
Ten od pieszczotek zgodził się na wtorek, no i mało, jeszcze mnie dopieścił, co nie?
No tak, a jak rozmawialiśmy o podwyżce od nowego roku to stwierdził, że nie wie, jakie będzie miał fundusze.
Przypomnę mu, a jakże.
Mniejsza z większym, teraz mam już w technikolorze i na piśmie, że niezła ze mnie laska :D
A pracowałam jak ten mrówek, bo oczywiście, w jeden dzień robili wydanie na sympozjum. I o dziwo, pracowali, pewno się bali, że zniknę i tyle. Bo jak jestem w redakcji, to zawsze można powiedzieć, że mam siedzieć na dupie.
Nie zrobiłam wszystkiego, albowiem Boss poszedł w siną dal, nie odrobiwszy lekcji, ale to nic nowego.
W międzyczasie obiadek zjadłam, albowiem wczoraj rosołek upichciłam, więc porządny, gorący, nie żadne tam odgrzewane badziewie z mikrofali.
I po skończeniu wszystkiego szybciorem mieszkanko ogarnęłam, jak to miałam w planach.
Ale na dłuższą metę nie chciałabym pracować z domu, bo to jednak jest mieszanie życia osobistego z pracą, a to nic dobrego. Przyzwyczailiby się i przysyłaliby mi pracę o północy nawet.
I nie tylko u Dory grudniki szaleją, mój też nie zasypia gruszek w popiele i...
Tylko mój róziowo-biały jest. Ciekawe, jak pracowy, bo w pracy też mam :)
A jutro... Na myśl o jutrze drży moje spragnione serce...
Wiem, fantazja i szaleństwo, ale...
Kto bogatemu zabroni? :)
I nie, nikt nie zgadł, co mnie jutro czeka :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)