czwartek, 31 stycznia 2013

Wychodne

Jako że słońce pięknie świeciło, aż w duszy radośnie się robiło, poleciałam dużo wcześniej do miasta. Udało mi się wreszcie po roku (sic!) umówić z koleżanką ze studiów, co należy czarną kredą w kominie zapisać ku wiekuistej chwale. I jak zawsze, jak sie człowiekowi nie śpieszy, to czas się rozciąga, udało mi się leźć, leźć, leźc, a i tak na miejscu byłam pół godziny wcześniej i jak zwykle musiałam czekać... Ale opłaciło się. Załadowałam komkartę na kolejny miesiąc, polazłam do Wojasa, ale pogięło ich do reszty - za niewygodne, byle jakie buty 400 zł??? to 3 pary takich po 40 zl, co się podrą w sezonie taniej wyjdzie... Poszłam więc do Wawela i na osłodę kupiłam sobie czekoladę, potem wleciałam do Aromatu po herbatkę, no i polazłam w Aleje Marcinkowskiego, gdzie wparowałam do sklepu z butami i... i wyszłam lżejsza o kilka stów, ale za to z dwoma parami fajnych kapci, wygodnych, takich, jakie lubię i wiem, że będę nosić. Tylko sznurowadła muszę zmienić.
Rzeczone kapcie wyglądają tak, a że właśnie spłaciłam kartę kredytową, więc żeby się nie marnowała... ;)






Wiem, wiem, drogo, ale... ponoszę je parę lat :D Zresztą po drodze widziałam kalosze za 390 zł, więc za bardzo nie zaszalałam...

I widziałam też to. Co to nie znaczy frontem do klienta...




Moja noga tam nie wejdzie. Pamiętam czasy, gdy w knajpach śmierdziało i człowiek miał kaca po 2 piwach. Pierwszy sylwester w UK w pubie, gdzie wolno było palić, to kac i bitwa, kto pierwszy pod prysznic, żeby smród z siebie zmyć. Wszystkie kolejne to luz i hasta  manana, wracasz do domu bez kaca i bez smrodu... A że palacze marzną na dworze?? Wybaczcie, chłopcy... Wiem, że mnie tak kochacie, że wybaczycie. Baran jest porządny i choć pali, w domu nie pali, tylko na ogródku. Nikt go nie zmusza, sam tak robi... Więc - to mi się nie podoba :)

Doczekałam się kumpeli, pogadałyśmy w uroczym lokaliku, bo zaparła się i nie chciała do knajpy - jej strata,  ja zjadłam obiad w domu, ale dla towarzystwa bym się poświęciła. I żeby nie było, chciałam zapłacić. Nie to nie :)







Knajpa zakocona była, choć zwie się Kamea...
Ja tam wolę Brovarię, ale nie można mieć wszystkiego ;)


No a potem połaziłyśmy, bo ona zawsze ma miliard pierdyliard do załatwienia, choć nie bardzo z sensem, ale to jej życie, nie będę się wtrącała.
Co mi na dobre wyszło, bo chociaż lało i piździło tak, że parasola nie można było otworzyć (nie zabrałam, bo prognozowali piżdżenie), nie rozpuściłam się, z cukru nie jestem :D
I teraz sobie spokojnie zasłużone piwko sączę, rozkoszując się muzyką i ciepłem.
Muszę wlecieć któregoś dnia do pasażu koło Biblioteki PTPN... Byłam tam ostatni raz, jak pisałam pracę magisterską, a z podwórka zrobili teraz urokliwy kącik a la angielski college... Za ciemno było na "jebnięcie" fotki, ale cieszę się, że znów odkryłam zakamarek mojego miasta... :)
Cudze chwalicie, swego nie znacie :D :)
Wiosna coraz bliżej...

Pięknie

świeci słońce, nawet u Inżyniera świeci.
Zbieram się powoli, mam dziś wychodne ;)
Wszystko jeszcze takie niezałatwione, niewiadome, niemiłe, ale... może się zmieni.
Nadzieja umiera ostatnia...
W słońcu łatwiej o pozytywne myśli.
Mocno wieje, ale dzięki temu wilgoć znika w oczach.
Wiem, wiem, jeszcze daleko, ale takich dni mi brakowało.
Mam już umówioną wizytę u adwokata.
Co ma być, będzie, nawet debet powinien na wszystko starczyć.
A że będę musiała oddawać??
Życie to nie je bajka...
To je życie ;)

środa, 30 stycznia 2013

Pada deszcz

i zalało moją wioskę ze szczętem, ciekawe, czy znów będzie powódź. Ale jak na razie, nie czekając na aurę, funduję sobie prywatną wiosnę, a co?? :)




Pierwsze w tym roku pieścichłopy się pojawiły obok boligłówek zapachowych i randeczek....


A na obiad z cyklu: gorzej wygląda, jak smakuje - z przepisu znajomej Dory wykorzystałam letnie łupy i zrobiłam pęczak z suszonymi pomidorami i serem wędzonym zapiekany







Akurat na dwa dni wyszło i do tego


surówka z marchewki, jabłka i białej rzodkwi - bez niczego - też na dwa dni.

Ale jakby jakiś głodny amator wleciał, chętnie się podzielę.
Niezłe jest :)

Wstaję rankiem

no nie takim wczesnym, bo nie mam po co, i co ja paczę?? Zielono jest. Szaro, buro, leje, ale jest plus 5 i zielono.
Mam zielone kaloszki i parasol i sobie pójdę później pomoknąć.
Białe gówno znika w oczach.
Może jeszcze w mojej wiosce zaświeci słońce i wrócą ciepłe dni??
Trawniki nasiąknięte, jak angielskie, ale co tam :)
Zieleń,,, :) Widzę zieleń ;)

Have a nice day :)

wtorek, 29 stycznia 2013

Kręcę się

w kółko. Żeby nie telefon sekretarki, byłabym już umówiona z moją panią mecenas, a tak to jeszcze nie wiem wszystkiego, jestem wpisana w kalendarzyk pana mecenasa i dalej dupa blada...
Męczą mnie koszmary w nocy, budzę się tak koło 2, i wtedy ni to jawa, ni sen, a co jeden to okropniejszy. Dziś spałam 12 godzin, co jak na mnie jest rekordem, a zmęczona jestem, jakbym oka nie zmrużyła na sekundę.
Idąc, o mało się ze 3 razy nie wywaliłam, są miejsca takie, że nie ma gdzie nogi postawić. Więc na razie z łażenia nici, idę tylko, jak mam nóż na karku. Tak bezpieczniej. Z prognoz wynika, że ma u nas skoczyć do plus 13, co mnie niebywale cieszy :D Byleby na plusie się utrzymało.
Będę miała zindeksowaną pensję, co mnie też cieszy. Wprawdzie karnet ma być bardziej wartościowy, aniżeli podwyżka, ale... nie cierpię basenów, fitness, masaży. To tylko za Zmorką oglądają się trenerzy, ratownicy, instruktorzy, masażyści. Jestem rozsądną kobietą i wiem, że na moją tłustą dupę już nikt nie poleci, więc po co tracić w ten sposób czas?? Marzenia też muszą być realne,  a mi nawet takie coś do głowy nie wpadło, zanim Zmorka tego nie napisała :) Jedyne co można wyrwać w takich przybytkach to grzybica. I sama myśl o wejściu do basenu, w którym przede mną moczyły się tony cielsk, powoduje u mnie odruch wymiotny :) Nie, dziękuję. Pieniądze, nawet niewielkie, ułatwiają życie i umożliwiają realizowanie marzeń.
A to, że lubię kalendarze z męskimi aktami nie znaczy, że wpuszczę do swojego życia kogokolwiek. Nie czuję takiej potrzeby i jest mi z tym dobrze :)
I tak, Zmorko, masz rację, jestem wierną fanką Barana, bo z nikim nie bawię się tak fantastycznie, jak z nim :)

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Wybór

Zapytali mnie SMS-em z pracy, czy chcę indeksację pensji, czy karnet na basen, siłownię czy inne fitness...
Jak myślicie, co wybrałam?? :)

A co Wy byście wybrali???

niedziela, 27 stycznia 2013

Ciężko

Nie ma letko... Znów wróciły stare sprawy i będę miała w lutym rozprawę z powództwa SKOK o pieniądze, które wziął od nich mój brat. Do głowy mi nie przyszło, że po człowieku, po którym nie zostało dosłownie nic trzeba odrzucać spadek. Nieznajomość prawa nie usprawiedliwia, ale... mogę się teraz obudzić z ręką w nocniku, lżejsza o ładnych kilka tysięcy. Trudno mi nie myśleć o tym, chociaż się bardzo staram. Ale wciąż świdruje i cały dzień boli mnie głowa. Nie będzie to tragedią, choć mocno skomplikuje mi życie, ale cóż. Nie takie świat dramaty zna. Czeka mnie kolęda u adwokata i takie tam. I... muszę rozmawiać z kimś, o kim sądziłam, że już nigdy nie wejdzie do mojego życiorysu. Życie... Nieprzewidywalne jest.
Próbując się nie dać ukochanej porze roku Zmorki zaczęłam zaklinianie, ale wg ostatnich wieści niewiele z tego wyjdzie. Nie będę się z nią kłóciła, widać, że starzeje się w zastraszającym tempie (Ona, nie ja), skoro osiągnęła już moc sprawczą przewyższającą moją z racji wieku. Cóż, bywa.
A to moje antidotum:







U mnie w domu już wiosna i chuj :)

Byłam dziś i wujka Mietka, jako że dziś Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holocaustu. No nic, wszystko zasypane śniegiem, pusto i głucho, przekopałam się przez śnieg i zapaliłam wujaszkowi świeczuszkę, niech wie, że pamiętałam i niech tam się za mną wstawi. Przy samym pomniku żywej duszy i złamanego badyla, pewno wszyscy oficjele zajęci pogrzebami matki Kaczyńskiego i prymasa Glempa. Nic im nie ujmując - zmarli po długim życiu. Ciężkim, ale życiu. A mój wujek miał 17 lat, jak go zagazowali w Mauthaussen. Za to, że był klerykiem, Polakiem i że jego ojciec nie chciał podpisać Volkslisty.... Też życie...
Szłam potem tętniącą kiedyś życiem ulicą Czerwonej Armii, a przepraszam, Świętym Marcinem i witały mnie na opustoszałych witrynach naklejki, że sklep do wynajęcia przez ZKZL. Zarząd Komunalnych Zasobów Lokalowych. Główna niegdyś ulica Poznania, pusta, brudna i śliska była. Na miejscu salonu sukien ślubnych - lumpeks... A w reprezentacyjnym kiedyś wieżowcu, sławnej poznańskiej Alfie - Żabka czy inna Biedronka, po przeciwnej stronie Krecik... Ojaciepierdolę...  No cóż, w dzisiejszych czasach i przy dzisiejszych cenach wynajmu utrzymać się mogą jedynie - jak to kiedyś rzekł prezio Kaczyński - sklepy dla ubogich... Salonów już nie stać na czynsz... Żal dupę ściska... Życie...
Zrobiłam fajne zakupy w P@P, a co, zanim mi grzechy mojego brata konto wyczyszczą, zaszalałam, wróciłam do domu i... zrobiłam sobie żurek, bo chodził za mną skubany, a że Dora narobiła mi ochoty na pęczak, zrobiłam też kotlety z kaszą perłową. Nie robiłam takich dotąd, robiłam normalne z bułką, albo z ryżem bądź z kaszą gryczaną. Te z pęczakiem wyszły jak poemat i... wejdą do repertuaru. Do tego trochę warzyw i już obiad całą gębą... :)

A że dziś






piękna pełnia, proszę Państwa, proszę zauważyć ten nieskazitelny krąg Księżyca - będę wyła. Do poduszki, za dużo się nazbierało...


piątek, 25 stycznia 2013

Wszystko

Wszystko jest do dupy. Jak papier toaletowy.
Chociaż on się rozwija, a ja się cofam.
Potrzebuję przestrzeni, przemyślenia i obiecuję poskładać się do kupki.
Chociaż za bardzo nie mam apetytu na życie.
Wbrew radom Barana, wiernego na posterunku...


wtorek, 22 stycznia 2013

Jędzowy nos

...  nie zawiódl. Jechałabym w piątek, a tu po wieczornej prasówce co ja pacze?? Kolejarze strajkować będą. Właśnie w piatek rano, znaczy się, co się od mrozu nie posypie, posypie się wolnym walcem.
Takie to moje szczęście, że... (tfu, tfu przez lewe ramię i w niemalowane łubudubu) zakrętasy lokomocji, czy to powietrznej, czy lądowej udaje mi się omijać.
Wyłączając poznańskie MPK, Starym Jędzom nadzwyczaj nieprzyjazne, Inżyniera też w swoim czasie prześladowało, ale się na nie wypiął... :)
Ckni mi się już za umarlakami, ale jeszcze potrwa, zanim odtaje i będę mogła jechać.
Zgodnie z radą Dory sprawdziłam w necie i już nie ma takich butów u Wojasa, a to co jest, to właśnie o pomstę do nieba woła...
No nic, póki stare nie pękną, będę się w nich kulać. Kosztowały 10 lat temu 150 zł, ale jak widać - warte były swojej ceny. Gdzie ja znajdę buty za 15 zł, co cały sezon wytrzymają?? Bo statystycznie kosztowały mnie 15 zł, nie licząc inflacji, amortyzacji i innych takich (Sikora, licz, bo ja nie umiem ;) )

Męczę 4. sezon Smallville, a jest ich bodaj 10... No i potem sam Supermen jeszcze. Ciekawe, kiedy polegnę... Jak chłopcy byli mali, oglądałam pasjami Supermena w TV... Dziecinnieję... czy młodnieję?? Cofam się w rozwoju??
Ale jak czytam wiadomości to lepiej nie myśleć, nie zastanawiać się i nie roztrząsać.
Nie jest różowo.
Wszędzie wszystko płonie od nienawiści. I po co??
Bo ktoś się inaczej modli, inaczej ubiera i inaczej kocha??
Nigdy tego nie zrozumiem, umrę głupsza, niż żyłam.

Tuwim miał rację:


Poucz nas, że pod słońcem Twoim
"Nie masz Greczyna ani Żyda".
Puszącym się, nadymającym
Strąć z głowy ich koronę głupią,
A warczącemu wielkorządcy
Na biurku postaw czaszkę trupią.

Wiem, utopia...

I dlatego oglądam Smallville...

Żeby nie myśleć i nie czytać, że Rosja może nas znów najechać.
I co im z tego przyjdzie??
Nie mają swoich dup??


Zaczęło się

Najazd Tatarów i Hunów ma być jutro, zatem kopiemy okopy.
Jak się uda w czwartek będę mogła korzystać z Ajfonika, zobaczymy. Na razie muszę się przekopać przez instrukcję obsługi. Jasno napisana, ściągnęłam już PDF, ale... niechcemisię. Nienawidzę czytania instrukcji obsługi, ale jak chce wykorzystać wszystkie możliwości, to muszę, inaczej będę miała zwykły telefon...
I szkoda takiej kasy na zwykły telefon, nieprawdaż??

Pojechałam dziś do mojego pierwszego zakładu pracy (budżetówka), skąd odeszlam na rentę, a który to zakład mimo upływu 26 lat nadal o mnie dba i pamięta. Jednak budżetówka to zawsze ceniony pracodawca. Ale ja nie o tym. W mieście Sajgon. Najpierw czekałam 20 minut na tramwaj, jeżdżą dwie linie, nie jechało nic, nogi zmarzły mi jak w dzieciństwie i gdy wsiadałam do tramwaju miałam łzy w oczach, tak bolało. Tramwaj stary i piździło jak za cara, zatem nóżki się dobiły. Ale że już byłam w mieście, to poszłam do sklepu, bo mi się w aparatach baterie kończą, a ostatnią parę zostawiłam w pracce. Potem już rzutem na taśmę, bo po drodze poszłam do Kukartki, uzupełnić zapas kartek, bo zaczyna się karuzela z imieninami i urodzinami. A że ciepło tam było, nóżki odmarzły, to jeszcze wleciałam po wkład do Britty, bo się kończy. Ogrzana, zadowolona wyszłam na ulicę i ojaciepierdolę, w samym sercu miasta, bo na chodniku niedaleko Starego Browaru, czekając na zmianę świateł utopiłam się w solno-śniegowej pacai (nie było suchego skrawka lądu) i zanim zapaliło się zielone, moje stopy zamieniły się - tym razem w mokre - kawałki lodu... I tym sposobem na nowo mam: katar i wszystkie inne nieszczęścia. Dobrze, że napisałam do Wrocławia, że nie dam rady dojechać. Bo nie dam. Nienawidzę mieć zmarzniętych nóg, to koszmar....
I jak nie będę musiała, do stopnienia śniegu nie wyjdę z domu.
A śnieg znów pada.
Niech tę Zmorkę kule biją, raz, dwa, trzy,,,

PS Te buty już tego sezonu nie przeżyją, w zeszłym roku, jak nie odgarniali bryi chodziłam w 10-letnich butach z Wojasa. Ale u Wojasa już takich nie ma, a dałabym za nie każdą kasę, a te, co mam to... jak tupnę, to na pięcie pękną, tak wytarte są :)
Kalosze mam, ale w kaloszach zamarznę. A tych wygibasów na koturnach nie chcę, a już blog broń od szpilek!!!
Chyba z sandałkami się przeproszę...
Jeszcze w tej bryi butów szukać?? Przymierzac buty w tych łaźniach parowych w sklepach??? Niech mnie ktoś z litości zabije, proszę ładnie... Niech ktoś okaże serce starej kobiecie i ją przetrąci raz a dobrze...

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Pytanie za 50 zł

Czy - teoretycznie - broń blog że cos sie stanie - ktos bedzie te cholerne rybki karmił, żeby nie zdechły (nie wiem, czy mogą zdechnąć)?????

Nie ma tego złego...

... co by na dobre nie wyszło. Nowy Nabytek ma zakodowene, że godzina w rozpisce jest święta i tym sposobem pod nieobecność Bossa popędził kota wszytskim tak, że o 14 bez żadnego animrumrania wszystko było gotowe, bo w rozpisce była godzna 14.30 :) Hmmm... Jeśli będzie dalej tak pilnował rozpiski, jestem mu gotowa wszystko wybaczyć, choć nie obiecuję, że wszystko zapomnę. Tym sposobem o 14.30 szłam w siną dal, w siną dal, lewa, prawa wśród wirujących płatków śniegu wielkości złotówki. I tak się łamię - jechać, nie jechać, zapowiadają mrozy, śnieg, ślizgawkę, odwilż, szklankę. Jestem w stanie wszystko to ogarnąć, ale siedzenia parę godzin w szczerym polu w nieogrzewanym składzie nie zniosę. Wiem, nie pisać scenariuszy, ale za dobrze znam życie.
Prześpię się z tym, decyzję podejmę jutro.
Dostałam kartkę do Słonka mojego, taką gorącą, krzepiącą i w ogołe... Aż nie do wiary, a jednak. Też Ją kocham, na zabój... ale nie będę o sobie pisała komplementów, bo... jakoś nie za bardzo potrafię w nie wierzyć. Co nie zmienia faktu, że Słonko to Słonko... i... co tu dużo gadać.
Są ważne osoby w moim życiu i one wiedzą, że są ważne :)
Rozumiem, że Mała Wiedźma jest mała, ale... Moich chłopców od najmniejszego uczyłam... Nie powiem, trochę to przykre, ale... olać... Sranie w banie i tyle...
W Lidlu za 2,22 były dziś hiacynty. Kupiłam 4, ale nie wiem jeszcze, jak transport wytrzymały.. W pracy zakwitł mi jeden, jakaś sierota po koleżance, ma tylko 6 kwiatków, ale pachnie jak szalony.
Tylko te badyle trzymają mnie w oczekiwaniu na wiosnę.
Jeśli wyjdzie remont, to balkonowych badyli w tym roku nie będzie, bo balkon będzie robił za graciarnię...
No ciulaty ten 2013 dalej :D :)
Któryś musi :)
Nie ma letko, żeby wszystkim równo rosło :)

niedziela, 20 stycznia 2013

Na fotelu siedzi leń

Nic nie robi cały dzień. Nie pójdę jednak nigdzie, na sam widok termometru zrobiło mi się przeraźliwie zimno, a na przypomnienie, ile warstw odzieży muszę na siebie założyć i ile potem piaseczku będę wysypywać, to już zupełnie nie chce mi się :) Zatem siedzę sobie z moim Niechcemisiem na fotelu i leniuchuje, tym bardziej, że od jutra będę musiała tyłek ruszyć.
Moja nienawiść do zimy rośnie z każdym dniem i nie pociesza mnie fakt, że z każdym dniem jest bliżej wiosny, bo jak wiadomo w naszym kraju wiosna nie równa się ciepłu...
No to kopię i kopię ten dołek, jednocześnie myśląc zapobiegliwie o kupnie drabiny, no bo jak potem z niego wyleźć?? Sznurkowa byłaby dobra, ale czy utrzyma mój ciężar??
Idę na włóczęgę po necie w poszukiwaniu czegoś, co mnie wciągnie. Bo marazm atakuje także moją mózgownicę...

sobota, 19 stycznia 2013

Wreszcie

Wreszcie udało mi sie bloga zahasłować i nie muszę pisac dwóch :)
Winner :D :)

You win :)

Pada od rana

... aż nudno. Ale polazłam, zrobiłam zakupy i w Lidlu trafiłam na cudo wianek - Martini za 29 zł :) Nie oparłam się, a co?? Teraz chłodzi się w lodówce i czeka na okazję :D Białe... Baranie, daj się skusić ;)
W Lidlu tez zastanawiałam się, po jaką cholerę ludzie są ze sobą razem. Jakas para, na oko dwudziestoparolatki o mało nie zabiła się, kłócąc się o to, jakie pomidory kupić. Ona dumnie pchając pusty wózek, na dnie którego leżało parę "normalnych" pomidorów pojechała w otchłań Lidla, on zaś dumnie dzierżąc dwa opakawania pomidorków koktajlowych popłynął do kasy. Ojacieperdole, tak na starcie wojna o pomidory?? A nie lepiej kupić i takie, i takie?? Zimą pomidory są ogólnie do dupy, więc nie było o co kruszyć kopii. Zastanowiłabym się porządnie nad takim związkiem i jego przyszłościa. Ich oczy gromy rzucały, o gestykulacji nie wspominając. I jak czasem brak osiołka (można zastąpić wózkiem) i towarzystwa, to fajnie wrzucać do koszyka to, na co się ma ochotę i nie zabijać się wzrokiem :)
Przechodzę do rozrywkowej części soboty, jeszcze tylko jedna pralka się kręci. Ugotowałam krupnik, bo chodził za mną i nie chciał się odczepić, wyszedł pierwsza klasa i mniammmm.... :) I też nie muszę nikogo namawiać, że dobry, że pożywny, w pompie to mam. Nie jestem glodna i to się liczy :D
Cicho i ciepło. Jutro może się zmobilizuję i w ramach nabijania kroków wybiorę do wujka Mietka z noworocznym powitaniem?? Choć nie za bardzo mi się chce tę tłustą, kubańską dupę ruszać, ale czasem trzeba...
Śnieg pada, pada bezgłośnie... Wszystkie kundle były dziś otytłane w śniegu, zwłaszcza te kudłate, a pada tak, że nawet sików i kup nie widać, bo momentalnie zasypuje. Za to jak zacznie topnieć, to dopiero będzie archeologiczny raj ;)
Nawet nie odśnieżają, bo się nie nadąża.
Ciekawe, co tam w UK, bo jeszcze nikt się nie zameldował... A ja sobie piwko popijam i zaległe odcinki oglądam. Tęskno mi jakoś za Spartakusem, świat pełen krwi i bólu to dziwna odskocznia od komputerkowania i coraz bardziej obecnej internetowej inwigilacji.
Inżynier pewno mnie wyśmieje, ale jak padał mi komp, odłączyli jakąś superhakerską sieć. Może mój kompik był kompikiem zombie?? Kto to wie...
Niech zasypie wszystko ze szczętem (mam w tym ukryty interes ;) )

Update

Baran się rozstał z RM. I dobrze. Szkoda, że tak późno, ale lepiej późno, niż wcale. Nie wszystko w życiu da się przeliczyć na kasę... :) Cieszę się z Tobą ;) 

piątek, 18 stycznia 2013

Wielkanoc





... sobie, kurwa, zrobiłam. Wróciłam do domu tak głodna, że konia z kopytami bym zjadła, ale że konia nie było, tylko sam alkohol w lodówce, to ugotowałam sobie 5 jajek. Fakt, że maleńkie te jajeczka, jak przepiórcze, ale zawsze pięć. Teraz dopiero mogę oddychać, aż mnie zatykało z głodu. Nie zabrałam dużo jedzenia do pracy, bo... nie zanosiło się na siedzenie, ale oczywiście, technika zaczęła pracować o 14, jak im kota pogoniłam, a wszystko inne było już w zagrodzie i animrumrało. Niby fajni faceci, grzeczni, ale takie to niezdyscyplinowane, że klękajcie narody.  A że od tygodnia mamy zepsute drzwi i wchodzimy takim wejściem, gdzie jest położony śliski kamień, tak śliski, że na suchym się jedzie, to wolałam nie wyłazić po jedzenie, bo zwyczajnie się boję, że się tam połamie. W rezultacie wyszłam z pracy krótko przed 19, dojechałam szybko, ale głodna i zła...
No i teraz się o Angoli martwię, a zwłaszcza o Barana. Anglię zasypało po kominy, a Biedny Baran musi jutro do pracy. Dojechać, dojedzie, bo to Geniusz Kierownicy jest, King No1, ale potem, jak będzie się w Postmana bawił, to ma przerąbane jak w ruskim czołgu... Szkoda mi go bardzo...
Będę się te dwa dni byczyła nieziemsko, będę miała na wszystko wyjebane i nie będę się niczym przejmowała, a zwłaszcza tyn, że Nowy Nabytek wrócił... I już miamlał, czy wszystko zrobione, kiedy będę i inne takie tam. Kurde, uwielbiam bat ekonoma nad sobą, a zwłaszcza nadzorcę osobistego. Bo tak zapowiadało się śpiewająco, otwieracz mam, Bossa wywiało, więc żyć, nie umierać.
No nic.
Nie będę się stresowała.
Najedzona jestem.
Jak dostanę, wrzucę fotkę, na razie nie odpisuje, nie odpowiada, nie śle.
Będę musiała z tym żyć.
Inżynierowi głos na Skype padł, a na mnie zwalał.
Kompik się wiesza.
Ciulaty ten rok coś jest i tyle...

No i tak ich zasypało, proszę wycieczki, tam to masakra jest :) A mówiłam, zimo, wypierdalaj, to nie słuchała...




czwartek, 17 stycznia 2013

...

- Ty mi dochowaj wiary
    i nie krzywdź mnie bez winy.
    Za miłość zapłać miłością,
    za pożądanie pragnieniem -
    choć jesteś jeno ciemnością
     i Bożym cieniem. -
    Zabierz mnie do domu
    nie daj mnie nikomu,
    ani ludziom ani bogom,
    przyjaciołom, ani wrogom,
    gdyż nigdy nie słyszano,
    nigdy nie mówiono,
    by diabeł, diabeł rzucił duszę potępioną!


I tyle w temacie.
Nie wiem, czy wykrzesam z siebie jeszcze siły na to, co mnie czeka.
Cóż miałam rzec?? To nie tak, że nie chce, ale... wszystko się zmieniło. I są inne priorytety, co doskonale rozumiem, bo i tak jest bardzo fair w porównaniu.
Ale... nie chcę już czuć się cokolwiek komukolwiek winna, jeśli nie dostaję ot tak, nie proszę, mówię: nie ma sprawy, poradzę sobie sama. Nie chcę prosić, nie przechodzi mi już słowo: proszę przez gardło. Bo dlaczego mam, kurwa, całe życie prosić?? Zrobię to sama.
Jak zawsze, a czy ja kiedyś sobie nie poradziłam???
Tylko myślę - po co??
 Może olać, zostawić jak jest, bo w sumie ile jeszcze tu będę??
Wiedziałam, że to tak do mnie wróci i wiem już, co to jest piekło...
Ano...

wtorek, 15 stycznia 2013

Cisza



Naszło mnie po lataniu na blogach...
Nevermind...

Per saldo

Właśnie dostałam pisemko ze spółdzielni, że mam per saldo całe 9,89 gr na koncie i mogę sobie to od czynszu odjąć :D Mam to od lat i niech leży, przynajmniej chociaż tam mam per saldo dodatnie ;)  Miło mieć coś na plusie. Niestety, mój blok ma per saldo ujemne na ponad 75 tys. zł, ale jak kiedyś pisałam, tylko ja jestem wariatką, co samochodu nie ma, a czynsz płaci.
Routerek kupiony, teraz poleży i poczeka na Kolegę Inżyniera, bo do ciecia providera, co mi polecał router za 60 zł zaufania nie mam :) Mój routerek kosztował 300 zł i mam nadzieję, że jest wart swojej ceny.
Sikora zarejestrowała mnie do kardiologa, kochana :) Wprawdzie termin na maj, ale co tam, nie byłam u kardiologa od ponad 1,5 roku i żyję :D Więc może i do maja dożyję??
W pracce cuda wianki, ogrzewanie chodzi, jak chce, zmarzłam dziś na kość, ale olać. I tak sekretarka musi wyłączać, bo ja się nie znam, a w sumie całe piętro jest ogrzewane dla mnie (genialny pomysł Bossa)... No ale chciał młodą zdolną do osobnego pokoju, bo jest nią zachwycony, nie tyle jej urodą, co talentem (hmmm... mam na ten temat inne zdanie), to ją ma. Mi to lotto, aby do wiosny :)  A na sublokatora nie pójdę, co to, to nie, nie ma takiej opcji :D
Śnieg znów pada, przez noc litościwie pokryje kupy i siki, a rano znów będą nowe kupy i siki i tyle z piękna Zmorczej zimy. Błoto, kupy i siki :)
I będę musiała uczyć Małą Wiedźmę, jak jakaś pieprzona babcia Eskimoska, że nie jemy żółtego śniegu...
Czarnego ani białego również...
Nic mi się nie chce,  a na spanie za wcześnie.
Co by tu jeszcze zbroić??

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Idę

Jestem posiadaczką "szczęśliwej" skrzynki pocztowej. Co i rusz lądują w niej pisma adresowane do osób, o których w życiu nie słyszałam, z moim adresem, a jakże, nawet kiedyś policja zlądowała z tego tytułu z nakazem komorniczym... Póki są to listy z Poczty Polskiej, pół biedy, przy okazji jak idę w stronę poczty wrzucam je, pięknie pokreślone do skrzynki. Ale ostatnio trafiają do mnie listy wysyłane przez In Post, oczywiście, nie do mnie, a do jakiegoś faceta... Nie wyrzucę do śmieci, nie spalę, bo to niezgodne z prawem, zostawiam na skrzynce - kiedyś były klatki do zwrotów, teraz nie ma. Jakaś uparta dobra dusza (oby jej w płucach świszczało) wrzuca z uporem rzeczoną przesyłkę w moją szparę unijną.
Ma ktoś pomysł, co z tym fantem zrobić???
Nie będę szukała placówki In Post, co to to nie, powołam się na konstytucję, nie mam takiego obowiązku.
No więc???
Bo jestem w czarnej d...
Dlaczego ja??
I kompik mi się zbiesił dziś po południu, numery cyrkowe robił przy włączaniu...
I śniegu napadało, że hohoho...

Jestem nieszczęśliwa i napawam się swoim nieszczęściem.
Idę se...

niedziela, 13 stycznia 2013

Sand and blood

Skończyłam właśnie 3. sezon Spartakusa. Zaiste, fantastycznie zrealizowane, choć do bólu nierzeczywiste. Pomijając juz rozpasanie i okrucieństwo ówczesnego Rzymu (choć jak z boku spojrzeć, nasze czasy są jeszcze bardziej rozpasane i jeszcze bardziej okrutne), efekty komputerowe (tyle krwi, co tam się leje, to fizyczna niemożliwość realnie, nierzeczywistośc - bo skoro ja nie mogę przy bolącym kręgosłupie głową ruszyć, to... jak oni mogli dalej walczyć?? Adrenalina??? To wszystkiego nie tłumaczy. Trening?? Też nie - dzisiejsi sportowcy też trenują i to ciężko, a wystarczy popaczeć, jak zwijają się piłkarze po kopniaku (nawet jeżeli czasem to jest teatrzyk dla widzów i dla sędziego)... Jestem w stanie zaakceptować te wszystkie realne nierealia, ale nie jestem w stanie zaakceptować jednego - uzębienia. Abstrahując od odżywiania i innych takich, jak to możliwe, że po mordobiciu bez watowanych rękawiczek, po kopniakach w twarz, po których krew sika jak wodospad, delikwent wstaje z piasku, otrzepuje się i znów ma takie zajebiste licówki, na jakie ja sobie w życiu nie będę mogła pozwolić, a przeciez ani nie dotarł do ichniego zębologa, ani też takich cudów wianków nie mieli wtedy... I to psuje mi cała przyjemność z oglądania, Wiem, zboczucha jestem, ale jako że swoje z zębami przeszłam wciąż myślę: jak oni to robili??? I dałabym się trzy razy dziennie po gębie prać, żeby takie uzębienie mieć. Za frico, a jak?? Najgorszy rzezimieszek ma tam ładniejsze zęby jak ja.
Że o reszcie nie wspomnę, bo gladiatorzy grzechu warci, jest na czym oko oprzeć i na co popaczeć.
Ale... dzięki niebiosom, ze moim chłopcom los gladiatorów nie grozi...

sobota, 12 stycznia 2013

Co o tym myślicie??

Umawiałam się z synową w UK, nalegała, że chce do mnie przyjechać, właśnie dziś. Pomijając animozję, jaką do niej żywię, żal mi wnuczki, która też do mnie miłością nie pała, co jestem w stanie zrozumieć, gdyż u drugiej babci robi co chce, a u mnie "NIE" znaczy NIE i ona już o tym dobrze wie, zna też nieustępliwe spojrzenie babci Yody, która nie nabiera się na żadne minki kota Shreka... Co nie znaczy, że Małą Wiedźmę skreślam, i z bólem serca zgodziłam się na wizytę, która burzyła moje plany, ale co tam. No i od wczoraj siedzę jak na gwożdziach i czekam. Cisza. Co ja, przeklęta jestem czy co?? O 12 zniecierpliwona piszę SMS, że przeżyję, że się nie zobaczymy, że mają w taką pogodę nie jechać (są jakieś 100 km od mojej wioski), że i tak mam jakieś grypopodobne i że zobaczymy się innym razem. I nic, cisza w eterze. Polecialam więc do SB, gdzie też przedstawienie zrobiłam w salonie SONy, pytając dwóch dryblasów o sgubiony kabelek (bo pół roku nie miałam SONY i... zapomniałam). Okazało się, że kabelek mam, to jest ten kawałek, co ładuje, tylko nie wkładam w cholera wie jak to się nazywa, ale w port USB i nie muszę zgrywać z karty, mogę bezpośrednio z aparatu. A dziurka o którą pytałam, to do wyświetlania zdjęć na TV (olśniło mnie, że Inżynier coś o tym plumkał, ale zapomniałam) i że kabelek chętnie mi sprzedadzą, a kosztuje li i jedynie 190 zł :) Mieli ze mnie niezły ubaw, ale przynajmniej bez czytania ponownie instrukcji wiem już co jest do czego i nie będę podchodzić od dupy strony. A kabelki wszystkie mam, oprócz tego za 190 zł, ale nie zamierzam go nabywać, bo taka sadomaso, żeby foty na TV oglądać to ja nie jestem :) Mają teraz przemili chłopcy temat do kawałów i dobrze :D
Polazłam potem po router i okazało się, że rezerwacja nie oznacza, że towar jest w sklepie i czeka, a fizycznie firma rzeczonego routera nie posiada w ogóle, a kiedy będzie - nie wiadomo.
No i w tym czasie dostaje od synowej SMS, że ona w ogóle nie myślała nawet o jechaniu dziś, bo jest chora i że może za tydzień??? A ja jej, KURWA, mówiłam w UK, że przełożę mój wyjazd z dziś na za tydzień!!!!! Rozumiem, jest chora, wszyscy chorują, ale czy nie powinna poczuwać się do potraktowania mnie serio i napisania: przepraszam, nie dam rady??? Co ja, sroce spod ogona wyleciałam i mam być dostępna dla niej, kiedy jej sie zapierdzi?? A moje plany?? Że jest wnuczka. Jest. Ale pokazuje mi ją od wielkiego dzwonu, babcią jest babcia Justyna, nie ja. Pierworodny jaki jest, każdy widzi i na to nie ma lekarstwa.
Co zrobilibyście na moim miejscu?
Bo ja na razie przyjęłam taktykę strusia.
Glowa w piasek. Nie odpisuję. Myślę - jak napisze, ze chce jechać - odpiszę - powinnaś pamiętać, że następny weekend mam zajęty. Jak nie napisze, jeszcze lepiej.
Tylko Małej żal.
No i co ja, kurwa, mam zrobić??
Zawsze będę pierdoloną teściową.
Ty się, Zmorko nie napalaj na synową, bo to zwykle zimne suki są.
A Ty nie jesteś i znów Cię ktoś porani.
Ja tam jestem gruba i mam już wyjebane.
I zamawiam, klnąc, 3. router, który jest na składzie i który miałam odebrać przed wyjazdem do UK...
Jak nie zima, to przemarsz wojsk radzieckich...
Mam żoładkową gorzką... Złotą :)

No to się porobiło...

Siedzę i wściekam się, jak cholera. Czekam na kogoś, miał być między 10 a 11, i wciąż go nie ma. A że jechał na zajęcia na 11, więc??
Nienawidzę czekania.
Napisałam też do synowej, bo w ogóle nie raczyła sie odezwać po lądowaniu, wiem, że była, bo wózek zabrała, że jak im pogoda nie pasuje, a mi nie pasuje, to mogą nie przyjeżdżać, nie pogniewam się. I co?? I nic, dupa, cisza w eterze, ani jedziemy, ani nie jedziemy, jakbym była przezroczysta. I kurwa, wysyłając SMS (o, biegła jestem na tym nowym ustrojstwie, posłałam go - nie wiem jakim cudem, bo zadnych cyferek nie wklepywałam na 7218 - a mam zwyczaj usuwać wszystkie SMS reklamowe, konkursowe, nie odpisywać i co?? zaraz mi z konta 10 zł zeżarło, z 80 zł na koncie, odkąd mam nowy aparat zezarło mi już ponad 50, a zapewniam, niewiele SMS wysyłałam... A wykaz będzie za jakieś 2 miesiące. No nic, nauka kosztuje, ale dlaczego tak drogo??? Za chwilę lawina SMS z 7218, okazuje się, że płacę też za przychodzące SMS. Wysłałam zgodnie z poradami z neta SMS STOP i ponoc to koniec, ale zobaczymy w ogólnym rozrachunku.
Będę burą suką, ubieram się i wynoszę, bo muszę router odebrać zamówiony. Uważam, że jak się chce do kogoś jechać, trzeba z nim być w kontakcie, a już na pewno odpisywać na SMS. Ja pierdolę, dlaczego zawsze ja mam być dyspozycyjna i uważna?? I czekać?? Też mam swoje życie i swoje plany i zawsze może mi coś wyskoczyć.
Posłaniec dotarł. Z moim, personalnie moim aniołem :)
No teraz już wiem, jak wygląda gość, co mnie pilnuje, choć... myślałam zawsze, że jest to przystojny młodzieniec ;)
Pora przerzucić się zatem na dziewczynki... :)






Poznajcie zatem mojego Anioła Stróża osobiście :) I mam mu świeczkę palić, więc dziś wieczorem będzie się działo....

Zawijam kiecę i lecę po router :)

I... zwariowalam od szukania kabelka, skończyło sie na włączeniu lapka i... mam dość PIERDYLIARDA PIERDYLIARDÓW kabli w tym domu...

Fajnie było w latach 50... :)

piątek, 11 stycznia 2013

♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥




Miejsce na ziemi, mały punkt...
Sens niemówionych słów,
Dźwięk niezagranych nut,
Blask niezapalonych jeszcze lamp...

czwartek, 10 stycznia 2013

Pożytek

Jakbym nie poszła do pracy, dziury w niebie by nie było. Ale OK. Pożytek z tego taki, że mam przepisaną listę kontaktów, na piecu buzuje najdroższy rosołek w moim życiu (z rostbefu), a ja powoli odzyskuję chęć do życia. I zła jestem, bo Polityka nie chce mi się ściągnąć, choć na jej stronie mówi, że zapłaciłam. Oleję elektroniczną prenumeratę i będę miała co w kiblu czytać...
Tyle pożytku z gazety, że nie boję się jej wziąć do WC, bo nawet jak do wanny wpadnie, to przeżyje. Ja nie z tego pokolenia, co do łazienki z Iphonem wędruje...

Chora, chorsza, trup

Mści się stanie pod nawiewem na Luton, ale to było jedyne miejsce, gdzie można było oddychać. I znów miałam szczęście - syn koleżanki leciał z Luton we wtorek i... wylądował w Warszawie, po kilkugodzinnym koczowaniu, a ona jechala po niego we mgle i ślizgawicy do Poznania...
Wczoraj poszłam na siłę do pracy i po 2 godzinach się zwolniłam, myślałam, że umrę. W domu ległam na kanapie pod gruba kordłą i kocem i... trzęsłam się z zimna... Spałam 7 godzin, wstałam, posłałam łóżko i znów spałam do rana. Teraz chodzę jak robot, kark mam sztywny i bolący, każdy ruch sprawia mi ból. Ale już nie czuję się tak podle, choć od wczoraj zjadłam tylko jednego tosta, na sam widok jedzenia robi mi się niedobrze. Żeby już był weekend... Synowa chciała przyjechać z mała, ale nie wiem, czy w takiej sytuacji to ma jakikolwiek sens. No nic, zobaczymy,
Grypa to chyba nie jest, bo gorączki nie mam, choć momentami oblewa mnie pot.
Zimo, wypierdalaj, zdrowie, wracaj :)
Już wiem, co znaczy zwrot: "sztywny, jak kij połknął" :)

wtorek, 8 stycznia 2013

Na starych śmieciach

Dzisiaj powitali mnie w pracy







chlebem i

solą... :)

Jako że nie ma tam amatorów bezów, solidną porcję zabrałam do domu i skonsumowałam do popołudniowej herbatki.
W pracy spore zmiany, zostałam sama na piętrze, ale może awansuję, mimo tych zółtych ścian, bo smętnie tak samej siedzieć... Okaże się w czwartek, czy pozostałe nory Boss już dla kogoś zaklepał, czy mogę jedną z nich wziąć. W sumie tragedii nie będzie, jak nie awansuję.
I spełniło się marzenie Zmorki: spadł śnieg. U mnie sypał cały dzień, ulice momentalnie pokryły sie ohydną glajdą - mieszanina wody, błota pośniegowego i soli. Stałam na przejściu po wyjściu z tramwaju, razem z grupką ludzi, a przejście takie wąskie, że nie ma się gdzie cofnąć, za plecami tramwaj, przed nami auta i wtem jakiś palant wjeżdża na ostatnim żóltym z dużą prędkością (inni byli na tyle kulturalni, że jechali, starając się nie chlapać, a ten puścił taką fontannę, że wszystkich zalał dokumentnie), przez moment nic nie widziałam, bo zachlapało mi też okulary. Efekt: 27 zł co najmniej w plecy na czyszczenie nowiutkiego płaszcza i nie wiadomo, czy się z soli doczyści. A Zmorka się cieszyła na FB. Nie powiem - wkurzyła mnie. Ale... Nie śmiej się dziadku z cudzego wypadku. Może w mniejszych wioskach jak moje zima to radość, ale tu - to masakra. W tej całej bryi buty przemokły mi tak doszczetnie, że myślałam, że podeszwa mi się odkleiła... Jak wychodziłam rano z domu był lekki mróz i nic Apokalipsy nie zapowiadało, założyłabym stary płaszcz i stare buty... No nic. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Zatem grzecznie apeluję - zimo, nie zważaj na prośby Zmorki i WYPIERDALAJ, nikomu nie jesteś potrzebna.
Poleciałam potem do mojego providera, bo reklamowali się, że dają wi-fi w pakiecie z TV (dlatemu Inżynier kazał mi odmówić już zamówiony router). No i kurka blaszka - facet popaczał na mnie i mówi w te słowa: ja pani tego nie polecam, bo to ma słaby sygnał... Wrrrrr.... Mówi, że jak mi nie zależy na TV (a nie zależy) to mam sobie sama kupić router i podaje parametry, mówiąc, że niedrogi 60-80 zł. Ja na to, że ten co miałam kupić to było ponad 300 zł, a on: po co pani taki. Mówię, że chcę mieć dobry... A on na to, że jego też dobry.... Wrrrrrr.... Wracam do domu, piszę do Inżyniera, a ten: na co mamie taki badziew?? Znajdę i napiszę co kupić.
I bądź tu mądry i rób dzieci ;)

Ale wierzę Inżynierowi, raz, że porządny jest, dwa, że mądrość przodków pojął: kupuj drogo, boś biedny. Zatem póki co Ajfonik robi jeszcze za zwykły telefon.
Cieszę się, że wczoraj wróciłam, mam nosa do latania ;)
Koleżanki syn dziś jeszcze z Luton nie wyleciał, koczuje tam. A tu coraz gorzej, teraz robi sie mgła i szklanka.
Wróciwszy wczoraj poleciałam zaraz po kolędzie. Najpierw odkolędowałam pół godziny w kolejce po komkartę (wiedziałam, co robię, chcąc ją naładować w grudniu, co jak wiadomo okazalo się mission impossible). Wleciałam też do Starego Browaru, bo tam salon Orange jest, ale okazało się, że salon nie jest salonem, ale punktem i muszę się udać na ulicę Wierzbięcice. Zahaczywszy więc o P&P, gdzie kupiłam tosty (toster za 3 funty okazał się niezmiernie udanym zakupem i przetrwał walizkowy Armageddon), zdobywszy dwa kalendarze ( mam damskie marzenie w czarno-białej wersji, ale lubię taką, do pracy już wzięłam coś innego, tańszego), poleciałam na salony. Niemiła pani, na wiadomość, że proszę o włożenie nanoSIM, bo ja nietutejsza, parsknęła, że nie ma klucza. A ja na to: ale ja mam klucz... Bo Inżynier pokazał mi, jak kartę włożyć, ale w końcu w salonie za coś pensję im płacą!!! Ona na to: to po co pani taki telefon, jak pani nie umie karty wlożyć. Zacisnęłam zęby, chociaż złe słowa pchały mi się na usta, ale kolejny raz poprosiłam grzecznie o włożenie karty. Włożyła, ale PIN-u nie chciała wprowadzić. A ja pomna, jak sobie zablokowałam telefon dotykowy od Pierworodnego wpisując PIN, uparłam się. Przedtem panienka, szukając mojego nr w systemie rzekła triumfalnie: ale pani numer od dawna jest nieaktywny!!! Zdębiałam, bo z lotniska posłałam masę SMS. Za chwilę okazało się, że "pomyliła cyferki". Mając to w pamięci, proszę uparcie o PIN. Wklepała i... telefon się zablokował :D :) Musiała gdzieś dzwonić, żeby odblokowac i zaktywować, czyli mój upór miał sens, bo musiałabym z domu wlec się znów do salonu....
I to uczucie deja vu, gdy w P&P przy kasie dwie osoby przede mną, a kasjerka: końcówka 1,28 będzie?? A 2,30 dostanę??? Ojapierdolę, w UK, co bym nie położyła na kasie, wydają resztę bez animrumrania, a ja nie płacę drobnymi, bo... musiałabym nieźle kombinować, jako że nominałów nie rozróżniam. Chyba, że mam osiołka, to każę mu liczyć i płacić :D

I w PL płacę kartą i twardo mówię, że nie mam drobnych, jak płacę tam, gdzie kartą nie mogę, oprócz zaprzyjaźnionej "Piątki", bo tam fajni ludzie są. Inżynier nie wierzył, że to teraz nagminne, ale jak był na święta i płacił gotówką (bo na polskim koncie niewiele ma) to sam to zauważył, że wszędzie chcą końcówki. Jakaś mania :)


poniedziałek, 7 stycznia 2013

Koczowanie

No i znow w nocy koczuje, bo spac nie moge. Jak zwykle. Dlatego wolalabym loty w poludnie, no ale nie ma co marudzic. A i tak Inzynier chce pozniej wyjechac, a ze popijalismy wieczorem, a potem siedzial, to nic nie mowie, ale kolejne nerwy mam.
Jak dobrze pojdzie w poludnie zobacze Miski ;)
A potem normalny kolowrotek, bo ani nie wiem, czy chata jeszcze stoi (w zeznania dzieci naumialam sie nie wierzyc), a i sieciowke musze naladowac i prowiantu dokupic, bo zostawili mi tylko blok sera i litr chleba w plynie. Trudno ode mnie wymagac, zebyw wpieprzala zolty ser i zapijala zoladkowa gorzka, choc niektorzy sa moimi MISZCZAMI w jedzeniu zoltego sera ;)
To byly piekne dni...
Zapamietam je.
Musza mi wystarczyc teraz na baaaaaardzo dlugo, no coz, zycie :)

Jak nie dolece, to tradycyjnie: wspominac mnie dobrze, albo wcale ;)

niedziela, 6 stycznia 2013

Sladami Rzymian


W sobotni poranek Inzynier zarzadzil wyjazd do Saint Albans, niedaleko H. Pomknelismy razno Focusikiem, milo gawedzac o wszystkim i o niczym.
W samym St Albans (bylam juz w tym miasteczku, kiedys doszlam tam na piechote w doborowej kompanii, ale tylko do katedry, z Pierworodnym robilam tam zakupy, a i sylwestra tam kiedys w pubie spedzilismy) stwierdzilismy, ze racje mial Obelix, ze ale glupi ci Rzymianie ;)







Potem hycnelismy w bok, zeby zajrzec na stacje koncowa liczacej juz ponad 150 lat linii kolejowej w St Albans






i chyzo ruszylismy do parku, gdzie znajduja sie resztki rzymskich umocnien.





Tak wygladaja angielskie sciezki, po trwajacych prawie non stop opadach, ale Inzynier zlitowal sie nad stara matka i nie kazal jej topic sie w blocie, do umocnien doszlismy trawnikiem, aczkolwiek tez byl sliski i blotnisty. W UK nie ma tabliczek nie detpac trawnikow, wszyscy chodza jak chca, a trawniki wygladaja kwitnaco... :)







I tyle zostalo po dzielnych Rzymianach :D :)


Pozniej udalismy sie na spacerek po parku, gdzie sa stawki, labadki i inne wodne ptactwo...










Jeden labadek byl taki uparty, ze wolal popelnic samobojstwo niz popozowac Starej Jedzy i mimo ze stalam i stalam, to ani myslal wyciagnac labedzia szyje z wody :>

Z parku udalismy sie do najstarszego pubu w Anglii, powstalego w 793 roku, wiec troche juz lat minelo.





W miejscu, gdzie dzis zanjduje sie bar byla stajnia i wiazano tam konie :)






Podobal mi sie wyszywane koguty, wiszace w sieni...





W pubie pieknie kwitly amarylisy...






Ludzie wchodzili z psami i nikt kundli nie wyrzucal, inna para kaloszy, ze byly bardzo dobrze ulozone. Gosci obslugiwal barman tak wysoki, ze co rusz musial sie zginac, zeby nie walnac w belke sufitowa, a co wyzsi goscie zaliczali bliskie spotkania pierwszego stopnia z powala :) Inzynier zamowil potrawke z krolika (zalowalam potem, ze ja nie, ale balam sie, ze mieso bedzie twarde), zas ja jakiegos kuraka z kus-kusem. Barman przyniosl najpierw napitki i... chyba nie wygladam na rasowa alkoholiczke, bo mi sok pomaranczowy podsunal, a na miejscu chwilowo nieobecnego Inzyniera postawil piwo :O










W kominku pozniej zaplonelo drewno i zrobilo sie naprawde milo i goraco :)





  Po milym obiadku udalismy sie na dalsza wloczege po St Albans, zalapalismy sie tez na tamtejszy Manhattan sobotni ;)














I upolowalam wreszcie kwitnacy jasmin :)

Po powrocie do domu okazalo sie, ze Pierworodni czekaja na mnie, tja... Powiedzial synowej, kombinator, ze nie wysle do mnie SMS, bo... zmienilam nr telefonu. Niewazne, pojechalismy, bo chodzi o Mala Wiedzme, nie o te cale tatalajstwo...
MW zajela sie czule wujkiem Inzynierem, patrzac mu w oczy z miloscia i gladzac po jeżyku





 i prawie go uspila :)



A ja jestem Babcia Yoda :) Bo nie umie wymowic Dorota, co mnie niezmiernie ucieszylo. Kocham Yode :D


I ostatnie wieczorne posiedzonko z paka ze Sroczego Zaulka...

A dzis juz spakowana jestem, jeszcze ostatnie indtrukcje obslugi nowej zabawki, zalozenie konta i pozegnanie z papierowa wersja Polityki...

I znow nieprzespana noc i mam nadzieje, ze jutro juz usciskam moje MISKI.
Stesknilam sie za nimi, choc Sroczy Zaulek niezmiennie goscinny jest.
Wszedzie dobrze, ale w domu jednak najlepiej.
Bede tesknila. Again ;)

Dziękuje wszystkim, ktorzy obdarowali mnie swoja obecnoscia i... no co ja bede sie wywnetrzala :)





piątek, 4 stycznia 2013

Burza

po slowach Owsiaka o eutanazji.
Ja tam zawsze migam sie od dawania na Orkiestre. Od lat. Nie ukrywam tego, dla mnie chore jest, ze place tak kolosalne skladki a jeszcze mam dokladac do interesu. O nie.
A eutanazja?? Hmmm... jak mam zyc i srac w pieluchy, nie bedac wredna Stara Jedza, nie moc pic z chlopakami, wloczyc sie i ogladac seriali, srac im na leb... Pracowac. Kochac Mala Wiedzme po swojemu. To bardzo prosze, uspijcie mnie, nie mam nic przeciw, bede wdzieczna.
Chce byc Stara, Najwredniejsza Jedza cieszaca sie zyciem i bliskimi do momentu, gdy nie zaczne byc warzywem.
Wiem, ze sa tacy, co mnie lubia i kochaja mimo ze jestem Stara Jedza.
I dlatego nie chce, zeby widzieli, jak sram w gacie.
A juz bron buk lisciasty nie musieli ich zmieniac.
Bo to jak dla mnie - nieludzkie.
Nie jestem herosem.
Ale i nie wymagam heroizmu od innych.
Bo sama do tego nie doroslam.
Kazdy powinien miec wybor.
Ja bym sie opiekowala, jakbym wiedziala, ze ten ktos chce.
Ja - nad soba - opieki nie chce.
Chce nie byc.
Co napisalam.
I co jest swiete :D

Friday

minal spokojnie... Przegralam 99 pi (no, funta, ale 1 pi odciagnelam Zlowikowi za kapcie, bo za kapcie sie placi), bo jednak zrobil ten sernik :D :) Smaczny nawet, a zalozylam, ze juz go nie zrobi... :)
W poludnie pojechalismy powloczyc sie po Gallerii, ale kudy tej Gallerii do poznanskich, a i wybor i sale w tym roku nie rzucaja na kolana. Kalendarze drogie i nieciekawe, wiec odpuscilam. Wole w PL wydac te 50 zl na miesniakow :D
Powloczylismy sie wiec sobie a muzom i tylko jednego t-shirta kupilam dla zasady, ze t-shirt musi byc.
Potem (sie smierdzi) wlecielismy do Asdy, gdzie Baran cierpliwie czekal pod przebieralnia az wbije te tlusta dupe kubanska w dzinsy... Wyszlam bogatsza o dwie fajne pary. I potem byla jazda, bo Zlowik wypatrzyl tostery za 3 funty. Na co mi toster, jak sama chleb pieke?? ale... Toster za 15 zl?? Czasem mam ochote na cos niezdrowego i wtedy toster jak znalazl... Baranisko znow sie poswiecilo i przewedrowalo z jednego kranca marketu na drugi i tym sposobem zakupilismy toster za rewelacyjna cene 15 zyla plus 10 zyla za dwie przejsciowki, bo tych zaczyna w chaupce brakowac...Po drodze mijamy dziadka z wozkiem wypchanym winiaczami, a Baran do Zolwika te slowa rzecze: widzisz, jak Cie nastepnym razem na zakupy wysle, wozek ma tak wygladac... Padlam :)
Inzynier po pracy tonem nieznoszacym sprzeciwu zazadal jedzenia, dla Smerfa tez... Blehhhh.... Na reszte historii ze SM spuszczam zaslone, bo bym bloga zaplula, no coz, pewnych rzeczy nie przeskocze :D :)

A potem?? Wino, mezczyzni i spiew... Martini juz nie w promocji, ale jeszcze nas stac na nie... Odkrylam sluchawki do Iphona... i wciaz sie ucze, ze to komputer... Jak dla gluchej sluchawki cud miod... Moje mp3 sie nie umywa... Szkoda tylko, ze rachunki za prad wzrosna, bo... praktycznie trzeba ladowac toto non stop. Ale... Zyje sie raz.
Synowa leci do PL 11, dowiedzielismy sie z FB, od Barana, bo ja jej po jezdzie na ogole nie mam w znajomych, bo i po co. Tak sie smutnie sklada, ze mam styczen juz zaplanowany. I nie mam zamiaru zmieniac planow. Wiem, jestem wredna Stara Jedza.
Ale to jest moje zycie.
Poczekam az Mala dorosnie.
Jak bedzie za pozno - trudno.
Bede musiala z tym zyc...
Ale sie rozpisalam :O:)
Jutro w sumie ostatni dzien w UK, bo w niedziele juz pakowanie... a potem... do Miskow i do roboty :D

Bede tesknila...
A na dobranoc

Pikne... Usypiajace... Kojace... :)

czwartek, 3 stycznia 2013

Sometimes

... pozory myla, i to bardzo.
Ciesze sie, ze sie pomylilam.
Nie tryskam optymizmem...
Ale... okazalo sie, ze Inzynier zapomnial kodu do zamka, a imprezowicze chcieli mu zrobic numer i sie ukryli nie wchodzac do mieszkania... Nie mogl sie do nich dodzwonic, wiec koczowal pod drzwiami... :) Moze jednak to padniecie sieci to nie pic na wode i fotomontaz?
Moze troche przesadzilam??
No nic, obaczymy.
Odprawiona.
Steskniona za Miskami do bolu i za nieszwędaniem sie przez oczyma Smerfa Marudy (flaki bym mu wyprula, jak gladiator... ;) niespuszczajacego notorycznie klapy od kibla...
Odprawiona, bez kwitka.
Jeszcze troche...
Potem znow bede tesknila na odwrot.
Ten model tak ma :D
I bede miala duzo zabawek do cykania fotek :D :)

Wiosna

Szczesliwy kraj... Juz pachnie wiosna...
A ja w tym roku bede na nia musiala czekac, i czekac, i czekac :(

środa, 2 stycznia 2013

Milosciwie nam panujacy 2013

przywital nasza gromadke jakims wirusem. W Nowy Rok najbardziej rozlozylam sie ja, choc to Zlowik poszedl do lekarza dzis, najdzielniej trzyma sie Baran, ktory dzis idzie do pracy. I kurde, Smerf Maruda wrocil... Ojapierdole, jak nie urok, to sraczka. Nic to jednak... Mam katar, a od samej sraczki ratuje mnie tylko czarna porzeczka,. Dobrze, ze w uszach przestalo mnie juz bolec, ale zajady mam.
Sylwester byl udany, pojechalismy do tego samego pubu, co w zeszlym roku, ale niestety, nie "dostalismy" naszego miejsca, okupowala je juz grupka Anglikow, Jako ze nie mialam aparatu, wielu zdjec nie zrobilam, bo... glupio czuje sie latajac z Iphonem, choc tam prawie kazdy go ma. Ludzie przy stolikach pokazywali sobie wzajemnie, co kto ma na FB, Twitterze i innych takich tam, coz, takie czasu. Za moimi plecami caly czas stawaly jakies kosciane dziadki z piwskiem albo innym drinkiem, co dalo chlopakom powod do zartowania ze mnie, ze mam powodzenie :)
Krotko po polnocy zmylismy sie do domu, bo choremu lepiej pic w domowym zaciszu.
Humor zepsul mi brak jakichkolwiek wiesci od Inzyniera i Pierworodnego. Od tego drugiego nie mam slowa do dzis, ale to standard, pora sie przyzwyczaic. Do Inzyniera pisalam pierwsza, bo chcialam mu tradycyjnie imieninowe zyczenia zlozyc jako pierwsza, odpisal w Nowy Rok w poludnie, tlumaczac sie, ze SMS nie szly. Klamstwo ma jednak krotkie nogi, szybko sie wydalo. Jestem rozzalona. Takie mam parszywe zycie, ze jak tylko jakas spodnica jest na horyzoncie, nie ma juz nikt dla mnie czasu. Trudno, przezyje. Ale... wolalabym nie dostawac gadzetow na zasadzie damy mamie zabawke, niech sie bawi i odczepi. Nie cieszy mnie to juz,  po prostu mam na to wyjebane.
I nie bede nic zmieniala w domu, bo po co??
Stlukli mi jedna zielistke, ale trudno. Nawet jak nie przezyje, poradze sobie. Ciekawe, ile w tym prawdy, ze tylko zielistka ucierpiala??
Juz nie patrze z optymizmem, ale i tak nic nie moge poradzic, co ma byc, bedzie... Zdjecia beda z domu, bo tu juz nie chce mi sie walczyc z oporem materii.
Ogladne cos, bo Baran wlasnie mnie rzucil i potem zabiore sie za pieczenie chleba. poprzedni wciaz dobry (choc juz sie konczy), ale jak dla mnie skorka nie do ugryzienia i laduje na trawniku i srajdy maja z niej jedynie pozytek. Baran gryzie i mowi, ze jest dobra. Nie ma to jak mlode zeby :D
Nic mi sie nie chce i po poprzednim dobrym humorze nie zostal nawet slad..
Chce do domu, do Miskow...
Chce byc sama.