Dzisiaj powitali mnie w pracy
chlebem i
solą... :)
Jako że nie ma tam amatorów bezów, solidną porcję zabrałam do domu i skonsumowałam do popołudniowej herbatki.
W pracy spore zmiany, zostałam sama na piętrze, ale może awansuję, mimo tych zółtych ścian, bo smętnie tak samej siedzieć... Okaże się w czwartek, czy pozostałe nory Boss już dla kogoś zaklepał, czy mogę jedną z nich wziąć. W sumie tragedii nie będzie, jak nie awansuję.
I spełniło się marzenie Zmorki: spadł śnieg. U mnie sypał cały dzień, ulice momentalnie pokryły sie ohydną glajdą - mieszanina wody, błota pośniegowego i soli. Stałam na przejściu po wyjściu z tramwaju, razem z grupką ludzi, a przejście takie wąskie, że nie ma się gdzie cofnąć, za plecami tramwaj, przed nami auta i wtem jakiś palant wjeżdża na ostatnim żóltym z dużą prędkością (inni byli na tyle kulturalni, że jechali, starając się nie chlapać, a ten puścił taką fontannę, że wszystkich zalał dokumentnie), przez moment nic nie widziałam, bo zachlapało mi też okulary. Efekt: 27 zł co najmniej w plecy na czyszczenie nowiutkiego płaszcza i nie wiadomo, czy się z soli doczyści. A Zmorka się cieszyła na FB. Nie powiem - wkurzyła mnie. Ale... Nie śmiej się dziadku z cudzego wypadku. Może w mniejszych wioskach jak moje zima to radość, ale tu - to masakra. W tej całej bryi buty przemokły mi tak doszczetnie, że myślałam, że podeszwa mi się odkleiła... Jak wychodziłam rano z domu był lekki mróz i nic Apokalipsy nie zapowiadało, założyłabym stary płaszcz i stare buty... No nic. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Zatem grzecznie apeluję - zimo, nie zważaj na prośby Zmorki i WYPIERDALAJ, nikomu nie jesteś potrzebna.
Poleciałam potem do mojego providera, bo reklamowali się, że dają wi-fi w pakiecie z TV (dlatemu Inżynier kazał mi odmówić już zamówiony router). No i kurka blaszka - facet popaczał na mnie i mówi w te słowa: ja pani tego nie polecam, bo to ma słaby sygnał... Wrrrrr.... Mówi, że jak mi nie zależy na TV (a nie zależy) to mam sobie sama kupić router i podaje parametry, mówiąc, że niedrogi 60-80 zł. Ja na to, że ten co miałam kupić to było ponad 300 zł, a on: po co pani taki. Mówię, że chcę mieć dobry... A on na to, że jego też dobry.... Wrrrrrr.... Wracam do domu, piszę do Inżyniera, a ten: na co mamie taki badziew?? Znajdę i napiszę co kupić.
I bądź tu mądry i rób dzieci ;)
Ale wierzę Inżynierowi, raz, że porządny jest, dwa, że mądrość przodków pojął: kupuj drogo, boś biedny. Zatem póki co Ajfonik robi jeszcze za zwykły telefon.
Cieszę się, że wczoraj wróciłam, mam nosa do latania ;)
Koleżanki syn dziś jeszcze z Luton nie wyleciał, koczuje tam. A tu coraz gorzej, teraz robi sie mgła i szklanka.
Wróciwszy wczoraj poleciałam zaraz po kolędzie. Najpierw odkolędowałam pół godziny w kolejce po komkartę (wiedziałam, co robię, chcąc ją naładować w grudniu, co jak wiadomo okazalo się mission impossible). Wleciałam też do Starego Browaru, bo tam salon Orange jest, ale okazało się, że salon nie jest salonem, ale punktem i muszę się udać na ulicę Wierzbięcice. Zahaczywszy więc o P&P, gdzie kupiłam tosty (toster za 3 funty okazał się niezmiernie udanym zakupem i przetrwał walizkowy Armageddon), zdobywszy dwa kalendarze ( mam damskie marzenie w czarno-białej wersji, ale lubię taką, do pracy już wzięłam coś innego, tańszego), poleciałam na salony. Niemiła pani, na wiadomość, że proszę o włożenie nanoSIM, bo ja nietutejsza, parsknęła, że nie ma klucza. A ja na to: ale ja mam klucz... Bo Inżynier pokazał mi, jak kartę włożyć, ale w końcu w salonie za coś pensję im płacą!!! Ona na to: to po co pani taki telefon, jak pani nie umie karty wlożyć. Zacisnęłam zęby, chociaż złe słowa pchały mi się na usta, ale kolejny raz poprosiłam grzecznie o włożenie karty. Włożyła, ale PIN-u nie chciała wprowadzić. A ja pomna, jak sobie zablokowałam telefon dotykowy od Pierworodnego wpisując PIN, uparłam się. Przedtem panienka, szukając mojego nr w systemie rzekła triumfalnie: ale pani numer od dawna jest nieaktywny!!! Zdębiałam, bo z lotniska posłałam masę SMS. Za chwilę okazało się, że "pomyliła cyferki". Mając to w pamięci, proszę uparcie o PIN. Wklepała i... telefon się zablokował :D :) Musiała gdzieś dzwonić, żeby odblokowac i zaktywować, czyli mój upór miał sens, bo musiałabym z domu wlec się znów do salonu....
I to uczucie deja vu, gdy w P&P przy kasie dwie osoby przede mną, a kasjerka: końcówka 1,28 będzie?? A 2,30 dostanę??? Ojapierdolę, w UK, co bym nie położyła na kasie, wydają resztę bez animrumrania, a ja nie płacę drobnymi, bo... musiałabym nieźle kombinować, jako że nominałów nie rozróżniam. Chyba, że mam osiołka, to każę mu liczyć i płacić :D
I w PL płacę kartą i twardo mówię, że nie mam drobnych, jak płacę tam, gdzie kartą nie mogę, oprócz zaprzyjaźnionej "Piątki", bo tam fajni ludzie są. Inżynier nie wierzył, że to teraz nagminne, ale jak był na święta i płacił gotówką (bo na polskim koncie niewiele ma) to sam to zauważył, że wszędzie chcą końcówki. Jakaś mania :)