wtorek, 26 lutego 2019

Nareszcie

Kochany Pamiętniczku :)



Zobaczyłam w centrum ogrodniczym, jadąc do pracy i z ryjem tam wpadłam, jako że znów kpiny. Wczoraj napisali, że mam nie przyjeżdżać, bo w domu mogę zrobić. Cofnęłam się z drogi do przystanku i cztery godziny kiblowałam przy kompiku.
Wściekła napisałam emilka, odpisali: jutro na 10.
Przyjechałam dziś na 10, a tam kiszka, robota na godzinę, a i to z domu mogłam zrobić.
A to, co Boss obiecał, to gruszki na wierzbie, bo pojechał do stolycy i wróci w poniedziałek.
I nie, nie ma opcji, że mnie ktoś zobaczy w pracy w przyszłym tygodniu.
A dziś powiedziałam: do widzenia ślepa Genia i poleciałam po bratki :)
Jednak nie miałam ziemi, więc wzięłam wózeczek i sruuu po ziemię.
Nie było 20-litrowych worków, jakie zawsze brałam, więc wzięłam... 50-litrowy.
Hahahahaha :)
Ledwo się do domu dowlokłam, o mało nie padłam, a wózek padł. Dobrze, że już na balkonie.
I tak mnie wkurwiał, bo trzymał się na rzepie, który się stale dopinał, wszystko zjeżdżało mi na kólka i śrupało.
A po drodze do pracy mam sklep, gdzie są solidne wózki, więc sobie jutro taki kupię. Co z tego, że w chińskim sklepie tanio, jak szajs.

A bratki cieszą me oczy...
Wszyscy mówią, że padną jeszcze. Może i padną, ale co mam trochę radości, to mam :) Najwyżej później kupię nowe.
I przy okazji balkon z leksza ogarnęłam, bo wszędzie zwisały przemarznięte i zaschnięte komarzyce i syf był.
Wiosno, przybywaj :D
Dożyłam kolejnych bratków. Pani w ogrodniczym, gdzie ziemię kupowałam jeszcze nie miała bratków, a na moje ochy i achy, że dożyłam, zacukala się i opierdoliła mnie, że taka młoda, a nie wierzy, że kolejnej wiosny dożyje :)
Hahahaha :) Myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny, więc jednak każda nowa wiosna, badylek, kwiatek to jest poezja życia.

I Tornado sobie oglądnęłam, myśląc, czy i do nas takie cholerstwo przyjdzie, bo nie ma co się łudzić - klimat strasznie szybko się zmienia...
Bratki pod koniec lutego - o tym mi się jeszcze niedawno w ogóle nie śniło.

sobota, 23 lutego 2019

Musiałam

odreagować, Kochany Pamiętniczku.

Cztery dni od rana do wieczora, że wstawałam rano i nie wiadomo po jakiego grzyba robiłam łóżko, to jednak za dużo.
Ostatni dzień tragedia.
Siedziałam od 8.30 do 17, czekając na pracę. Miało iść do drukarni o 14.30.
Nikt nic nie wiedział, a najgorsza cipa to ta nowa asystentka Bossa.
No nic.
Zamknęłam.
W piątek pojechałam do pracy, bo i tak nie było wszystko zamknięte, jak i warzywka, of course.
I dowiedziałam się, że...
W marcu, na samym początku, kiedy mam wolne, należące mi się jak psu zupa, kiedy będzie Inżynier z zestawem bonusowym jestem potrzebna, bo...
Poszłam do Bossa i powiedziałam wprost, że już drugi miesiąc pracuję cały, że robię wszystkie hocki-klocki, i że nie, nie będę pracowała na początku marca, bo mam życie osobiste.
Zacukał się i rzekł, że się przesunie.
No to niech się przesuwa.
Mi to rybka.
Jeżeli ja mogę w czasie wolnym przyjść, bo kolegi dziecko było w szpitalu i mu się przesunęło, no to aczkolwiek moje wnuki (odpukać) do szpitala nie idą, to ja też się przesunę.
W ten sposób przepracuję cały rok za friko.
Mam już 60 nadgodzin :P
A chuj, lotto mi to, chociaż nie wygrałam nic.
Mają maturę? Mają :D Niech sami piszą.
A ja wściekliznę rozładowałam sprzątając szuflady i półki w kuchni, a było co robić.
Nie wszystkie, of course, bo padłabym. Ale strategiczne.
I w łazience, bo wiadomo Alienek wszędzie wlezie i wszystko ściągnie.
Jeszcze przede mną przenoszenie kwiatów, cała operacja logistyczna. I chowanie durnostojek, ale na to nie mam ani miejsca, ani pomysłu.
Dobrze, że Kalafiorkówna nie ma jeszcze włączonej opcji niszczycielskiej.
I pościel 3D z Edkiem kupiłam, myślałam, że mnie oszukali, ale nie, po wypraniu, jak wisi i patrzy się pod kątem to Edek jak malowany :) Mam nadzieję, że Alienek się skusi na spanie z Edkiem i ze mną :D
 :)

Ledwo dycham, ale dycham :)
Teraz duża lampka wina, zasłużyłam, jakiś serialik i spać.
Bo poniekąd rzeczywistość mi się kicka z leksza, jak wtedy, gdy idąc z autobusu widziałam żulików osiedlowych już na haju i zazdrościłam.
Brudni, niedomyci, targujący się w sklepie o wzięcie butelek "na wymianę"...
I co z tego, że ja pachnę DKNY, skoro życie nie ma smaku?

Oficjalnego emilka boję się otwierać, bo co otworzę, to "przesyłam do korekty", "proszę mnie poprawić"...
Super, że jest praca, bo jest kasa, a tej potrzebuję jak kania dżdżu.
Ale czasem chciałabym się najebać na środku osiedla i mieć wyjebane...

Na wszystko.

I  żeby nikt nic ode mnie nie chciał.

I żeby nic nie musieć.

Nie być, Kochany Pamiętniczku, przecież to takie proste, co nie?

I dlaczego za dwa miesiące w domu mam niższy o 40 zł rachunek za prąd niż za 2 miesiące, z których mnie nie było w domu przez miesiąc?

I skąd ten pojebany kurdupel weźmie pieniądze na tę trzynastkę do emerytury, jak nie, kurwa, znowu z mojej kieszeni?


środa, 20 lutego 2019

Ojapierdolę

Kochany Pamiętniczku.
Jako że nie ma łamacza, bo kolanko mu padło (tak mnie nachodzi, czy czasem nie celowo, bo jest w chuj wszystkiego, a jej nic już zrobić nie mogą, ochrona przedemerytalna), pracuje dwóch z łapanki i wszystko jest w czarnej dupie.
Wczoraj byłam w pracy 11 godzin, pracując non stop.
Dziś - właśnie skończyłam pracę :)
Ale...
Przetasowania są i jest nowa wice. Babka. Jak to kobieta - nierówna.
Ale przez te ponad 8 lat nikt mnie nie zapytał, czy mam jeszcze siły.
A ona pyta i wzdech, i takie tam i och, i  ach.
Wiem, może mi kiedyś dopierdolić, ale co jej z tego przyjdzie?
Dziś się działo, ale to nasza bajka. Jednak kto trzymał rękę na pulsie i ostatnim rzutem na taśmę spowodował, że do druku pójdzie zapomniana strona? Oczywiście, SJ. I tak lamencę, z uśmiechem na ustach, jak to ja, że w takim tempie to z półtorej godziny pojadę do domu, bo wiadomo, zjazd do zajezdni, a ja mam trzy przesiadki. A wicenaczelna: taksówka. Bezapelacyjnie. Tylko rachunek wziąć. W sumie, dlaczego nie?
Więc mimo gorących zapewnień dwóch zbłąkanych owieczek, że już, teraz, zaraz, już, zwinęłam dupę w troki i hajda na postój.
Nie ma "mojej" firmy, ale co tam. Pytam, czy dostanę paragon. Nie ma sprawy.
15 minut później jestem w domu (bo szlaban był zamknięty i nastukało całe 5 zł więcej), w piżamce, bez cyckonosza po tylu godzinach, umyta, odsikana na siedząco, w pracy tylko na Małysza, nie ma innej opcji, widzę, jak myją kible...
I... czekam.
Pracy na 20 minut.
21.08 skończyłam.
Jprdl.
Umowa z wice, że mnie będzie bronić, jak się spóźnię.
Chujwi, do której jutro będę, bo...
Po wszystkich bogoojczyźnianych tekstach na temat tego reportażu z TVN, gdzie pokazano padnięte krowy zabijane w ubojniach, już po posłaniu wszystkiego do druku to ja, siedząc na FB w oczekiwaniu na tych dwóch, co się nie wyrabiali zauważyłam notatkę, że w polskiej wołowinie w Czechach wykryto salmonellę.
Będzie się pewno działo, bo kilka lat temu w dniu zamykania przyszła wieść o afrykańskim pomorze świń...
Siedzieliśmy wtedy do północy.
No ale skoro mogę wracać taksówką, to mam to w dupie.
I tak mija kolejny numerek, a za niedługo będzie najazd.
Jak żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć?
Nie, żebym się skarżyła, bo pięknie jest, gdy zapiera dech, co nie?

A wyśpię się w urence :P
A co mi tam :D 

poniedziałek, 18 lutego 2019

Wygło mi się

Kochany Pamiętniczku, nie pierwszy zresztą raz.
Demi wrzuciła ocet pomarańczowy na FB, a ja... napaliłam się jak szczerbaty na suchary.
Chociaż ni huhu nie wiem, na co mi ocet, skoro kupuję tylko ten najbardziej ordynarny, spirytusowy i używam go do.... czyszczenia kibla z kamienia, jak już Domestosy i inne chuje-muje nie radzą z nim sobie.
W sumie źle nie zrobiłam, bo jakiś miesiąc temu w Lidlu była promocja pomarańczy, za niecałe 4 zł 3 kilo, no to wrzuciłam do wózka. I tak leżały w lodówce i marzyły o lepszych czasach.  Jakby jeszcze poleżały, toby zgniły, więc w sumie fajnie, że skończą jako ocet, o ile się zrobi. Wic polega na wyciskaniu soku, ale ja mam lenia i sokowirówkę, więc sprawa była prosta.
No nic, jak dobrze pójdzie będę miała karafkę octu pomarańczowego, tylko po co mi to?
Skórki nie kandyzowałam, bo raz, że nie chciało mi się jej skrobać do oporu, dwa, że już z leksza podwiędła była.

Kurwica mną trzęsie, jak zawsze w tych okolicach miesiąca, a jeszcze doszedł teatr, którego grafik pracuje w nocy i takie tam.

Może przeżyję i ten miesiąc, jak nie, to ocet szlag trafi, bo nie będzie miał go kto mieszać.

A Pierworodny rozważa Niemcy.
Już dzwonił.
Ojapierdolę.
Inżynier powrót, z przytupem i półobrotem, jednak wyżej sra jak dupę ma, no cóż.
Jest bardziej uparty niż ja i na to nie ma rady.
Aby do Brexitu.
A mogłam obu wyskrobać i mieć spokojne życie i starość.
Za jakie grzechy, Kochany Pamiętniczku tak mam?

sobota, 16 lutego 2019

Udało się

Kochany Pamiętniczku, nie dałam się ukradkowi :)
Niezawodna receptura: cytryna, imbir, miód i polopiryna i po bólu.
Ja nie pomoże, to nie zaszkodzi, a jak widać pomogło.
A ranek wstał tak piękny i słoneczny mimo nocnej mgły, że grzechem byłoby siedzieć w domu, tym bardziej że nawet obiad miałam praktycznie gotowy.
Więc mój Niechciej zaczął się kopać z Dobrym Duchem i...
Niechciej przegrał.
Leząc na Dębinę z kijkami widziałam przecudnej urody ziębę, ale zanim bym wyłuskała aparat z plecaczka, byłoby po ziębie, więc tylko oczy napasłam i tyle. A coś mi mówiło, żeby bez kijków lecieć, ale z drugiej strony po półtoramiesięcznej przerwie w łażeniu nie tak łatwo popylać...
A na Dębinie tłumy cieszyły się wiosennym dniem, u mnie w cieniu na termometrze w domu było 15 stopni...
Aż chciało się dziś żyć...


 Ciekawe, czy budki też mają jakieś unijne normy, bo z boku jest napis budki eu.


A na oknie

mimo moich obaw wciąż kwitnie parę :D

A teraz bolą mnie wszystkie kosteczki, ale tak miło :)

piątek, 15 lutego 2019

Prędzej

spodziewałabym się śmierci, Kochany Pamiętniczku, jak tego.
Zaorana jestem, nawet nie mam siły ani ochoty pisać, bo pojebane to jest na maksa.
A tu wczoraj awizo w skrzynce unijnej, że niegabarytowe. Na prywatne, nie urzędowe imię i panieńskie nazwisko, więc spoko wodza, żaden urząd skarbowy mnie nie ściga.
Nie miałam już siły lecieć na pocztę, myślę, rano.
Rano ledwo zwłoki zwlokłam, nie zdążyłam na pocztę, bo i zapaliło mi się światełko, że 15, to i płatności moherowe.
Z pracy wyrwałam się jak z procy, bo mnie już coś rozbierało, pojechałam jednak bimbą, żeby na pocztę wejść.
Paczuszka.
Ojapierdolę.
Zobaczyłam nadawcę i już wiedziałam, że będą jaja jak berety.
No i...
Odszczekuję, hau, hau :)
Nie tylko praca mnie kocha :)




Oczywiście, że zostanę Twoją walentynką i nie tylko, Kochanie :)
<3
Kto zgadnie, kto może mieć takie szalone pomysły i kochać Starą Jędzę, z wzajemnością, of course, ale ja taka słodka nie byłam, nawet życzeń nie złożyłam i wirtualnego kwiatka nie posłałam.

A teraz idę walczyć z wirusem, który mnie zaatakował, znienacka i ukradkiem, albowiem jak wiadomo od ukradka się umiera.


piątek, 8 lutego 2019

Zagrajmy

w kości jeszcze raz, Kochany Pamiętniczku...

Pierdalec roku dopadł mnie dzisiaj chyłkiem, ukradkiem i znienacka.
I wygrał.
No cóż.
Okna pomyłam, wszystkie. Badyle przemeblowałam, aczkolwiek jeszcze nie ruszyła akcja przesadzania.
Poprałam koce, elektryzujące się po zimie niesamowicie.
Kurze pościerałam, i nie, że przejechałam wzrokiem, ale każdą durnostrojkę do ręki wzięłam, a mam ich od cholery.
No dobra, do 3. półki, bo wyżej musiałabym włazić na drabinkę, a na to już nie miałam siły po oknach, które myłam na taborecie, ale uważając na dupę kubańską i pozostałe przyległości mnie.
Akcja Pierdalec Roku zakończona została sukcesem, jestem cała, zdrowa, aczkolwiek bolą mnie nawet te kosteczki, których nie mam, w międzyczasie skorekciłam jeszcze parę drobiazgów, obiad zrobiłam (żurek), mieszkanie lśni jak już dawno nie lśniło, listek bobkowy pod dupą (kubańską) nie uwiera za bardzo.



 A jutro i pojutrze NIC nie muszę, zatem oddam się kontemplowaniu


 Takie trochę Ania z Zielonego Wzgórza, znaczy się klimaty, aczkolwiek o ludziach już dorosłych. Lubię. Odmóżdżam się i nic mnie nie boli.
Na Netflixie jest 1983. Tak jak nie lubię polskich filmów, bo trudno zrozumieć, co bohater chciał powiedzieć, ponieważ mam angielskiego Netflixa, mam napisy. Inżynierostwu się podobał. Być może jest dobry, nie neguję, ale... nie przebrnęłam nawet przez pierwszy odcinek. Znów oczami duszy poczułam zaciskającą się mi na pętli szyję, kiedy w stanie wojennym wyjeżdżałam za granicę tylko dzięki znajomościom, z wpisem w paszporcie: znaki szczególne: głuchoniema" i widząc męczącą się teściową, usiłującą wytłumaczyć Pierworodnemu (wówczas niespełna trzyletniemu), dlaczego mamusia, która na co dzień gęby nie zamyka, nie odzywa się do niego ani słowem i nie chce mu powiedzieć ukochanego wierszyka "Za wysoko wróbel skakał, przykre były skutki, pazureczek sobie złamał, ten mały malutki..." . I odnoszenie tegoż paszportu w zębach po powrocie. Więc nie, nie mam przerobionej traumy tamtych lat i dlatego nie oglądam takich filmów. Aczkolwiek polecam osobom niemającym traumy z lat komuny i lubiących SF.
Ale do brzegu.

Traumę to ja przedwczoraj przeżyłam, wracając z teatru :| Ojapierdolę. Jestem DDA. Sama piję, i to zdrowo, nie da się ukryć, czego wcale nie ukrywam, albowiem będąc Znanym Pijakiem, a nie AA, zawsze się przedstawiam kupując alkohol, mniejsza z większym, że panieńskim nazwiskiem :D
Za Eksa wyszłam, albowiem człowiek był tak niepijący, że to nieporozumienie, jako że on nie pił, nie piłam i ja, bo co to za przyjemność? Kiedyś na imprezie doprowadził do szały siostrę profesora F., albowiem zażyczyła sobie, żeby ją do domu odwiózł. Na to mój szanowny małżon odrzekł, że on lampkę koniaku na początku imprezy wypił i jedyne co może zrobić, to może cioci taksówkę zamówić. Wypił o 19, ciocia chciała wracać do domu o 3 w nocy :) A lampka nie była lampką, była umowczeniem ust. Ponoć w zamierzchłych czasach, kiedy w dinozoaury rzucano jeszcze nie kamieniami, ale gumowymi piłeczkami mój Eks dostał pod opiekę bufet na weselu wiejskim. Ludzie 3 dni tam nie trzeźwieli, a on nic, na stanowisku stał.
Trudno się więc dziwić, że jako świadek i uczestnik pijackich awantur, jako "kochana córeczka" tatusia, wysyłana do wyciągania ojca z knajpy (dopiero po czterdziestce przerobiłam, że to nie ja powinnam się wstydzić, że to nie była moja wina i że nie, gdybym miała więcej piątek, była ładniejsza i lepiej słyszała, to nic by nie zmieniło w piciu tatusia),  z łbem nieraz rozbitym o co się dało, boję się pijaków.
Panicznie.
Dziwne, prawda?
Bo przyszedł taki moment, że i u mnie w domu pojawił się alkohol.
Jakoś tak po odejściu Eksa.
I nie, nie zamieniliśmy się w patologię.
Pierworodny ma głowę słabą i każda jego "pijatyka" jest powodem do rodzinnych żartów. Ale to temat na osobne opowiadanie.
Inżynier zaś, harcerz sztywniejący na widok alkoholu zaczął na studiach. Swoje przeżyłam. I nie, nie że coś się działo, ale miasto nocą jest jakie jest, fantazja młodych jest, jaka jest, Sikora może swoje trzy grosze dorzucić, w pubach brak zasięgu, przyszła Synowa moja, którą gdy jeszcze nie była jego dziewczyną jako dżentelmen dobrze wychowany odprowadzał na Jeżyce (sic! na Jeżyce, najgorszą dzielnicę wioski) i inne takie tam. A i z UK filmiki mam i zdjęcia, ale spuśćmy na to zasłonę milczenia :)
Z matką też pił i to ostro, nie da się ukryć.
A mnie, niewinną kobietę, Baran nauczył pić u-booty.
Kurde, dawno nie piłam porządnego u-boota z warki strong, no ale nie mam z kim, a sama nie mam melodii :)
Picie - mam tu na myśli  nasze, rodzinne picie, że tak to określę, nigdy nie było powodem żadnych złych rzeczy w domu.
Owszem, był kac.
Dlatemu gotujemy rosołek :D
Ale...
Boję się ludzi pijanych, obcych.
I tu do brzegu.
Jak mieszkam tu 30 parę lat, to i owszem, widziałam pijanych ludzi, bo dlaczego nie?
Ale moje piętro?
Moje piętro pod tym względem było (moim skromnym zdaniem) oazą spokoju i bezalkoholową.
Może dlatego, że głucha jestem :P
W rzeczoną środę sąsiada z naprzeciwka zobaczyłam już na przystanku, ale wsiadł z tyłu autobusu, a ja byłam z przodu.
Prysnął przez jezdnię, jak zwykle, swoim nieco sztywnym chodem robota.
Ja tam się nie pcham, nie pali mi się, a parę osób na tym przejściu, wychodząc zza stojącego autobusu już wylądowało na chirurgii. Dogoniłam go przy drzwiach wejściowych. Otwierał kluczem. Jakoś mu nie szło. Wcisnęłam domofon, słyszący słyszą pipanie i ciągną za klamkę. On nic. Wcisnęłam drugi raz i nic. Popatrzył na mnie wzrokiem umierającego łabędzia i nic. Już miałam zapytać, czy się dobrze czuje, ale wzruszył ramionkami jak ta wkurwiająca mnie ikonka Barana. Nacisnęłam więc jeszcze raz kod i pociągnęłam klamkę, wpuszczając go. Podreptał do skrzynki unijnej. I znów nie mógł kluczykiem trafić. Trzymam drzwi od windy, walcząc, żeby nie zapytać: dobrze się pan czuje? Nawet, kurwa, nie wiem, jak ma na imię, a jest w moim wieku :P Wszedł do windy, znów wzruszając ramionami i nie wiedział, które piętro wcisnąć. Wcisnęłam nasze, czując, że zaraz ze strachu rzygnę. I gdy tylko drzwi od windy się zamknęły, myślałam, że w powietrze wylecę. W windzie zawoniało wódencją, że ojapierdolę. Nawet na kacu takiego chuchu nie miałam. Zamarłam.
Na szczęście nie mieszkamy wysoko. Modliłam się, żeby jego żona była w domu. Była, drzwi otworzyły się błyskawicznie.
A za mną to dwa dni chodziło.
Ja na mordzie wyglądam tak, jakbym non stop piła cały dzień.
Rasowy ze mnie alkoholik, a nie, przepraszam, rasowy pijak :)
A on ma mordę jak dupa niemowlęcia, tylko ten sztywny chód... I tak często nie kontaktuje, jak coś do niego mówię o dupie Maryni.
Myślałam, że może słuch, jako i ja, ale?
Niezła ze mnie cipa, co nie?
Przez 30 parę lat nie spostrzegłam, że facet do domu na autopilocie wraca.
Był kierowcą w MPK.
A spotkanie miało miejsce o 13.
Zastanawiam się, gdzie można się tak nawalić do 13, żeby zamka nie móc otworzyć.
Mnie sie to nigdy nie zdarzyło. O tej porze albo dopiero zaczynam pić, albo już jestem trzeźwa.
Jak rasowy pijak.
I nigdy nie prowadzę, a już na pewno nie w MPK...

To tak, na marginesie, Kochany Pamiętniczku.
I z Synową Starszą się dziś pożarłam.
Bo wysłała mi foteczkę jakiegoś tam żarełka, że to banan i jabłko pokrojone. WTF? No ale nic, okazuje się, że Papryczek sobie zażyczył, że dzieci jedzą to namiętnie i ona myśli, jak to w PL podać. WTF? Bananów i jabłek ci u nas dostatek, jako i innych owoców.  Kiedy w PL? Ano, przyjadą. Na święta. Cudnie. Mnie nawet nikt nie zapytał, jakie mam plany na święta. Pytam, czy  z Pierworodnym. Nie wiadomo, bo nie wiadomo, czy dostanie urlop. Więc piszę, że mi się to nie podoba, bo święta spędza się z rodziną, a to nie są jego pierwsze święta, kiedy będzie siedział sam. Odpowiedź: dzieci tak chcą, a rodzina zawsze jest rodziną. Nie odpisałam, bo co się będę kopać z koniem. To nie jest tak, że ja zawsze muszę być na baczność. I skakać, bo ktoś chce przyjechać. A może ja nie chcę?
No więc, Kochany Pamiętniczku, ja to zwykła dziwka jestem.  Bo uważam, że Synowa, jakkolwiek staram się zrozumieć do bólu, do szału, jeżdżąca z rodzicami swoimi na Kanary, bez męża, to jednak nie taka kochająca żona. Mnie nie stać na fundowanie im Kanarów, nie stać mnie na Kanary dla siebie, więc nie jeżdżę. Ale fundując wycieczkę, fundowałabym wszystkim. Może i Pierworodnemu pasuje, że będzie miał spokój i sobie pogra, ale nie sądzę. Bo jak był sam ze mną, załatwiając te swoje sprawy, to wisiał na fonie do usrania, aż mnie wkurwiał. I hallloooo, ktoś zapytał mnie, jakie mam plany na Wielkanoc?
A ja na Wielkanoc, która wypadnie zaraz po zamknięciu gazety, ale przed zamknięciem pozostałych interesów mam plan: nic nie robić.
Nie gotować. Nie piec, nie szaleć. Po prostu mieć wyjebane. I nie, nie chcę kupować szynki ani innych tam.
Zero bigosu.
I nie, nie chcę się widzieć z wnukami, jeżeli nie będzie ich ojca. Bo to ich ojciec jest dla mnie ważny. Jest moim dzieckiem.
I nie, nie podnieca mnie latanie za dwójką rozbijających wszystko o ściany dzieci i podtykanie im żarcia pod nos, bo są święta.
I nie, nie pojadę do rodziców Synowej.  Bo ich nie lubię i ślubu z nimi nie brałam. Tak samo, jak nie chcę iść na święta do rodziny Inżynierowej.
Nie, bo nie :) 
A teraz upraszam Czytaczy Pleno Titulo o zbieranie kamieni i rzucanie nimi we mnie, byle celnie :P

Taka za mnie Stara Jędza i już się nie zmienię :D 

wtorek, 5 lutego 2019

Odszczekuję

Kochany Pamiętniczku, hau, hau, hauuuuu :)
Tę koleżankę, co korektorkę werbowała.
Odezwała się, że derekcja pożąda spotkania, znaczy się, drążyła, ale nie ona decyduje.
Zatem umówiłam się na dziś.
Wczoraj się umówiłam, a w planach miałam jeszcze zawiezienie zaświadczenia do AR i odebranie aktu urodzenia Kalafiorkówny.
Jako że moje drugie imię to leń śmierdzący i śpioch, zmodyfikowałam nieco plany i ponieważ w piernatach i larach poleżałam za długo, skreśliłam AR, bo mam czas do kwietnia.
USC. Numerek. Szok. Jestem przyjęta niemal od ręki, nawet usiąść nie zdołałam w poczekalni. I chwalę sobie system numerkowy, bo czytać umiem i wiem, kiedy mam wejść triumfalnie do pokoju jako obywatel :)
No ale chciałam jeszcze, zgodnie z życzeniem Inżyniera cztery odpisy, albowiem cwaniak zabezpiecza się chyba aż do wesela Kalafiorkówny (ja tam najpierw gwintówkę kupię i jakiegoś amstaffa albo innego wilczura, nie będzie byle kto Kalafiorkówny rwał). I tu szok, kolejny numerek, papierek wypełniłam, podać rok urodzenia Inżyniera musiałam w celu weryfikacji mojej osoby, jakby dowód nie starczał (i tu mnie rozrechotało, bo co jakbym już miała tego Austriaka, co klucze chowa i nie pamiętała, kiedy go w mękach powiłam, Inżyniera, nie Austriaka) i mam pół godziny czekać. Ajfonika wyciągam i nastawiam się na lamencenie, jakie to ciężkie życie w urzędach, a tu bam... odpisy gotowe w 7 (!) minut...
No to sruuuu, do teatru.
Albowiem korekty potrzebuje jeden z teatrów w wiosce...
Pobieżałam, wchodzę, pytam o KK.
Gość tłumaczy, gdzie jej szukać, a mnie coś tknęło i mówię, że w zasadzie to ja do derekcji.
Okazało się, że gawędzę z samą derekcją.
Derekcja do KK zadzwoniła i KK zleciała jak ten ptaszek na gałązkę i tak sobie mile paplaliśmy, aż derektor wysłał mnie na górę, do zorientowania się w dziele.
Dzieło na mój rozum było proste i pstryk.
Zatem zabrali mi emilka i kazali iść się kłócić o kasę.
Tom poszła i okazało się, że derekcja aktualnie zaczyna zebranie, które i z 5 godzin może trwać. Jako że zależy mi na pracy średnio na jeża, się zaczęłam zwijać, ale wszczęto alarm (znaczy się personel wszczął) i derektor z sali wyprosił już zebrany personel i przyjął mnie.
Nie chciał powiedzieć, ile da, a ja z duszą na ramieniu podałam moją kwotę, zastanawiając się, ile obetnie i kiedy mnie za drzwi wypierdoli.
A on: ale to naprawdę panią satysfakcjonuje? Potwierdziłam i... Byłam zatrudniona.
Amen.
KK o mało mnie nie zabiła, mówiąc, że powinnam zaśpiewać kwotę trzy razy większą, że oni wciąż mówią, że mają dużo pracy, że ja sobie nie zdaję sprawy z tego, ile jest roboty i że będą za mnie walczyć.
No cóż.
Było mi od razu mówić, że kultura polska to milionerzy sami i mam się w złocie tarzać.
W mojej rodzimej firmie wciąż słyszę, że do mnie dokładają i przez moją pensję zbankrutują.
A tu?
Wzięłam robotę ze względu na KK, bo tak w ogóle nie za bardzo mam ochotę na kolejne niespodziewajki na poczcie, a po pierwszym emilku od niej wychodzi na to, że sytuacja jest tragiczna. A wszyscy są tam public relations i inne cuda wianki.
No ale uśmiechnęłam się i powiedziałam, że po miesiącu mogę powiedzieć, że moją pracę realnie wyceniam wyżej.
Nie da więcej, to do widzenia ślepa Genia :)
Nie mam parcia na szkło.
Ale o dziwo, wyszłam spokojna, nieznerwowana, znaczy się, wierzbówka działa. I jakoś tak fajnie się czułam.
Bo w sumie?
Życie nie składa się z oddychania...
Nawet kiedy coraz trudniej oddychać.


Pojechałam do AR. Nie ma już nikogo ze starej ekipy, a fajne babki były, nie zapomnę ich akcji, jak mnie w dupę kopały: pisać podania, pani SJ, dzieci pani ma, alimentów nie ma, kurtki na zimę potrzebne, a na moje nieśmiałe: ale moje dzieci mają kurtki i buty, burczały: bogatsi od pani o zapomogi piszą, a pani taka...
No cipa.
Zgadza się :)
Jak złoto, cipa :)
Nowa ekipa ułatwiła sobie pracę. Mają komputery, więc teoretycznie można wszystko online załatwić, ale nie, nie można.
No ale podania o "wczasy pod gruszą" można składać do kwietnia, a nie jak kiedyś do końca stycznia. A i nie trzeba w czerwcu-lipcu lecieć z kolejnym druczkiem o wypłacenie tegoż, druczek jest dołączony do zaświadczenia o emeryturze i tylko czekać do września, a kaska na konto wpłynie.
Uroki bycia budżetowcem kiedyś tam.
I tak, wiem, to z naszych podatków.
Ale ja je też płacę. Nie kradnę.
Sąsiadka w windzie dziś pyta mnie: pani wciąż pracuje?
A ja na to tak, właśnie wzięłam kolejną, czwartą pracę.
Że też się pani chce.
Nie chce, no ale ktoś musi podatki płacić, co nie?

Dziękuję trzymającym kciuki :)

A na poczcie emilek od kolegi, który się mnie nie boi, z przekazaniem od kolegi, który się mnie boi, bo zawsze przez niego siedzę po godzinach, z pytaniem, czy da się mnie ogarnąć w przyszłym tygodniu, bo jest ekstras.
Odpisałam, że w przyszłym tygodniu jestem już regularnie w pracy, nieogarnięta, ale jestem.
Bo jestem, a reszta jest milczeniem.

I nikt mi nie powie, że nie mam racji, że kocha mnie TYLKO praca :)
No i troszeczkę Alienek. Bośmy się przez ten miesiąc zżyli jak łyse konie... Ale dzieci szybko zapominają, takie małe, of course... 

poniedziałek, 4 lutego 2019

Broken

Kochany Pamiętniczku.
Tu nie ma co gadać, to trzeba zobaczyć, aczkolwiek nie jest to łatwe. I nijak nie zmieni mojego nastawienia.
Ale było warto.


Życie. Nieprzesłodzone.

Szafę w kuchni jedną posprzątałam i umordowałam się okrutnie, a ile wyleciało, to nie powiem :) Jeszcze to muszę na śmietnik wynieść :D

I jutro znów rozmowa o pracę.
Ojapierdolę.
Jednak to prawda, że kocha mnie praca do upadłego.
W sumie - chociaż ona :)

Kciuki mile widziane :P 

piątek, 1 lutego 2019

Mam

zapas wierzbówki kiprzycy taki, że ojapierdolę, Kochany Pamiętniczku :)


To jest 2,5 litra ziela, dla porównania słoiczek z powidłami :)

Jeżeli ktoś jest zainteresowany i ma FB, to proszę, podaję link do kontaktu z Panią od zielska, zapytałam o możliwość reklamowania i dała mi taki sznureczek

https://www.facebook.com/groups/1462527733858597/permalink/2064088087035889/

Ma jeszcze trochę tego, ale myślę, że kto pierwszy, ten lepszy :D Na bazarku tym Pani zbiera na leczenie swojego syna.

A ja w wielkich bólach i cierpieniach zamknęłam dziś maszyny i choć powinnam w poniedziałek (teoretycznie) wrócić do pracy, to wiem, że to nie ma sensu, zatem zastanowię się, kiedy warto :)

I jak już dziś komuś napisałam, dzięki herbatce znów wiem, że życie to kiepski kwadrans zlożony z wyśmienitych momentów.

Zatem i Wam życzę wielu wyśmienitych momentów podczas tego kiepskiego kwadransa...