Kochany Pamiętniczku, styczeń...
A nie, sorry, wróć, jeszcze jeden dzień do grudnia, jeszcze andrzejki.
Dlaczego mam wrażenie, że czas mija jednak znacznie szybciej? Kiedyś nie mogłam się doczekać końca miesiąca, a tu szast-prast i znów spada kartka z kalendarza.
Zamykałam dziś styczniowy numer, niby bezboleśnie, ale zabolało, że już w styczniu będę zamykała drugi numer z sześciu...
Jak ten czas zapinkala.
Pytałam o opcję, że nie będę w styczniu, bo mi koliduje z życiem osobistym i wywołałam panikę na pokładzie. Na Titanicu byli spokojniejsi po zderzeniu z górą lodową niż tutaj na wieść, że mogę nie zamykać.
Alarm okazał się fałszywy, ale...
Kurde, to wszystko psuje moje plany.
I nie, nie jestem dość asertywna, żeby rzec: NIE. Na razie to luźny projekt, jeszcze niedzielna audiencja i czekanie na wyniki poniedziałkowych negocjacji na szczeblach wysokich, ale trzymajcie za mnie kciuki, żeby nie, żebym nie musiała zmieniać planów, bo nie chcę.
Dlaczego raz w życiu nie mogę mieć tak, jak chcę?
Odpowiem sobie sama.
Moja M. dostała w prezencie od córki na 65. urodziny wycieczkę do Tajlandii. Marzyła o tym od lat. Zycie rzucało jej w tym projekcie masę kłód pod nogi, ale miała lecieć 3 grudnia z mężem. No ale poszła z nim przedtem do kardiologa i okazało się, że gość ma zawalone tętnice w nogach na skutek palenia. Operacja w lutym i żaden lekarz nie zagwarantuje mu, że przeżyje parogodzinny lot do Tajlandii. Może, ale nie musi. M. podejmuje heroiczną decyzję. Nie lecą. Nie wiem, czy kasa przepadnie, nie pytam, co będę szarpać świeżą ranę. Ale zrozpaczona pisze, że on wciąż pali...
Cóż mam rzec? Life is brutal and full of zasadzkas and sometimes kopas w dupas. Mogę tylko przytulić, pogłaskać po główce (wirtualnie albo realnie, wracają wspomnienia z czatowych czasów, kiedy niewinny zwrot "pogłaskać po główce" wywoływał burzę dwuznaczności na czasie i ostrą interwencję opa).
To też znak, jak ten czas leci.
Jak miesza się życie realne i wirtualne i jak czasami trudno je rozgraniczyć.
Nigdy dotąd nie byliśmy tak nachalnie atakowani wiadomościami zewsząd.
Fake newsy nie krążyły jak sępy wszędzie.
Teraz momentami, żeby sprawdzić jaka jest pogoda za oknem łatwiej włączyć jakąś apkę na najbliższym urządzeniu niż podejść do okna, czy wyjść na balkon, czy na dwór, żeby sprawdzić, co tam słychać w górnych warstwach atmosfery.
Życie.
Nie można mieć wszystkiego, proste.
Byłam dziś w Biedronce po zakupy, bo i w lodówce światło, i zapasy na kolejny ciężki tydzień i chciałam ominąć jutrzejsze kolejki.
A tam... Black Friday :)
A ja pamiętam pierwszą, ubogą Biedronkę (stoi nadal, w Alei Żula, ale odremontowana, rozbudowana), w której widok towaru na paletach nas zaskakiwał i wywoływał odruch lekceważenia, mimo wszechobecnej biedy, że jak to, taki szajs, towar w sklepie, w kartonach, na paletach?
I jakkolwiek w dupie mam Black Friday, bo nic nie potrzebuję na gwałt, nie będę się biła o przeceniony TV, z tego prostego powodu, że na chuj mi odbiornik, skoro nie mam telewizji? Po co mi telewizja, skoro mam Internet? Mam Internet, jestem panią siebie, większy monitor z lepszą rozdzielczością i innymi bajerami nie jest mi do niczego potrzebny. Na razie, of course, bo wszystko pędzi coraz prędzej, mój pierwszy kompik o śmiesznej pamięci 1 Mb, miał pamięć większą niż kompik wysłany na Księżyc... Nie mówiąc już o moim odtwarzaczu mp3, starym, ale jarym, wciąż pięknie gra, chociaż innym się takie popsuły.
Też jestem stara, coraz starsza, ale jara, co nie?
Mimo że mnie strzyka, boli i ukradkiem, chyłkiem i znienacka tu i tam wyskakuje siniak i zastanawiam się - skąd? Nie piłam, nie leżałam, nie pamiętam...
A dziś, wpychając się w siedzenie, którego nie lubię, rąbnęłam się i... już wiem, skąd mam na tej nodze siniaki :0
I tak zwykły dzień za dniem pędzi, przeplatany peanami na moją cześć, protestami, że inaczej planować mam życie, bo nie ma innej opcji pracowej, no jak to, kolejny numer beze mnie, że wiem, rozumiem, umiem. Wiem, rozumiem, umiem, ale czasem myślę, ludzie, kurwa, nie jestem wieczna, nie ma ludzi niezastąpionych. I podobno są lepsze ode mnie, chodzą tłumami po ulicach. (Co to z ludzi robi pranie mózgów.) Zdziwkiem, że jak to, nie będzie mnie na imprezie (zakładając, że peany i zdziwko są szczere powinnam być z siebie dumna jak paw, ale... jakoś nie do końca w to wierzę - powinnam szukać psychoterapeuty i kozetki?). A, i Synowa podziękowała. Po raz pierwszy od lat.
Mniejsza, że za kasę :P
Z kolei druga się zmartwiła, że o mało się dziś nie zadławiłam ością z fileta. Zakładałam, że filet to bez ości (kłaniają się Baranie filety) :)
Oba fakty cieszą mnie niezmiernie :)
No jakoś tak :P
Zatem, nieuduszona ością, zmagająca się z bólami (serca, stawów, innych takich tam - niepotrzebne skreślić), słuchająca tej muszelki, znalezionej nad Wigrami (P., szkoda, ze nam nie wyszło, no ale Ciebie nie ma już od lat i nikogo po mnie nie miałeś... widzisz ten peron. Bo ja widzę go do dziś...)...
Pytam: czy wciąż warto żyć?
Na pewno takie rozterki obce są Kalafiorkównie, która z rozkoszą wdrapała się na stołek, wykorzystując fakt, że Alienek śpi i jej nie zwala już...
O czym marzy dziewczyna, gdy dorastać zaczyna?
Niech los będzie dla niej łaskawy...
piątek, 29 listopada 2019
środa, 27 listopada 2019
Masakryczna
masakra była dziś, Kochany Pamiętniczku.
Niby nic się nie stało, ale poczułam niezmierną ulgę, gdy zamknęłam za sobą drzwi i już nawet śmieci nie poszłam wynieść :)
Ale po kolei, jak piszą moi redaktorzy, gdy wierszówkę wyrabiają, co ja im bezlitośnie usuwam :)
Zasługują na usuwanie, bo i takie kwiatki sadzą
więc zasługują na usuwanie :)
No ale po kolei :)
W sobotę randka się odbyła i to nie byle jaka, bo podwójna, oja, oja, dawno takiej nie było. Jednak byłam jak reduta Ordona i nie, nie skusiłam się, chociaż serce mi na sznurku dyndało :) Przyjedzie babcia, więc nie będą sami, a ja, szczerze, może i złamałabym się, ale... Perspektywa świąt z babcią po raz kolejny jednak mnie przerosła :) Sorry, Winnetou :) Wiem, wiem, nic by się nie stało, ale... Nie.
Za stara jestem.
A przed podwójną randką ukradkiem i znienacka pisze Inżynier, że nie mogą sobie poradzić z Alienkiem, bo Alienek w trybie nagłym żąda dostępu do babci. Rzeczony dostęp został udzielony, w asyście Ciapka i Anielki, bo takie ostatnio są scenariusze, a szczęścia dopełniła możliwość nastraszenia babci okrutnym dinozaurem pożerającym wszystko i wszystkich. Takie to teraz orgie ze zwierzętami odchodzą.
Wydało się, że Pierworodny znów jest słomianym wdowcem, a że miałam na zbyciu schab pieczony w piekarniku ze śliwką w ilości za dużej
dokarmiłam niebożę.
Przedtem znów odbyłam seans z Ciapkiem, Anielką i bandą z AC z W. A dzieje się, że ojapierdolę, ale mam nie zapeszać, więc cicho, sza, na razie.
W poniedziałek spokojna pracka, ale w skrzynce awizo. Do Pierworodnego. Więc panika, że a nuż, widelec, łyżeczka znów wojsko.
Nie wytrzymałam, polazłam odebrać, a to bankowe sprawy.
A na poczcie cuda wianki. Zepsuły się komputery i - wszystko szło błyskawicznie mimo olbrzymiej kolejki. Śmierć komputerom :)
Wzdech, wydech, jest OK.
We wtorek przyszedł po to pismo, a że miał wolne, to dostał kawę i pogawędziliśmy, jak czekista z czekistą i o dziwo - jakaś nowa epoka.
Się dociera.
Mam nadzieję, że będzie dobrze.
W sumie chyba tak miało być, a i Synowa się nie szarpie, jak jej ojciec akurat teraz choruje - wyjazd do O. co weekend to nie problem. Problemem byłoby, gdyby byli w UK bądź DE.
Jest dobrze.
A w pracy kwitnie mi
grudnik, takim dziwnym kolorkiem :)
A i praca na mnie czeka, jutro - ekstras.
A jakże, jakbym wolne miała wolne, byłby koniec świata.
Za to dziś sądny dzień, kurwa.
Muszę pobluzgać, nie ma mocnych. W sumie nie sądny, bo nic się nie działo, ale... Ciulaty jak chuj.
Przesiadka na bimbę i trzy przystanki w oparach niestrawionego alkoholu i ćmików.
No nic. Przesiadka na kolejną bimbę.
Tłum na przystanku, za chwilę ma jechać kolejna, a mnie się nie spieszy. Poczekam.
Poczekałam.
Bimba nie odjechała.
Światła na skrzyżowaniu przy kolejnej padły.
Przeczołgaliśmy się.
Wlazłam do obcej piekarni i kanapka była do dupy.
W kompiku fontów nie było, a informatyk (też do dupy) założył fonty tylko dlatego, że poddusił go naczelny. Informatyk nieumiejący założyć fontów, w jakim ja świecie żyję?
Po pracy podkusiło mnie jechać po opłatki, no i...
Veritasu na Kantaka nie ma.
Miasto w centrum puste, mimo Jarmarku Bożonarodzeniowego, jakieś takie smutne. Wiem, wiem, to nie pora, ludzie dopiero z pracy wracają, ale ja pamiętam centrum tętniące i tłumy, a tu... Niby dekoracje, wszystko błyszczy i piszczy, ale...
Pustynia. Na jarmark nawet nie wchodziłam, bo raz, że nic nie potrzebuję, a dwa jak się już na coś skuszę, niepotrzebnie wydam kasę. (Właśnie wlazłam do banku i nóż mi się w kieszeni otworzył: 15 zł za prowadzenie konta, 5 zł za kartę i 2,50 za wypłacenie 50 zł z bankomatu? WTF? Z bankomatu Euronetu? Zanalizuję konto i chyba zmienię bank. Dotąd nie czytałam regulaminów, bo po co, ale 2,50 za wypłacenie 50 zł? Nawet ja nie jestem taka rozrzutna, a czasem muszę płacić gotówką, bo na Manhattanie inaczej się nie da, czasem też kupuję w pracy od kolegów jajka czy inne zabawki, Źle się dzieje w państwie duńskim).
No nic. Na bimbę.
Bimba załadowana. Rzuciło mnie koło dwóch mademoiselles. Nie wiem, koniec podstawówki, bo gimnazjów już nie ma, liceum? W każdym razie, gdybym się sprężyła, mogłabym być ich babcią. Luz. Głowa do góry, rzut oka na moją mordę i... wzrok w smartfona i stuku puku. Rybka mi to, ale wkoło stało mnóstwo starego ziela, ogrzewanie dawało popalić, w środku lekko mogło być ze 30 stopni z groszami. No nic. Monitorek, okno, okno, monitorek, rechot, rechot, monitorek, okno. Pani mogąca być ich matką szarpie się z oknem, próbując je otworzyć, ale nic z tego (pocieszające, że nie tylko mi jest za gorąco). No dobra, dziwoje mogły mieć okres, inne takie tam, ale nie, paluszki po monitorku smyrają niestrudzenie, chichoty nie milkną. Przystanek 7. Wsiada woń strawionego piwska plus ćmiki. Podchodzi mi do gardła, pocieszam się, że jak rzygnę to na ten futerkowy pomponik i co mi zrobi?
Przystanek 9. wsiada skóra woniejąca naftaliną...
Nie, nie otworzę torebki, żeby do niej rzygnąć.
Przystanek 10.
Wypryskuję, przesiadka na autobus.
Autobus wypadnięty z kursu, ale udaje mi się, jest wolne miejsce. Siadam, nie zastanawiając się nawet przez moment, czy ktoś inny nie potrzebuje. Obok mnie pani z chłopcem w wieku Papryczka. Dziecię zasypia momentalnie, jego rączka ląduje na mojej, pani spanikowana, ale uspokajam, że absolutnie mi nie przeszkadza.
Po trzech przystankach pani wysiada, a na jej miejsce pakuje się ponaddwumetrowy dres, z zespołem niespokojnych nóg i ogólnym ADHD.
Na szczęście wysiada na przedostatnim przystanku i do domu dojeżdżam zmiażdżona, ale w całości.
Z uczuciem ulgi zamykam drzwi. Mam nadzieję, że jestem już bezpieczna.
Dlatego nie jeżdżę do miasta.
Wybieram godziny i trasy nieoblegane.
Przeżyłam kolejny dzień, ale bardzo martwi mnie bank.
Dobrze mi tam było, a zmiana to nie takie hop siup.
A do tego na AC się dzieje, jak w przyspieszonym filmie.
I listopad jakiś taki krótki znów był...
Już prawie grudzień.
Czyżby życie pod koniec jechało, jak na diabelskim młynie?
Niby nic się nie stało, ale poczułam niezmierną ulgę, gdy zamknęłam za sobą drzwi i już nawet śmieci nie poszłam wynieść :)
Ale po kolei, jak piszą moi redaktorzy, gdy wierszówkę wyrabiają, co ja im bezlitośnie usuwam :)
Zasługują na usuwanie, bo i takie kwiatki sadzą
więc zasługują na usuwanie :)
No ale po kolei :)
W sobotę randka się odbyła i to nie byle jaka, bo podwójna, oja, oja, dawno takiej nie było. Jednak byłam jak reduta Ordona i nie, nie skusiłam się, chociaż serce mi na sznurku dyndało :) Przyjedzie babcia, więc nie będą sami, a ja, szczerze, może i złamałabym się, ale... Perspektywa świąt z babcią po raz kolejny jednak mnie przerosła :) Sorry, Winnetou :) Wiem, wiem, nic by się nie stało, ale... Nie.
Za stara jestem.
A przed podwójną randką ukradkiem i znienacka pisze Inżynier, że nie mogą sobie poradzić z Alienkiem, bo Alienek w trybie nagłym żąda dostępu do babci. Rzeczony dostęp został udzielony, w asyście Ciapka i Anielki, bo takie ostatnio są scenariusze, a szczęścia dopełniła możliwość nastraszenia babci okrutnym dinozaurem pożerającym wszystko i wszystkich. Takie to teraz orgie ze zwierzętami odchodzą.
Wydało się, że Pierworodny znów jest słomianym wdowcem, a że miałam na zbyciu schab pieczony w piekarniku ze śliwką w ilości za dużej
dokarmiłam niebożę.
Przedtem znów odbyłam seans z Ciapkiem, Anielką i bandą z AC z W. A dzieje się, że ojapierdolę, ale mam nie zapeszać, więc cicho, sza, na razie.
W poniedziałek spokojna pracka, ale w skrzynce awizo. Do Pierworodnego. Więc panika, że a nuż, widelec, łyżeczka znów wojsko.
Nie wytrzymałam, polazłam odebrać, a to bankowe sprawy.
A na poczcie cuda wianki. Zepsuły się komputery i - wszystko szło błyskawicznie mimo olbrzymiej kolejki. Śmierć komputerom :)
Wzdech, wydech, jest OK.
We wtorek przyszedł po to pismo, a że miał wolne, to dostał kawę i pogawędziliśmy, jak czekista z czekistą i o dziwo - jakaś nowa epoka.
Się dociera.
Mam nadzieję, że będzie dobrze.
W sumie chyba tak miało być, a i Synowa się nie szarpie, jak jej ojciec akurat teraz choruje - wyjazd do O. co weekend to nie problem. Problemem byłoby, gdyby byli w UK bądź DE.
Jest dobrze.
A w pracy kwitnie mi
grudnik, takim dziwnym kolorkiem :)
A i praca na mnie czeka, jutro - ekstras.
A jakże, jakbym wolne miała wolne, byłby koniec świata.
Za to dziś sądny dzień, kurwa.
Muszę pobluzgać, nie ma mocnych. W sumie nie sądny, bo nic się nie działo, ale... Ciulaty jak chuj.
Przesiadka na bimbę i trzy przystanki w oparach niestrawionego alkoholu i ćmików.
No nic. Przesiadka na kolejną bimbę.
Tłum na przystanku, za chwilę ma jechać kolejna, a mnie się nie spieszy. Poczekam.
Poczekałam.
Bimba nie odjechała.
Światła na skrzyżowaniu przy kolejnej padły.
Przeczołgaliśmy się.
Wlazłam do obcej piekarni i kanapka była do dupy.
W kompiku fontów nie było, a informatyk (też do dupy) założył fonty tylko dlatego, że poddusił go naczelny. Informatyk nieumiejący założyć fontów, w jakim ja świecie żyję?
Po pracy podkusiło mnie jechać po opłatki, no i...
Veritasu na Kantaka nie ma.
Miasto w centrum puste, mimo Jarmarku Bożonarodzeniowego, jakieś takie smutne. Wiem, wiem, to nie pora, ludzie dopiero z pracy wracają, ale ja pamiętam centrum tętniące i tłumy, a tu... Niby dekoracje, wszystko błyszczy i piszczy, ale...
Pustynia. Na jarmark nawet nie wchodziłam, bo raz, że nic nie potrzebuję, a dwa jak się już na coś skuszę, niepotrzebnie wydam kasę. (Właśnie wlazłam do banku i nóż mi się w kieszeni otworzył: 15 zł za prowadzenie konta, 5 zł za kartę i 2,50 za wypłacenie 50 zł z bankomatu? WTF? Z bankomatu Euronetu? Zanalizuję konto i chyba zmienię bank. Dotąd nie czytałam regulaminów, bo po co, ale 2,50 za wypłacenie 50 zł? Nawet ja nie jestem taka rozrzutna, a czasem muszę płacić gotówką, bo na Manhattanie inaczej się nie da, czasem też kupuję w pracy od kolegów jajka czy inne zabawki, Źle się dzieje w państwie duńskim).
No nic. Na bimbę.
Bimba załadowana. Rzuciło mnie koło dwóch mademoiselles. Nie wiem, koniec podstawówki, bo gimnazjów już nie ma, liceum? W każdym razie, gdybym się sprężyła, mogłabym być ich babcią. Luz. Głowa do góry, rzut oka na moją mordę i... wzrok w smartfona i stuku puku. Rybka mi to, ale wkoło stało mnóstwo starego ziela, ogrzewanie dawało popalić, w środku lekko mogło być ze 30 stopni z groszami. No nic. Monitorek, okno, okno, monitorek, rechot, rechot, monitorek, okno. Pani mogąca być ich matką szarpie się z oknem, próbując je otworzyć, ale nic z tego (pocieszające, że nie tylko mi jest za gorąco). No dobra, dziwoje mogły mieć okres, inne takie tam, ale nie, paluszki po monitorku smyrają niestrudzenie, chichoty nie milkną. Przystanek 7. Wsiada woń strawionego piwska plus ćmiki. Podchodzi mi do gardła, pocieszam się, że jak rzygnę to na ten futerkowy pomponik i co mi zrobi?
Przystanek 9. wsiada skóra woniejąca naftaliną...
Nie, nie otworzę torebki, żeby do niej rzygnąć.
Przystanek 10.
Wypryskuję, przesiadka na autobus.
Autobus wypadnięty z kursu, ale udaje mi się, jest wolne miejsce. Siadam, nie zastanawiając się nawet przez moment, czy ktoś inny nie potrzebuje. Obok mnie pani z chłopcem w wieku Papryczka. Dziecię zasypia momentalnie, jego rączka ląduje na mojej, pani spanikowana, ale uspokajam, że absolutnie mi nie przeszkadza.
Po trzech przystankach pani wysiada, a na jej miejsce pakuje się ponaddwumetrowy dres, z zespołem niespokojnych nóg i ogólnym ADHD.
Na szczęście wysiada na przedostatnim przystanku i do domu dojeżdżam zmiażdżona, ale w całości.
Z uczuciem ulgi zamykam drzwi. Mam nadzieję, że jestem już bezpieczna.
Dlatego nie jeżdżę do miasta.
Wybieram godziny i trasy nieoblegane.
Przeżyłam kolejny dzień, ale bardzo martwi mnie bank.
Dobrze mi tam było, a zmiana to nie takie hop siup.
A do tego na AC się dzieje, jak w przyspieszonym filmie.
I listopad jakiś taki krótki znów był...
Już prawie grudzień.
Czyżby życie pod koniec jechało, jak na diabelskim młynie?
piątek, 22 listopada 2019
O jeżu kolczasty
Kochany Pamiętniczku, już zapomniałam, że mogą być takie fajne dni :)
Pospałam do wypęku, chociaż sny były - wg mojej nieboszczki teściowej masakryczne, bo to i woda lała się bez końca strumieniami, i małe dzieci w nim były, a i Umarlaków kręciło się tam od cholery.
Więc ogólnie - grób, kiła i mogiła.
No cóż, obudziłam się, wszystko bolało, więc tak jakby żyłam, innej opcji nie było, skoro bolało :)
Rączka (ałłła) za główkę, ajpadzik do rączki i...
... codzienny rytuał zaliczony.
No co, kto bogatemu zabroni?
Łazienka, kuchnia, kompik, w sumie jadam przy stole tylko, gdy mam gości.
Pogawędka z Inżynierem, u którego dzieje się, że ojapierdolę, jakie to moje dziecko jest nabuntowane, a ja wciąż pamiętam wersję: nigdy nie wracam...
W kafejce w Londynie czekał na randkę z Google. Tak, tak, ma się te rodzinne koneksje, moje dziecko aż tak dotarło. I z Bank of England jest na ty.
Fajnie, niefajnie, cieszę się, że doszedł tam, gdzie jest.
Jestem z niego dumna.
Ale musiałam do Biedronki i... no cóż, czekam na realną randkę na Skype :) Mamy sobie dużo do pogadania.
Inżynier po trupach wraca do PL.
Znaczy się, może nie do końca po trupach, zmieniły mu się priorytety życiowe.
Dla mnie budujące jest, że wciąż chce ze mną rozmawiać o tym, chociaż w sumie nie mam nic do powiedzenia.
Ale chce.
I to jest takie fajne.
A i Synowa co dzień znajduje dla mnie parę minut, więc...
Jakkolwiek na to nie patrzyć - jest cudnie.
Ale wracając do naszych baranów: poleciałam do Biedronki na skrzydłach, bo u mnie słowo droższe od pieniędzy, a obiecałam o 12 być w redakcji. Wiem, wiem, to nie etat, ale...
Wylądowałam :)
Zajęło mi wszystko 3 godziny, z tego umówione godzinę, dodawszy wszystko inne, 100 zł za godzinę to chyba nie jest źle?
Maszynki w międzyczasie, a na podlizanie się o podwyżkę usłyszałam, że bonusem jest miłe towarzystwo.
Kurwa,
Dla kogo miłe, dla tego miłe, abstrahując do miłości...
Dobra, nie denerwuję się :)
W międzyczasie SMS od Biedronki, że jest książka, której szuka Inżynierowa.
Rezygnuję więc z prostej drogi do domu, mając uczucie wyższości w mknącym tramwaju na widok piątkowych korków w mojej wiosce, nadkładam drogi, wpadam do Biedronki i?
WTF?
Nie ma ŻADNYCH książek, ale jest...
... za jedyne 9,90 :) W tym roku będę ją pielęgnować do upadłego, do ostatka, do szału.
A pewno i na inne się skuszę, choć w loggii wciąż mam bratki...
Moje życie składa się z pięknych drobiazgów, już nawet nie z chwil zapierających dech.
Aczkolwiek i te drobiazgi są oszałamiające.
Niech tak zostanie.
Do końca.
To właśnie jest takie piękne :)
I tak warto żyć.
A jutro, jak nic się nie zmieni, pójdę na randkę :)
Dawno na niej nie byłam, ale cóż, życie :P
Pospałam do wypęku, chociaż sny były - wg mojej nieboszczki teściowej masakryczne, bo to i woda lała się bez końca strumieniami, i małe dzieci w nim były, a i Umarlaków kręciło się tam od cholery.
Więc ogólnie - grób, kiła i mogiła.
No cóż, obudziłam się, wszystko bolało, więc tak jakby żyłam, innej opcji nie było, skoro bolało :)
Rączka (ałłła) za główkę, ajpadzik do rączki i...
... codzienny rytuał zaliczony.
No co, kto bogatemu zabroni?
Łazienka, kuchnia, kompik, w sumie jadam przy stole tylko, gdy mam gości.
Pogawędka z Inżynierem, u którego dzieje się, że ojapierdolę, jakie to moje dziecko jest nabuntowane, a ja wciąż pamiętam wersję: nigdy nie wracam...
W kafejce w Londynie czekał na randkę z Google. Tak, tak, ma się te rodzinne koneksje, moje dziecko aż tak dotarło. I z Bank of England jest na ty.
Fajnie, niefajnie, cieszę się, że doszedł tam, gdzie jest.
Jestem z niego dumna.
Ale musiałam do Biedronki i... no cóż, czekam na realną randkę na Skype :) Mamy sobie dużo do pogadania.
Inżynier po trupach wraca do PL.
Znaczy się, może nie do końca po trupach, zmieniły mu się priorytety życiowe.
Dla mnie budujące jest, że wciąż chce ze mną rozmawiać o tym, chociaż w sumie nie mam nic do powiedzenia.
Ale chce.
I to jest takie fajne.
A i Synowa co dzień znajduje dla mnie parę minut, więc...
Jakkolwiek na to nie patrzyć - jest cudnie.
Ale wracając do naszych baranów: poleciałam do Biedronki na skrzydłach, bo u mnie słowo droższe od pieniędzy, a obiecałam o 12 być w redakcji. Wiem, wiem, to nie etat, ale...
Wylądowałam :)
Zajęło mi wszystko 3 godziny, z tego umówione godzinę, dodawszy wszystko inne, 100 zł za godzinę to chyba nie jest źle?
Maszynki w międzyczasie, a na podlizanie się o podwyżkę usłyszałam, że bonusem jest miłe towarzystwo.
Kurwa,
Dla kogo miłe, dla tego miłe, abstrahując do miłości...
Dobra, nie denerwuję się :)
W międzyczasie SMS od Biedronki, że jest książka, której szuka Inżynierowa.
Rezygnuję więc z prostej drogi do domu, mając uczucie wyższości w mknącym tramwaju na widok piątkowych korków w mojej wiosce, nadkładam drogi, wpadam do Biedronki i?
WTF?
Nie ma ŻADNYCH książek, ale jest...
... za jedyne 9,90 :) W tym roku będę ją pielęgnować do upadłego, do ostatka, do szału.
A pewno i na inne się skuszę, choć w loggii wciąż mam bratki...
Moje życie składa się z pięknych drobiazgów, już nawet nie z chwil zapierających dech.
Aczkolwiek i te drobiazgi są oszałamiające.
Niech tak zostanie.
Do końca.
To właśnie jest takie piękne :)
I tak warto żyć.
A jutro, jak nic się nie zmieni, pójdę na randkę :)
Dawno na niej nie byłam, ale cóż, życie :P
czwartek, 21 listopada 2019
Kolejny
rok minął, Kochany Pamiętniczku.
Na wariackich papierach zamykaliśmy dziś grudniowy numer.
Wczoraj było nasze forum, zatem większość załogi w stanie lekko zmęczonym.
Osobiście wg zaleceń pani wice przyszłam w południe (kurde, nienormalna jestem, wciąż mam z tyłu głowy: zwolnią cię, jak ciebie nie będzie), tylko po to, by dowiedzieć się, że Cezar jednak będzie miał dla mnie materiał "chyba jutro", ale bladym świtem.
Zatem "bladym świtem", klnąc jak mój dziadek szewc, zlądowałam w pracce i ojapierdolę.
Cezarowy materiał dostałam grubo po 19, a sterczał mi pod drzwiami i zaglądał co 5 minut, czy już jest gotowe, więc rzekłam, że dziś jestem w stanie zabić i każdy sąd mnie uniewinni.
To były, KURWA, dwie strony, z czego 1/3 to były zdjęcia.
Tekst żywcem z folderu i...
A, szkoda gadać.
Do tego wszystkim na łeb padło, że to wiecie, rozumiecie, event...
Jak dla mnie bardziej okazja do pierdolenia o Szopenie i do wyważania otwartych drzwi i trzaskania zamkniętymi, ale co ja tam wiem.
Ludzie potrzebują chleba i igrzysk.
Stwierdziłam, że idę na emeryturę, na to biedna D. z rzęsami jak firany powiedziała, że i tak mam dobrze, bo ona się do psychiatryka wybiera. I zapytała, czy jadę na firmową wigilię. - W życiu nie - odpowiedziałam.
- Ale napijemy się za firmową kasę.
Uśmiechnęłam się tylko. Nie kręci mnie picie za firmową kasę. Wyjazd jest - a jakże - znów w środku zamykania, gdzieś poza wioskę. Pić lubię za swoje.
Nie ma pokoi jednoosobowych, a nie mam najmniejszej ochoty spać z kimś obcym. W całej firmie nie ma osoby, z którą chciałabym spać w jednym pomieszczeniu. Tak, jestem pojebana, ale jak piję, to chrapię. I lubię mieć swoją łazienkę.
Co mi z imprezy do 4 nad ranem (tak zaplanowana), skoro o 10 muszę być na baczność do powrotu do wioski?
Oczywiście, nie muszę siedzieć do końca.
Ale i tak nie wiem, po co mam siedzieć godzinami z ludźmi, z którymi w zasadzie nic mnie nie łączy?
Doceniają mnie, a jakże, jak chcą mieć zrobione coś na cito.
A na co dzień albo gdy im się wali, bo za dużo siedzą w kuchni, na papierosach, albo im się zwyczajnie omsknęło - to jestem dla nich jak powietrze. Bo nie wchodzę w koalicje, kto z kim, za ile i po co?
Bo nie lubię chodzić do Bossa, bo czasem zaciskam zęby i tłamszę w sobie wszystkie złości tego świata, bo co mi z tego, że kogoś w dupę kopnę?
Ot, taki Cezar. Ma o wiele więcej kasy niż ja, a dochodzą mnie słuchy, że wnerwia nie tylko mnie, ale i wszystkich, bo nie współpracuje i zatrzymuje robotę. Pracę dostał, bo zna Królika i jego znajomych. Umiejętności, mimo dr inż. przed nazwiskiem - mierne. Upiera się, że ma rację, nawet jak jej nie ma, ale on wie lepiej. Nie ogarnia zasad wydawnictwa i pracy... W zasadzie mogłabym kablować bez końca, bo mnie wkurwia na maksa. Do tego nie zachowuje dystansu, przestrzeni osobistej. I nie, nic z molestowania, ale... Jak można siedząc 12 godzin w pracy i nawet mając swoje zęby nie pomyśleć, że jedzie nam z paszczy?
I sapać mi nad głową, pokazując pazurem...
No nie.
Albo pani M. Jak potrzebuje, to w dupę by mnie lizała. Jak nie potrzebuje, jestem dla niej jak powietrze. Nie, żeby była zła, co to, to nie. Ale zawsze podkreśli, delikatnie, a jednak, że ma władzę. To dzięki niej siedziałam wczoraj bez sensu, a mogła powiedzieć: SJ, jutro o 8. I tak byłam o tej jebanej 8 w pracy... I kiblowałam w niej i z jej powodu 11 godzin, pracując w sumie 3.
No dobra.
Nie narzekamy na pracę. Jesteśmy w domu, me and Shadow i...
Jutro wstaniemy, jak się nam będzie chciało, bo warzywka proszą, żeby być późno.
A maszynki gdzieś pomaszerowały i... będziemy je robić jak nam będzie pasowało :)
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie...
I takie inne tam.
Od ponad miesiąca próbuję zrobić śmierdziela, takiego jak robiła moja mama i ciocia Kazia i ni chuja żaden twaróg nie gliwieje.
To dopiero jest problem, bo chodzi za mną ten śmierdziel i nie mogę go dorwać.
To gorszy problem, jak moja praca :D
Na wariackich papierach zamykaliśmy dziś grudniowy numer.
Wczoraj było nasze forum, zatem większość załogi w stanie lekko zmęczonym.
Osobiście wg zaleceń pani wice przyszłam w południe (kurde, nienormalna jestem, wciąż mam z tyłu głowy: zwolnią cię, jak ciebie nie będzie), tylko po to, by dowiedzieć się, że Cezar jednak będzie miał dla mnie materiał "chyba jutro", ale bladym świtem.
Zatem "bladym świtem", klnąc jak mój dziadek szewc, zlądowałam w pracce i ojapierdolę.
Cezarowy materiał dostałam grubo po 19, a sterczał mi pod drzwiami i zaglądał co 5 minut, czy już jest gotowe, więc rzekłam, że dziś jestem w stanie zabić i każdy sąd mnie uniewinni.
To były, KURWA, dwie strony, z czego 1/3 to były zdjęcia.
Tekst żywcem z folderu i...
A, szkoda gadać.
Do tego wszystkim na łeb padło, że to wiecie, rozumiecie, event...
Jak dla mnie bardziej okazja do pierdolenia o Szopenie i do wyważania otwartych drzwi i trzaskania zamkniętymi, ale co ja tam wiem.
Ludzie potrzebują chleba i igrzysk.
Stwierdziłam, że idę na emeryturę, na to biedna D. z rzęsami jak firany powiedziała, że i tak mam dobrze, bo ona się do psychiatryka wybiera. I zapytała, czy jadę na firmową wigilię. - W życiu nie - odpowiedziałam.
- Ale napijemy się za firmową kasę.
Uśmiechnęłam się tylko. Nie kręci mnie picie za firmową kasę. Wyjazd jest - a jakże - znów w środku zamykania, gdzieś poza wioskę. Pić lubię za swoje.
Nie ma pokoi jednoosobowych, a nie mam najmniejszej ochoty spać z kimś obcym. W całej firmie nie ma osoby, z którą chciałabym spać w jednym pomieszczeniu. Tak, jestem pojebana, ale jak piję, to chrapię. I lubię mieć swoją łazienkę.
Co mi z imprezy do 4 nad ranem (tak zaplanowana), skoro o 10 muszę być na baczność do powrotu do wioski?
Oczywiście, nie muszę siedzieć do końca.
Ale i tak nie wiem, po co mam siedzieć godzinami z ludźmi, z którymi w zasadzie nic mnie nie łączy?
Doceniają mnie, a jakże, jak chcą mieć zrobione coś na cito.
A na co dzień albo gdy im się wali, bo za dużo siedzą w kuchni, na papierosach, albo im się zwyczajnie omsknęło - to jestem dla nich jak powietrze. Bo nie wchodzę w koalicje, kto z kim, za ile i po co?
Bo nie lubię chodzić do Bossa, bo czasem zaciskam zęby i tłamszę w sobie wszystkie złości tego świata, bo co mi z tego, że kogoś w dupę kopnę?
Ot, taki Cezar. Ma o wiele więcej kasy niż ja, a dochodzą mnie słuchy, że wnerwia nie tylko mnie, ale i wszystkich, bo nie współpracuje i zatrzymuje robotę. Pracę dostał, bo zna Królika i jego znajomych. Umiejętności, mimo dr inż. przed nazwiskiem - mierne. Upiera się, że ma rację, nawet jak jej nie ma, ale on wie lepiej. Nie ogarnia zasad wydawnictwa i pracy... W zasadzie mogłabym kablować bez końca, bo mnie wkurwia na maksa. Do tego nie zachowuje dystansu, przestrzeni osobistej. I nie, nic z molestowania, ale... Jak można siedząc 12 godzin w pracy i nawet mając swoje zęby nie pomyśleć, że jedzie nam z paszczy?
I sapać mi nad głową, pokazując pazurem...
No nie.
Albo pani M. Jak potrzebuje, to w dupę by mnie lizała. Jak nie potrzebuje, jestem dla niej jak powietrze. Nie, żeby była zła, co to, to nie. Ale zawsze podkreśli, delikatnie, a jednak, że ma władzę. To dzięki niej siedziałam wczoraj bez sensu, a mogła powiedzieć: SJ, jutro o 8. I tak byłam o tej jebanej 8 w pracy... I kiblowałam w niej i z jej powodu 11 godzin, pracując w sumie 3.
No dobra.
Nie narzekamy na pracę. Jesteśmy w domu, me and Shadow i...
Jutro wstaniemy, jak się nam będzie chciało, bo warzywka proszą, żeby być późno.
A maszynki gdzieś pomaszerowały i... będziemy je robić jak nam będzie pasowało :)
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie...
I takie inne tam.
Od ponad miesiąca próbuję zrobić śmierdziela, takiego jak robiła moja mama i ciocia Kazia i ni chuja żaden twaróg nie gliwieje.
To dopiero jest problem, bo chodzi za mną ten śmierdziel i nie mogę go dorwać.
To gorszy problem, jak moja praca :D
sobota, 16 listopada 2019
Ta noc
Kochany Pamiętniczku, była dla mnie najgorszą od wielu, wielu lat.
Albowiem stałam w tłumie na peronie, z Inżynierem i jego Dziewczyną, która była w ciąży, aczkolwiek o tym jeszcze nie wiedziała (dla ścisłości, Inżynierowa zaszła w ciążę już po ślubie, ale mniejsza z większym).
Tłum był koszmarny i wepchnął Inżynierostwo (dysponujące biletem) do innego wagonu, daleko ode mnie.
Przerwa na siusiu :)
Wracam i okazuje się, że jestem jakieś trzy wagony przed nimi.
Jedziemy do Szczecina.
WTF do Szczecina? W równoległym świecie aka w sennym koszmarze, kto to wie?
Fakt faktem, jedziemy, koła stukocą miarowo.
A ja w ręku dzierżę Samsunga z klapką.
Ni chuja nie wiem, czy jest jakiś Samsung z klapką, miałam tylko nokijki i od razu przesiadłam się na ajfonika.
I... Jadę do tego pieprzonego Szczecina. Próbuję się skontaktować z Inżynierem, ale ni chu chu nie umiem napisać SMS na jebanym Samsungu. Znaczy się, umiem pisać na klawiaturze starych telefonów, ale nie wiem, jak ją włączyć.
Wyświetlają mi się cuda wianki, gry, reklamy, cokolwiek bym nie dusiła, ale nie ma opcji SMS.
Bateria wciąż trzyma, ale monitorek nie działa na dotyk.
Kolęduję po zapchanych na maksa przedziałach, ale nikt nie umie obsłużyć tego jebanego Samsunga.
Proponują mi smartfony - ale nie znam numeru Inżyniera.
Pobudka, na sik :) Tak koło 5 nad ranem już.
I znów wracam do sennego koszmaru, bijąc się z niedziałającym Samsungiem, kontrolerami, obcym krajobrazem za oknem...
Siódma rano.
Otwieram oczy, jestem w bezpiecznym świecie smartfonów, miziania po ekranie.
Uświadamiam sobie jeszcze dobitniej, jak kruchy jest mój świat, w którym NIE PAMIĘTAM nie tylko sytuacji, w których serce klęka, ale i...
No właśnie, co będzie, jak wszystko padnie?
Spociłam się w tym śnie tak, że musiałam zmienić pościel.
Wiesz, Baranie, kiedyś wyrwana ze snu potrafiłam wyrecytować Twój numer.
Jak i numery moich synów.
A dziś? Swój pamiętam. Żadnych innych nie. I nie można tego zwalać na mojego alzheimera (kłania się głęboko, do dziś pamietam nasz stacjonarny...)
Wracając do naszych baranów (revenons à nos moutons, jak mawiają Żabojady) podrzucono mi dziś znienacka i ukradkiem
Olaboga. Jak ktoś w komentarzach napisał, że może to wnuki zainteresuje... Może mam z nią więcej wspólnego, niż sądzę.
Jest idealna, jak przystało na moją pierwszą wnuczkę.
Odpukać w niemalowane - marzenia czasem się spełniają... Interesują ją nawet prapradziadkowie. A ma - nie ukrywając niczego - ciekawych :)
No dobra, zostawiam w kompie wszystko na wejściu. Dla niej - warto. Reszta w tonach papieru, zakładam, że się przez nie przekopię, jak nie, będzie miała dużo roboty :)
A i sama Synowa w szybkiej rozmowie, bo Papryczek ma włączoną opcję: do domu, czemu się nie dziwię po tylu przejściach, stwierdziła, że jak coś, będzie mi zmieniała pampersy.
Serio?
Nie wierzę.
Jebłam, jako rzecze Baran.
I zapytuję, Kochany Pamiętniczku, jak żyć, skoro wszystko przewraca się do góry nogami?
Pozytywnie, ale zawsze.
Chyba jeszcze nie pora umierać...
Na złość ZUS-owi.
Może dożyję tego pierwszego piwa w Brovarii z Małą Wiedżmą?
Bez Samsunga, psiakrew :P
Albowiem stałam w tłumie na peronie, z Inżynierem i jego Dziewczyną, która była w ciąży, aczkolwiek o tym jeszcze nie wiedziała (dla ścisłości, Inżynierowa zaszła w ciążę już po ślubie, ale mniejsza z większym).
Tłum był koszmarny i wepchnął Inżynierostwo (dysponujące biletem) do innego wagonu, daleko ode mnie.
Przerwa na siusiu :)
Wracam i okazuje się, że jestem jakieś trzy wagony przed nimi.
Jedziemy do Szczecina.
WTF do Szczecina? W równoległym świecie aka w sennym koszmarze, kto to wie?
Fakt faktem, jedziemy, koła stukocą miarowo.
A ja w ręku dzierżę Samsunga z klapką.
Ni chuja nie wiem, czy jest jakiś Samsung z klapką, miałam tylko nokijki i od razu przesiadłam się na ajfonika.
I... Jadę do tego pieprzonego Szczecina. Próbuję się skontaktować z Inżynierem, ale ni chu chu nie umiem napisać SMS na jebanym Samsungu. Znaczy się, umiem pisać na klawiaturze starych telefonów, ale nie wiem, jak ją włączyć.
Wyświetlają mi się cuda wianki, gry, reklamy, cokolwiek bym nie dusiła, ale nie ma opcji SMS.
Bateria wciąż trzyma, ale monitorek nie działa na dotyk.
Kolęduję po zapchanych na maksa przedziałach, ale nikt nie umie obsłużyć tego jebanego Samsunga.
Proponują mi smartfony - ale nie znam numeru Inżyniera.
Pobudka, na sik :) Tak koło 5 nad ranem już.
I znów wracam do sennego koszmaru, bijąc się z niedziałającym Samsungiem, kontrolerami, obcym krajobrazem za oknem...
Siódma rano.
Otwieram oczy, jestem w bezpiecznym świecie smartfonów, miziania po ekranie.
Uświadamiam sobie jeszcze dobitniej, jak kruchy jest mój świat, w którym NIE PAMIĘTAM nie tylko sytuacji, w których serce klęka, ale i...
No właśnie, co będzie, jak wszystko padnie?
Spociłam się w tym śnie tak, że musiałam zmienić pościel.
Wiesz, Baranie, kiedyś wyrwana ze snu potrafiłam wyrecytować Twój numer.
Jak i numery moich synów.
A dziś? Swój pamiętam. Żadnych innych nie. I nie można tego zwalać na mojego alzheimera (kłania się głęboko, do dziś pamietam nasz stacjonarny...)
Wracając do naszych baranów (revenons à nos moutons, jak mawiają Żabojady) podrzucono mi dziś znienacka i ukradkiem
Olaboga. Jak ktoś w komentarzach napisał, że może to wnuki zainteresuje... Może mam z nią więcej wspólnego, niż sądzę.
Jest idealna, jak przystało na moją pierwszą wnuczkę.
Odpukać w niemalowane - marzenia czasem się spełniają... Interesują ją nawet prapradziadkowie. A ma - nie ukrywając niczego - ciekawych :)
No dobra, zostawiam w kompie wszystko na wejściu. Dla niej - warto. Reszta w tonach papieru, zakładam, że się przez nie przekopię, jak nie, będzie miała dużo roboty :)
A i sama Synowa w szybkiej rozmowie, bo Papryczek ma włączoną opcję: do domu, czemu się nie dziwię po tylu przejściach, stwierdziła, że jak coś, będzie mi zmieniała pampersy.
Serio?
Nie wierzę.
Jebłam, jako rzecze Baran.
I zapytuję, Kochany Pamiętniczku, jak żyć, skoro wszystko przewraca się do góry nogami?
Pozytywnie, ale zawsze.
Chyba jeszcze nie pora umierać...
Na złość ZUS-owi.
Może dożyję tego pierwszego piwa w Brovarii z Małą Wiedżmą?
Bez Samsunga, psiakrew :P
piątek, 15 listopada 2019
Marzy mi się
Kochany Pamiętniczku...
Guziki po samą szyję
starannie zapinamy
aż trudno nam oddychać
lecz w myślach grzech popełniamy
A co, gdyby tak po prostu pójść w tango
pozwolić, żeby świat odpłynął i zgasnął
ten jedyny raz zapomnieć się w tańcu
chociaż raz, tylko raz, jeden raz, ostatni raz...
Guziki po samą szyję
starannie zapinamy
aż trudno nam oddychać
lecz w myślach grzech popełniamy
A co, gdyby tak po prostu pójść w tango
pozwolić, żeby świat odpłynął i zgasnął
ten jedyny raz zapomnieć się w tańcu
chociaż raz, tylko raz, jeden raz, ostatni raz...
środa, 13 listopada 2019
Tylko
ja, Kochany Pamiętniczku, pamiętałam dziś.
Nikt inny na całym świecie już nie.
A to akurat czterdzieści lat.
Nawet chłopcy nie pamiętali, ale nie winię ich, bo nigdy nie celebrowaliśmy tego.
Jak i nie celebrowaliśmy samej ceremonii. W sumie - niewiele z tego pamiętam, fragmenty. Parę zdjęć, parę momentów zatrzymanych - jeszcze - w pamięci.
Już tylko mojej.
Byliśmy biedni jak myszy kościelne, a i rodzina nie była zachwycona, ani jedna, ani druga.
I byłam w drugim miesiącu chcianej, wyczekanej ciąży.
Nie chcieliśmy ślubu kościelnego.
Obiad miał być u Eksa w domu, dlatego że do głowy nam nie przyszło jechać w tym celu do R.
W przeddzień naszego ślubu w piwnicy wybuchł pożar, albowiem teść w ramach oszczędności poowijał rury szmatami i coś się zapaliło. Siedzieliśmy w ichnim saloniku, zdjęłam kapcie, położyłam nogi na parkiecie i mówię: jaka ciepła podłoga :)
Na szczęście nie spaliła się chata, ale nie było prądu, gazu, więc cała impreza na nic. Dla nas to było bez znaczenia, ale szwagier (nie TEN, drugi) stwierdził, że wobec tego on zapłaci za obiad w knajpie w Rogalinie. Wydał na to (a byli tylko najbliżsi z bliskich) tyle, ile wynosiła moja ówczesna pensja, a i nieraz miałam to wyszczekane, może nie bezpośrednio, ale... Odrobiłam to potem, choć do nikogo nie docierało, pilnując mu miesiącami domu, gdy wszyscy wyjeżdżali, albo stróż brał urlop, i pracując bez zapłaty w warsztacie, gdy miał pilne dostawy, a pracownikom ani się nie śniło przerywać urlopu. No ale zawsze nazywało się, że nic nie robię i mam się dobrze :P
Po powrocie z Rogalina okazało się, że włączono już prąd, więc polecieliśmy do Iwy po tort i szampana i to było całe wesele :)
Ale byliśmy szczęśliwi sobą.
Sukienkę miałam błękitną, kupioną od koleżanki, która uszyła ją sobie na bal absolutoryjny. Długo potem plątała mi się w szafie (sukienka, nie koleżanka). Na to miałam zarzucony szal koloru ecru, który był... moją narzutą do chrztu, zrobiony na klockach z przecieniutkiej owczej wełny, mam go do dziś. Jest starszy ode mnie, bo mama miała go długo przed tym, zanim ja się urodziłam. Buty, szpileczki 12-centymetrowe, a jakże, zapieprzało się kiedyś na obcasach, były z... teksasu, błękitnego jak niebo, haftowanego w kwiaty. Nosiłam je na każdy ubaw, świetnie się w nich tańczyło.
Po garnitur dla Eksa pojechaliśmy do Gniezna.
I dlatego włosy stawały mi dęba na głowie, gdy widzę, ile teraz ludzie wydają na wesela.
Inżynier wydał majątek, ale swój. Mówi, że nie żałuje, no a ja nie będę mu żałowała jego wlasnych pieniędzy.
Ale byłoby mu teraz o całe niebo łatwiej, gdyby tamtych pieniędzy nie wydał.
Pierworodnemu wyprawili wesele teściowie, z fochem, że ja nie chcę się dokładać do imprezy. Impreza była na 150 osób, z czego od nas były słownie cztery: Inżynier, ja i moi przyjaciele z Irlandii. Nie rozumiem, dlaczego miałabym dokładać do zabawy 146 obcych mi osób, zapłaciliśmy za cały alkohol. Nie miałam wielkich oszczędności, a kredyt brać na cudze wesele? Że syna? No i?
Skoro młodzi nie mieli, mogli zrobić jak my. Weselisko było fantazją teściów Pierworodnego, bo okolica musiała wiedzieć, że ona wyszła za mąż.
No to wie :)
Trzynastego listopada o trzynastej, Anno Domini 1979, wyszłam za mąż i już nie wróciłam.
Zdjęcie na orwowskiej kliszy, kolory powoli znikają i blakną, a to fotka telefonem robiona.
Tak, i tylko ja dziś pamiętam.
Ano, bywa.
I gad taką szopę na głowie miał do końca, w przeciwieństwie do mnie.
Ale dość bajdurzenia.
Poszłam wczoraj do pracy i ojapierdolę. Ten, co rabanu narobił i mnie na rękach nosił, to po prostu chciał pokazać, że człowiek u niego pracujący pracować musi. Połowa tekstów nie wchodzi do numeru, więc - olałam. Jak wejdą i tak będę musiała czytać. Druga połowa złamana o kant dupy, pewno znów przyjdzie do mnie pod hasłem: bo się dużo zmieniło.
I w całej tamtej redakcji żywego ducha, zresztą do dziś.
A w dupie to mam.
Ekstras w bólach się rodził, ale się sprężyli, albowiem powiedziałam, że o 16 znikam do lekarza.
Zniknęłam i... Przyjęta od ręki, 10 minut przed czasem, dostałam antybiotyk, aczkolwiek pani doktor twierdziła (inna, w tej przychodni lekarze zmieniają się szybciej, niż zmieniam rękawiczki, ostatnią parę noszę już 13 lat i nówki nieśmigane są), że niepotrzebnie, bo samo się zagoi. Antybiotyk w końskiej dawce, zadziałał, jak fabryka dała, ruszyło hurtem wszystko, co ruszyć po syropkach i kropelkach nie chciało. Jeszcze pobolewa, ale już da się żyć.
Pojechałam znów do pracy, ale... Zostało mi tylko 10 stron z książki o świniakach. Co przeleciałam z palcem w dupie, ale pani redaktor do końca tygodnia nie ma. Jak ta książka jest zredagowana, to ja jestem Marylin Monroe. No ale to było do przewidzenia. Książka jest wydawana po raz kolejny, więc zastanawiam się, co za debil ją redagował? Mogę olać? Mogę. Ale nie lubię. Zobaczymy. Jak redaktorka nie będzie się chciała bawić (a książka ma być FACHOWA), to będzie mi to wisiało kalafiorem, albowiem i tak za redakcjo-korektę nikt mi nie zapłaci. Ale lubię pracować solidnie, kto bogatemu zabroni.
Zobaczymy.
Pojechałam też zaraz do domu, bo nic innego nie było i kuruje się dalej.
Lało tak, że w torebce ze skóry wodę miałam, buty przemokły, parasol też przepuszczał krople wody. w autobusie miałam napad kaszlu, masakryczny, myślałam, że orła odwinę, a i ludzie patrzyli z dezaprobatą. No nic, jutro też do pracy, ale mam umowę, że jak coś, to online. Tyle że moja praca online idzie na marne, bo... nie otwierają im się pdf jak należy, a i tak nie umieją nanosić zmian.
Masakryczne :)
Taką mamy młodzież, psiakrew :)
Nikt inny na całym świecie już nie.
A to akurat czterdzieści lat.
Nawet chłopcy nie pamiętali, ale nie winię ich, bo nigdy nie celebrowaliśmy tego.
Jak i nie celebrowaliśmy samej ceremonii. W sumie - niewiele z tego pamiętam, fragmenty. Parę zdjęć, parę momentów zatrzymanych - jeszcze - w pamięci.
Już tylko mojej.
Byliśmy biedni jak myszy kościelne, a i rodzina nie była zachwycona, ani jedna, ani druga.
I byłam w drugim miesiącu chcianej, wyczekanej ciąży.
Nie chcieliśmy ślubu kościelnego.
Obiad miał być u Eksa w domu, dlatego że do głowy nam nie przyszło jechać w tym celu do R.
W przeddzień naszego ślubu w piwnicy wybuchł pożar, albowiem teść w ramach oszczędności poowijał rury szmatami i coś się zapaliło. Siedzieliśmy w ichnim saloniku, zdjęłam kapcie, położyłam nogi na parkiecie i mówię: jaka ciepła podłoga :)
Na szczęście nie spaliła się chata, ale nie było prądu, gazu, więc cała impreza na nic. Dla nas to było bez znaczenia, ale szwagier (nie TEN, drugi) stwierdził, że wobec tego on zapłaci za obiad w knajpie w Rogalinie. Wydał na to (a byli tylko najbliżsi z bliskich) tyle, ile wynosiła moja ówczesna pensja, a i nieraz miałam to wyszczekane, może nie bezpośrednio, ale... Odrobiłam to potem, choć do nikogo nie docierało, pilnując mu miesiącami domu, gdy wszyscy wyjeżdżali, albo stróż brał urlop, i pracując bez zapłaty w warsztacie, gdy miał pilne dostawy, a pracownikom ani się nie śniło przerywać urlopu. No ale zawsze nazywało się, że nic nie robię i mam się dobrze :P
Po powrocie z Rogalina okazało się, że włączono już prąd, więc polecieliśmy do Iwy po tort i szampana i to było całe wesele :)
Ale byliśmy szczęśliwi sobą.
Sukienkę miałam błękitną, kupioną od koleżanki, która uszyła ją sobie na bal absolutoryjny. Długo potem plątała mi się w szafie (sukienka, nie koleżanka). Na to miałam zarzucony szal koloru ecru, który był... moją narzutą do chrztu, zrobiony na klockach z przecieniutkiej owczej wełny, mam go do dziś. Jest starszy ode mnie, bo mama miała go długo przed tym, zanim ja się urodziłam. Buty, szpileczki 12-centymetrowe, a jakże, zapieprzało się kiedyś na obcasach, były z... teksasu, błękitnego jak niebo, haftowanego w kwiaty. Nosiłam je na każdy ubaw, świetnie się w nich tańczyło.
Po garnitur dla Eksa pojechaliśmy do Gniezna.
I dlatego włosy stawały mi dęba na głowie, gdy widzę, ile teraz ludzie wydają na wesela.
Inżynier wydał majątek, ale swój. Mówi, że nie żałuje, no a ja nie będę mu żałowała jego wlasnych pieniędzy.
Ale byłoby mu teraz o całe niebo łatwiej, gdyby tamtych pieniędzy nie wydał.
Pierworodnemu wyprawili wesele teściowie, z fochem, że ja nie chcę się dokładać do imprezy. Impreza była na 150 osób, z czego od nas były słownie cztery: Inżynier, ja i moi przyjaciele z Irlandii. Nie rozumiem, dlaczego miałabym dokładać do zabawy 146 obcych mi osób, zapłaciliśmy za cały alkohol. Nie miałam wielkich oszczędności, a kredyt brać na cudze wesele? Że syna? No i?
Skoro młodzi nie mieli, mogli zrobić jak my. Weselisko było fantazją teściów Pierworodnego, bo okolica musiała wiedzieć, że ona wyszła za mąż.
No to wie :)
Trzynastego listopada o trzynastej, Anno Domini 1979, wyszłam za mąż i już nie wróciłam.
Zdjęcie na orwowskiej kliszy, kolory powoli znikają i blakną, a to fotka telefonem robiona.
Tak, i tylko ja dziś pamiętam.
Ano, bywa.
I gad taką szopę na głowie miał do końca, w przeciwieństwie do mnie.
Ale dość bajdurzenia.
Poszłam wczoraj do pracy i ojapierdolę. Ten, co rabanu narobił i mnie na rękach nosił, to po prostu chciał pokazać, że człowiek u niego pracujący pracować musi. Połowa tekstów nie wchodzi do numeru, więc - olałam. Jak wejdą i tak będę musiała czytać. Druga połowa złamana o kant dupy, pewno znów przyjdzie do mnie pod hasłem: bo się dużo zmieniło.
I w całej tamtej redakcji żywego ducha, zresztą do dziś.
A w dupie to mam.
Ekstras w bólach się rodził, ale się sprężyli, albowiem powiedziałam, że o 16 znikam do lekarza.
Zniknęłam i... Przyjęta od ręki, 10 minut przed czasem, dostałam antybiotyk, aczkolwiek pani doktor twierdziła (inna, w tej przychodni lekarze zmieniają się szybciej, niż zmieniam rękawiczki, ostatnią parę noszę już 13 lat i nówki nieśmigane są), że niepotrzebnie, bo samo się zagoi. Antybiotyk w końskiej dawce, zadziałał, jak fabryka dała, ruszyło hurtem wszystko, co ruszyć po syropkach i kropelkach nie chciało. Jeszcze pobolewa, ale już da się żyć.
Pojechałam znów do pracy, ale... Zostało mi tylko 10 stron z książki o świniakach. Co przeleciałam z palcem w dupie, ale pani redaktor do końca tygodnia nie ma. Jak ta książka jest zredagowana, to ja jestem Marylin Monroe. No ale to było do przewidzenia. Książka jest wydawana po raz kolejny, więc zastanawiam się, co za debil ją redagował? Mogę olać? Mogę. Ale nie lubię. Zobaczymy. Jak redaktorka nie będzie się chciała bawić (a książka ma być FACHOWA), to będzie mi to wisiało kalafiorem, albowiem i tak za redakcjo-korektę nikt mi nie zapłaci. Ale lubię pracować solidnie, kto bogatemu zabroni.
Zobaczymy.
Pojechałam też zaraz do domu, bo nic innego nie było i kuruje się dalej.
Lało tak, że w torebce ze skóry wodę miałam, buty przemokły, parasol też przepuszczał krople wody. w autobusie miałam napad kaszlu, masakryczny, myślałam, że orła odwinę, a i ludzie patrzyli z dezaprobatą. No nic, jutro też do pracy, ale mam umowę, że jak coś, to online. Tyle że moja praca online idzie na marne, bo... nie otwierają im się pdf jak należy, a i tak nie umieją nanosić zmian.
Masakryczne :)
Taką mamy młodzież, psiakrew :)
sobota, 9 listopada 2019
Chora
chorsza, trup, Kochany Pamiętniczku.
Przez ten pieprzony ekstras nie zdążyłam do lekarza, a teraz trzy dni bez lekarza. A znów boli mnie ucho, w nocy spać nie mogłam. Mam jeszcze przeciwbólowe od poprzedniego razu, ale na razie poczekam. O czwartej nad ranem szukałam przychodni prywatnej w necie i jest, a jakże, całodobowa. 170 zł wizyta u internisty. Na SOR nie pojadę, nie ma opcji.
Zobaczymy, jak będzie dalej. Najpierw chce zamknąć ten jebany ekstras.
Tak, wiem, mogę iść na zwolnienie.
Rano jednak powlokłam się na Manhattan, bo Pan od Pomidorków obiecał mi
no i musiałam odebrać. To jest właśnie to moje sobotnie szczęście. Przy okazji wywaliłam zmarznięte komarzyce, przesadziłam bratki i mam względny porządek na balkonie.
I jestem szczęśliwa, choć ucho napierdala :)
A potem Inżynier, słomiany wdowiec, bo żonę puścił do kina na Downton Abbey (też chcę, też chcę), zabawiał mnie z dziećmi. Kalafiorkówna jak na niespełna 11-miesięczne dziecko jest cwana jak glapa. Dobrze jej robi bycie siostrą Alienka :)
A sam Alienek na moją cześć lądowisko zrobił, żebym przyleciała :)
Całą flotę samolotów mi podstawił :)
I dla tych, którym podobają się anieli. Nie pamiętam, skąd ściągnęłam fotki, to było dawno, dawno temu, zaraz jak dostałam ajfonika. Próbowałam znaleźć, ale nie trafiłam. Za to mam zapisane
ten, którego mam na tapecie (nie wiem, gdzie w fotkach jest, kiedyś zrobię porządek, to go znajdę), kombinowałam też z tymi aniołami
ale ten, który siedzi na monitorku jest najlepiej wpasowany.
Mam parę zboczeń, jak widać: bratki, badyle, naparstki, książki, zabawki, no i janioły :D
Ale nie, że zbieram aniołki, choć kilka mam. Takie, jakie wsadzam na tapetki to pokłosie Miasta Aniołów.
UPDATE:
Szukałam po wallpapers angel.
I tym sympatycznym akcentem żegnam się z Państwem dziś, podejmując kurację. Nie będzie relacji z Dnia Niepodległości, a dokładniej z imienin ulicy Święty Marcin, albowiem będę - jak dobrze pójdzie - tylko chorsza, a nie trup :)
Przez ten pieprzony ekstras nie zdążyłam do lekarza, a teraz trzy dni bez lekarza. A znów boli mnie ucho, w nocy spać nie mogłam. Mam jeszcze przeciwbólowe od poprzedniego razu, ale na razie poczekam. O czwartej nad ranem szukałam przychodni prywatnej w necie i jest, a jakże, całodobowa. 170 zł wizyta u internisty. Na SOR nie pojadę, nie ma opcji.
Zobaczymy, jak będzie dalej. Najpierw chce zamknąć ten jebany ekstras.
Tak, wiem, mogę iść na zwolnienie.
Rano jednak powlokłam się na Manhattan, bo Pan od Pomidorków obiecał mi
no i musiałam odebrać. To jest właśnie to moje sobotnie szczęście. Przy okazji wywaliłam zmarznięte komarzyce, przesadziłam bratki i mam względny porządek na balkonie.
I jestem szczęśliwa, choć ucho napierdala :)
A potem Inżynier, słomiany wdowiec, bo żonę puścił do kina na Downton Abbey (też chcę, też chcę), zabawiał mnie z dziećmi. Kalafiorkówna jak na niespełna 11-miesięczne dziecko jest cwana jak glapa. Dobrze jej robi bycie siostrą Alienka :)
A sam Alienek na moją cześć lądowisko zrobił, żebym przyleciała :)
Całą flotę samolotów mi podstawił :)
I dla tych, którym podobają się anieli. Nie pamiętam, skąd ściągnęłam fotki, to było dawno, dawno temu, zaraz jak dostałam ajfonika. Próbowałam znaleźć, ale nie trafiłam. Za to mam zapisane
ten, którego mam na tapecie (nie wiem, gdzie w fotkach jest, kiedyś zrobię porządek, to go znajdę), kombinowałam też z tymi aniołami
ale ten, który siedzi na monitorku jest najlepiej wpasowany.
Mam parę zboczeń, jak widać: bratki, badyle, naparstki, książki, zabawki, no i janioły :D
Ale nie, że zbieram aniołki, choć kilka mam. Takie, jakie wsadzam na tapetki to pokłosie Miasta Aniołów.
UPDATE:
Szukałam po wallpapers angel.
I tym sympatycznym akcentem żegnam się z Państwem dziś, podejmując kurację. Nie będzie relacji z Dnia Niepodległości, a dokładniej z imienin ulicy Święty Marcin, albowiem będę - jak dobrze pójdzie - tylko chorsza, a nie trup :)
piątek, 8 listopada 2019
Wieczorkiem
szukam ajfonika, świchniętego gdzieś tam, Kochany Pamiętniczku, albowiem zdarzyło mi się już rozładować baterię do zera, a to nic ciekawego...
I co ja paczę?
Po 15 dwoje ludzi z pracki dobijało się do mnie, a jakże. Jednemu byłam potrzebna na gwałt, drugi twierdził, że też na gwałt, ale ja go dobrze znam, na pieszczotki mu się zebrało, bo wychodzi z założenia, że dobra korektorka to taka, której się non stop coś podrzuca.
A było już po 21.
Więc trudno, piszę, żem cierpiąca i do redakcji nijak przyjść nie mogę, że będę we wtorek.
W końcu, kurde, MAM WOLNE. Nie urlop, ale wolne, swoją działkę mam z nawiązką wypracowaną.
No i tragedia.
Ten od gwałtu padł z rozpaczy. Mówię, że OK, że zrobię, ale noga moja w redakcji nie postanie. Bo nie uśmiechało mi się jeżdżenie dwugodzinne po mieście, w tym zasmarkanym i zakaszlanym MPK, sama jeszcze charkocąca.
Mogę popracować, ale online.
Jakże on mi dziękował.
A ten od pieszczotek milczy.
Wiedziałam :)
Zatem poszłam w objęcia Morfeusza i aczkolwiek mój plan dnia poszedł się jebać, nie byłam zła.
Ale rano sprawdzam ajfoniczka i co ja paczę?
Ten od pieszczotek zgodził się na wtorek, no i mało, jeszcze mnie dopieścił, co nie?
No tak, a jak rozmawialiśmy o podwyżce od nowego roku to stwierdził, że nie wie, jakie będzie miał fundusze.
Przypomnę mu, a jakże.
Mniejsza z większym, teraz mam już w technikolorze i na piśmie, że niezła ze mnie laska :D
A pracowałam jak ten mrówek, bo oczywiście, w jeden dzień robili wydanie na sympozjum. I o dziwo, pracowali, pewno się bali, że zniknę i tyle. Bo jak jestem w redakcji, to zawsze można powiedzieć, że mam siedzieć na dupie.
Nie zrobiłam wszystkiego, albowiem Boss poszedł w siną dal, nie odrobiwszy lekcji, ale to nic nowego.
W międzyczasie obiadek zjadłam, albowiem wczoraj rosołek upichciłam, więc porządny, gorący, nie żadne tam odgrzewane badziewie z mikrofali.
I po skończeniu wszystkiego szybciorem mieszkanko ogarnęłam, jak to miałam w planach.
Ale na dłuższą metę nie chciałabym pracować z domu, bo to jednak jest mieszanie życia osobistego z pracą, a to nic dobrego. Przyzwyczailiby się i przysyłaliby mi pracę o północy nawet.
I nie tylko u Dory grudniki szaleją, mój też nie zasypia gruszek w popiele i...
Tylko mój róziowo-biały jest. Ciekawe, jak pracowy, bo w pracy też mam :)
A jutro... Na myśl o jutrze drży moje spragnione serce...
Wiem, fantazja i szaleństwo, ale...
Kto bogatemu zabroni? :)
I nie, nikt nie zgadł, co mnie jutro czeka :)
I co ja paczę?
Po 15 dwoje ludzi z pracki dobijało się do mnie, a jakże. Jednemu byłam potrzebna na gwałt, drugi twierdził, że też na gwałt, ale ja go dobrze znam, na pieszczotki mu się zebrało, bo wychodzi z założenia, że dobra korektorka to taka, której się non stop coś podrzuca.
A było już po 21.
Więc trudno, piszę, żem cierpiąca i do redakcji nijak przyjść nie mogę, że będę we wtorek.
W końcu, kurde, MAM WOLNE. Nie urlop, ale wolne, swoją działkę mam z nawiązką wypracowaną.
No i tragedia.
Ten od gwałtu padł z rozpaczy. Mówię, że OK, że zrobię, ale noga moja w redakcji nie postanie. Bo nie uśmiechało mi się jeżdżenie dwugodzinne po mieście, w tym zasmarkanym i zakaszlanym MPK, sama jeszcze charkocąca.
Mogę popracować, ale online.
Jakże on mi dziękował.
A ten od pieszczotek milczy.
Wiedziałam :)
Zatem poszłam w objęcia Morfeusza i aczkolwiek mój plan dnia poszedł się jebać, nie byłam zła.
Ale rano sprawdzam ajfoniczka i co ja paczę?
Ten od pieszczotek zgodził się na wtorek, no i mało, jeszcze mnie dopieścił, co nie?
No tak, a jak rozmawialiśmy o podwyżce od nowego roku to stwierdził, że nie wie, jakie będzie miał fundusze.
Przypomnę mu, a jakże.
Mniejsza z większym, teraz mam już w technikolorze i na piśmie, że niezła ze mnie laska :D
A pracowałam jak ten mrówek, bo oczywiście, w jeden dzień robili wydanie na sympozjum. I o dziwo, pracowali, pewno się bali, że zniknę i tyle. Bo jak jestem w redakcji, to zawsze można powiedzieć, że mam siedzieć na dupie.
Nie zrobiłam wszystkiego, albowiem Boss poszedł w siną dal, nie odrobiwszy lekcji, ale to nic nowego.
W międzyczasie obiadek zjadłam, albowiem wczoraj rosołek upichciłam, więc porządny, gorący, nie żadne tam odgrzewane badziewie z mikrofali.
I po skończeniu wszystkiego szybciorem mieszkanko ogarnęłam, jak to miałam w planach.
Ale na dłuższą metę nie chciałabym pracować z domu, bo to jednak jest mieszanie życia osobistego z pracą, a to nic dobrego. Przyzwyczailiby się i przysyłaliby mi pracę o północy nawet.
I nie tylko u Dory grudniki szaleją, mój też nie zasypia gruszek w popiele i...
Tylko mój róziowo-biały jest. Ciekawe, jak pracowy, bo w pracy też mam :)
A jutro... Na myśl o jutrze drży moje spragnione serce...
Wiem, fantazja i szaleństwo, ale...
Kto bogatemu zabroni? :)
I nie, nikt nie zgadł, co mnie jutro czeka :)
czwartek, 7 listopada 2019
Czwartek
udanym dniem był, Kochany Pamiętniczku.
Zameldował się Pierworodny, oddał Inżyniera klucze, znaczy się, swoich nie zgubił.
Miał wolne i chwilę pogadaliśmy, miał dziś wolne.
Było tak, jak powinno być.
Poszliśmy na Manhattan, był jeszcze Pan od Pomidorków i miał o dziwo pomidorki dobre i...
Kto zgadnie co dostanę w sobotę? :)
Odprowadziłam go na pętlę, słoneczko świeciło, ciepło było, wózeczek się toczył raźno, nie, nie grała muzyczka, bo w aparatach poleciałam.
Świeżutkiego, jak rzadko, rogala dorwałam, tak, wiem, Zmorko, są okropne :)
Ogarnęłam jadłospis, więc mam czas na kilka dni.
Sprzątanie jutro, choć gdybym się uparła i nie sprzątała, tragedii by nie było :)
Film oglądnęłam
Jest na Netflixie.
Wybaczyć wystarczy tylko raz.
To prawda.
Podpisuję się pod tym obiema ręcami.
Apotem Inżynierowa podesłała mi filmik z Kalafiorkówną, jak rozebrana do rosołu je makaron w sosie brokułowym.
Wspominałam już parokrotnie, że mnie nie kręci taki widok, wprost przeciwnie, no ale jak widać, teściowej można dojebać.
Nie wiem, co inteligentnego jest w tym, że dziecko je jak świnia i zostaje mu to na długo.
Nie dziwię się knajpom, odmawiającym wstępu dzieciom, które mało że jedzą jak świnie, to jeszcze cyrk w knajpie robią, bo mogą.
Moje dwulatki umiały jeść nożem i widelcem i jakoś nie zauważyłam, żeby były z tego powodu zestresowane i miały traumy z wczesnego dzieciństwa.
Za to ja mam odruch wymiotny, patrząc na dziecko upyprane od stóp do głów czymś, co wygląda jak rzygi albo kupa.
Nie mówiąc już o myciu dziecka, sprzątaniu.
W sumie - chcą, niech karmią, ale dlaczego tak trudno zrozumieć, że nie czekam na takie filmiki?
Za to nie wolno mi wrzucić zdjęcia złoszczącego się dziecka, chociaż gdy się złoszczą wyglądają przefantastycznie, bo to może je straumatyzować kiedyś.
A moja trauma po widoku takim jak dziś?
W Halloween puścić takie coś na ulicę i już przebrania nie trzeba.
A rząd-nierząd swoimi działaniami handel wykańcza powoli.
Pani w piątce skróciła godziny otwarcia.
Z Galerii, zresztą nigdy nie w pełni zasiedlonej wycofała się cukiernia, a kolejka tam zawsze stała, pralnia i stoisko z biżuterią.
Jak ją zamkną, żal będzie, bo tam jest dobrze zaopatrzona Biedronka Plus. No cóź, Kaczor w Biedronkach nie kupuje.
Prezenty urodzinowo-gwiazdkowe dla Pierworodnych mam z głowy. Dokładam, już pokupowali.
Inżynierostwo też dostanie urodzinowo-gwiazdkową kasę, ale to za miesiąc.
Tak więc rozłożyło mi się to na raty i mam już święty spokój.
Coraz bliżej święta, ale przedtem sobota i...
TADAM :)
Zameldował się Pierworodny, oddał Inżyniera klucze, znaczy się, swoich nie zgubił.
Miał wolne i chwilę pogadaliśmy, miał dziś wolne.
Było tak, jak powinno być.
Poszliśmy na Manhattan, był jeszcze Pan od Pomidorków i miał o dziwo pomidorki dobre i...
Kto zgadnie co dostanę w sobotę? :)
Odprowadziłam go na pętlę, słoneczko świeciło, ciepło było, wózeczek się toczył raźno, nie, nie grała muzyczka, bo w aparatach poleciałam.
Świeżutkiego, jak rzadko, rogala dorwałam, tak, wiem, Zmorko, są okropne :)
Ogarnęłam jadłospis, więc mam czas na kilka dni.
Sprzątanie jutro, choć gdybym się uparła i nie sprzątała, tragedii by nie było :)
Film oglądnęłam
Wybaczyć wystarczy tylko raz.
To prawda.
Podpisuję się pod tym obiema ręcami.
Apotem Inżynierowa podesłała mi filmik z Kalafiorkówną, jak rozebrana do rosołu je makaron w sosie brokułowym.
Wspominałam już parokrotnie, że mnie nie kręci taki widok, wprost przeciwnie, no ale jak widać, teściowej można dojebać.
Nie wiem, co inteligentnego jest w tym, że dziecko je jak świnia i zostaje mu to na długo.
Nie dziwię się knajpom, odmawiającym wstępu dzieciom, które mało że jedzą jak świnie, to jeszcze cyrk w knajpie robią, bo mogą.
Moje dwulatki umiały jeść nożem i widelcem i jakoś nie zauważyłam, żeby były z tego powodu zestresowane i miały traumy z wczesnego dzieciństwa.
Za to ja mam odruch wymiotny, patrząc na dziecko upyprane od stóp do głów czymś, co wygląda jak rzygi albo kupa.
Nie mówiąc już o myciu dziecka, sprzątaniu.
W sumie - chcą, niech karmią, ale dlaczego tak trudno zrozumieć, że nie czekam na takie filmiki?
Za to nie wolno mi wrzucić zdjęcia złoszczącego się dziecka, chociaż gdy się złoszczą wyglądają przefantastycznie, bo to może je straumatyzować kiedyś.
A moja trauma po widoku takim jak dziś?
W Halloween puścić takie coś na ulicę i już przebrania nie trzeba.
A rząd-nierząd swoimi działaniami handel wykańcza powoli.
Pani w piątce skróciła godziny otwarcia.
Z Galerii, zresztą nigdy nie w pełni zasiedlonej wycofała się cukiernia, a kolejka tam zawsze stała, pralnia i stoisko z biżuterią.
Jak ją zamkną, żal będzie, bo tam jest dobrze zaopatrzona Biedronka Plus. No cóź, Kaczor w Biedronkach nie kupuje.
Prezenty urodzinowo-gwiazdkowe dla Pierworodnych mam z głowy. Dokładam, już pokupowali.
Inżynierostwo też dostanie urodzinowo-gwiazdkową kasę, ale to za miesiąc.
Tak więc rozłożyło mi się to na raty i mam już święty spokój.
Coraz bliżej święta, ale przedtem sobota i...
TADAM :)
środa, 6 listopada 2019
Kolejna
środa, Kochany Pamiętniczku.
Coś jednak złapałam, będąc z wnukami, jako że wszyscy tam kichali, smarkali i kaszleli jak najęci.
Dziś już troszkę lepiej, ale jeszcze niekomfortowo.
I tak kolejne wolne dni spędzam na kurowaniu się, a miałam tyle planów, że ojapierdolę. No nic, dobrze, że nie muszę chora do pracy latać :)
Część balkonowych badyli wystawiłam na korytarz, bo sąsiadka w tym roku pelargonii nie zimuje, no i masz. Zielistka poszła w sina dal. W sumie na potrzebującego trafiło, bo zielistek mam od groma, no ale zastanawia mnie: obok stała zielistka, z której można wziąć pierdyliard szczepek, ale nie, nóg dostała już ukorzeniona.
Obawiam się, że złodziej się przeliczył, bo choć ukorzeniona, to przez całe lato na balkonie nie puściła ani jednej odnóżki, co u zielistek jest rzadko spotykane.
A mojej sąsiadce nigdy nic nie zginęło z badyli.
A mnie zawsze.
No cóż.
I tak się kuruję i kuruję, kakałko sobie popijając, a jakże
I tak za mną chodzi: idź do Lidla, idź do Lidla.
Nie lubię tam, bo ostatnio drogo jak cholera, ale...
Poszłam...
I :)
Nacieszyłam oczy resztkami cudów jesieni...
... a i nos mnie nie mylił, bo w domu mam
Znów będę narzekała na ból głowy, ale co tam :)
I tak pięknie nic się nie dzieje, powoli opadają emocje tego wszystkiego. Z tyłu głowy tłucze mi się mycie okien, ale nie, za stara już jestem na mycie okien z chorym gardłem.
I tak sobie z Niechciejem kakałkiem życie umilamy, wspaniały z niego towarzysz.
Coś jednak złapałam, będąc z wnukami, jako że wszyscy tam kichali, smarkali i kaszleli jak najęci.
Dziś już troszkę lepiej, ale jeszcze niekomfortowo.
I tak kolejne wolne dni spędzam na kurowaniu się, a miałam tyle planów, że ojapierdolę. No nic, dobrze, że nie muszę chora do pracy latać :)
Część balkonowych badyli wystawiłam na korytarz, bo sąsiadka w tym roku pelargonii nie zimuje, no i masz. Zielistka poszła w sina dal. W sumie na potrzebującego trafiło, bo zielistek mam od groma, no ale zastanawia mnie: obok stała zielistka, z której można wziąć pierdyliard szczepek, ale nie, nóg dostała już ukorzeniona.
Obawiam się, że złodziej się przeliczył, bo choć ukorzeniona, to przez całe lato na balkonie nie puściła ani jednej odnóżki, co u zielistek jest rzadko spotykane.
A mojej sąsiadce nigdy nic nie zginęło z badyli.
A mnie zawsze.
No cóż.
I tak się kuruję i kuruję, kakałko sobie popijając, a jakże
I tak za mną chodzi: idź do Lidla, idź do Lidla.
Nie lubię tam, bo ostatnio drogo jak cholera, ale...
Poszłam...
I :)
Nacieszyłam oczy resztkami cudów jesieni...
... a i nos mnie nie mylił, bo w domu mam
Znów będę narzekała na ból głowy, ale co tam :)
I tak pięknie nic się nie dzieje, powoli opadają emocje tego wszystkiego. Z tyłu głowy tłucze mi się mycie okien, ale nie, za stara już jestem na mycie okien z chorym gardłem.
I tak sobie z Niechciejem kakałkiem życie umilamy, wspaniały z niego towarzysz.
niedziela, 3 listopada 2019
Wkurw
kosmiczny ogarnął mnie po tym, Kochany Pamiętniczku, jak G. przysłała mi zdjęcie grobu Eksa.
Ni chuja nie wiem, kto tam był, nie zapytałam nawet, ale oba wieńce ode mnie wywalono za grób, a na samej płycie dyskoteka.
I pierdyliard doniczek z chryzantemami.
Już napisałam do Inżyniera, że więcej nie jadę.
Odpisał spokojnie, że i owszem, pojadę, bo potrzebuję.
Ale nie muszę sprzątać, wystarczy, że świeczkę zapalę. W sumie ma rację. Tam leżą też ich dziadek i ojciec, dla mnie obcy ludzie. Oni sami dziadka nie znali. A z teściem widziałam się może 2-3 razy w życiu, za każdym razem w nieciekawych okolicznościach, mąż nie utrzymywał z nim żadnych stosunków.
A tak było porządnie zrobione. Pewno przez ten pogrzeb szwagierki chcieli się popisać i pojechali. Jadąc tam, muszą przejeżdżać koło mojej chaupki. A nie, nikt nawet się nie zająknął, że jedzie i może mnie zabrać.
A to ja, jak był jeszcze grób ziemny, sprzątałam po pierwszych Wszystkich Świętych, wynosząc tony zwiędłych wrzosów i zniczy. I umarłych chryzantem. No cóż, mają kasę.
Na Wielkanoc tam sprzątałam.
Na jesieni był już grób murowany, ale pusto i cicho. W pierwszą rocznicę śmierci Eksa byłam tam sama, potem nikogo nie było, bo jak przyjechałam sprzątać na Wszystkich Świętych był tylko stroik ode mnie.
Po Wszystkich Świętych w zeszłym roku myślałam, że zwariuję, bo oprócz kochającej rodziny nakładli tam jeszcze jakichś flag opiekunowie Powstańców Wielkopolskich. Gips się ze mnie sypał, zanim dowlokłam to wszystko do śmietnika.
Na Wielkanoc i w drugą rocznicę nikt nie był, co takoż odkryłam po resztkach.
No a teraz znów roboty po kokardkę i kucyki. I nie, nie każę tego ogarniać Pierworodnemu. Nie jestem służącą i on też nie jest.
Gdyby mieli po kolei w głowie, zrzuciliby się na jeden porządny wieniec, który nie zaśmieci grobu. Chryzantemy za parę dni padną i jak ktoś chce takie kwiaty stawiać, powinien je sprzątać.
Będzie na grobie syf i śmietnik już za parę dni.
Pierdolę, nie robię.
Rozmawiam z G., a ta znów litanię z przeszłości ciągnie. Że był u niej TEN szwagier z żoną, że najpierw u nich siedzieli (G. ma agroturystykę), a potem jej dupę obrabiali. Że TEN rozpowiada w P., że mężowi G. nic nie jest (mąż G. jest najmłodszym z rodziny Eksa), a jest tylko spasiony. Mąż G. ma guz na mózgu, zaawansowanego parkinsona i jedzie na tlenie. TEN jest lekarzem, profesorem.
Kurwa mać.
Tylko z grzeczności nie zapytałam, po co ich zapraszała do siebie?
Tym bardziej, że dzieli ich 7 godzin jazdy samochodem :) Że nieboszczki nie odwiedzali, a już rozpowiadali, że ona umrze.
Jprdl...
Że ze mną nie utrzymują kontaktu, bo jestem biedna.
Serio?
Napisałam, że jestem bardzo bogata. Mam dzieci, wnuki, pracę i samą siebie. I to mi do szczęścia wystarcza. Częścią ich rodziny nie czułam się nigdy, parę razy mi to dobitnie podkreślono, a i sama G. nie jest bez winy - na komunię swojej jedynaczki nas nie zaproszono, bo... miała za mało miejsca. Ja Inżynierowi wyprawiłam komunię na 21 osób w naszym mieszkaniu. Było zajefajnie.
Ale... W dupie to wszystko mam.
Mam swoje życie i jest mi w nim dobrze.
Czy oni są szczęśliwi? Nie wiem, nie wnikam, nie obchodzi mnie to.
Nie mój cyrk, nie moje pchły.
Jeżeli G. czuje się odtrącona, to po co do nich rękę wyciąga? Zostawili wszystko tu, pojechali tam, budować nowe życie, a ciągle kręcą się w tym zaklętym kręgu tego, co było, co kto powiedział, kto kogo jak oszukał i kto jest większym chujem.
Na moje: są siebie warci.
I nie potrzebuję ich do niczego.
Więc?
Nigdy nie jest za późno na ratowanie samego siebie.
Ni chuja nie wiem, kto tam był, nie zapytałam nawet, ale oba wieńce ode mnie wywalono za grób, a na samej płycie dyskoteka.
I pierdyliard doniczek z chryzantemami.
Już napisałam do Inżyniera, że więcej nie jadę.
Odpisał spokojnie, że i owszem, pojadę, bo potrzebuję.
Ale nie muszę sprzątać, wystarczy, że świeczkę zapalę. W sumie ma rację. Tam leżą też ich dziadek i ojciec, dla mnie obcy ludzie. Oni sami dziadka nie znali. A z teściem widziałam się może 2-3 razy w życiu, za każdym razem w nieciekawych okolicznościach, mąż nie utrzymywał z nim żadnych stosunków.
A tak było porządnie zrobione. Pewno przez ten pogrzeb szwagierki chcieli się popisać i pojechali. Jadąc tam, muszą przejeżdżać koło mojej chaupki. A nie, nikt nawet się nie zająknął, że jedzie i może mnie zabrać.
A to ja, jak był jeszcze grób ziemny, sprzątałam po pierwszych Wszystkich Świętych, wynosząc tony zwiędłych wrzosów i zniczy. I umarłych chryzantem. No cóż, mają kasę.
Na Wielkanoc tam sprzątałam.
Na jesieni był już grób murowany, ale pusto i cicho. W pierwszą rocznicę śmierci Eksa byłam tam sama, potem nikogo nie było, bo jak przyjechałam sprzątać na Wszystkich Świętych był tylko stroik ode mnie.
Po Wszystkich Świętych w zeszłym roku myślałam, że zwariuję, bo oprócz kochającej rodziny nakładli tam jeszcze jakichś flag opiekunowie Powstańców Wielkopolskich. Gips się ze mnie sypał, zanim dowlokłam to wszystko do śmietnika.
Na Wielkanoc i w drugą rocznicę nikt nie był, co takoż odkryłam po resztkach.
No a teraz znów roboty po kokardkę i kucyki. I nie, nie każę tego ogarniać Pierworodnemu. Nie jestem służącą i on też nie jest.
Gdyby mieli po kolei w głowie, zrzuciliby się na jeden porządny wieniec, który nie zaśmieci grobu. Chryzantemy za parę dni padną i jak ktoś chce takie kwiaty stawiać, powinien je sprzątać.
Będzie na grobie syf i śmietnik już za parę dni.
Pierdolę, nie robię.
Rozmawiam z G., a ta znów litanię z przeszłości ciągnie. Że był u niej TEN szwagier z żoną, że najpierw u nich siedzieli (G. ma agroturystykę), a potem jej dupę obrabiali. Że TEN rozpowiada w P., że mężowi G. nic nie jest (mąż G. jest najmłodszym z rodziny Eksa), a jest tylko spasiony. Mąż G. ma guz na mózgu, zaawansowanego parkinsona i jedzie na tlenie. TEN jest lekarzem, profesorem.
Kurwa mać.
Tylko z grzeczności nie zapytałam, po co ich zapraszała do siebie?
Tym bardziej, że dzieli ich 7 godzin jazdy samochodem :) Że nieboszczki nie odwiedzali, a już rozpowiadali, że ona umrze.
Jprdl...
Że ze mną nie utrzymują kontaktu, bo jestem biedna.
Serio?
Napisałam, że jestem bardzo bogata. Mam dzieci, wnuki, pracę i samą siebie. I to mi do szczęścia wystarcza. Częścią ich rodziny nie czułam się nigdy, parę razy mi to dobitnie podkreślono, a i sama G. nie jest bez winy - na komunię swojej jedynaczki nas nie zaproszono, bo... miała za mało miejsca. Ja Inżynierowi wyprawiłam komunię na 21 osób w naszym mieszkaniu. Było zajefajnie.
Ale... W dupie to wszystko mam.
Mam swoje życie i jest mi w nim dobrze.
Czy oni są szczęśliwi? Nie wiem, nie wnikam, nie obchodzi mnie to.
Nie mój cyrk, nie moje pchły.
Jeżeli G. czuje się odtrącona, to po co do nich rękę wyciąga? Zostawili wszystko tu, pojechali tam, budować nowe życie, a ciągle kręcą się w tym zaklętym kręgu tego, co było, co kto powiedział, kto kogo jak oszukał i kto jest większym chujem.
Na moje: są siebie warci.
I nie potrzebuję ich do niczego.
Więc?
Nigdy nie jest za późno na ratowanie samego siebie.
sobota, 2 listopada 2019
I po
tych dniach, Kochany Pamiętniczku.
Wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija, to prawda.
W nocy przed pogrzebem śniło mi się, że sąsiadka zalała mi tak łazienkę, że z sufitu lały się strumienie wody.
W dniu pogrzebu Eksa sąsiadka faktycznie zalała mi łazienkę.
Przed kwiaciarnią byłam za dwie minuty ósma, spanikowana, że nikogo nie ma i już pisałam scenariusze...
Pan przyjechał minutę po ósmej, a wieniec był przepiękny.
Mniejsza z większym, że kosztował jak za zboże, bo pani wykorzystała całą graniczną kwotę. No, ale nic.
Taksówka też swoje kosztowała, byłam przed kościołem pierwsza, za 15 dziewiąta.
I zjeżdżali się ludzie, których albo nie znałam, albo z rodziny szwagierki, ale oni mnie nie pamiętali, więc stałam jak taki kołek w płocie.
Ja jedna z wieńcem, bo wszyscy wypasionymi furami, więc badyle mieli w bagażnikach.
G. pisała, że już jadą, że mnie zabiorą, ale za dwie dziewiąta nadjechał syn TEGO szwagra, co mnie ogolił i zupełnie jakbym do słupa mówiła.
Więc wlazłam sama do kościoła, sama dźwigając te badyle, tuż przed kazaniem w kościele zlądował TEN szwagier, a rodziny dalej niet. (Bo TEN szwagier to nie rodzina i już).
Ksiądz kazanie zaczyna, wchodzi rodzina nieboszczki.
Usiedli koło mnie, T., jej syn, nachyla się i mówi przepraszam, a zajechało jak z gorzelni.
Ksiądz pieprzył jak Piekarski na mękach, po drugim zdaniu straciłam wątek, a pierdolił pół godziny!
Jakoś dotrwałam do końca.
Wzięli i wieniec, i mnie, za co niebiosom dziękowałam, bo ciężki był jak diabli, a perspektywa brania drugi raz taksówki znacząco zubażała mój budżet.
Z duszą na ramieniu, jako że ten chuch, a ruch był jak diabli, dojechaliśmy koło cmentarza, gdzie udało nam się zaparkować naprawdę psim swędem pod pięknym napisem na płocie
nie zauważyłam niestety, że Z. wlazła mi w kadr i zasłoniła słowo śmierć.
T. po wyjściu z auta łypnął na mnie i rzekł: nie wiedziałem, że mam taką fajną ciocię. Masz fantastyczny dystans do siebie i do świata.
Miód na moje serce :)
Odrzekłam: dziwnie się czuję, gdy słyszę ciocia skierowane do mnie. Przez prawie 20 lat go nie słyszałam.
Myślę, że z młodymi znalazłabym wspólny język, ale chyba już za późno na budowanie jakiejś więzi.
Pozostają spotkanie cmentarne, albowiem już po ślubach, a jeszcze przed ślubami nowego pokolenia, ale jako że i ja na ich ślubach nie bywałam, wątpię, że w następnej turze się załapię. I też dobrze, bo to zawsze kosztowne imprezy są.
T. wieniec w pocie czoła doniósł do kaplicy, niezależnie od tego, którym wejściem bym weszła, nie znalazłabym tej kaplicy, a od każdego wejścia jest do niej kawał drogi. Więc dobrze, że pojechałam do B. na mszę.
Tegoroczny listopad wygolił mnie w sumie na prawie tysiąc, wliczając w to okryjbidę, której nie kupiłabym, nie idąc na pogrzeb. No ale mniejsza z większym :)
Na stypę jechałam już z wdowcem, bo przetasowanie nastąpiło. Nie zmienił się nic a nic w sensie psychiki - jak był złośliwy i zgryźliwy, tak taki pozostał. Nie, żebym mu to miała za złe, bo i ja jestem z tych, co kurwą rzucą, ale do głowy nie przyszłoby mi wrzeszczeć, że ludzie powariowali, tak jeżdżą, że korki są, nie mogą kurwa, w domu siedzieć, tylko na cmentarz muszą się pchać.
Był wstrząśnięty, to było widać, ale... I tak chamowatość się dalej wylewała. PYta, dlaczego Inżynier wraca, mówię, że ze względu na żonę. A on na to: to niech się rozwiedzie, a nie babę niańczy...
Wpadliśmy na chwilę do jego chaty i serio: nie poznałam ani domu, ani okolicy. A w domu, a siedziba to nie byle jaka, same antyki i inne takie tam, a jechało stęchlizną gorzej niż w piwnicy.
Żal mi gościa.
Stypa dziwna, bo nie znałam na niej prawie nikogo, no ale też ze szwagierką nie utrzymywałam od dawna kontaktu, a właściwie po tym, jak się T. opiekowałam, prawie wcale. Bo ona, gdy ja przyjeżdżałam do nich w wakacje, dla teściowej, która u nich do śmierci mieszkała, ja tam całe wakacje sprzątałam i gotowałam dla całej okolicy, wyjeżdżała zawsze na całe lato na letnisko.
Widziałam ją zaraz po pogrzebie Eksa, bo przyjechała do mnie z tymi papierami i potem jeszcze utrzymywałyśmy rzadki kontakt elektroniczny. Kiedy dowiedziałam się, że jest chora, zaproponowałam odwiedziny w szpitalu, ale powiedziała, że nie chce i nie trzeba, nie powiedziała mi nawet, który to szpital. Potem napisała, że jest OK i nie chce rozmawiać o chorobie, a potem wzięła i zmarła.
Na stypie siedziałam przy rodzinnym stole, obok siostry Eksa, A. A. jest lekarzem, zaś brat nieboszczki, siedzący tuż obok ją zna, więc cała konwersacja toczyła się wokół chorób, operacji, sposobów leczenia, diet, oczyszczania jelit i kurwa mać. Picia trzech litrów wody dziennie, jogi, wegetarianizmu i innych pompek w powietrzu.
Ale co miałam zrobić?
Między rosołkiem a drugim wysłuchałam na temat wycinania czegoś tam, z detalami, pytania, co by tu jeszcze wyciąć albo zaszyć, więc wyłączyłam opcję słuchanie i oddałam się jedzeniu.
Zaraz po kawie złapałam ludzi, którzy jechali do Poznania i mieli miejsce, prosząc o wysadzenie na Ogrodach. Chcieli mnie odwozić do domu, ale podziękowałam, mówiąc, że korki, że szybciej będę MPK :)
TEN szwagier przy rodzinnym stole nie usiadł, a i zwinął się jak błyskawica.
Nikt z nim nie rozmawiał.
Taka to kochająca się rodzina.
Wróciłam do domu zmęczona jak diabli, ale szczęśliwa, przeszczęśliwa, że to wszystko już za mną.
Inżynier wyciągnął mnie na Skype na 3 godziny, ale to już całkiem inna bajka. Jutro wraca mu rodzina, więc nie za bardzo będzie jak gawędzić.
Wieczorem był dwa razy dzwonek jak na alarm, ale to pewno halloweenowi wędrowcy. Nie otwierałam, nawet nie miałam cukierasków, ale następnego dnia miałam porozrzucane wycieraczki. Nie było więc tak źle.
Do dziś nie ruszyłam palcem w bucie, odpuszczając sobie cotygodniowe sprzątanie. Ogarnęłam z grubsza i jest git majonez.
Wczoraj pojechałam do wujka Mietka, zapalić ogarek, dawno mnie tam nie było.
Chyba wszyscy jechali na cmentarze samochodami, bo w MPK można było tango milonga w pojazdach tańczyć.
No ale dzięki temu spokojnie się przejechałam, ogarek zapaliłam, westchnęłam do moich Umarlaków
Takie apele na nowo posadzonych drzewach w Alei Niepodległości wiszą :)
Dzisiaj pojechałam do Synowej, do Alienka i Kalafiorkówny. Jeżu kolczasty, jacy oni słodcy. Alienka wymiziałam i coraz więcej mamy wspólnych zabaw, szkoda, że znów będzie taka długa przerwa. Ale na pytanie, czy będzie ze mną rozmawiał na Skype, odpowiadał, że tak, a na pytanie, czy będzie mnie na nim straszył gębusia mu się uśmiechała od ucha do ucha :) A Kalafiorkówna, aczkolwiek niechętnie siedząca u mnie na rękach, jednak piątkę mi przybijała, bo ją tego nauczyłam, zatem pierwsza piątka Kalafiorkówny jest moja :)
Nie siedziałam długo, mimo namów, bo...
Mieszkanie jest, jakie jest, podłoga się klei. Kalafiorkówna pełzająca ma wszystko brudne.
Synowa tłumaczy, że pies, że takie tam, mi to rybka.
Nie oceniam, jej sprawa, że jej się tam więcej podoba niż u mnie. Na dokładkę wszyscy kichający, smarkający, charczący. Ale nie, nie wietrzymy, bo zimno leci. Kiedy moje dzieci były małe, zaraz po śniadaniu brałam odkurzacz i potem myłam podłogę. Codziennie. Też miałam wtedy wykładzinę lenteksową, tak jak oni, ale co dzień ją myłam. No i nie miałam psa. Co z tego, że pies zlizuje z podłogi to, co spadnie?
Dlatego nie lubię tam chodzić i tak, jak zawsze zdejmuję buty, choć nie muszę, to tam nigdy. Boję się, że nie odkleiłabym skarpetek w domu. A klejkiego nienawidzę z całego serca :)
Dlatego podziękowałam za propozycję zjedzenia obiadu, w domu czekała na mnie zupa kalafiorowa (tak, z mojej własnej wnuczki) i mielone.
Teraz tylko pranie i bez okularów mieszkanie jest hasta manana :)
Zostaje mi do sprzątnięcia balkon, bo w nocy był mróz i wszystkie komarzyce padły. W zeszłym roku niepadnięte dotrwały do lutego, ale w tym mi przeszkadzają, więc jak się tylko ociepli - ogarnę.
Mam jeszcze tydzień wolnego, chyba że będzie coś na gwałt.
Oby nie było.
Lecąc do wnusiów zanabyłam
Drogi jak diabli, chociaż reprint, ale od dawna chciałam go mieć. To nie jest mój elementarz, bo jest to reprint wydania z 1971 roku, ale... Dostałam za Office'a, jednak emilek zadziałał, więc... No co, moje dzieciństwo :)
Moje oko korektorki już znalazło błąd :P
Cudzysłów zamykający cytat jest nieprawidłowy, albowiem jest to cudzysłów angielski, nie polski. Nie wiem, jakie były wtedy reguły, musiałabym poszperać.
Ale dla mnie to jest błąd.
Przeczytam w wolnej chwili cały elementarz.
I może wreszcie wypocznę.
Losie, pozwól :)
Wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija, to prawda.
W nocy przed pogrzebem śniło mi się, że sąsiadka zalała mi tak łazienkę, że z sufitu lały się strumienie wody.
W dniu pogrzebu Eksa sąsiadka faktycznie zalała mi łazienkę.
Przed kwiaciarnią byłam za dwie minuty ósma, spanikowana, że nikogo nie ma i już pisałam scenariusze...
Pan przyjechał minutę po ósmej, a wieniec był przepiękny.
Mniejsza z większym, że kosztował jak za zboże, bo pani wykorzystała całą graniczną kwotę. No, ale nic.
Taksówka też swoje kosztowała, byłam przed kościołem pierwsza, za 15 dziewiąta.
I zjeżdżali się ludzie, których albo nie znałam, albo z rodziny szwagierki, ale oni mnie nie pamiętali, więc stałam jak taki kołek w płocie.
Ja jedna z wieńcem, bo wszyscy wypasionymi furami, więc badyle mieli w bagażnikach.
G. pisała, że już jadą, że mnie zabiorą, ale za dwie dziewiąta nadjechał syn TEGO szwagra, co mnie ogolił i zupełnie jakbym do słupa mówiła.
Więc wlazłam sama do kościoła, sama dźwigając te badyle, tuż przed kazaniem w kościele zlądował TEN szwagier, a rodziny dalej niet. (Bo TEN szwagier to nie rodzina i już).
Ksiądz kazanie zaczyna, wchodzi rodzina nieboszczki.
Usiedli koło mnie, T., jej syn, nachyla się i mówi przepraszam, a zajechało jak z gorzelni.
Ksiądz pieprzył jak Piekarski na mękach, po drugim zdaniu straciłam wątek, a pierdolił pół godziny!
Jakoś dotrwałam do końca.
Wzięli i wieniec, i mnie, za co niebiosom dziękowałam, bo ciężki był jak diabli, a perspektywa brania drugi raz taksówki znacząco zubażała mój budżet.
Z duszą na ramieniu, jako że ten chuch, a ruch był jak diabli, dojechaliśmy koło cmentarza, gdzie udało nam się zaparkować naprawdę psim swędem pod pięknym napisem na płocie
nie zauważyłam niestety, że Z. wlazła mi w kadr i zasłoniła słowo śmierć.
T. po wyjściu z auta łypnął na mnie i rzekł: nie wiedziałem, że mam taką fajną ciocię. Masz fantastyczny dystans do siebie i do świata.
Miód na moje serce :)
Odrzekłam: dziwnie się czuję, gdy słyszę ciocia skierowane do mnie. Przez prawie 20 lat go nie słyszałam.
Myślę, że z młodymi znalazłabym wspólny język, ale chyba już za późno na budowanie jakiejś więzi.
Pozostają spotkanie cmentarne, albowiem już po ślubach, a jeszcze przed ślubami nowego pokolenia, ale jako że i ja na ich ślubach nie bywałam, wątpię, że w następnej turze się załapię. I też dobrze, bo to zawsze kosztowne imprezy są.
T. wieniec w pocie czoła doniósł do kaplicy, niezależnie od tego, którym wejściem bym weszła, nie znalazłabym tej kaplicy, a od każdego wejścia jest do niej kawał drogi. Więc dobrze, że pojechałam do B. na mszę.
Tegoroczny listopad wygolił mnie w sumie na prawie tysiąc, wliczając w to okryjbidę, której nie kupiłabym, nie idąc na pogrzeb. No ale mniejsza z większym :)
Na stypę jechałam już z wdowcem, bo przetasowanie nastąpiło. Nie zmienił się nic a nic w sensie psychiki - jak był złośliwy i zgryźliwy, tak taki pozostał. Nie, żebym mu to miała za złe, bo i ja jestem z tych, co kurwą rzucą, ale do głowy nie przyszłoby mi wrzeszczeć, że ludzie powariowali, tak jeżdżą, że korki są, nie mogą kurwa, w domu siedzieć, tylko na cmentarz muszą się pchać.
Był wstrząśnięty, to było widać, ale... I tak chamowatość się dalej wylewała. PYta, dlaczego Inżynier wraca, mówię, że ze względu na żonę. A on na to: to niech się rozwiedzie, a nie babę niańczy...
Wpadliśmy na chwilę do jego chaty i serio: nie poznałam ani domu, ani okolicy. A w domu, a siedziba to nie byle jaka, same antyki i inne takie tam, a jechało stęchlizną gorzej niż w piwnicy.
Żal mi gościa.
Stypa dziwna, bo nie znałam na niej prawie nikogo, no ale też ze szwagierką nie utrzymywałam od dawna kontaktu, a właściwie po tym, jak się T. opiekowałam, prawie wcale. Bo ona, gdy ja przyjeżdżałam do nich w wakacje, dla teściowej, która u nich do śmierci mieszkała, ja tam całe wakacje sprzątałam i gotowałam dla całej okolicy, wyjeżdżała zawsze na całe lato na letnisko.
Widziałam ją zaraz po pogrzebie Eksa, bo przyjechała do mnie z tymi papierami i potem jeszcze utrzymywałyśmy rzadki kontakt elektroniczny. Kiedy dowiedziałam się, że jest chora, zaproponowałam odwiedziny w szpitalu, ale powiedziała, że nie chce i nie trzeba, nie powiedziała mi nawet, który to szpital. Potem napisała, że jest OK i nie chce rozmawiać o chorobie, a potem wzięła i zmarła.
Na stypie siedziałam przy rodzinnym stole, obok siostry Eksa, A. A. jest lekarzem, zaś brat nieboszczki, siedzący tuż obok ją zna, więc cała konwersacja toczyła się wokół chorób, operacji, sposobów leczenia, diet, oczyszczania jelit i kurwa mać. Picia trzech litrów wody dziennie, jogi, wegetarianizmu i innych pompek w powietrzu.
Ale co miałam zrobić?
Między rosołkiem a drugim wysłuchałam na temat wycinania czegoś tam, z detalami, pytania, co by tu jeszcze wyciąć albo zaszyć, więc wyłączyłam opcję słuchanie i oddałam się jedzeniu.
Zaraz po kawie złapałam ludzi, którzy jechali do Poznania i mieli miejsce, prosząc o wysadzenie na Ogrodach. Chcieli mnie odwozić do domu, ale podziękowałam, mówiąc, że korki, że szybciej będę MPK :)
TEN szwagier przy rodzinnym stole nie usiadł, a i zwinął się jak błyskawica.
Nikt z nim nie rozmawiał.
Taka to kochająca się rodzina.
Wróciłam do domu zmęczona jak diabli, ale szczęśliwa, przeszczęśliwa, że to wszystko już za mną.
Inżynier wyciągnął mnie na Skype na 3 godziny, ale to już całkiem inna bajka. Jutro wraca mu rodzina, więc nie za bardzo będzie jak gawędzić.
Wieczorem był dwa razy dzwonek jak na alarm, ale to pewno halloweenowi wędrowcy. Nie otwierałam, nawet nie miałam cukierasków, ale następnego dnia miałam porozrzucane wycieraczki. Nie było więc tak źle.
Do dziś nie ruszyłam palcem w bucie, odpuszczając sobie cotygodniowe sprzątanie. Ogarnęłam z grubsza i jest git majonez.
Wczoraj pojechałam do wujka Mietka, zapalić ogarek, dawno mnie tam nie było.
Chyba wszyscy jechali na cmentarze samochodami, bo w MPK można było tango milonga w pojazdach tańczyć.
No ale dzięki temu spokojnie się przejechałam, ogarek zapaliłam, westchnęłam do moich Umarlaków
Takie apele na nowo posadzonych drzewach w Alei Niepodległości wiszą :)
Dzisiaj pojechałam do Synowej, do Alienka i Kalafiorkówny. Jeżu kolczasty, jacy oni słodcy. Alienka wymiziałam i coraz więcej mamy wspólnych zabaw, szkoda, że znów będzie taka długa przerwa. Ale na pytanie, czy będzie ze mną rozmawiał na Skype, odpowiadał, że tak, a na pytanie, czy będzie mnie na nim straszył gębusia mu się uśmiechała od ucha do ucha :) A Kalafiorkówna, aczkolwiek niechętnie siedząca u mnie na rękach, jednak piątkę mi przybijała, bo ją tego nauczyłam, zatem pierwsza piątka Kalafiorkówny jest moja :)
Nie siedziałam długo, mimo namów, bo...
Mieszkanie jest, jakie jest, podłoga się klei. Kalafiorkówna pełzająca ma wszystko brudne.
Synowa tłumaczy, że pies, że takie tam, mi to rybka.
Nie oceniam, jej sprawa, że jej się tam więcej podoba niż u mnie. Na dokładkę wszyscy kichający, smarkający, charczący. Ale nie, nie wietrzymy, bo zimno leci. Kiedy moje dzieci były małe, zaraz po śniadaniu brałam odkurzacz i potem myłam podłogę. Codziennie. Też miałam wtedy wykładzinę lenteksową, tak jak oni, ale co dzień ją myłam. No i nie miałam psa. Co z tego, że pies zlizuje z podłogi to, co spadnie?
Dlatego nie lubię tam chodzić i tak, jak zawsze zdejmuję buty, choć nie muszę, to tam nigdy. Boję się, że nie odkleiłabym skarpetek w domu. A klejkiego nienawidzę z całego serca :)
Dlatego podziękowałam za propozycję zjedzenia obiadu, w domu czekała na mnie zupa kalafiorowa (tak, z mojej własnej wnuczki) i mielone.
Teraz tylko pranie i bez okularów mieszkanie jest hasta manana :)
Zostaje mi do sprzątnięcia balkon, bo w nocy był mróz i wszystkie komarzyce padły. W zeszłym roku niepadnięte dotrwały do lutego, ale w tym mi przeszkadzają, więc jak się tylko ociepli - ogarnę.
Mam jeszcze tydzień wolnego, chyba że będzie coś na gwałt.
Oby nie było.
Lecąc do wnusiów zanabyłam
Drogi jak diabli, chociaż reprint, ale od dawna chciałam go mieć. To nie jest mój elementarz, bo jest to reprint wydania z 1971 roku, ale... Dostałam za Office'a, jednak emilek zadziałał, więc... No co, moje dzieciństwo :)
Moje oko korektorki już znalazło błąd :P
Cudzysłów zamykający cytat jest nieprawidłowy, albowiem jest to cudzysłów angielski, nie polski. Nie wiem, jakie były wtedy reguły, musiałabym poszperać.
Ale dla mnie to jest błąd.
Przeczytam w wolnej chwili cały elementarz.
I może wreszcie wypocznę.
Losie, pozwól :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)