środa, 30 października 2019

Kurcgalopkiem

Kochany Pamiętniczku, z podskoku i z półobrotu.

Takie tam, bladym świtem...






Ale ciepło było i przyjemnie, okryjbida jest cudowna :)



Nie wyrobiłam się punktualnie do Inżynierowej, co mnie, maniaczkę punktualności prawie zabiło, a jej nawet powieka nie drgnęła.
I tak kiblowaliśmy, bo Kalafiorkówna spała.
A potem nagle zryw i poszliśmy na spacer do parku Sołackiego, gdzie wredny Alienek wiał, aż się kurzyło,


a babcia, z trudem mieszcząca się w obiektywie,  zapierdalała za nim jak Zatopek, nawet nie hamując na zakrętach, a ostroga piętowa rechotała cichcem i ukradkiem. No ale lataliśmy jak prawdziwe samoloty, huśtawki, bujaki, zjeżdżalnie, ojapierdolę, parę miesięcy i byłabym jakieś 30 kilo w plecy :)
I tak mijał czas, odstawienie Alienka i Kalafiorkówny do domu, genialny pomysł Inżynierowej, że może w sobotę Alienka mi na solo podrzuci, skoro bawi się ze mną jak głupi...
Kuszące, ale...

No...

To tylko skromna część, bo w małym pokoju jest reszta, bo bukiet był taki bajerancki, wiem, że na groby, ale... Jak zapalę pod tym świeczuszkę to tak, jakbym na grobach była i tak stałabym wszędzie samotnie i takie tam...
Ale zestaw taki i Alienek?
Masakryczne.
Przed dziećmi Pierworodnego ledwo to ochroniłam, a to dorosłe egzemplarze są.
Po randce z Alienkiem i Kalafiorkówną  kurcgalopkiem do domu, sik, ręce, picie i wio...
Po druga turę.
A pięta bolała jak jasny pierun, ale co tam, uśmiech na ustach, choć w nogach ból, to najtrudniejsza z życiowych ról.
Kurwa.
To ja czekam.
Piszę.
Cisza w eterze.
Jak dla mnie to nie jest śmieszne, ale wkurwiające. Bo to nie mój interes, ale moja dobra wola.
No nic. 10 minut po czasie pojawia się, sunąca jak Titanic na spotkanie z górą lodową majestatycznie Synowa... Raczyła przybyć. No ba, powinnam wciąż pamiętać ten T-shirt witający: Królowa jest tylko jedna.
MW wita mnie radośnie, Papryczek stawia warunek:puści matkę, jak dostanie loda. Przechodzimy przez skrzyżowanie, na rogu Żabka, Synowa rzuca, ze idziemy po loda. WTF? Do Żabki? Rydzykowi dać zarobić?
Nie ma chuja we wsi.
Wykopuję Synową na przystanek, biorę Papryczka za rękę i pilnując MW, żeby nie zginęła, lecimy na nasz przystanek.
Szkoda, że nie miałam biletów na ten cyrk, bo zarobiłabym, że ojapierdolę.
Przedstawienie pod tytułem: chcę loda i ja, w roli nieugiętej Królowej Śniegu.
Jak ja to zagrałam.
Moja odpowiedź: a ja chcę gwiazdkę z nieba, kafelek z pieca i szybkę z okna wywołała na przystanku salwę śmiechu.
A na słowa: krzycz głośniej, bo nie słyszę ludzie tarzali się z radości (aparaty miałam).
1 : 0 dla mnie.
W domu: nie rozbierze się.
Ja: nie musisz. Możesz siedzieć w kurtce, ogrzewanie nie jest włączone.
Rozbiera się.
Idę do kuchni.
Nie będzie nic jadł.
Nie musi, gotuję dla siebie i MW.
Szybka pomidorówa z lanymi kluskami na gotowym już rosołku i...
Przed obiadem zeżarli po bananie, bez proszenia.
MW wciąga talerz pomidorówki, Papryczek dwa i tłumaczy mi, że jak pokazuje kciuk podniesiony w górę, to znaczy, że pomidorówka jest wyśmienita.
No ja sądzę :)
Trochę zabawy, pogawędki i drążenie, czy zostają na noc.
MW chce, Papryczek chce do domu.
Jednak odmawiam MW, bo jutro pogrzeb, a poza tym - szczerze - marzę o wyciągnięciu kopyt w górę, wypiciu piwa i nieodpowiadaniu na pierdyliard dylematów, czy można komuś usiąść na głowę, na plecy, na nogi i na inne części ciała. Twardo zaznaczam, że nikt nie będzie na mnie siadał, a już na pewno nie będzie właził mi na głowę.
Ale na głowę dziadka S. można włazić. I na inne części ciała też.
No ale dziadek S. miał zawał, ma by-passy, więc nie.
Babcia SJ nie życzy sobie tego.
Leją się.
Udaje mi się zażegnać konflikt międzyrodzeństwowy.
Wkracza na scenę matka.
Od proga się podlizuje, że ładnie pachnie...
Dostaje pomidorową, ale małe szakale znów są głodne, więc załapuje się tylko na jeden talerz.
A był pełen gar pomidorówy!
A i soczek i ciasteczka też obciągnęli po drugim obiadku (bo i w szkole, i w przedszkolu mają pełne żarełko).
Serio?
Nie ogarniam.
Moje aż tak nienażarte nie były, a na ludzi wyrosły.
Powiedziałam Synowej, co myślę.
Kajała się, że jak ogarną, to już nie będę musiała wszystkiego ciągnąć sama.
Pożiwiom, uwidiom.

Jadę jutro na mszę, nie mam zielonego pojęcia, czy ktoś mnie z tej pipidówki zabierze z wieńcem, czy po raz kolejny będę zamawiała taksówkę. Po dzisiejszej eskapadzie w godzinach, w których jutro musiałabym jechać na cmentarz wiem, że nawet z wiązanką się nie wcisnę do MPK.

No nic.
Trzymajcie za mnie jutro i w ogóle kciuki, bo kto Wam będzie takie pierdoły opowiadał?





wtorek, 29 października 2019

Kolejna

operacja pod kryptonimem "Dopieszczanie Umarlaków" zakończona sukcesem, Kochany Pamiętniczku.
Aczkolwiek Eks mi trochę krwi napsuł, bo autobus do M., jeden na godzinę wypadł z kursu i nie tylko dupa mi zmarzła, ale musiałam kiblować godzinę w M.. bo nic nie jechało.
W międzyczasie się ubrałam cieplej i nie było tak źle.
Na mogiłce stał wciąż wieniec od ukochanej małżonki Eksa, ktoś dołożył maleńką doniczkę chryzantem, które z braku wody i z powodu zimna szlag trafił. Zatem doniczka została eksmitowana,  płyta wyczyszczona, dodany drugi wieniec, bo pierwszy nówka nieśmigana i tadam


Wygląda piknie.
Tyle że wieniec od 10 zł droższy niż w ubiegłym miesiącu.
A i pewnie z okazji wleci ktoś i naćpa wrzosów za 5 zł, które ja potem będę w pocie czoła wynosiła.
No cóż.
Po powrocie z M. kurcgalopkiem na dworzec, bilet na dziś i wpadłam do Maciejki, ale żadnych butów nie mieli.
Trudno. Pójdę w wiśniowych.
Noc przespana na raty, jak zwykle przed podróżą, i żeby zdążyć na pociąg o 8.53 wylazłam z domu o 7.35, nos mnie nie mylił: autobusy miały spóźnienie.
Na pociąg zdążyłam, jechałam fajnym elfem, kontemplując a to rzepaczki kwitnące, a to sarenki (trzy) z białymi dupkami w rzepaczku, a to inne takie tam i broniąc się przed  panią, której wszystko przeszkadzało i która swe bujne owłosienie czesała, a pretensje o wszystko, m.in. o to, że facet wchodząc do kibla drzwi nie zamknął i musiała TO oglądać, kierowała do mnie.
Nie, nie byłam tym facetem siedzącym w kiblu, ani facet nie był mój.
Uwielbiam takie typy.
Nieco się przeliczyłam czasowo, kuśtykając nie wyrobiłam się, za co W. mnie opierdoliła, post factum, że było mówić, to zawiozłaby mnie z dworca na cmentarz.
Ale ja lubię sama.
Bo wtedy nie mam presji czasu, a napisałam, że potrzebuję jeszcze pół godziny.
Mogiłki trzeba było jednak przetrzeć apiać mimo mycia, ale zauważyłam, że w tym roku mało co posprzątane, no ale nie mój cyrk. Ogarnęłam, badyle wymieniłam, jeden znicz wsadziłam "wieczny" na baterie, nie wiem, czy nie zwiną, ale mniejsza z większym, męża Cioci mogiłka się sypie, nic to, że nie w mojej jurysdykcji, ale jak się zapadnie, to i moich Umarlaków znów też ruszy.
Nie będę się martwiła na zapas.
Pogadałam z nimi jak czekista z czekistą, no bo nie pilnują interesu jak należy i poleciałam na rynek.
Połowa knajp w okolicy zamknięta, ale znalazłyśmy z W. knajpę, w której za CZTERNAŚCIE złotych polskich zeżarłyśmy

  no co, nie pamiętam, kiedy żarłam frytki, czasem trzeba. Potem dołączyły D. i E. i zaprosiłam wszystkie na kawę, dla mnie to drobiazg. Kawa niesfocona, ale było ojapierdolę i...
Nagadałyśmy się, może nie za wszystkie czasy, ale nagadałyśmy się.
To jedne z niewielu osób, z którymi czuję się dobrze.
Na dworzec zawiozła nas córka D., mojej "przyrodniej" siostry i...
Aczkolwiek zapierała się kopytami, że nie jest w stanie mówić mi po imieniu...
Hahahahaha :)
D. ma fajną córkę. Lubię ją bardzo.
I tak poplątane to wszystko, że nie znamy naszych dzieci.
Mamy jeszcze trochę czasu, żeby to odplątać. Może się uda.
W autobusie dostaję SMS od Synowej, że nie ma kluczy. Nie zajarzyłam. myślę sobie, na co jej moje klucze, a ona po prostu wyszła z domu do pracy bez kluczy (a może je zgubiła?) i chce do mnie przywieźć dzieci, żeby jechać do Pierworodnego po klucze (pracuje na popołudnie). No cóż, nie pomogłam, jako że dopiero wyjeżdżałam z K.
No i pytanie, czy jutro wezmę dzieci w razie W, bo ona chce do szpitala do ojca.
Nosz, a ja na jutro mam umówionych Alienka i Kalafiorkównę... Za 3 dni ich już tu nie będzie, to jedyna opcja randki i potupania z Alienkiem! A, skomplikowana, bo ma być zimno, a dzieci nie mają zimowych kurtek. Jak nie mają, jak im kupowali? Może Inżynier zabrał już do UK? Nie ogarniam tej kuwety...
I światło w lodówce, a dni wolne nadchodzą, w piątek to mogę alkohol w piątce kupić, w czwartek pogrzeb...
Wiem, komplikuję wszystko, ale już nie umiem się poruszać z szybkością  ponadświetlną.
I jestem megazmęczona niemożliwością zaplanowania czegokolwiek.
Nie żyję już na spontanie.
No i halo, halo, ale dlaczego zawsze ja na posterunku?
Mimo że informowałam na bieżąco, że cmentarze, że tamto i owamto, nikt nic nie słyszał.
A ja mam zaraz być silna, zwarta i gotowa?
Tak wiem, żywi ważniejsi.
Dobra, ogarnę wszystko, aczkolwiek do nikogo nie dociera, że z ostrogą piętową nie jest się już Strusiem Pędziwiatrem.
Aby do czwartku popołudnia i potem będę miała na wszystko WYJEBANE...


A pierworodny wczoraj nietoperka dotykał. A u nas jest wścieklizna nietoperków.
Kurwa.
Twierdzi, że w rękawicach i nic mu nie zrobił.

Dlaczego JA?

Pourquoi? Pourquoi? Porquoi? 

Ano, tak wyszło :P

I na Samotnej w tym roku nie byłam, życie pędzi coraz prędzej :)

niedziela, 27 października 2019

Niedzielę

znienacka zasponsorowała mi okryjbida, Kochany Pamiętniczku.
Już w nocy wiedziałam, że Inżynier dotarł do domu, więc spałam spokojnie jak noworodek.
I o 5.24 obudziłam się jak skowronek, jako że była 6.24, czas przesuwaliśmy, a jesienne przesuwanie mi pasuje.
I nagle w głowie genialna myśl i rozwiązanie, którego brak nie pozwalał mi zasnąć.
Jadę do M. jutro, mam wtedy resztę dnia na zamówienie wieńca i na kupno biletu.
We wtorek pojadę do K., wszystkie trzy dziewczyny mówią, ze chcą się zobaczyć, to pojadę pociągiem i będziemy miały parę godzin dla siebie.
W kwiaciarni mam fajną panią, to doradzi co i jak i ogarnę z logistyką. Jak trzeba będzie, to wezmę taksówkę, trudno.
A że z Inżynierem umówiłam się na popołudnie, poleciałam na Katowicką. Drogo, no ale jakość też kosztuje. Okryjbidy, bo o to mi chodziło, na targu w neonowych kolorach, 290 zł, ale nosi takie pół miasta. Tych pikowanych nie chcę, wyglądam w nich jak baleron wielkanocny.
No dobra, poncho, ale skąd długi rękaw? Bo ma się ochłodzić, w granice zera-siedmiu stopni, wieniec, a co z torebką? Bo torebki na poncho nie zawieszę, a mam tylko taką na pasku (ma już ze 30 lat, ale nówka nieśmigana). Nie chcę kolejnej torebki, bo po co? Więc albo coś ciepłego ciemnego z długim rękawem, albo okryjbida. Unikam czerni, bo jestem już na nią za stara, nawet jak wyszczupla. Mam elegancki zestaw z pogrzebu Eksa, noszony raz, bo- no bo cmentarny.
Na stronie Katowickiej mieli fajne okryjbidy, w praniu okazało się, że to takie coś polaropodobne, po praniu to super nie będzie, no i cena -290...
Fuck.
Ale że na Katowickiej własną matkę potrafią sprzedać, zanabyłam

Cena, zazgrzytałam zębami, ale co tam :) Uruchomiłam znów kartę, o której chłop nie wie i nie bolało :)
Zdążyłam wrócić do domu, zanim się rozpadało i rozjesienniło.

Inżynier się zameldował i...
Parę godzin pogadaliśmy. Aż miałam wypryski, ale mówił, że to rzadka okazja, żeby dzieci nie przeszkadzały i że też chce. Gotował jakieś cuda wianki z mieszanką grzybów i gadaliśmy. Inżynierowa grzyba kijem nie tknie, więc korzystał...
Znów trochę darowanych chwil.
Napaliłam się na nowego iPada jak szczerbaty na suchary, ale fakt faktem, że w starym zaczyna bateria puszczać. A że nie jadę na święta, to za cenę wyjazdu z palcem w dupie sobie kupię zabawkę, bo to i święta, i urodziny, i Gwiazdka. Dlaczego mam sobie żałować?  Już słyszę D.: pierścionek sobie kup :)
Swędziło mnie od razu, ale jednak połażę po sklepach, może trochę taniej trafię, ale w sumie specjalnie mi nie zależy. W końcu ryję na 4 etatach...
Ale emerytura nie starczy na taką zabawkę, a nawet dwie.
Więc dziękuję losowi, że jest jak jest.
Wiem, za kilkaset złotych mogę mieć tablet.
Ale nie chcę tabletu, chcę zabawkę :)

Od studiów nie byłam na wakacjach, w sensie, że do UK jeździłam, ale to jak do rodziny, nie na wczasy.
Przez całe małżeństwo byłam na wczasach raz i to jedno z najkoszmarniejszych moich wspomnień.
W sanatorium nie byłam nigdy :P
Więc mam prawo kupić sobie zabawkę :P
Bez wyrzutów sumienia, że mogę komuś pomóc...

Głupia cipa ze mnie, że usprawiedliwiam się z mojej własnej kasy przed samą sobą.
Stara wariatka :P 

sobota, 26 października 2019

Dawno

reportażu nie było, więc pora się poprawić Kochany Pamiętniczku.
Tak jakoś aparat wzięłam i...




Tak wygląda nowy kościół...




... a tak nowy park za nim, nawet dla kundli jest plac zabaw. Jak drzewa urosną, bo na razie to tam goła patelnia, może być całkiem, całkiem.



No i moja ukochana Dębina, na której ostatnio bywam raz na ruski rok...


... i rzadko teraz budzi mnie tak słońce, ale wciąż jest ciepło...

I tak przyszedł wyczekany piątek i pojechałam na Retro Moto Show, bo nic innego ciekawego nie było, na randkę z Inżynierostwem.
Alienek na mój widok zacukał się niebożę, ale kiedy go złapałam i wymiziałam, odzyskał rezon i...
Potem już było z górki.
Rodzice na niego narzekają, a ja uważam, że jest najsłodszym łobuzem pod słońcem.
Narzekają, bo nie chce mówić, ale jak dziadek albo ja poprosimy, żeby powiedział jakieś słowo to mówi :) Niewyraźnie, ale mówi :D I usłyszałam pierwszy raz "bacia" :) Już nie "brum, brum", ale bacia. Miód na moje serce.
Piątkę przybija i żółwika, całuska daje, przytuli się, no i słucha babci jak radia, a patrzy jak w telewizor :) No co :)
Bardzo łapczywie je i nie ma co ukrywać, rzyga po tym, ale na moją prośbę oddał ciasteczko i jadł małymi kęskami i...
Obeszło się bez sensacji :)
No jest chuliganem, jest, ale...
Kalafiorkówna słodko spała, tradycyjnie, a po obudzeniu okazało się, że jest na etapie córeczka mamusi. Owszem, da się ponosić, poprzytulać, nawet całować próbuje (protestowałam, małe dziecko nie może staruchy w usta całować, matka ją tak nauczyła i na hasło "daj buziaka" daje całusa. Ja moje dzieci nauczyłam "daj łebka" i zawsze nadstawiały albo czubek głowy, albo czółko do całowania. Inżynier ma to zakodowane, Synowa nie. Ubolewam.), ale po dłuższej chwili rodzicielki szuka, aczkolwiek już cyca na żądanie nie dostaje. No cóż, trudno :) Jest straszną śmieszką i... choć wszyscy zaprzeczają, ma rude włoski. Złociste, of course. Jak babcia  kiedyś miała i niech tak zostanie, rude jest piękne :D Choć moja ciocia mówiła, że jej mąż nie chciał mieć dzieci, boby rude były i Bóg ich pokarał... 
A sama wystawa...
Wróciłam do domu z bólem nóg, ale warto było.




 Tatusia pilnował :)





 Te amerykańskie kolosy to się w obiektywie nie mieściły, zresztą trudno było robić fotki, bo i taśmy, i tłumy, co kawałek ktoś wchodził w kadr :)
 Były też samochody przed odrestaurowaniem.

 A pan od Mikrusa Sam zaprosił Alienka do środka i pozwolił mu klakson ponaciskać. W ogóle Alienek miał branie, bo jak poszedł na stoisko jakiejś firmy kolorowankę robić, to właściciel go sfocił i pytał Inżyniera o zgodę na wsadzenie Alienka do folderu :) Nie sfociłam, bom akurat Kalafiorkównę niańczyła i miałam ręce zajęte.
 I syrena cabrio, co oni od tych syrenek chcieli?


 I dla taty coś, i dla dzieci :)
 Taki maleńki skuterek też był, potem zobaczyłam w necie zdjęcia osobnej wystawy takich maluchów, nie zwiedziliśmy całej wystawy, bo mi nogi do d... weszły, dzieci nam popadały, no a my zwyczajnie zgłodnieliśmy :)

 I stare rowery były..
... i RR... Rolls Royce, kilka ich było, eh... No cóż, nie można mieć w życiu wszystkiego. A i Inżynier sam stwierdził, że jeżeli samochód kosztuje tyle ile dom, to on jednak woli mieć dom. Rozumek to on ma po mamusi, Pierworodny od razu by kupował każdy samochód.

 Kalafiorkówna zasnęła na plecach u mamy, zakryli jej łebek i słodko spała :)
 A my dalej kontemplowaliśmy...

 Znów dla taty i dla dzieci :)

I harley, eh, mieć chłopca harleyowca... No cóż, za stara już jestem, ale marzenie nie kosztuje nic :)

 I pianista grał pięknie, nogi same mi się do tańca rwały...

 ... i syfony...
 ... gruźliczanka...
 ... maszyny do szycia...
 ... Dziki Zachód...
 ... dawnych wspomnień czar...

.
 I Elvis z Marylin. Marylin była nieuprzejma i poszła w siną dal, ale Elvis...
 ... zapozowal starszej pani :)
 No i nie tylko milicja była, ale zgniła, kapitalistyczna policja też...
 ... i karetka...

Identyczny wózek miałam, tyle, że mój był pleciony z wikliny.

Pomijając samochody, na które nigdy w życiu nie było i nie będzie mnie stać, ale kto broni mi napaść nimi oczy, była cała masa rzeczy, które kiedyś miałam, a które po prostu wyrzucaliśmy. Zresztą, gdybym je zatrzymała, musiałabym chyba mieć magazyn jak IKEA :) Nie można w życiu zatrzymać wszystkiego, ale nasza pamięć to też się liczy.

Te fotki to tylko mały wycinek, bo trzasnęłam ponad 400 zdjęć :)

A balon dla Alienka kosztował tam 35 zł. Dobrze, że Kalafiorkówna jeszcze nie chciała balona.
Bilet - 21 zł.
Może jakbym stała z balonami miałabym na jakiś wypasiony wóz?

Pierworodny rupiecie z UK ściągnął.
Dziś Inżynier wraca w nocy do UK.
Inżynierowa jeszcze zostaje, czekają na Brexit.

A ja zakręcona jak słoik po ogórkach, bo muszę oba cmentarze ogarnąć, a w czwartek pogrzeb. Za stara jestem już na takie bicie rekordów latania, tym bardziej, że jednak noga pobolewa. Nie mogę liczyć na Pierworodnego, bo już nabrał wolnego, a przecież dopiero zaczął pracować. Do tego operacja teścia w poniedziałek, nie wiadomo jak to się potem potoczy.
Ciulaty ten rok, niestety...