jak świński ogonek,Kochany Pamiętniczku.
Jak mrówka okres przeżywałam wczoraj wiadomość, że pani K., naczelna warzywek na emeryturę się wybiera, a jedyna dziennikarka, pani M. nie za bardzo jest chętna na stanowisko naczelnej.
Takie układy, long story i jak zawsze w tle pieniądze, dupy nieurywające i inne takie tam.
Więc noc koszmarna i Umarlaki z Eksowej ekipy w mych snach stadami gościły i takie tam.
A rano grzanie kotła wody, bo dziś ciepłą wyłączyli, a ja jak na złość na badania okresowe z medycyny pracy (a jakże, w prywatnym czasie, bo w służbowym, mimo Kodeksu pracy nie mam opcji).
I takie tam...
I maszynki nie do końca zadowolone z tego, że mnie tydzień nie będzie...
Ale ab ovo ad mala.
Na czas dojechałam do lekarza medycyny pracy i o dziwo: w tym roku poszło jak z płatka.
Ludzie pod gabinetem (przesympatyczna pani) powiedzieli, że jak okulista wywoła panią B., to powie.
I powiedziała :)
A zamiast suchego jak wiór okulisty, badającego mnie tam od lat była jakaś laska, która stwierdziła, że mam oczy jak złoto.
Znaczy się, wady mam jak miałam, starczowzroczność też stwierdziła, nie zaprzeczam, wiem, że mam, ale...
MAM ZDROWE OCZY.
Znaczy się: nie mam jaskry, wąskiego kąta przesączania, nie mam też zwyrodnienia plamki żółtej.
I tu wszyscy gromko krzyczymy: HURRA :)
Mam astygmatyzm, za MOCNE okulary (a tego mi nigdy żaden optyk ani okulista nie powiedział), więc jak na lata pracy oczyma, bo to są moje narzędzie pracy...
JEST CUDNIE...
Antydepresanty dobrane, więc pora dobrać szkła :)
Lekarz orzecznik ten sam od lat, w miarę szybko poszło, nawet mnie nie macał, nie sprawdzał słuchu, chyba mnie jednak zapamiętał z ubiegłego roku, wzdech i powiedział, że jeszcze dużo przede mną, bo ja dopiero siedem lat na emeryturze, a on już dwadzieścia.
Zatem dogadaliśmy się jak czekista z czekistą i do redakcji się wybrałam, żeby zawieźć orzeczenie i mieć ten bajzel z głowy, ale bimba się na skrzyżowaniu rozkraczyła i trochę zeszło.
Pani K. namiętnie konwersowała na głośnomówiącym, więc poszłam do kadr, ale te zamknięte na głucho.
Poszłam do macierzystego memłona (do byłego pokoju nie dotarłam, a może szkoda?), było cicho, spokojnie, bo Bossa nie było. Niedobitki redakcyjne mnie pomiziały, nowy nabytek techniki poznałam, kadry się otworzyły, oddałam papiery, aneks podpisałam, z panią K. pogadałam na maksa, ona bardziej zagubiona jak ja, w sumie wiem, że do grudnia mam te kilkaset zł więcej w kasie, co będzie później, zobaczymy. Będę jak Scarlet - pomyślę o tym jutro. Sądzę, że jeśli przetrwa gazeta - przetrwam i ja.
Jeżeli nie, wola boska i skrzypce. Pomyślę o tym pod koniec roku.
Po drodze na górczyńskiej poczcie, gdzie NIGDY nie ma kolejek, kupiłam kartkę dla Baraniej mamy.
Złapałam autobus, dogadałam się z Pierworodnym, że mi badyle podleje, ale jeszcze nie do końca są lody przełamane.
Na szybko zjadłam pół paczki pierogów z pieczarkami.
Poszłam kartkę do Baraniej mamy wysłać, mam nadzieję, że dojdzie do 1 sierpnia.
Kaski trochę wypłaciłam, fryzjer mi się kłania.
Małe biedronkowe zakupy i prawie 100 zł z głowy, ale co to jest, jak podliczając netto - mam więcej z emeryturą niż średnia krajowa, nie wiem, mam się śmiać, czy płakać?
A, w aptece zostawiłam 70 zł - dentosept, witamina D3 i desmosan, żeby mi nogi w kapcie właziły.
Od wczoraj "dusi mnie w dołku", co będzie, gdy będę musiała zrezygnować z pracy?
Nigdy nie byłam od nikogo zależna, nawet gdy ojciec wywalił mnie z domu, którego nie chciałam mu prowadzić, z 5 złotymi w kieszeni.
Te 5 zł uratowało mi życie.
I nie, nie chcę NIGDY być od nikogo zależna.
Ten model tak ma :)
A na włościach
I za to trzeba kciuki trzymać, bo jak się sprężą, będzie druga transza kredytu i skończą chałupę. Spłacanie tego to już nie jest moja bajka.
Moja bajka to jest ostrzyżony i wypiękniony Alienek, z którym mam zamiar zaszaleć.
Jak Kalafiorkówna będzie chciała, może dołączyć do ekipy. Jej wybór, musu nie ma :)
Już za parę dni, za dni parę, wezmę plecak swój i gitarę :)