wtorek, 26 lipca 2022

Zakręcone

 jak świński ogonek,Kochany Pamiętniczku.

Jak mrówka okres przeżywałam wczoraj wiadomość, że pani K., naczelna warzywek na emeryturę się wybiera, a jedyna dziennikarka, pani M. nie za bardzo jest chętna na stanowisko naczelnej.

Takie układy, long story i jak zawsze w tle pieniądze, dupy nieurywające i inne takie tam.

Więc noc koszmarna i Umarlaki z Eksowej ekipy w mych snach stadami gościły i takie tam.

A rano grzanie kotła wody, bo dziś ciepłą wyłączyli, a ja jak na złość na badania okresowe z medycyny pracy (a jakże, w prywatnym czasie, bo w służbowym, mimo Kodeksu pracy nie mam opcji).

I takie tam...

I maszynki nie do końca zadowolone z tego, że mnie tydzień nie będzie...

Ale ab ovo ad mala.

Na czas dojechałam do lekarza medycyny pracy i o dziwo: w tym roku poszło jak z płatka.

Ludzie pod gabinetem (przesympatyczna pani) powiedzieli, że jak okulista wywoła panią B., to powie.

I powiedziała :) 

A zamiast suchego jak wiór okulisty, badającego mnie tam od lat była jakaś laska, która stwierdziła, że mam oczy jak złoto.

Znaczy się, wady mam jak miałam, starczowzroczność też stwierdziła,  nie zaprzeczam, wiem, że mam, ale...

MAM ZDROWE OCZY.

Znaczy się: nie mam jaskry, wąskiego kąta przesączania, nie mam też zwyrodnienia plamki żółtej.

I tu wszyscy gromko krzyczymy: HURRA :)

Mam astygmatyzm, za MOCNE okulary (a tego mi nigdy żaden optyk ani okulista nie powiedział), więc jak na lata pracy oczyma, bo to są moje narzędzie pracy...

JEST CUDNIE...

Antydepresanty dobrane, więc pora dobrać szkła :)

Lekarz orzecznik ten sam od lat, w miarę szybko poszło, nawet mnie nie macał, nie sprawdzał słuchu, chyba mnie jednak zapamiętał z ubiegłego roku, wzdech i powiedział, że jeszcze dużo przede mną, bo ja dopiero siedem lat na emeryturze, a on już dwadzieścia.

Zatem dogadaliśmy się jak czekista z czekistą i do redakcji się wybrałam, żeby zawieźć orzeczenie i mieć ten bajzel z głowy, ale bimba się na skrzyżowaniu rozkraczyła i trochę zeszło.

Pani K. namiętnie konwersowała na głośnomówiącym, więc poszłam do kadr, ale te zamknięte na głucho.

Poszłam do macierzystego memłona (do byłego pokoju nie dotarłam, a może szkoda?), było cicho, spokojnie, bo Bossa nie było. Niedobitki redakcyjne mnie pomiziały, nowy nabytek techniki poznałam, kadry się otworzyły, oddałam papiery, aneks podpisałam, z panią K. pogadałam na maksa, ona bardziej zagubiona jak ja, w sumie wiem, że do grudnia mam te kilkaset zł więcej w kasie, co będzie później, zobaczymy. Będę jak Scarlet - pomyślę o tym jutro. Sądzę, że jeśli przetrwa gazeta - przetrwam i ja.

Jeżeli nie, wola boska i skrzypce. Pomyślę o tym pod koniec roku.

Po drodze na górczyńskiej poczcie, gdzie NIGDY nie ma kolejek, kupiłam kartkę dla Baraniej mamy.

Złapałam autobus, dogadałam się z Pierworodnym, że mi badyle podleje, ale jeszcze nie do końca są lody przełamane.

Na szybko zjadłam pół paczki pierogów z pieczarkami.

Poszłam kartkę do Baraniej mamy wysłać, mam nadzieję, że dojdzie do 1 sierpnia.

Kaski trochę wypłaciłam, fryzjer mi się kłania.

Małe biedronkowe zakupy i prawie 100 zł z głowy, ale co to jest, jak podliczając netto - mam więcej z emeryturą niż średnia krajowa, nie wiem, mam się śmiać, czy płakać?

A, w aptece zostawiłam 70 zł - dentosept, witamina D3 i desmosan, żeby mi nogi w kapcie właziły.

Od wczoraj "dusi mnie w dołku", co będzie, gdy będę musiała zrezygnować z pracy?

Nigdy nie byłam od nikogo zależna, nawet gdy ojciec wywalił mnie z domu, którego nie chciałam mu prowadzić, z 5 złotymi w kieszeni.

Te 5 zł uratowało mi życie.

I nie, nie chcę NIGDY być od nikogo zależna.

Ten model tak ma :)

A na włościach


I za to trzeba kciuki trzymać, bo jak się sprężą, będzie druga transza kredytu i skończą chałupę. Spłacanie tego to już nie jest moja bajka.

Moja bajka to jest ostrzyżony i wypiękniony Alienek, z którym mam zamiar zaszaleć.

Jak Kalafiorkówna będzie chciała, może dołączyć do ekipy. Jej wybór, musu nie ma :)

Już za parę dni, za dni parę, wezmę plecak swój i gitarę :)

piątek, 22 lipca 2022

Jutro

 możemy być szczęśliwi, jutro możemy tacy być,jutro by mogło być w tej chwili, gdyby w ogóle mogło być, Kochany Pamiętniczku :) 


Tak sobie tłumaczę, jednocześnie pamiętając, że 

Ciągle to jutro, jutro i znów jutro wije się w ciasnym kółku od dnia do dnia, aż do ostatniej głoski czasokresu.

No nic.

U mnie już wrzesień za rogiem.

Przepraszając, że nie odpisał na emilka, z bólem serca naczelny maszynek udzielił mi  rozgrzeszenia, biadoląc, że nie wie, jak się wyrobią. Sorry, Winnetou, umowa z maszynkami była taka, że jeden dzień na wydruczkach, drugi na zamknięciu i do widzenia ślepa Genia.

Więc w końcu to wykorzystałam. Od 12 lat jestem na urlopie "pod kompem".

Wszystkie lata, nawet te 2 z miesięcznym urlopem, gdy miałam sześćdziesiątkę i gdy czekaliśmy na Kalafiorkównę pracowałam z dodatkami.

Teraz też będę (warzywka jeszcze nie wiedzą), ale że oni będą mieli tym razem mniej komfortu, że na każde piernięcie o każdej porze nie będzie zwrotnego emilka?  Trudno.

Przeżyją, będą musieli, albo znajdą sobie inną lepszą korektorkę :)

Przede mną jeszcze medycyna pracy we wtorek i jak na złość we wtorek nie będzie w ogóle ciepłej wody, ale co tam... :) 

I tak dziś wracając z Manhattanu, zlana potem, mimo że to blady świt był


podziwiałam, bo tak, bo całe homo sapiens szlag trafi, a przyroda? Będzie wciąż... Jest wszechmocna...


To mój ostatni portret, w końcu dobrałam antydepresanty i jest cudnie, co nie? :)

Momentami tęsknię za klimą w już nie moim, bom go wypowiedziała - pokoju, bo powiedziałam Bossowi, że niech z nim robi, co chce, bo nie wrócę tu, ale widok na Sekwanę i bez klimy daje radę, zwłaszcza gdy pachnie opium :) Tylko Murzyn łajdak z wachlarzem gdzieś znów polazł, pewno do sąsiadki, a prąd za drogi, więc na razie daję radę bez wentylatora ;) 


I znalazłam. Tak, to TEN ksiądz. Pamiętam tylko tyle, że jedna z dziewczyn miała na imię Nina, reszta to czarna plama. Ktoś zgadnie, która to ja? :) 

A dziś Mała Wiedźma ma urodziny. Dwunaste. Wrzuciłam na FB film. Tak, może mnie za to znienawidzić. Posłałam jej życzenia na MSG - jak wiadomo, nie dzwonię, głucha jestem, ale ponoć nie odbiera telefonu nawet od rodziców. Nie odbiera też SMS. Posłałam Pierworodnemu na konto dwie stówy rano,  z prośbą o przekazanie. Napisał OK.

Jest 21, a ja nie usłyszałam jednego słowa: dziękuję.

Może to i niewiele, bo dziadostwo dało 8 tysięcy na laptopa, ale to nie moja bajka i nie moje możliwości finansowe.

I nawet ja nie kupiłabym sobie laptopa za taką kwotę, bo nie potrzebuję.

Mam jeszcze trójkę wnuków na składzie i jestem sprawiedliwa.

Kurwa, z czego ja się tłumaczę?

Że jestem biedna?

Tylko dlaczego jest mi tak przykro?

Na cholerę mi to jutro?

Kiedyś było fajniej 22 lipca.

Byłam młoda, zakochana z wzajemnością i szczęśliwa.

To był magiczny dzień przez parę lat. 22 lipca.

Dobra, aby do jutra, jutro będzie 23 i nic już nie będzie bolało...



piątek, 15 lipca 2022

To jebnie

 Kochany Pamiętniczku, prędzej czy później jebnie w wielkim hukiem. Amen.

Myślałam, że tylko Papryczka ufarbowali, ale nie, MW też. Pierwsze zdjęcia znad morza tak mi sugerowały, ale dopiero dziś, wrzucone z bliska, potwierdziły moje podejrzenia.

I tak, wychowywałam dzieci tak samo, co do joty, bez różnicy, a tu jeb i jest jak jest.

Dopóki Pierworodny był w domu, szło jak szło, lżej, ciężej, ogarniany, stawiany do pionu, trzymał się, bo nie miał wyjścia.

Poszedł wtedy do UK znienacka, doszła ta harpia i jest jak jest. Ona jeszcze gorzej pojebana, bo mało, że syfiara, to jeszcze łba nie myje, olejkami go smaruje i tak z tym łazi, myśląc, że jest seksi. Ich dzieci, lądując u mnie nigdy nie mają ze sobą szczoteczki do zębów, ale chuj z tym, babcia ma zawsze pełno szczoteczek nówek nieśmiganych, kurwa.

I tak farbowany Papryczek 



tu Papryczek oryginalny

Przypominam, dziecię ma 7 lat. 

Kto farbuje 7-letnie dziecko - pomijając względy estetyczne, kto wali siedmiolatkowi taką ciężką chemię?

I jeszcze mi wmawiali, że to szampon.

A i MW też ufarbowali.


 

Ma po ojcu swym gęste, piękne, ciemne włosy, jak są umyte i nie wiszą w strąkach, cut, mjut i orzeszki laskowe, czesałabym, splatałabym, ale nie pozwala dotknąć, a myje od wielkiego dzwonu. Ma to po ojcu, który w pewnym momencie dostał klapsa w dupę, bo gość myślał, że laskę ma przed sobą - miał włosy do pół pleców. Ale goniony był bezlitośnie do mycia przez ekipę w składzie matka i Inżynier. Do dziś ma gęste, zajebiste, czarno-siwe (u faceta to seksowne), znów ma ogon, ale... niedomyte. Kurwa.

A tu dzisiejsza MW


znad morza. Wygląda jak stara maleńka, ma 12 lat a wygląda na? Ma cycki większe niż ja, mimo że ja mam wagę słonia i nie, nie jest już moją Małą Wiedźmą. Jest jakąś maszkarą i szczerze? Nie mam specjalnej ochoty na wyjście z nią gdziekolwiek, a na pewno nie mam ochoty na przytulenie jej i pogłaskanie po główce. Bo włoski tłuste i ohydne. Pachną zjełczałym tłuszczem. I jakbym była facetem, prędzej poszłabym za jakimś zadbanym gościem, niż za taką laską (wiem, że to tak nie działa, żartuję).

Za to - tak, faworyzuję - Alienek i Kalafiorkówna pachną zawsze jakimś tam szamponem, Kalafiorkówna ma koński ogon (nie mam końskiego ogona, nie mam) jak z jedwabiu, Alienek jak mały jeżyk - mogłabym miziać i miziać.

Taka zboczona jestem.

Ja, stara baba, wychowana w chacie bez żadnej kanalizacji, zapieprzająca od najmłodszych lat do sławojki i to do szkolnej sławojki (mieliśmy swoją osobną, przylepioną do ogólnej, czyściutką, szorowaną, wapnowaną), kąpana w balii raz na tydzień, bo wodę pracowicie dygano z pompy, potem podgrzewano na piecu, ale na co dzień myta od stóp do głów misce (ta sztuka została mi do dziś), z pomyjami pracowicie znoszonym znów na dół - mieszkaliśmy na poddaszu.

Nie ogarniam, jak ludzie, którym po odkręceniu kurka leci ciepła woda, której potem nie muszą wynosić nie czują potrzeby umycia się codziennie. 

Wakacje na polu namiotowym w Mikołajkach, codzienne mycie łba w lodowatej wodzie, bo innej nie było. Pod kranem, w kolejce ludzie ze szczoteczkami, w dresach, szczękający zębami (a lato było chłodne i deszczowe tego roku), ale jak to: głowy nie umyć? Nawet nie kichnęłam :) 

I nie, nie chcę już rozmawiać z Pierworodnym. Za późno na wszystko, jest w pętli tego, co uczyłam zawsze, że żona ma pierwszeństwo. Sama byłam poniewierana przez teściową, więc...

Sama sobie bicz na skórę ukręciłam, jak widać.

Życie.

A z rzeczy milszych?

Ogarnęłam dziś na spokojnie wszystko. Wstała skoro świt i polazłam na Manhattan, skąd wróciłam spłukana.


I to jest paragon zgrozy, nie te znad morza. czy z gór. Nie muszę tam jechać. Tak mi w życiu wyszło, że nie jeździłam, wysyłałam dzieci na kolonie, za granicę, jak się dało, a sama siedziałam na dupie kubańskiej. I nie, nie czuję się z tego powodu pokrzywdzona. Teraz dzięki internetom mogę być wszędzie i choć to nie jest to samo, mnie to odpowiada.
Ale zostawienie 40 zł za nic w sumie (choć Zmorka mnie trąciła, czy ten Lazur Lazurowe Wybrzeże mi zastąpi) to dla mnie groza.

Niedawno za 40 zł robiłam wypasione zakupy warzywne na Manhattanie.

Mnie tam wiele do szczęścia nie trzeba, pyry, gzika, rosołek - pełnia szczęścia i hasta manana.

Ale zwłoki z 1,50 skoczyły na 3, włoszczyzna ze 1,5 na 4,5 albo i 5, więc jak żyć?

I tak, miałam szczęście żyć w trudnych czasach, lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte i dalej, pod górkę i pod wiatr, bez internetów i z odkrywaniem prawdy o Katyniu i innych zawirowaniach historii nie tak prosto i nie tak łatwo, nie jednym kliknięciem... Kłaniam się tu moim profesorom głęboko i z szacunkiem, zwłaszcza Dyziowi K., już nieżyjącemu, niestety.

W czasach kartek niemal na wszystko.

I nie bałam się tak, jak boję się dziś.

Pamiętam płacz po tym, jak wróciłam do domu ze sztangą jednych z pierwszych papierosów bez kartek, bułgarskich Veg, za które zapłaciłam 50 tysięcy... Siadłam na środku salonu teściowej i zaniosłam się łkaniem, a rodzina śmiała się ze mnie, że nieważne, że tyle kasy poszło, można palić bez kartek :) Palili wszyscy, łącznie ze mną, tylko ja przeżywałam jak mrówka okres...

Dziś nie palę od 30 lat, ale ceny przerażają mnie jeszcze bardziej niż wtedy.

I myślę, co by było, gdybym  wydawała dalej na 3 paczki dziennie, bo tyle w końcu paliłam? Jak żyłabym, wydając na ćmiki 1350 zł z 2000 renty :)

Wesołe, co nie?

I tak mi się dziś ulało, do bólu i do szpiku kości.

I ten sen, najokrutniejszy z moich snów, który dopadł mnie nad ranem, w wersji hard porno.

Pozostaje mieć nadzieję, że to był TYLKO sen. 

I ja, w wersji hard, jeszcze farbowanej :)


Jednak jest różnica w farbowaniu starej baby, a dwunastolatki czy siedmiolatka, co nie? :)





środa, 13 lipca 2022

W tym

 roku umówienie się na badania okresowe nie poszło już tak gładko, Kochany Pamiętniczku.

Dwa emilki, odpowiedź z respondera i cisza w eterze.

Ja, jak to ja, nakręcałam się niemiłosiernie, gotowa byłam już Inżyniera męczyć o telefon (nawiasem mówiąc, w poniedziałek minęło dokładnie 38 lat, odkąd gości na tym padole łez, dokładnie dwa razy dłużej, niż ja miałam okazję cieszyć się moją mamą), ale pomyślałam, że i tak zalatany i ledwo dycha, a przecież to moja pracowa sprawa.

Napisałam do sekretariatu i jakoś, już nie tak gładko, jak za czasów Danusi, na wizytę się umówiłam. Wisi to nade mną jak miecz Damoklesa, ale mam nadzieję, że jednak podpiszą mi zdolność do pracy.

Bo różnie te tematy przerabiałam, byli lekarze, którzy upierali się, że skoro w orzeczeniu mam "praca niewymagająca kontaktu z ludźmi" to mi zdolności nie podpiszą.

Trzymając się litery tego orzeczenia, to nawet gdybym banany na bezludnej wyspie hodowała, to i tak dupa, bo sprzedaż ich wymagałaby kontaktu z ludźmi.

Pomogło dopiero grożenie wezwaniem kierownika przychodni.

A jeden porządny lekarz, oglądnąwszy to orzeczenie zapytał: co za chuj to pani wpisał?

No więc jeszcze wszystko przede mną.

Takie fajne lato jest, jak z mojego dzieciństwa, gdy popylałam w sweterku, bo było ciepło, aczkolwiek chłodnawo. A noce takie zimne, że jak kopytko spod kordełki wysunę, to mrozi...

Było, dziś znów gorąc, poszłam po zakupy, musiałam, bo i zielsko, i leki się skończyły, myślałam, że zdechnę, zakładałam, że jest 21, a było 29... Nie wiem, jak przeżyję Wrocław, jeżeli będą takie klimaty, zaczynam żałować, że się zgodziłam, bo tam między nami to młodzi chcą wieczorem wyjść, a ja zostaję do pilnowania Łobuzów. Co nie znaczy, że w dzień mnie odstawiają, nie jesteśmy razem, ale... 

No cóż, taki już los staruchów, a memy z FB, że możesz z mamą to jednak tylko memy.

Zobaczymy, nie piszę scenariuszy na zapas.

Jednak z przeglądania FB mam dreszcze, albowiem... MW puścili z kobietą, hmmm, od razu miałam wąty na tym tle, ale mówię sobie: SJ nie pierdol. 

Po kolejnej porcji newsów z FB mam jeszcze gorsze dreszcze i piszę popierdolone scenariusze, albowiem pan tej pani jest...

Zawsze człowiekowi raźniej, kiedy nie ma wyobraźni.

I nie, nie puściłabym mojej nastoletniej, seksownej córki na wczasy z gościówą, będącą od 4 lat w związku z kimś z kibolskich memów. Może i jest złotym człowiekiem, ale nie znam go, nie znam też jej, nikt nie poczuwa się do rozwiania moich obaw. Gość z brakami w przednim uzębieniu - jak po mordobiciu, z idiotyczną koszulką, łysą głową i bogoojczyźnianymi hasłami na profilu nie jest dla mnie towarzystwem. 

Tak, Inżynier też się kiedyś golił na łyso, pakował się na siłowni, bo był mikry i go kroili. Ale z oczu mu dobrze patrzy, wiedziałam, kim jest.
Więc rozdarta jestem, bo rozmowa z Pierworodnym prowadzi donikąd, jego żona jest jaka jest.

A MW na zdjęciach nie wygląda na szaloną, zadowoloną małolatę.

I nie wiem, czy znów jej coś nie boli.

Kurwa mać.

Więc... Nie zaczyna się zdania od więc, ale co tam...

Więc wróciłam do Gotowych na wszystko po latach i boję się, że życia mi nie starczy na te 180 odcinków. Pierwszy sezon już za mną, jednak wiele rzeczy uleciało mi z pamięci, a serial wart grzechu, no pokazuje jak nic w życiu nie jest pewne i oczywiste. 

W moim również nie ma pewników, a myślałam, że na stare lata spocznę na liściu bobkowym, otoczona kochającymi wnukami, ciesząca się każdym dniem bez pracy.

No i jak nie urok, to sraczka. Na razie zamknięte dwa ekstrasy, jeszcze do 25 orka na ugorze, potem ten jebany lekarz medycyny pracy, aaaa, nowe pismo do ZUS, bo nawet te kilkanaście złotych więcej w emeryturze się liczy, życie pędzi coraz prędzej... Potem urlop, maszynki i znów kierat, i tak da capo al fine...

sobota, 9 lipca 2022

I znów

 migusiem przeleciało, Kochany Pamiętniczku. 

Jako że straszą zewsząd kolejną falą, że już wzbiera, a ja mam w perspektywie jazdę PKP i ten pobyt we Wrocku, to jednak mimo że zakładałam, jak doradzał Inżynier, szczepienie przed jesienną falą, postanowiłam się teraz zaszczepić.

A, droga przez mękę, nawet z aplikacji e-pacjent wywalało mi wszystkie miejsca niedostępne. Wkurzyłam się i wysłałam SMS, co też przypominało interes, gdzie wiódł ślepy kulawego, ale w końcu się udało. Problem, że dostać miałam teraz J&J, ale mniejsza z większym, w aptece z dobrym dojazdem mnie zapisali. No i zonk... na piątek, na 12.40. Jako że to, co miało być ogarnięte ogarnęłam, a reszta nie pali się, to napisałam grzecznego emilka, że w piątek wyjdę wcześniej, a ewentualne zaległości ogarnę po powrocie. I od razu gównoburza, że jak śmiem, że jestem niezbędna, że firma się zawali i inne sranie w banie. Odpisałam, że sorry Winnetou. Oni wszyscy wychodzą, jak im coś wypadnie, a ja mam siedzieć na dupie? Boss od razu wysłał tekst, który wysyła zawsze na końcu, a najbardziej poszkodowany był inny leser.

A, w dupie to miałam i poszłam lewa, prawa, lewa, prawa, po drodze zdobywając makaroniki, albowiem miałam mieć w sobotę ekipę Łobuzów (a, przepraszam, Kochanych Aniołków) na służbie, albowiem rodzice do IKEA oglądać meble się wybierali (nie, do końca budowy jeszcze daleko), no i zakupy chcieli zrobić, a tak nawiasem mówiąc, pozbyć się bandy na parę godzin :) Alienek (sama się wrobiłam, dając mu do układnia puzzle z ciachami) pięknie poprosił, żeby babcia miała makaroniki, że będzie przeszczęśliwy, więc... No kto się oprze takiej prośbie, niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem :)


 Kosztowało toto 50 zł polskich :) No ale raz się żyje, potem się straszy.

Na szczepieniu byłam przed czasem, ale przemiły farmaceuta szczepionkę ogarnął, przepisał kwestionariusz (wydrukowałam ze strony gov.pl, w międzyczasie formularze się zmieniły, nosz kurwa, a na stronie stare), paszport wystawił i pojechałam do domu. Trochę mnie mdliło, bo mimo że było 20 stopni, to mi za gorąco (doczytałam, że to oznaka guza mózgu, Inżynier obśmiał)... Dwa apapy i gra gitara, aczkolwiek rano całą lewą stronę miałam zdrętwiałą i powiększony węzeł pod pachą, ale mniejsza z większym, żyję.
Okazało się, że Alienek ma 37 i lekką sraczkę, więc zapytali, no ale wzięłam, no bo co? Czarną porzeczkę zanabyłam, bo to na sraczkę idealne, choć rodzice twierdzili, że nie ruszy, ale ruszył, ruszył, wypił wszystko, jak się dowiedział, że to magiczny preparat na brzuszek. Nie mam tak mówić do dzieci, ale hola, hola, dlaczego? Skoro swoje dzieci leczyłam tak z biegunek i żyją, to co w tym złego?

Górny zamek mi nie działał, ale Inżynier przywiózł sprężone powietrze i jest OK. 

Pojechali. Ja zostałam z bandą.


Nie powiem, dzieci prawie idealne :) I nawet pomidorówkę bez animrumrania wciągnęły, ale jakąś godzinę po obiedzie i słodkim odkryły w kuchni resztkę makaronu i odmawiając pomidorówki

makaron wszamały, wylizując talerzyki.

W międzyczasie z lekka zdemolowały mi chałupę, ale bały się do łazienki wchodzić, bo pokazałam Alienkowi te stópki na suficie i są święcie przekonane, że do łazienki zagląda jakiś potwór :)

W międzyczasie wpadły w szał szabrowania, bo wiadomo, co na drodze to wróg i tak wyniosły: okulary do kina 3D, dwa portfele (wszelkie próby ze strony rodziców, że nie, spełzły na niczym), parę kolorowych patyczków, gąbkę (bo Alienek dostał gąbkę ostatnio, a Kalafiorkówna nie ma - okazało się, że mama jej kupiła, ale nie, gąbka od babci lepiej myje), lampkę nocną na baterie, która wyświetla gwiazdy na suficie i pewno jeszcze coś zwędziły, albowiem sprzątając odkryłam, że jakiś ananas otworzył turystyczną maszynkę gazową - etui, którego ja nie umiem otworzyć i które schowane było, to była akcja błysk. Dobrze, że naboje mam w komórce. A byłam tylko na szybkim siku... :)

Gawędzimy sobie przemile, Kalafiorkówna omawia swoje urodziny (ma 26 grudnia), że najpierw Gwiazdor, potem ona i będzie miała olbrzymi tort... A ja na to, że najpierw to ja będę miała urodziny, ale nie będę miała tortu. Kalafiorkówna rechoce zadowolona, a Alienek, słonko moje, wdrapuje mi się na kolana, tuli nie i mówi: nie martw się babcia, ja ci dam tort, mój tata upiecze.

No i jak nie dać mu miejsca na najwyższym podium?

Namawiam ich do sprzątania. Alienek bez wahania sprząta, a Kalafiorkówna na to: nie sprzątam, moja mama i mój tata lubią bałagan :) Piszę o tym do rodzicieli, a ci, że to na pewno Alienek tak powiedział :) 

No, wesoło było, aczkolwiek momentami miałam serdecznie dość, dotrwałam jednak. 

Żebyśmy mogli w spokoju pogadać, spacyfikowaliśmy bandę na Netflixie. I choć wiem, że nie powinnam mówić o synowej w obecności drugiej, to jednak była w szoku, jak wszystko powiedziałam. No cóż. Żonę Pierworodnego wszyscy znają jeszcze z UK i raczej nie ma tam fanów.
Chwilę po wyjeździe bandy I. dostaję fotkę Papryczka, ufarbowanego na... rudo. Serio? Siedmiolatek ufarbowany na rudo. Piszę, że posrany pomysł, a P. na to: że on tak chciał. Serio? Odpisuję: jak będzie chciał granat bez zawleczki to też mu dasz? I teściowa P. jest tak samo posrana, jak oni. Głów dzieciom nie myją, bo dzieci tego nie lubią, a farba jest OK?

Kurwa.
Mam iść na badania okresowe znów, z firmy przysłali mi papiery, ale a jakże, zapakowane zahasłowanym 7z. Na firmowym kompie nie mam tej aplikacji i nie ściągnę, bo nic tam nie mogę, nie mam uprawnień administratora. Inżynier i tę ogarnął, ale... Mogę się badać w godzinach pracy. Kodeks tak stanowi, z tym, że ja teraz mam takie dni, że znów jestem potrzebna i się zawali. Jeszcze muszę się umówić z medycyną pracy. Jeżu kolczasty, jak ja tego nienawidzę. No i znów w moich prywatnych godzinach tracić czas...

Ogarnęliśmy wszystkie tematy z grubsza, dzieci zaczęły jęczeć, że są głodne, ale nie pozwolili mi już karmić, z bólem serca zabrali szaber, a ja odgrażałam się, że jak będę chciała posprzątać, to Łobuzy zaproszę, wyniosą cały szmelc :) 

A jutro będę leżeć do góry dupą i mieć na wszystko wyrąbane, bo znów mam resztę pomidorówy w lodówce i gotować nie muszę.

Już mi się uszami pomidorowa wylewa, ale Alienek mówi, że to najlepsze, a pyry są fuj.

Jakiś flancowany z niego poznaniak, ale może mu minie. Też nie cierpiałam plędzy i kopytek, a teraz je uwielbiam. 

A i dziurę na kolanie Alienkowi zacerowałam, wprawdzie trochę na ślepo, bo mi ściągali igły i inne ustrojstwa, ale dziecku nagle dziura przeszkadzała. Zdaję sobie sprawę, że to spodnie do wyrzucenia, ale no nie pasowało mu :) 

Niech wie, że babcia wszystko potrafi :) 

Jeden Łobuz naraz to rzecz do ogarnięcia, dwa to już Sajgon pod obstrzałem :) 

Czarownicę i Czarownicę 2 zaliczyłam. Jak ktoś ma Disneya, polecam, bardzo mądry film, zwłaszcza na dzisiejsze czasy i wiem, że bajka.

Ale czasem i bajka jest w życiu potrzebna, by ogarnąć ten syf...

sobota, 2 lipca 2022

Może

 i te amerykańskie seriale głupie są do szpiku kości, ale, Kochany Pamiętniczku, czasem jakiś dydaktyczny smrodek przemycają, którego w naszym przaśnym życiu nie ma na co dzień.

Dziś przez moją wioskę szła tęczowa parada. Oglądałam ją na FB, albowiem moje tęczowe wsparcie jest daleko, a sama w ten upał nie chciałam się wlec, zwłaszcza że momentami robię dobrą minę do złej gry, a trudno wymagać od innych. Inżynierostwo ma za młodą ekipę (w sensie, że już się nie da na wózku wieźć, a sama pójdzie, gdzie chce), a Pierworodny, no cóż, z jego żoną mi nie po drodze jednak :) 

Tęczowi ludzie są wspaniali i tak jeszcze mam marzenie, że poszłabym na jakiś występ drag queen, ale znów - mój introwertyzm - nie mam z kim.

Co nie zmienia faktu, że tęczowi ludzie, nie zawsze wychodzący z szafy - są w moim otoczeniu.

A kontrmanifestacja popierdolonych kiboli (bo nie kibiców), jęczących wypierdalać, a niejednemu pewno stał (w domyśle ten, co miał stać) była tak oszałamiająco liczna, że klękajcie narody i bijcie brawo.

A na serio? Lata całe temu los sprawił, że szłam w szpalerze ówczesnej milicji, zabezpieczającej mecz Lecha z Legią. Wzdłuż ulicy Dworcowej stały szpalery z owczarkami niemieckimi u nóg. I nigdy się nie bałam tak, jak wtedy.

W tęczowy pochód weszłabym bez wahania, bo oni w dupie mają z kim śpię.

A ostatnio śpię albo z Alienkiem (i nie, nie ma to nic wspólnego z sypianiem z nieletnimi), albo z Ciapkiem, znaczy się z takim psem kochanym, którego dostałam kiedyś od Przyjaciół, żebym się sama spać nie bała...

Za to w tłum kiboli wrzeszczących o Polsce bałabym się wejść, nawet z obstawą.

Bo ich Polska, a moja Polska to jednak dwie całkiem inne sprawy.

Tak jak inna była Polska mojej teściowej i moja.

Bo w jej Polsce przyczyną wszystkiego zła byli Żydzi.

Tak samo jak w Polsce mojego ulubionego mentora z pierwszej pracy, dr. MP. Dzięki któremu ogarnęłam całą historię masonerii i innych takich niszczących życie...

Jestem głupia, niedokształcona, odeszłam z Kościoła, mimo kilku wspaniałych ludzi, których tam spotkałam.

Jestem zwykłą idiotką.

Ale uważam, że każdy ma prawo żyć tak, jak jemu pasuje, jeśli nie krzywdzi innych.

Moje dzieci są hetero, poza przyszywanymi, a i z przyszywanych większość jest hetero.

Kocham je po równo, tak wyszło.

Nie wiem jakiej orientacji będą moje wnuki, za małe są, nie deklarują się jeszcze.

Nie odtrącę żadnego z nich.

No, chyba że będą za PiS, wtedy wykopię, wydziedziczę i sama z nimi zrobię porządek :)

piątek, 1 lipca 2022

Bladym

 świtem, Kochany Pamiętniczku, gdy dowlokłam się na Manhattan w celu zakupów na najbliższe dni, żeby jutro nie padać w tasiemcowych kolejkach (czy wszyscy emeryci z całej okolicy muszą w sobotę rano grzecznie na Manhattan, tak, wiem, też jestem emerytką, ale nie po dziewięćdziesiątce jeszcze i wciąż pracuję), myślałam, że zdechnę, ale w piekarni była woda źródlana. Chuj z tym, że z lodówki, więc nie tyle gasi pragnienie, co powoduje przeziębienie, ale była i dzięki temu ocalałam.

Ale...

Serio, 2,20 za pół litra wody z kranu? Bo koło jakiegokolwiek źródła to ona nawet nie stała, moja kranówa smakuje lepiej.

I tak od razu w oczach stanęło mi, jak bałam się lata temu, podczas pierwszego wyjazdu z Pierworodnym do Londynu powiedzieć, że umieram z pragnienia, bo mała butelka wody mineralnej kosztowała 1,50 funta, a na wycieczki jeździliśmy wtedy jeszcze z własnymi kanapkami. 1,50 funta przeliczając na złotówki ( wtedy jeszcze przeliczałam) to było 10,50 zyla, 10,50 za wodę, w pale mi się to nie mieściło...

A i dziś mnie zastanawia, ile będę w stanie za wodę zapłacić, bo wg wyliczeń rachunek za ciepłą wodę wzrośnie mi o ok. 27 zł, a grzanie na gazie i latanie z garem wrzątku to jednak też jest sport ekstremalny, jak się potknę (na trzeźwo, bo po pijaku jestem niezniszczalna) i wyleję wrzątek na siebie to małe miki, ale jak zniosą to moje panele?

Wracając zaś z Manhattanu


co ławeczka, to żul i nie, nie dzwoniłam na pogotowie. Wiem, że to też człowiek, że może się coś z nim dziać, ale te puszki i flaszki pod ławeczką...

Kiedyś próbowałam budzić i pomagać, ale opluta i zwyzywana, podziękuję.

Jak mnie coś, to będę godzinami czekała na pogotowie, płacąc kurewskie składki.

Więc nie, nie jest mi żal. Też czasem mam ochotę zapić, paść na ławeczce i mieć na wszystko wyjebane.

Ot, tak, po prostu.

Mieć wyjebane i w tym momencie myślę: dzieci. Byłam taką egoistką, że sprowadziłam je na ten świat, a teraz będą miały traumę, bo matka legła bez honoru na ławeczce?

Nie, żebym nie mogła. Mogę, kto mi zabroni...

I tak rozmyślając do domu dobiegłam, mimo lejącego się ze mnie potu (strumieniami) ogarnęłam tę kuwetę, mamrocąc pod nosem, że komu to przeszkadza, że na kafelkach w kuchni jest plama na samym środku (no, kurwa, mi przeszkadzało), a potem spoczęłam na laurach (na listku bobkowym, of course), z zimnym piwkiem, po upewnieniu się,  że Pierworodny dotarł do domu, że nic w wiosce nie jebło.

Wyprawa do Wrocka nabiera barw, a ja licząc, ile wydam, zastanawiam się po jakiego chuja się z domu ruszam?

I nie, że mnie nie stać.

Nie licząc wypadów do UK, ostatni raz tak naprawdę byłam na wczasach w 1976 roku, w Mikołajkach pod namiotem. Z Piotrem. Którego już nie ma i który nigdy się nie ożenił, który wkurwił mnie maksymalnie napisem na fotce: nic tak życia nie upiększy, jak na starość jeden głębszy. Idealny, seksowny, nieszczęśliwy jeszcze bardziej niż ja. Dzisiaj to wiem, wtedy byliśmy za młodzi na ogarnięcie życia.

Może w następnej rzeczywistości nam się uda?Kto wie?


Nie licząc oczywiście 3-dniowej wycieczki do Paryża z Inżynierem, który kopnął mnie w dupę i powiedział, że jak nie teraz, to kiedy?

 No właśnie, kiedy?

Pytanie za 50 zł polskich: co jest ze mną nie tak?

 

A, i do apteki w Galerii dziś zajrzałam. Na drzwiach napis: Punkt szczepień, a że i mi termin na kolejne szczepienie mija, a na Szwajcarską to muszę (nie muszę, ale wlokę Inżynier, bo za daleko) mieć pół dnia, więc włażę i pytam o terminy, a gość (nawiasem mówiąc, denna apteka, denna obsługa, a gość niesympatyczny na maksa) mówi, że nie szczepią. Pytam zatem, dlaczego nie zdejmą napisu z drzwi? Nie zdejmą, bo są punktem szczepień, ale nie szczepią.

Bądź, kurwa, w tym kraju mądry i rób dzieci :) 

Ale biedronkowe leluje dały radę :) 


choć te z Aldi padły :) 

Niech żyje Biedronka :)