wtorek, 30 września 2014

Każdego

dnia spogląda na mnie z lustra coraz starsza, coraz bardziej obca i coraz mniej potrzebna komukolwiek kobieta.
I nic nie będzie dobrze.
Jaki jest sens  w tych dniach?
Nie widzę żadnego.
Bo nie ma.
I wszystko inne to tylko pieprzenie kotka za pomocą młotka.
Time to say...

Tak, oczywiście, keep smiling...



Sayonara :)

piątek, 26 września 2014

Sezon

na wkurwianie Starej Jędzy uważam za otwarty. "Nie zimno pani??". "Ja bym tak w sandałkach na bose nogi nie mogła...", "Przeziębi się pani"... Tak, kurwa mać, chcę się przeziębić, chcę, żeby mi było zimno i ja w pełnych butach na gołe nogi nie mogę, a na skarpetki mnie nie stać.
Co komu do domu, jak chaupka nie jego??
Czy ja pytam ludzi, dlaczego mają na sobie sweter, kozaki, kurtkę, szal i rękawiczki?? Nie, nie pytam, czy jest pani za gorąco.
Żal mi za to dzieciaczków, tych umiejących już łazić i tych jeszcze skazanych na wózek, zapakowanych w śpiwory, kocyki, osłonki i zimowe kurtki.
Dzieciom gile wiszą z nosa, kichają i kaszlą.
Też bym kichała i kaszlała, jakbym się tak spociła.
Zimno konserwuje, czego dowodem jest generałowa Zajączkowa (kto nie wie, niech googla) ;)
A ja?? Lubię chłód. Może to choroba, może nie, kiedyś było mi zawsze zimno. Teraz mi ciepło, tylko na noc na kordłę kładę kocek, bo mam zimne stópki i nie zasnę.
A potem hulaj dusza, piekła nie ma, kocek ląduje na podłodze, a ja świecę gółką :)
No i jakoś żyję :D
A tu bonusik :) Z oczkami, bo na FB oczków nie widać :D


No co, lubię rocka, a oczka mam duże, bo jestem wszak Little Owl :) Mam już dwa tygodnie, więc stara ze mnie... nie, nie dupa, wyga ;P :)

I tym optymistycznym akcentem żegna się z Państwem Stara Jędza :)

czwartek, 25 września 2014

Kochany pamiętniczku...

Poniedziałek minął imprezowo, znaczy się, w pracce impreza zamykania dodatku była, ale gładko poszło.
We wtorek szczęka mi opadła na podłogę, jak się dowiedziałam, ile muszę dać za wyczyszczenie kurtki. A jeszcze płaszcz zimowy został. Sprawdziłam w Limbie (online), o ile w ogóle taniej to... o 2 złote... Ojapierdolę. Teraz będę kupowała tylko odzienie nadające się do prania w pralce. Wystarczy, że jakiś palant mnie ochlapie i już na czyszczenie nie zarobię...
We wtorek wleciał KB, ale... Wiem, że ma problemy, kto ich nie ma, ale nie jest z nim dobrze. Sam wie, co mu jest, ale próbuje rozwiązać to w tak niedorzeczny sposób, że ojapierdolę. No nic, mogę tylko wysluchać, powiedzieć co sama bym zrobiła, ale nie mam na to wpływu. To takie pokolenie, które nie tylko trzaska zamkniętymi drzwiami, ale wyważa również drzwi otwarte, a i obrotowymi potrafi trzasnąć. W sumie biedne.
W środę poleciałam po kurteczkę, ale tym razem na piechotkę, no i jak zwykle parę perełek mi się trafiło :0
 Prawda, że prześlicznie?? Muszę tam kiedyś wejść, są tam sklepy i zakłady. Takie kameralne miejsce....
 ... i po drodze kapliczka, a przy niej szczęka chlast...
 Iście chrześcijańskie milosierdzie, co nie?? Pomijając fakt, że złodziej to świnia, ale przecież Pan Jezus gorszym łotrom wybaczał, nie sądzę, żeby łamanie nóg i rąk za plastikowe badyle było karą adekwatną do występku. Może zrobić tak, jak na cmentarzach - pomalować kwiaty lakierem i po kłopocie. Uśmiałam się :) Nie sądzę, żeby złodziej czytał tabliczkę, to tylko ja jestem wszystko czytająca zboczucha :)

 A tu, przy tejże kapliczce, praktyczne zastosowanie płyt CD :)

I tak sacrum miesza się z profanum ;)
Na zdjęciu niżej to już faktycznie profanum (znajdź kotecka), to krzyż niedaleko błoni, na których był JPII. Zaraz po tym, ja zrobiłam zdjęcie, młoda para (widac było, że z okolicy) usunęła kotecka...

 
 A kawałek dalej poszczypałam się. No bo jak to, centrum miasta, a koniki się pasą. Na dokładkę piękne, palomino. Trochę się bałam, bo odgrodzone od jezdni tylko taśmą, a ja boję się koni...
 ...no i tego dżentelmena widziałam tu pierwszy raz...
... i wyjaśniła się zagadka palomino. Cyrk przyjechał :)

W nocy był prawie przymrozek, zapowiadają, że zaczną grzać. Ale jak znam życie, w mojej spółdzielni to nieprędko nastąpi. Dobrze, że nie jest mi zimno.
Przeczytałam notkę u Dory i zrobiłam sobie misz masz. Jej metodą upiekłam w brytfannie hokkaido, kalarepkę, seler, cukinię, cebulę i zmieniaczki. Wyszło MLASK i ojapierdolę, a przy okazji w mieszkaniu się nagrzało, a o to chodziło.
I lecąc na kijki zobaczyłam hahahahahaha, śmiech na sali...

Od tygodnia budują ten tunel i tyle zrobili.... Mają go skończyć za rok. Przez tydzień to ja bym tyle łopatą ukopała. Współczuję ludziom mieszkającym w okolicy. To wprawdzie mój Heimat, ale ponad 2 km ode mnie (teraz już znam odległości w km).

I trudno się nie buntować na dzisiejsze czasy, czytając doniesienia o odprawach ministrów (odchodząc na emeryturę dostanę guzik z pętelką, nic to, że gdy przechodziłam na rentę nie było odpraw, nie należy się i już), o tym, że w poznańskim ZOO odseparowano osły, bo... śmiały kopulować na oczach zwiedzających (mieliśmy też słonia, którego jeden z radnych oskarżył o to, że jest gejem...). Pojebane wszystko w tym kraju...
I dlatego nie słucham wiadomości, nie mam TV, a w necie lecę po łebkach. Głupota jest jednak wyrazista.
I... Moja Mama zawsze mówiła, że boks to nie sport, że to mordobicie w watowanych rękawiczkach. Też tak sądzę, ale jak czytam wypowiedzi Michalczewskiego, odszczekuję. Facet mimo że po łbie dostawał, jednak logicznie myśli.
W przeciwieństwie do innych elegancików.
I do innych bokserów.
Widocznie nie dostawał po łbie w nieodpowiednią część czaszki.
Co potwierdza fakt, że wszędzie są ludzie i są parapety...


sobota, 20 września 2014

Są takie noce

od innych łaskawsze, kiedy się wolno wygłupić,
wolno powtarzać nigdy i zawsze,
wolno słowami się upić.
Ale nie wolno tej nocy pod różą
okraść, okłamać, oszukać,
bo się już będzie odtąd na próżno
bezsennej nocy tej szukać....

Manhattan. Rozmowa z Inżynierem i słowa, których się nie spodziewałam, że kiedykolwiek padną. I Baran straszący mnie "ą, ę, bułka przez bibułkę", a ja przecież prosta wsiowa baba jestem :P Mycie okien w walce z owocówkami. Ponieważ podwójna randka nie wyszła z przyczyn ode mnie niezależnych, spożytkowalam dzień sensownie, nie patrząc na uroki przyrody.
Ale pół randki wleciało.
Obaliliśmy martini (szarpnął się, szacun), piwo wiśniowe, rozważyliśmy wszelkie uroki tego świata. Zapakowałam mu do plecaka żeberka. Wpadliśmy do Stokrotki i zanabyłam kolejne piwa, aczkolwiek musiałam wyglądać nie tenteges, bo kasjer na mnie łypał, ale co ja za to mogę, że mam głupi wyraz twarzy? Rechotaliśmy non stop, tak wyszło...
I poszliśmy pić.
Na Dębinę.
A co??
Krakał, że nam mandat wlepią. Ale nikt się nie nawinął z bloczkiem.
Nie pamiętam, kiedy się tak szlajałam. Jakieś hmmm... 40 lat temu???
Ale.
Potrzebuję takich chwil.
I Rodowiczki w tle z "wsiąść do pociągu byle jakiego...:"
Źycie wtedy mniej boli.
Jak dobrze być sobą.
Niech to trwa i trwa.


I zrobiłam sobie face lifting, a co??


piątek, 19 września 2014

Rewelacja

Crossing lines...



Inteligentny kryminał :) Rzadkość...

Październikowy

numer przeszedł dziś do historii.
Ale i tak w poniedziałek polecę, bo Smród nie zamknął dodatku.
Dziś mało, że mi przeszkadzał, za co opierdoliłam bezpardonowo i wywaliłam za drzwi (właził mi za plecy, palant, czy on myśli, że jak mam pracę to gram? Nie potrzebuję ekonoma!!!), to jeszcze wysłał sekretarkę, żeby drzwi od kuchni zamknęła, bo... śmierdział mu mój odgrzewany obiad (w mikrofali). Mógł zamknąć swoje drzwi. Mógł. Ale nie. Następnym razem od razu zamknę drzwi od kuchni (nikt nie zamyka), nie dam mu satysfakcji. Na starym miejscu nie był taki aktywny, bo musiałby po schodach latać. Oj, uważałabym na jego miejscu, bo nowa siedziba idealna na kocówę jest. Otoczenie, znaczy się.
Rano jak szlam do pracy, miałam motorek w dupie, bo bez parasola, a chmurzyło się. Ledwo wlazłam do pracy, lunęło. Jak wychodziłam, też lało, ale w pracy mam parasol, więc postanowiłam niezłomnie dotrzeć do domu pieszo. Udało się, nawet nie zmokłam za bardzo. Tak mglisto, szaro, jesiennie się zrobiło, ale deszcz ciepły, letni. Jedyny feler to kierowcy, niektórzy z premedytacją wjeżdżają bliżej krawężnika, żeby ochlapać. Ale karma jest sprawiedliwa, już porzucałam uroki ;)
Podczas tych wędrówek spostrzegłam, że są różne grupy kierowców. I tak są wielcy panowie w wielkich terenówkach, ci prawie zawsze zwalniają, żeby przepuścić. Baby w terenówkach wycieraczki włączą i pojadą dalej, rozmazując cię na szybie. Baby w małych samochodach nigdy cię nie przepuszczą. Faceci w małych prawie zawsze. A najbardziej zaskakujący są dresy w beemwicach - ci z reguły puszczają zawsze. Ochlapują zazwyczaj ci w małych, muszą sobie ego dowartościować. Tak więc w czasie deszczu zimą nie będę ryzykowała, bo nie zarobię na czyszczenie płaszcza. Teraz wrzucam ciuchy do pralki i po kłopocie.
I zaczynamy upragniony weekend i w zasadzie dwa tygodnie wolnego :)
Przelazłam dziś 9,98 km mimo deszczu :)
Czyli więcej, bo trzeba korytarz doliczyć, tam się nalatałam dziś :D

czwartek, 18 września 2014

Po Panu

Pająku i jego misternej sieci nie było dziś śladu, za to na słupku leżały dwie małpki po jakimś alkoholu. Pijak to wszystko zniszczy, buuuuu....
W pracy spokój. Bossa nie było, to Smród nie miał się przed kim popisywać i zaszył się w swojej dupie...
A ja dostałam pomidorkową łapówkę i miałam tak


Było na czym oko oprzeć :)

Dziewuszka zza ściany zabiła mnie dziś, wpadając z gryzoniem w ręku, szaleństwem w oczach i z pytaniem, czy gryzonia się włącza on czy off :) A myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy. Chociaż sama kiedyś myślałam, że zepsułam Baranowi gryzonia, bo zdechł. Na moje usprawiedliwienie: bezprzewodowe zawsze mieli chłopcy i oni obsługiwali, mój gryzoń zawsze był na smyczy, to skąd miałam wiedzieć, że bezsmyczowy potrzebuje baterii?? :)
I tak gadu gadu, pierdu pierdu, rozmowa zeszła na warzywa i za Chiny Ludowe i Demokratyczne nie mogłam sobie przypomnieć, jak nazywa się warzywo, które w UK dają do rosołu zamiast selera. Napisałam do Barana, a Paskud jeden odpisuje: my zawsze mamy seler, a to o co ty pytasz, to chyba sweet... Bądź tu mądry i rób dzieci i nagle ping, ping, wiem. Brukiew.
Wracając do domu znalazłam taką jeszcze na Manhattanie i tadam... Na jutro do pracki mam na obiad placki brukwiowo-ziemniaczane z gęstym jogurcikiem :)
I będzie zupka brukwiowa i puree... W dzieciństwie wyżeraliśmy to świniom i krowom, zakradając się do pomieszczeń, gdzie szykowano pasze. Do dziś nie zapomnę smaku pyr z parnika... Niebiański. A brukwi Mama nie gotowała, bo źle jej się kojarzyła. Z okupacją i głodem. A dla mnie rarytas. Jak to czasy się zmieniają.

Duża jest :)
8,81 km dziś, nie licząc z kilometra przedreptanego w pracy i domu.
Grzeczna dziewczynka :) Lubię siebie :P

środa, 17 września 2014

Tylko u mnie

na wyłączność, bo nawet na FB tego nie ma, a dostałam dożywotnie prawa do publikowania.
Zatem wita się z Państwem Mała Sówka, opuszczająca szpital w mocnych rękach Cygana :)
Dalej trzymamy kciuki, bo jeszcze jest kontrola w piątek, no i będzie się działo wciąż, jak mniemam.




I jak to niewiniątko udaje, że grzeczna panienka niby i takie tam cium cium :) Już ja wiem, kto to jest :)

Zaprzyjaźniłam się lecąc do pracy z Panem Pająkiem na wiadukcie, ale... Nie biorę aparatu, bo mi za ciężko. Jednak co dzień sprawdzam, czy Pan Pająk wciąż tam jest. Ot, taka znajomość na chwilę ;)
Ciężki dzień dziś był i taki hmmm.... Podminowany. Na nowym miejscu wszystkim idzie jak krew z nosa i wszyscy się tłumaczą, że nie mogą się dostosować. Wiadomo, złej baletnicy i spódniczka przeszkadza. Mi to rybka. Zaczęłam punkt 9, skończyłam o 16.58, wychodząc zostawiałam puste biurko i pocztę bez emilka. Jeszcze wleciałam w międzyczasie do Bossa na minutkę, zjadłam drugie śniadanie, fakt, że przy kompiku, może z 10 minut pogadałam przez cały dzień, parę SMS wysłałam, obiad odgrzałam, zjadłam, herbatki sparzyłam, w kibelku byłam, kwiatki podlałam i ani chwili dziś nie próżnowałam. Za to atmosferę podgrzewał przeflancowany do nas kiedyś Smród. Smród cechuje się tym, że w międzyczasie przeszedł na niższe stanowisko, tak wyszło z roszad kadrowych. Uważa, że jest wszystkowiedzący, niezastąpiony, filar i opoka. Nie robi nic konmkretnego, poza wkurzaniem ludzi, którym udowadnia, że nic nie robią. Nawet, jeżeli poniekąd ma rację, sam też nic nie robi poza wkurzaniem, więc.
Wlazł mi dziś na odcisk. Co 5 minut właził, jakby nie starczyło tego, że co minutę ktoś właził z nowym wydrukiem, na poczcie leciały emilki, wszystko było na przedwczoraj, a on sprawdzał, ile jeszcze jest do czytania. Tak jakbym siedziała i dłubała w nosie. I takie inne tam, lepiej nie mówić. Uwziął się też na dziewczynę zza ściany, bo lubi ją Boss, więc i ona biedna latała jak opętana, a Smród raz do niej właził, raz do mnie. W końcu otworzyłam na oścież drzwi, bo co kawałek ktoś nimi trzaskał, i gdy Smród po raz kolejny zapytał, czy jeszcze dużo zostało, wrzasnęłam. Jako że jak się zdenerwuję, to nieważne, czy mam aparaty i się słyszę, czy nie, rozwyłam się i powiedziałam, że ma mi dać święty spokój i nie przeszkadzać, bo mi przeszkadza i że szybciej nie będzie, jak jest, a jeśli potrafi zrobić to szybciej niż ja, to bardzo proszę... Spojrzał i rzecze: niech pani na mnie nie krzyczy... I poszedł. Nie, nie w pizdu, poszedł dręczyć innych (moje źródła mi doniosły). Jego wydruk był przedostatni, a u mnie nie ma zmiłuj, wydruki czytane są w kolejności dostarczania, jeden wyjątek: Boss. Czytam go zatem i co się okazuje?? Smród wziął tekst nieobecnej koleżanki, która już go zamknęła i nagrzebał. Chuj. Nieskrobany. Bo inaczej trudno to nazwać. Odniosłam. Powiedziałam, co myślę. 10 minut później wychodził, choć jeszcze nie było 17...
No i co z takim chujem zrobić??
Normalnie nie przeszkadza mi hałas, mam na to wyjebane, ale jak mam się skupić, a co chwila ktos ode mnie coś chce, trzaska drzwiami, staje przed biurkiem (chce coś?? muszę wysłuchać), za ścianą kawały sobie opowiada i perliście rechoce, to ojapierdolę. Zabiję i każdy sąd mnie uniewinni. Wychodzi na to, że mam gorzej, jak w starej piwnicy, ale ja ich jeszcze poustawiam, będą na paluszkach chodzić :)
Dowiedziałam się, że ulica, którą łażę będzie rozkopana na amen na dłużej, bo budują to przejście podziemne. Jak nie sraczka, to przemarsz wojsk radzieckich, ale coś wymyślę, bo z latania nie mam zamiaru zrezygnować, dziś wyszlo ponad 8 km...
Jestem wielka i uparta. A co??

wtorek, 16 września 2014

Sikora z Sóweczką

pragną bardzo serdecznie podziękować wszystkim troszczącym się o nie. Nie może sama wejść w komentarze, więc prosi mnie o pośrednictwo. Sądzę, że nieprędko będzie miała czas na cokolwiek, ale będę uprzejmie o wszystkim meldowała. W każdym razie Ptaszki dziękują, wdzięcznie dygając nóżką.

Powoli wszystko się wyjaśnia. Mała Sówka przybrała na wadze, dziś miała opuścić inkubator, znaczy się, żółtaczka zażegnana. Na sali znalazła się dziewczyna, która naumiała Sikorę i Sówkę obsługi cyca. Wydawałoby się, że cyc Sikorzy (a ma ona, oj ma) to bardzo proste w obsłudze urządzenie, ale jednak nie. Więc dzięki losowi, że taką dziewczynę tam podrzucił, co się zna. Sikora się już trochę uspokoiła, tym bardziej, że Sówka nie tylko zdrowieje i przybiera na wadze, ale... regularnie kupkę robi (tfuj, dołączam do gadających o kupkach, ale to nie ja ;)
Wyjaśniło się też, skąd to całe zamieszanie. Sikora ma grupę krwi "O", a Mała Sóweczka "B" i w ten piękny sposób powstał jakiś konflikt. Jak mi to Sikora napisała, zdębiałam, bo jak żyję, słyszałam tylko o niezgodności czynnika Rh, sama takową mam, bo jestem minusowa, a moje dzieci są plusy. Nie dowierzając Sikorze rzuciłam się do neta i faktycznie, jest konflikt grup krwi, zwłaszcza jak mamusia ma "O". No ale obyło się bez transfuzji dla Sówki, więc jest OK.
Jak dobrze pójdzie, Dziewczyny wylądują jutro na Rożnie :) Będą ptaszki z rożna, a co?? :)

A u mnie w pracy bajzel jak był, tak jest, ale dziś dostałam do łapek pilota od klimatyzacji i jak miałam przerwy, to sobie klimat regulowałam... Jako że kocham zimno, zrobiłam sobie 19 stopni i siedząc ze słońcem grzejącym w plecki, że ojapierdolę pławiłam się w chłodku... Było jak nad morzem, co nie?? :)
I zastrzeliła mnie sąsiadka zza ściany, młoda dziewuszka, bo w wieku Inżyniera, ten sam rocznik. Wpadła z obłędem w oczach i pyta mnie, czy wiem, jak się restartuje komputerek. Face palm... Pracuje u nas od 2 lat i nie jest blondynką... A myślałam, że nic już mnie nie zaskoczy.

Kolejny dzień z ośmiokilometrowym spacerkiem, już wiem, w którym miejscu zaskrzeczy mi w słuchawkach kolejny kilometr, w którym zaczną mnie boleć biodra. Statystykę psują mi tylko światła, mam po drodze dwa takie upierdliwe, przy których stoję parę minut, ale od czasu tego mandatu boję się leźć na czerwonym, tym bardziej że wszędzie stoją sznury samochodów, a ja ślepa jestem... Czasem przez 3 cykle światło się nie zmienia, wtedy jednak mówię: raz kozie śmierć i hyc... A dziś dodatkowo szlaban kolejowy mnie zatrzymał :)
Jeszcze parę dni ma być taka letnia pogoda, co mnie bardzo cieszy.
Dostałam też wiadomość, że zjazd jest 11 października i to w knajpie, do której dzieckiem będąc musiałam chodzić u wyciągać z niej ojca... Nie powiem, żeby mnie to kręciło, więc nie wiem. Pamiętam, jak w kącie stała jeszcze spluwaczka i wisiał napis: "Pluć tylko do spluwaczki", a na ścianach były tabliczki: "W lokalu należy zdjąć nakrycie głowy", "Kredytu nie udziela się", "Osób nietrzeźwych nie obsługujemy". Oj, to była ciemna speluna, że ojapierdolę. Za główną ścianą była sala dla lepszych gości, do której przez jakiś czas chodzilam z bratem po śmierci mamy na obiady, póki były pieniądze z ubezpieczenia. A ubezpieczona mama była bardzo wysoko jak na tamte lata, starczyłoby na dwa mieszkania i samochód, ale ojcu szybko się te pieniądze rozeszły... No ale pokazywał, że dba o dzieci, a potem oświadczył, że córka już się nauczyła gotować i... przerzuciliśmy się na zupki w proszku. Kiedyś uwielbiałam ogonową, ale w tym okresie jadłam tylko ogonową na okrągło, więc nie, nie sądzę, że mogłabym dziś ją przełknąć jeszcze... I inne takie niemiłe wspomnienia mam, więc naprawdę nie wiem. Jak przejeżdżałam widziałam, że tam się zmieniło, w środku na pewno też... Ale...
No nic, się zobaczy :)


niedziela, 14 września 2014

Biedna

Little Owl ma żółtaczkę i muszą zostać w szpitalu. Sikora sili się na wisielczy humor i mówi, że Dosia leży w swoim pierwszym solarium w SPA, ale biednej wcale nie do śmiechu. Dobrze, że ma Małą na sali, no ale... Zatem prosimy dalej o kciuki i fluidy dla naszej dzielnej Dziewczyny i Jej Mamy.

A Stara Jędza została dziś przyłapana rano przez Inżyniera, więc później wyszła na włóczęgę. Odważyłam się zapytać, ile będzie kosztował kot i tak jak przypuszczałam, na rozruch sierściucha pójdzie co najmniej 1000 funtów. Fakt, nie moje pieniądze, ale wyrwał mi się z piersi wzdech, za co zostałam surowo skarcona, no bo jak śmiem odmawiać odrobiny przyjemności Dziewczynie Inżyniera.
Zatem jestem jak Szwajcaria od dziś i żadnych raportów o sierściuchu nie będzie, bo po co mam sobie ciśnienie podnosić?
Dobrze, że są ludzie, którzy mnie rozumieją i tego się trzymajmy...

Zatem poleciałam, jako że u nas lato, lato, lato wszędzie, w porywach temperatura w cieniu dochodziła do 27 stopni :)
Poleciałam najpierw do wujka Mietka, a potem z buta poszłam na Jeżyce i Ogrody, w sumie przeszłam dziś ponad 10 km, ale warto było :)

No bo

urokliwe są jeżyckie kamienice. Wieki całe tu nie byłam, wiele nowych rzeczy jest, a ja ich nie znam. To okolica Dziewczyny Inżyniera, nie moja :)
 Prawie jak paryski balkon...

 Nowe ładnie wkomponowane w stare.

 Chciałabym się w tym wieku tak trzymać, nawet po botoksie ;)

 Kocham ukwiecone balkony
 Lubię murale, ale tego nie ogarniam ;) Wiadomo, Jeżyce :P

Święta krowa jest nietykalna, więc WTF???
 100% wołowiny, a gdzie mleko?? :)

 Jakie malownicze gacie na szpagacie :)
Nie dotarłam do kultowej lodziarni na Kościelnej, bo jechał w tamtą stronę jakiś bezdomny bez nóg. Z tyłu wózka świeciła mu goła dupa, a smród szedł za nim taki, że... Poszłam więc w dół, tam też były lody tradycyjne, ale jednak to nie ta cukiernia... Trudno.
I polazłam z lodem dalej, na Ogrody, do botanika. Po drodze odezwał się Cynober i zgadaliśmy się, że on też będzie w botaniku, ale później...
Toteż polazłam sama
i co ja będę ozorem kłapać... Pięknie tam, co nie??


 Nawet grzybki skatalogowane ;)





 A fryzura tej pani idealnie zlewała się z kwiatami ;)






 I motylka złapałam, ale tylko tak, nie dał się cały sfocić, skubany :)

Była też wystawa grzybów
 czar teściowej, a jakże :)
 Niektóre nazwy mnie oczarowały :)
 A tego postawiono na samym końcu, na uboczu, co by radiomaryjnych w oczy nie kłuł, bo faktycznie, bezwstydny jest sromotnie ;)







 I nieukochana Inżyniera Kobieta Nietrzymająca Moczu wciąż wiernie czeka... (I ja tam czekałam na Cynobera na końcu) ;)


 Przedsmak Halloween :)

A to kiwano. Nie kupiłam, bo nie miałam pojęcia, czym to się je. Pani poczęstowała mnie kiszonym, jak ogórek (bo kiwano to ogórek), nawet smaczne, ale miało tak twardą skórkę, że dziękuję, nie. Potem w domu poszperałam w necie i żałowałam, że nie kupiłam, mówi się trudno. Kupiłam za to pół bochenka chlebka dyniowego, bo smaczny. Nie kupiłam dżemu z dyni, bo w zeszłym roku wziął i... spleśniał. 
 Były grzybki i kwiatki. Kupiłam sobie mirt, bo mam teraz dwie panny na wydaniu, to mirt muszę mieć :D I pasieka była, a pani na pytanie o miód sosnowy zrobiła kwadratowe oczy i powiedziała, że w życiu nie słyszała, że może na południu... LOL :)







 I tu mi się UDAŁO :) Widać, jak pszczółka leci :) Bo wszystkie inne mi wiały ;) A sam kwiat wygląda, jakby małe, pomarańczowe węże wypełzały z jaskiń :)




Sponsoruje te ule producent Oleju kujawskiego. Bardzo mądra akcja. 









 Strażnik ula :)


 Głaz narzutowy, wyjątkowo dziś nie było przy nim miłośników sweet foci :)


Okazało się, że furtka jest zamknięta i musiałam wracać, po drodze odezwał się Cynober, połaziliśmy jeszcze trochę i odholował mnie na tramwaj, sam wrócił do rodziców. Po drodze dostaję SMS, że go opieprzyli, że mnie wypuścił z łap :)
Ale i tak sama chciałam do domu, bo w końcu do kibelka trzeba iść :D
To był piękny dzień, takie słodkie pożegnanie lata, mam nadzieję, że jeszcze zdążę się nacieszyć jesienią. Jak dobrze pójdzie w weekend będzie podwójna randka, ale to zależy od pogody i od losu :)
Żeby Baran tak ciężko w tym tygodniu nie pracował, wywołałabym go do tablicy i kazała opisywać zdjęcia :) Nie bij :P