sobota, 31 sierpnia 2019

Dopiero

dziś poczułam, Kochany Pamiętniczku, jak bardzo jestem zmęczona, a do tego wszystkiego upał dał mi koszmarnie w kość.
Planowałam umycie okien, po tym tornadzie wyglądają jak moje w pracy, myte raz na pół roku, ale spasowałam. I teraz czuję, że dobrze zrobiłam, bo padłabym.
Tak samo jak zrezygnowałam z jazdy na cmentarz, bo sama nie wiem, na który najpierw jechać. Do Umarlaków pasuje mi przyszły weekend, bo umyte, ale kwiaty bym chciała zmienić, ale w weekend jest też rocznica śmierci Eksa. Trudno, nie rozdwoję się, zobaczę w poniedziałek, jak ogarnęli kuwetę w pracy, bo obiecywali pot, krew i łzy. Jak zawsze...

A dziś dopieściłam wszystko, dochuchałam i nawet obiadu nie robiłam, raz, że nie mam apetytu przy tym upale, dwa, że kto bogatego zmusi?
Tortellini z grzybami sobie odgrzałam, gotowca, a jakże, popiłam smoothie i jak zgłodnieję, mam kiszonki.
Przełożyłam kiszonki do słoików, dokończyłam powidła, udało mi się zrobić dla Sikory, jak obiecałam.
Chodzą za mną jeszcze powidła, ale na razie muszę odskrobać brytfannę, a to syzyfowa praca, jednorazowe gotowanie sody oczyszczonej nie za bardzo pomogło :)

Czuję się jak w bajce, choć jeszcze mam odruch oglądania się na boki, za to moje uszy odpoczywają i zakupy w rytm Christmas Time, znajdę cię, niezmienioną tę samą, wytarguj od gwiazd ten czas, mój czas! Co zanim się stał - zbiegł i innych takich, I just called to say i love you :) Bez obawy, że zlecą alkohole, że będzie bójka o koszyk i inne niespodziewajki.

Ale tak myślę, że chyba jednak coś jest w tym, że cukier dzieciom szkodzi :) Doszłam do wniosku, że dlatego spały, bo słodyczy nie jadły prawie wcale. Jedno ptasie mleczko góra dziennie. Albo jogurcik. Do picia smoothie i woda mineralna, ewentualnie herbata z wierzbówki kiprzycy z suszonymi owocami, osłodzona maleńką łyżeczką miodu. A tak: kiszonki, ogórki, rzodkiewki. Nawet kakao codziennie nie dostawały i wbrew temu, co mi wmawiał Pierworodny nie piją litra mleka dziennie, jako że jestem wygodna i nienawidzę szorowania garnka po mleku, jak nie mówiły, nie dawałam. Dostawały jogurt. Naturalny, więc białko było :) Żadnych chrupek, chipsów, precelków, paluszków, i co? Przeżyły, nie umarły z głodu, a i Papryczek śmigał do kibelka jak błyskawica, a w O. był dzień, że przez cały dzień nie sikał!
Nie wiem, czy jeszcze zdecyduję się na takie coś, chyba nie.
Będę wolała zająć się nimi w ich domu, bo aczkolwiek bałagan nie był za wielki, ale ja kocham, jak

... i nie muszę umierać ze strachu, że za chwilę coś zostanie zalane i zepsute.
Starczy tego jednego kompa, nie wiem, czy odzyskam z niego coś.
Ale, nieważne :)

Zanabyłam :) Wiem, celozja szybko pada, ale nie mogłam się oprzeć temu kolorowi :) Zdjęcie nie oddaje jej uroku i koloru :)
To już ostatnie tchnienia lata, wszędzie królują już wrzosy i wrzośćce, ale nie rzucam się na nie, bo moja dżungla komarzycowo- begoniowa ma się jeszcze nieźle i trudno się przez nią przebić.
I


 Obie tablice kupiłam z myślą o MW. Bo ona na wszystko odpowiada nie wiem, a na co dzień przyklejona jest do smartfona 12/24. Ale nie dam jej tych tablic, bo i tak wiem, że wylądują w kącie. Niekoniecznie to, co mnie się podoba, zachwyca innych. A ja lubię pisanie credo na parkanie :) Byłam już za to skrytykowana, że jak małolata sentencje wieszam, no ale kto, kurwa, bogatemu zabroni? Moje mieszkanie, moje zasady, mój cyrk, moje pchły :) Nie ściągam tu nikogo na siłę. I nie, nie polecę kupować modnych mebli, lubię swój bajzel. Dobrze mi tu :)
A moja hoya...
Cicho :) Może się uda i doczekam smrodu :) Ponoć śmierdzi jak kocie siki :P A kocie siki śmierdzą okrutnie, wiem, bo w starej siedzibie redakcji dwa kocury oznaczyły zimą teren, sikając na progu pod drzwiami wejściowymi. Rześki mróz dodawał uroku tym perfumom :)

I tak pięknie minęła mi niedziela, film oglądnęłam. Lot. Polecam, jeśli ktoś ma polskiego Netflixa.
Będę się teraz bała wsiąść do samolotu.
Piję.
Czasami za dużo i miewam kaca.
Ale jedyny błąd, jaki mogę popełnić, to puszczenie błędu.
Być może pora do AA.
Wszystko jeszcze przede mną :)

A Kalafiorkówna ma już kilka zębów.
Jak ten czas leci...

piątek, 30 sierpnia 2019

Dzień

piąty i ostatni, Kochany Pamiętniczku.
Jestem przeszczęśliwa, szczęściem wyjebanym w Kosmos, a jednocześnie rozżalona :)
No co...
Znów wstałam pierwsza, ale o dziwo, nie rzucili się na mnie jak sępy na padlinę, ale pierzyli się w swoim wyrku ile fabryka dała.
Myślę, że jeszcze parę dni, a przychodziliby się pierzyć w sublokatorzeniu, jak moje chłopaki.
No ale trudno.
Śniadanie bez wielkich ekscesów, poza tym że Papryczek na widok zimnej paróweczki zrobił oczy jak spodki, bo parówka musi być gorąca. Tam mówiła babcia Justyna.
Cóż było robić, podgrzałam, choć jako żyję nie grzałam cienkich parówek, tylko te grube. Podgrzewane parówki po prostu śmierdzą.
No ale skoro babcia Justyna wie lepiej, muszę się dostosować.
MW na szczęście zjadła serek wiejski i po ogarnięciu tej kuwety i wykąpaniu babci Yody planowaliśmy iść w siną dal, pościel schła na balkonie, ale włosy babci Y. ni cholery nie chciały, a jak wiadomo, wilgoć szkodzi aparatom słuchowym. Sfelerowana ta babcia Y.
I nagle MW siedząca na MOIM fotelu, prawem kaduka, no ale co ja zrobię? - wstała z krzykiem, że jej krew leci.
A krwotok był imponujący.
Kurwa.
Niczego się nie boję tak, jak widoku krwi, mogę spać z wężami, pająkami, ale krew?
Słabo mi się robi w czasie badania krwi, a tu...
Nigdy nie miałam krwotoku z nosa ani znikąd indziej, jako i moje dzieci też nie.
Przebłyskuje mi, że internety mówią, że nie głowa do tyłu, ale głowa w dół, więc każę głowa w dół i wertuję internety. Bingo. Działa. Ogarniam tę kuwetę, bez rękawiczek, ale zakładam, że moja wnuczka nie ma AIDS, zresztą refleksja przychodzi po. Wiem, głupie. Piszę SMS do Matki. Matka ma wyłączony telefon, bo taka praca (moim zdaniem to przerost formy nad treścią, co zrobi, jak MW będzie w szkole? Nie odbierze SMS, telefonu? Dlaczego wszystko ma ogarniać Pierworodny, dosłownie wszystko, przyjechał dziś, usiadł i odleciał, a ona jednak rześka, jadła i jadła, nie wygaduję, ale syn ledwo coś skubnął, a ona wchłonęła gros gziki z półtora kg sera, a myślałam, że za dużo robię, sama zjadłam łyżkę i trzy pyry). Piszę do Inżynierowej, bo przecież fachowa jest, nauczycielka wychowania przedszkolnego. Pomaga, ale dobija mnie, że to ja jestem w tym momencie opiekunem i jak coś to ja do pierdla. Pytam MW, czy już miała krwotok, MW idzie w zaparte, że nie, a Inżynierowa mówi, że nie ma opcji, żeby dziewięciolatka przeżyła pierwszy krwotok bez histerii...
Matka MW odpisuje, że miała już krwotok.
Chapeau bas dla Inżynierowej.
No nic, sytuacja pod kontrolą, dziewczę czuje się dobrze, idziemy po zakupy, bo obiad z niczego się nie zrobi.
Po drodze uświadamiam sobie, że przez te pięć dni mało, że nie zjadły ani jednego loda, a mijaliśmy pierdyliard lodziarni i sklepów, i zamrażarek, ale nawet nie zająknęły się, że chcą loda, mimo upału.
Mówię im, pytam, co kupujemy: loda czy smoothie. P.: loda, MW: smoothie, bo to zdrowe, a cukier niezdrowy (ojapierdolę),  no i ja: smoothie. Przegłosowany P. zanosi się szlochem, ale MW uspokaja mnie: on często udaje.
Kupujemy smoothie i P. jakoś nie umiera śmiercią męczeńską i tragiczną, choć szlochał, że babcia J. dawała mu co dzień loda, albo i dwa, albo więcej, bo inaczej nic nie jadł.
Hehehehehehehe :)
Powiedziałam, że jak dla mnie może wcale nie jeść, płakała nie będę, a będę miala dużo pieniędzy :)
Smoothie zatkało ich tak, że P. dwa kupsztyle walnął, ma prawie 5 lat i nie umie sam wytrzeć dupy.  Będzie miał przesrane w przedszkolu.
Trenowaliśmy, serio, pięciolatek, który sam nie umie gaci wciągnąć i spodni podciągnąć?
Synowa: ale on taki mały i delikatny.
Kurwa.
Ale ona go nie podciera, tylko woła MW albo Pierworodnego.
No dobra. Wracamy do domu, MW ze smartfonem okupuje MÓJ fotel, czytam P. wiersze. Dziecko pięcioletnie nie zna kosi-kosi łapci. Stary niedźwiedź mocno śpi i innych takich tam.
Kurwa, a ja wydałam kupę kasy na książeczki z wyliczankami, na dowóz, a jakże, czytali, czytali. Nie zna żadnego klasyka. MW zresztą też nie. Ale ona ma na uszach słuchawki i jakieś koncerty z hologramami postaci a la manga. Znajduję później kartkę z - chyba poprawnym - zapisem tekstu angielskiej piosenki z takiego koncertu. Jest mądra. Uczę P. kosi-kosi (pięciolatka, kurwa), po 15 minutach umie. Potem Synowa mówi, że umie angielskie wyliczanki z przedszkola. No a co, kurwa, robili w domu? Oprócz puszczania mu Netflixa? Dzieciak zna Simpsonów na wylot. Simpsonów, kurwa.
W międzyczasie emilek z firmy o której chłop nie wie, że przeprosinami, że cała redakcja wie, że ma nową korektorkę.
Tylko, kurwa, rzeczona korektorka nic nie wie, że ma nową pracę.
MW dostaje drugiego krwotoku, na szczęście zauważam to od razu i nie ma wielkiej tragedii.
Piszę do Synowej, a ona, że chyba będzie musiała iść z nią do lekarza.
Chyba?
Kurwa.
Ja miałabym już konsylium złożone co najmniej z pięciu profesorów, ale ok, nawet nie wiem, jaki ma numer ubezpieczenia, nawet PESELu nie znam, o co pytali u dentysty.
P. ma mleczniaki spróchniałe tak, że woła o pomstę do nieba. W UK dzieci mają dentystę za darmo, jak i kobiety w ciąży i karmiące. Ona sobie wszystkie zęby wyleczyła.
Żal mi Pierworodnego, ale...
Nikt nie zapytał, ile kosztował dentysta, tornister, utrzymanie dzieci.
Szczoteczki do zębów, pasta, czapeczki, inne kurwa, pierdoły.
Nie, że mnie nie stać, ho jak mnie nie będzie stać, to powiem: przepraszam, nie mam.
Ot, taki drobiazg: bała się o pranie w czasie tornada. Powiedziałam, że kupię klamerki. Miał kupić syn w pracy, ale nie miał czasu. Ja pamiętałam, kupiłam. Podziękowała, nie mówię, ale prosząc o kupno mówiła: oddam ci pieniądze. I cisza...
Niby drobiazg, ale, kurwa :)
Pojechali, żegnani przeze mnie czule: zabierz rower, zabierz buty i spierdalaj z Nowej Huty.
I...
Jednak dzieci dostosowały się do reguł gry, aczkolwiek nie było to aż takie proste.
Ale buciki stały w rzędzie i nie zakładały nocą pułapek na babcię człapiącą ostatkiem sił do kibla.
Zabawki miały swoje pudełka i zasada: jedno pudełko naraz była aż za ściśle przestrzegana.
Zasypianie po kąpieli doszło do perfekcji :)
Próby poprawiania okryć na meblach hamowała sama babcia, bo nie wszystko musi być zaprasowane na kant.
Kurz szkodził tylko MW, która ma niezdiagnozowane uczulenie na niego, więc w czasie rozkładania i wytrzepywania posłań była wypraszana z pomieszczenia, albowiem kichała jak z armaty :)
I tak na końcu ośliniona przez P., proszącego nie płakaj, kocham cię, dobita zostałam przez Synową.
Zapytała MW, czy w razie W chce do babci J, czy do babci Y.
Wiecie, co odpowiedziała Skubana?

Idę się pochlastać.

Mieszkanie lśni,jutro dorzuci się badylków, bo dziś nie było gdzie postawić, żeby prąd nie był w niebezpieczeństwie.
Filmów mam od cholery.
Tęsknię i nie tęsknię.
Rozkoszuję się radiem Pogoda, spokojem i tym, że nikt nie stanie mi za plecami znienacka, jęcząc rozdzierająco: nie mogę zasnąć,

A kiedy osobiście uda mi się zasnąć, otwierając  zaropiałe oczka westchnę: ojapierdolę, wszystko mogę, nic nie muszę :D






czwartek, 29 sierpnia 2019

Dzień

czwarty, Kochany Pamiętniczku.
Zazwyczaj jest tak, że gdy zaczyna się układać i wszystko wskazuje na to, że moje darcie mordy jest efektywne, trach, historia się kończy.
I tak było tym razem.
Dzisiaj ja obudziłam się pierwsza.
Pograłam, pofejsbuczyłam, tradycyjnie.
Godzina mija i cisza jak makiem zasiał. Myślę, może okienkiem hycnęły niebogi?
Ale nie


Spały, kurde, do ósmej.
Śniadanie, Papryczek tradycyjnie zżera wędlinkę, a chlebek apiać, ale na wzmiankę o niespodziewajce dostaję talerz ze skórką, co łaskawie wybaczam.
Pół godzinki umoralniającej pogawędki z MW.
Ile do niej trafiło, nie wiem, ale widziałam, że oczy jej z orbit wychodziły, gdy słyszała o tamborku, robieniu na drutach, wyszywaniu. Zdawała się nie ogarniać tego, ale od czego wujek Googiel jest?
Jednak miała smartfon, więc wczoraj

 większość dnia tak, a dzisiaj tak

I co bardzo wkurwiające, ze słuchawkami na uszach traci całkowicie słuch.
Do tego obsypana jest cała czarnymi kropkami, bo słuchawki przeleżały lata w koszyczku i po prostu  pianka puściła :)
Zanim doszłam, co ja obsypało, strachu się najadłam :)
Ale był święty spokój. Papryczek pozwalał sobie czytać wierszyki, niezbyt grzeczne, bazę mu zbudowałam i dostał takie metalowe łamańce, które mam po dzieciach: trzeba to złożyć i rozłożyć, ileż było frajdy.
Tylko spacer po zakupy, bo upał nieludzki. Wykorzystałam tanią siłę roboczą :)

 A co, niech zarabia od małego na sól do śledzia :)

Zakupy grzecznie, już bez ekscesów.
Używają słowa proszę i dziękuję, a nie biłam.
Nie zaczyna oznaczać nie.

I jak tu nie żałować rozstania?
Ale Papryczek żyje "jutro". Nie rozumie jeszcze upływu czasu, ale już wie, że jeszcze tylko dzisiaj u mnie śpi i jutro idzie do domu.
Na moją nieśmiałą sugestię, że jak pójdzie, to położę się na podłodze i będę płakała tak długo, aż utonę w kałuży łez, przytula mnie i mówi: nie płakaj, proszę cię, nie płakaj, ja muszę iść do przedszkola... :)
I tak dookoła Wojtek.
Pierworodny przyjechał tak zmarnowany, że wyglądał jak pijany, a gość alkoholu nie tyka, w przeciwieństwie do mnie i Inżyniera.
Kazałam mu się godzinkę przespać, co nie wzbudziło entuzjazmu Synowej, no ale miała się bawić  z dziećmi... Obiadu nie musiała gotować, zresztą ona nie gotuje, gotuje on.
Ile można w chłopa orać?
Gdyby ona tak wyglądała, też kazałabym się jej położyć.
No nic :)
Dziś światło w pokoju zgasło przed 20.
Papryczek sam sobie książeczkę czytał przed zaśnięciem.
W sensie, że wie, o co lotto i po swojemu obrazki podziwiał.

Piszę Synowej i domagam się uznania, a ta, że tylko z MW, bo Papryczek koło 21 zasypiał.
No ale niańczony, a u mnie kąpiel, buzi i sami poszli.
Przed 21.
MW ma uszykowaną lekturę i przykazane, że jak nie może spać, ma  czytać nie zawracając mi głowy.

Tak myślę, czy będzie mi ich aż tak bardzo brakowało?
Ale perspektywa serwety zamiast ceraty na stole, wazonu z badylami, niegotowania i niezmywania sto razy dziennie jest kusząca...
Aczkolwiek Papryczek ogarnął sprzątanie zabawek wzorowo, MW jest wielką bałaganiarą, zrobi, jak musi. Ma miejsce na szczotkę do włosów, a szczotka za każdym razem ląduje w innej części mieszkania, najczęściej na stole...
No nic, trzeba nad tym dłużej pracować, a tu dwie dziurki w nosie i skończyło się :)

I w ten sposób nie zostałam Babcią Roku :)

Carramba :D

środa, 28 sierpnia 2019

Dzień

trzeci, Kochany Pamiętniczku.
Pobudka 6.44.
Bo coś dzwoni, znaczy się, coś a la telefon.
Nie ogarniam rzeczywistości, wyrwana ze snu, bo mało, że głucha, to ślepa jestem, oczy zaropiałe, mózg nie funkcjonuje, a MW na najwyższych obrotach trajkoce i trajkoce, a ja muszę siku...
A wstanie z łóżka po całej nocy to nie takie hop siup...
Udaje się.
Wracam.
Tragedia, bo coś dzwoniło.
Sprawdzam iPada, nie nic nie dzwoniło, a ja zazwyczaj mam wszystko wyciszone, albowiem używam na słuchawki, wyciszam, bo czasem ktoś u mnie jest i niepotrzebnie go bzdety alarmują.
Ale gdzie jest ajfonik?
Nie kontaktuję.
Ajfonik był pod poduszką, ale...
Nie ma na nim śladu dzwonienia.
Trajkoce, jak zepsuta katarynka, że dzwoniło, że homo nie wiadomo, że ona nie ogarnia, że tak być nie może, żeby dzwoniło jak nie dzwoni. Że w telefonie miała 40% baterii wieczorem, a rano tylko 18.
Kurwa mać.
Ja pierdolę.
Sprawa wyjaśniła się po południu: Synowa zostawiła jej swój stary telefon (pytanie, może nie na czasie: po chuja, mając sprawny telefon wydawała kasę, której nie ma, na nowy?), nie wyłączyła budzika. To jej budzik dzwonił.
W podskokach robię śniadanie, bo oczywiście umierają z głodu, przy czym Papryczek po otrzymaniu zamówionego menu zjada szynkę, ale chleba jeść nie będzie, bo nie jest głodny.
Of course.
Po chwili MW pyta, czy może zjeść rodzynki w czekoladzie. Może, bo P. odmówił wczoraj stanowczo. Że niedobre. MW zjada, a P. wpadł w histerię, że dla niego nie ma rodzynek.
Kurwa.
Mówię, że i tak chleba nie zjadł, a jak ktoś nie jest głodny na chleb, tylko na szynkę, to i na rodzynki nie jest głodny...
Ale babcia Justyna dawała.
Ale babcia Yoda jest wiedźma i nie daje.
W życiu nie widziałam tak szybko zjedzonego chleba.
Na szczęście mam w lodówce Monte z naklejkami ze Wściekłych ptaków.
Konflikt zażegnany.
Ogarniam balkon po tornadzie, schodzę z niego śmierdząca jak żul w bimbie i padam na mordę.
Włączam Netflixa i mam wyjebane, ile oglądają.
Zmywanie, ogarnianie, kąpiel.
Lecimy poszukać plecaka dla MW, bo obiecałam, że jej kupię. W Galerii szajs za 30 zł, zamek nie wytrzyma dwóch dni.
Idziemy na pętlę naładować PEKĘ. Trajkocą na zmianę bez sensu, bez ładu i składu: a moja koleżanka, a ja chcę, a ja nie chcę. Z rozrzewnieniem wspominam spacery z moimi chłopakami, bo to jednak były inne klimaty, nie było wrzasków, popychania i pierdolenia o Szopenie. Mieliśmy swoje wiersze na spacery, a i oni nie szarpali się z tego powodu, że ktoś coś kopiował, że dotknął, że wszedł czy nie wszedł na linię.
Żar leje się z nieba. Kupuję smoothie w Biedronce, chociaż mamy mineralną. MW protestuje, że pan doktor nie kazał jej pić soków. Tłumaczę, że to nie są słodzone soki. P. wybiera... szok: jabłko, szparagi i limonkę. Mało, że wybiera, on to WYPIJA. Mimo że nie lubi żadnego z rzeczonych rzeczy :) Tak działa wmawianie dziecku, że czegoś nie lubi. A babcia Justyna kupuje tylko te napoje... :) No ba, jest różnica między napojem a smoothie. Chociażby w cenie, co nie?
A w alei Żula krajobraz po wczorajszej bitwie




Krążymy wśród połamanych gałęzi, jeszcze nic nie jest uprzątnięte.
Ładujemy PEKĘ, idziemy za szlaban, ale w sklepie z torbami nie ma nic ciekawego.
Czekamy na otwarcie szlabanu. Stoimy w cieniu, z nami starsza pani. P. mówi: chcę sok. A ja na to: mówi się: poproszę.
Pani uśmiecha się i chwilę miło gawędzimy. Oczywiście, bolejąc nad bezstresowym wychowaniem, nad wczorajszą wichurą i nad głupimi ludźmi lezącymi w góry... Pani zdziwiona, że myślę jak ona, no ale skoro myślę, to co mam stać w opozycji :) Żegnamy się grzecznie. Pani o kuli rusza z kopyta, a ja wlekę się z kolejnym pierdyliardem newsów o koleżance, której mama maluje paznokcie :P
W Rossmannie znajduję plecak, cena nie powala na kolana, a w środku pierdyliard przydasiów. Matka MW nie odpowiada, ojciec MW przysyła kciuk, a MW letnia, ale ok, weźmie. Sorry Batory, plecaka eko za 400 zł nie kupię na pewno. Ten ma fajnie, ergonomicznie wyprofilowane plecy, w środku dwa plecakoworeczki, woreczek z przyborami toaletowymi, box z farbami i innym badziewiem, bidon, pojemnik na kanapki i bloki, zeszyty.
Umawiam się w sklepie, że jak pani matce nie przypasuje, mogę oddać.
Łapiemy autobus, dojeżdżamy do domu i...
Idę gotować obiad w tym upale, mając już wyjebane na wszystko.
W międzyczasie gadka szmatka ze smrodkiem dydaktycznym dla MW, dlaczego powinna czytać książki po polsku, jak groch o ścianę.
Książeczka dla Papryczka. Czytam, a on rechoce, te kawałki, że siedzi baba na cmentarzu, trzyma nogi w kałamarzu...
Obiad ich. P. zjada tylko mięso, bo warzyw nie lubi. Spoko, warzywa na mały talerzyk.
Teksty z warzywek.
Mój obiad.
Zmywanie.
Padam i mówię, że każdemu, kto zbliży się do mnie na 5 kroków, łeb urwę.
Jakoś dojeżdżamy do przybycia rodziców. Zaprosiłam na obiad, bo i tak potrzebuję Pierworodnego do zamontowania tej jebanej spłuczki, zanim dzieci zrobią gejzer.
Ona kwitnąca, on ledwo zipie.
Dlatego zrobiłam obiad.
Tak, to mój syn i nie ma na to rady, że mi go żal.
P. chce obiad od mamy. O nie. Jego obiad jest odłożony i nie pozwalam Synowej go karmić. Wyjadał od niej ziemniaki i warzywa. Dostał swój odgrzany i pogrzebawszy widelcem mało co zjadł, reklamując, że on nie chciał ziemniaków i warzyw, ale mięso. 

MW sama opowiada, że w domu wszystko robi tata, a mama tylko rzeczy przekłada z miejsca na miejsce, a i tak zawsze jest bajzel :)
Jednak dzieci to najlepszy materiał wywiadowczy. Chociaż to dla mnie nic nowego, bo nawet zaproszona do nich jechałam z własną wałówką, bo nigdy nic tam nie było, a właśnie wybierali się do sklepu :P
Pierworodny ogarnia wreszcie kibel na medal.
Co za ulga. Wprawdzie będzie litr wody mniej w spłuczce, ale mi to rybka.
I tak boję się o rachunek za wodę, bo dzieci absolutnie nienauczone oszczędzania wody, muszę pilnować na każdym kroku, bo woda leci strumieniem
Okazuje się, że mimo że oni mają kuchenkę indukcyjną, płacą za prąd w Enei dwa razy mniej niż ja.
Analizujemy, drążymy, sprawdzamy liczniki (mój i sąsiada są w jednej skrzynce, palcem można otworzyć). Każe mi reklamować, co też uczynię.
Padam chyba bardziej niż on, bo dzieci wrzeszczą, przekrzykują się, własnych myśli nie słychać.
Moje biedne uszy, dziś nawet nie mam ochoty na słuchawki z radiem Pogoda.
Wynoszą się. Pytam, czy chcą kolację.
Chcą.
Składają zamówienie.
Wykonuję, a P. oznajmia, że nie jest jednak głodny i że nie prosił o kolację.
O nie.
Ok, na siłę nie karmię, ale moje lodowate spojrzenie i ostry ton głosu robią swoje.
Miarka na dziś się przebrała.
Kąpiel zarządzam ostrym tonem, oznajmiając, że nie jestem ich służącą i to, że na każde ich babcia reaguję, a oni na moje słowa nie, nie oznacza, że muszę się nimi cały czas zajmować. Też jestem zmęczona.
20.02 lądują w łóżku z Netflixem na smartfonie.
20.20 ciemno i cicho.
Jest 21.14, gdy piszę te słowa i... cisza wciąż.

I oby tak zostało.

Synowa wkurwiła mnie wczoraj, mówiąc, że jej babcia opiekowała się nią i jej bratem lata całe. Serio? Jej babcia nie pracowała zawodowo.
Wychowywała ich lata całe na swoich zasadach :)
Na moich zasadach chodziłyby jak kompania reprezentacyjna w szeregu i na pewno nie odzywałyby się do nikogo tak, jak się odzywają.

Babcia mojej drugiej Synowej wychowała wszystkie wnuki w rodzinie, a na starość podciera jej dupę zięć. Za co jemu cześć i chwała.
Babcia Eksa wychowała sześcioro wnuków i one zawsze wspominają czas za babci i po babci.
Moja teściowa wychowywała tylko jednego wnuka, w DE. Jeździła tam jak głupia, inne wnuki się nie liczyły. Odchowała, to nawet na święta nie zaprosili. Jak umierała, dupę podcierała jej ta znienawidzona synowa "ze Swarzydza", rodzone córki się nią w ogóle nie interesowały, a synowie mieli za miękkie serce, żeby oglądać, jak mama cierpi.

O, przylazła, że nie może spać.
Dostała tradycyjnie Misery Bear i The Little Prince z pozwoleniem na czytanie do rana :D

Groby pomyte i to była dobra inwestycja :) Sama nie ogarnęłam nigdy tak elegancko. Sprawdzę rozpiskę w poniedziałek i zamówię mycie na Wszystkich Świętych. Ta stówa warta każdej złotówki :)
Chciałam jechać teraz w sobotę, ale ponad 30 stopni ma być.
Więc poczekam.
Umarlaki wiedzą, że o nich pamiętam.

Żal mi MW. Ale nie dam sobą manipulować. Gdy do niej mówię, ma te oczy "za mgłą", znam ten numer.  Robi, co chce i ma na resztę wyjebane.
Nie wiem, może i potrzebuje psychologa, pytanie: kto za to ma zapłacić i dlaczego ja?
Nawet nie zapytali, ile wydałam u dentysty.
To tak nie działa, niestety.
I nie chodzi o pieniądze, chodzi o te trzy magiczne słowa: proszę, dziękuję, przepraszam.
Rybka mi to, że trzy miesiące w O. u toksycznych dziadków.
Tak było im wygodnie.
Przez 15 lat robili dzieci i nie myśleli co dalej?
A teraz ja mam się martwić?

Jestem już prawie od 1200 dni na emeryturze i wciąż pracuję.
Dziś dostałam przeliczenie za kolejny rok pracy.
Całe, kurwa, 30 zł więcej.



wtorek, 27 sierpnia 2019

Dzień

drugi, Kochany Pamiętniczku :)

Jednego nie można im zarzucić - nie budzą. Zajmują się sobą i o dziwo - nie broją.
Aczkolwiek nie jestem tego tak do końca pewna, albowiem...
Śniadanie zrobiłam wspinając się na szczyty moich możliwości.
Wypasione.
Po śniadaniu chciałam im włączyć Netflixa, coby cielsko poranną kąpielą nacieszyć, albowiem głowa umyta musi być.
Niestety, komputera nie dało się włączyć w żaden sposób. Niebieski ekran.  Nie darłam szat, bo trudno, a i Inżynier odpisał, że jak dysk nie padł, to nie tragedia. Co najwyżej straciłam full zdjęć dzieci, no ale te najfajniejsze mam na blogu i na Fejsiku, a inne - trudno.
Za to u dzieci tragedia, bo nie ma Netflixa.
Zatem usadziłam jedno do Inżynierowego Netflixa na iPadzie, drugie do PL Netflixa na moim kompie, z surowym zastrzeżeniem, że oglądamy, nie dotykamy.
Przedtem zalałam wodą z nawilżacza przedłużacze w środku, bo nie mogłam się dopchać do kaloryfera, bo gruba jestem, tu jedno krzesło na maksa, tu drugie, więc sięgam ręką po portki, dosuszające się tam i tadam.
Na całe szczęście nie było nic podłączone i wlało się do drugiego, który był na zero.
Kurwa mać.
Tak, we własnym domu nie mam dostępu do prądu, bo wszystko jak nie zawalone, to zasłonięte i takie tam...
Byłam zlana mokrym potem, włażąc do wanny.
Poprzekładałam ładowarki tak, że ni chuchu żadna woda się tam nie mogła wlać.
Ale MW upatrzyła sobie mój fotel, za którym były przewody i ona wie lepej.
Ona wie lepiej, przerywa w połowie zdania, zna się na wszystkim lepiej niż ja, od komputerów zaczynając.
Susząc ten głupi łeb, kazanie walę, ile co kosztuje, bo na cyfrach to ona się doskonale zna, i dlaczego wciąż pracuję, mimo wieku emerytalnego.
Tak, oczywiście, wszystko rozumie, zaszokowana jest, że życie tyle kosztuje. a za sekundę...
Apiać od nowa.
Jakbym grochem o ścianę rzucała, nie rozumie żadnej litery w słowie NIE.
Papryczek pod tym względem niby bardziej usłuchany, ale też różki pokazuje, tyle że podniesienie głosu działa na niego tak, że się boi.
Kurwa mać.
Idziemy po zakupy.
Na Manhattanie znów cyrk, taniec na rurze i inne takie tam, już ich tam dobrze znają i wiedzą, co to za agregaty.
Galeria.
Pozwalam MW, z duszą na ramieniu, na samodzielną jazdę schodami, bo ona chce schody, a Papryczek windę.
Wjeżdżam, nie ma MW.
Serce podchodzi mi do gardła, z żołądkiem zwiniętym na precelek już wybieram 112...
Dobrze się bawiła, chowając się za wielką donicą.
Zakupy w miarę spokojne.
Ponieważ jest szał na nowe Słodziaki, to i ja poluję, ale tylko na jednego, który nosi imię Kalafiorkówny.
Kupuję za to za gotówkę książeczkę. Dwie.
Zagapiłam się z jej kupnem i MW idzie po zapłaceniu do sklepu po książeczkę, wołam: weź dwie.
Wzięła.
Komentuje przy kasie, po co dwie.
Mówię, że jedna ich, jedna Alienków.
A ona: taki badziew? To chyba dla Papryczka dobre, nie dla mnie.
Kolejka w śmiech.
Winda. Nie pojedzie windą, pojedzie schodami.
OK, ale nie wolno jej się chować.
Chowa się.
I tu się miarka przebrała.
Nie ma zmiłuj.
Nie ma Netflixa, wobec tego leży na kanapie bezczynnie. Na propozycję poczytania książki odpowiada, że nie chce jej się.
Rozmawiam z żoną Inżyniera, która na głowie stawała i kupę kasy wydała, by  na urodziny sprezentować jej masę książek polecanych przez mamy dzieci w tym wieku. Okazuje się, że wbrew twierdzeniom Pierworodnego i jego Połowicy, żadnej nawet palcem nie tknęła, bo: nie wie gdzie mama i tata położyli te prezenty, na oczy ich nie widziała.
Synowa mówi, że może kłamie.
Może tak, może nie, nie wiem.
Gotuję obiad, co chwila w drzwiach staje Papryczek i pyta, kiedy obiad będzie gotowy.
Nagrzewa mnie to coraz bardziej, bo zapewniam, że dzieci nie głodzę, aczkolwiek nie dostają słodyczy bez umiaru i niezdrowego żarcia.
Po dziesiątym pytaniu, kiedy będzie obiad obiecuję, że wystawię go za drzwi.
Na to MW: a nie lepiej wyrzucić przez balkon?
Podaję obiad, Papryczek grzebie widelcem i aczkolwiek solennie zapewniał mnie, że lubi jajka sadzone i jest głodny bardzo, nie zjada prawie nic.
Bo mu się smak odmienił.
No ba :)

MW kontynuuje strajk na kanapie z powodu braku Netflixa i jakiegokolwiek smartfona, pytając, kiedy przyjedzie mama.
Odpowiadam spokojnie, że jak skończy pracę.
Zbliża się 16, jedziemy do dentysty.
Spotykam moją panią doktor, ale MW idzie do innego pana doktora, bo tylko on ma termin. Gawędzimy chwilę.
Pan doktor mi się podoba. Niższy ode mnie, rudy, tą lisią rudością, z blizną po zajęczej wardze. Przesympatyczny.
Pyta, czy zrobić rentgen.
Proszę, wszystko, co trzeba.
Okazuje się, że to faktycznie jakieś zadrapanie, i moja kuracja jest OK.
Ukruszonego zęba nie trzeba naprawiać, aczkolwiek MOJA pani dr powiedziała, ze ze względów estetycznych by naprawiła.
MW ma dwa mleczaki źle rosnące do rwania.
I odbarwione zęby od coca-coli...
Ale to już nie moja robota, bo ja nie pamiętam, kiedy u mnie była c-c w domu. Ostatni raz jak Inżynier sylwestra tu robił, gdy ja bawiłam w UK :)
Pozostałą c-c wydałam Kierownikowi Budowy :)
Za wizytę zapłaciłam dwadzieścia złotych, jestem w szoku.
A do mojej pani zapisałam się na...październik, wcześniej nie ma wolnych terminów :)
Idziemy na plac zabaw, kwitnę.
Przywieźli P. rowerek, ponoć za nim szaleje.
Pojeździł może z 5 minut i zostawił.
Poszedł do piasku.
MW szaleje na wyciągu takim, może z 5 minut.
Potem inne szalone pomysły, a ja kwitnę na ławce, zwijam się z gorąca, łeb mnie boli.
Przyjeżdżają.
Wchodzimy do domu i chwilę później rozpętuje się apokalipsa, takiej burzy w życiu nie widziałam.
W międzyczasie Synowa objeżdża MW za przerywanie, niesłuchanie, pyskowanie, po równo. Ponoć prezenty stoją na środku, ale ona nie chce czytać.
Bo potrzebuje pomocy.
Nosz, kurwa, jestem chętna do pomocy, ale nic na siłę, wszystko młotkiem.
MW w ramach nagrody za pyskowanie dostaje starego smartfona, ale bez ładowarki.
Pierworodny zakłada mi wreszcie Netflixa na netbuczku, ale w praniu okazuje się, że dla dzieci to za wolno chodzi :) 
Zostawiła pranie bez klamerek na otwartym balkonie, a to jest prawie tornado...
I okna zostawiła otwarte.
Kto, kurwa, w dzisiejszych czasach zostawia otwarte okna wychodząc z domu?
Gdy tylko wichura ucicha, spadają do domu, na całe szczęście w ich okolicy już tajfunu nie było i tylko trochę wody się wlało do środka.
Nie wnikam. Nie mój cyrk, nie moje pchły, ja mam mieszkanie ubezpieczone :P
20,21 raportuję, że wszyscy śpią.
21.00 MW staje mi za plecami i mówi, że nie może zasnąć.
Wzruszam ramionami i mówię, że jak nie mogę spać, czytam.Mam dwie książki po angielsku, Misery Bear i Małego Księcia.
Po 10 minutach idę do łazienki, a w pokoju już nie ma światła...
Widział ktoś tak wredną babcię jak ja?

A na serio: jestem PRZERAŻONA.
Kto to tak dzieci wychowuje?
Żona Inżyniera, skądinąd pedagog z wyższym wykształceniem, zatem biorę mordę w kubeł i słucham, nie bezkrytycznie, ale słucham, bo w końcu UAM kończyła, mówi, że jest przerażona, że MW nieprzygotowana przez ich popierdolenie do szkoły w  PL absolutnie. Że jej matka chwali się na FB jej geniuszem malarskim, ale to nieprawda, bo rysunki niedopracowane, niedokończone, co ponoć źle rokuje. Nie znam się, ale patrząc na całokształt jestem w stanie się zgodzić. Tylko jak ja mam w parę dni naprawić 9 lat ich błędów wychowawczych?
Plus te trzy miesiące u dziadków, u których wolno było im wszystko i gdzie babcia gotowała kolejne obiady tego samego dnia, gdy nie zjedli tego, co dała?
Powiedziałam dziś MW, że kupię jej aparaty słuchowe, żeby słyszała moje NIE.
Bo moje NIE to nie fantazja, ale troska.
Chyba jednak nie pójdziemy na to piwo.
Co z tego, że moje wnuki są śliczne, widowiskowe, na Fejsbuczka, skoro tak naprawdę są niedorobione?
Jedno wiem: nigdy więcej mieszkania u mnie.

Alienek też by cały dzień siedział na Netflixie. Ale jak nie ma Netflixa, nie ma histerii. Ma książeczki. I czytają mu wszystko, co przywlecze. Synowa napisała, że nie ma już ani czasu, ani ochoty na czytanie swoich książek po tym Alienkowym czytaniu. I ja tu chapeau bas.
Wkurwiają mnie współczesne książeczki dla dzieci, ale męczyłam je miesiąc, bo tak. Bo ważne jest zaszczepienie książek.

I tym optymistycznym akcentem kończę, Kochany Pamiętniczku.
Liczyłam dziś z Papryczkiem na palcach: jutro babcia, jutro babcia,
jutro dom :)

Jutro dom jest dla mnie dniem wyzwolenia :)
Wkrótce.

Gość umył groby, dostałam MMS. W K. też była dziś ulewa, ale...
Zamówię mycie na Wszystkich Świętych.

Pisała dziewczyna, co raiła mi pracę, o której chłop nie wie, że jak to? Odpisałam, że zgodziłam się tylko ze wzgledu na nią, bo muszę jednak spasować, że może mają kogoś innego na oku?
Że się nie pogniewam, jak się nie odezwą.
Bo potrzebuję czasu na życie.
Mój eksksięgowy z Auschwitz, miły chłopak, w wieku moich synów, ma raka.
Więc...
Trzeba żyć, póki jest na to czas.

Przykro mi, że na razie nie wychodzi z wnukami, ale co ja za to mogę, że nie po drodze mi z ich metodami wychowawczymi?

Dno wanny pokryte było dziś pokładem piasku, jak za dawnych lat. Kiedyś za tym tęskniłam, dziś mnie to wkurwiło, jak i pokłady piasku wszędzie.

Jak napisała Synowa: uważaj, czego pragniesz.

Wszystko ma swój czas i nic nie jest tak, jak w naszych wyobrażeniach.

Każdy ma swoje piekło.


poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Nigdy

więcej nie zgodzę się, Kochany Pamiętniczku, na wzięcie dwójki na służbę.
Jedno, i owszem, dwójka - nie ma opcji.
Tak, wiem, różne są rodzeństwa, ale...
Ja z tych nieogarniętych. Moje dzieci były idealne, w sensie, że nie tłukły się co pięć minut o nie wiadomo co, o zakrzywienie palca.
Wszystkie konflikty załatwiali między sobą, albowiem stwierdziłam raz i stanowczo, że nie słyszę, kto zaczął, więc nie mogę być sędzią, świadków nie ma, więc tłuką się na własny rachunek.
Nie tłukli się. Pierworodny był bardzo opiekuńczy w stosunku do Inżyniera, Inżynier odpłacił mu tym samym po latach, a teraz, gdy znów zaczynają się tarcia, jestem jak Szwajcaria.
Staję okoniem i mówię: dogadujcie się sami.
Bo jeden uważa, że drugi robi źle i vice versa.
Są dorośli i są okrągłe stoły.
Mnie nic do tego.
Ja tu tylko sprzątam.

Ale ab ovo ad mala.
Zlądowali w niedzielę wieczorkiem, oczywiście, z nastawieniem, że knajpa otwarta.
A ja, z nastawieniem, że podrzucą dzieci i spadną nie byłam otwarta.
Był kawiorek i powidła, świeżo smażone.
Wpieprzyli pół brytfanny powideł, słoik kiszonej papryki i nawet Papryczek niejadek mlaskał i wołał o dokładkę.
Kantyna u mamy zawsze otwarta, co nie?
Trzy dni smażenia poszły w pizdu, a obiecałam Sikorce, bo ona jest amatorką.
No nic, jeszcze dosmażę.
Pojechali, dzieci zostały.
Leją się namiętnie o wszystko i o nic. 
Okazuje się, że mają pierdyliard wszystkiego, ale gaci nie mają na zmianę.
Szczoteczek do zębów też nie.
Pasty wcale.
A MW ma chore dziąsło. Mam na chore dziąsła maść. Ale kurwa, nikt nie widział, że dziecko ma początki wrzodu na dziąśle?
Nie widziała, nie sprawdzała, mała nie mówiła, to dlaczego kurwa mnie powiedziała, że ją dziąsło boli?
Ogarnęłam.
Spacyfikowałam.
Mała W. kicha jak z armaty, seriami.
Piszę do jej matki.
"No chyba ma alergię, nie wiem, będziemy robić badania".
Leje jej się z nosa.
Mam loratadynę, sprawdzam, mogę podać, podaję. 
Okazało się, że nie mam kordeł, zapomniałam, że te lekkie dałam im, została mi tylko zimowa. Miałam kupić w IKEA nowe (ale kurwa, dlaczego ja? Powinni oddać i sobie kupić nowe), więc dzieci dostały zimową.
Odpięłam biust gumowy, lewą nogę, zdjęłam perukę, aparaty i rozkoszuję się Blacklist, a tu wkracza MW i mówi, że jej za gorąco.
To lecę i faktycznie, ukrop.
Wywalam kordłę, daję poszwę.
Sama nie mogę zasnąć, lezę zerknąć i co?
Poszwa cała MW, P. zwinięty w kłębek, goluteńki. 
Ogarniam.
Zasypiam.
Budzę się. 6.40, otwieram iPada, sprawdzając godzinę i... mała rączka ląduje mi na głowie...
MW wstała nie wiadomo kiedy i czekała, ponoć długo...
Ja w panice, ogarniam łysą główkę, zapinam lewą nogę i lecę do piątki po bułki, bo...
No, kurwa, wykształciłam się w asertywności na medal.
Serek z chrzanem.
MW zachwycona, zje.
Papryczek kręci nosem, nie zje.
To co chce?
Bułkę z powidłami?
Wczoraj jadł jak najęty.
Tak.
Nadgryza.
Nie zje, za ostre.
KURWA?
Dostaje suchą bułę, bo wiem, że serów nie rusza.
Nadgryza i zastyga.
Załamuję się, daję bułkę z masłem.
Nie zje, w ząbki wchodzi.
Ale Monte wpierdala i pyta o drugie, ale nie ma.
Jak ktoś nie jest głodny na bułkę, nie jest głodny na słodkie.
MW zjada bułkę, popycha dwoma ząbkami kiszonego czosnku (nie dałam więcej, bo szkodzi na wątrobę), dopycha sałatką warzywną z wczoraj i leci jak skowronek :)
Idziemy na Manhattan.
Leją się po drodze.
Na Manhattanie nie wiem, za co najpierw łapać i za którego.
U rzeźnika jedno żąda kabanosów, drugie histeryzuje, że kabanosy w żadnym wypadku, tylko parówki.
W piekarni kolejna bitwa, bo ona chodzi po kwadratach, a on ją kopiuje. Pani patrzy z obłędem w oczach, ja też.
Idziemy do Biedronki.
Walczą zajadle ze sobą o wszystko, a najlepiej piorą się przy stoisku z alkoholem. Cała Biedronka zamarła, gdy wrzasnęłam, że zabiję, jak pozwalają wódę, bo mi pensji na pokrycie szkód nie starczy.
Podziałało. Na moment.
W drodze do domu kolejna potężna awantura, bo Papryczek znów kopiuje.
W domu awantury o kopiowanie ciąg dalszy. Bo jak ona dłubie w nosie, to on też, jak ona trzyma palec do góry, to on też. I kopie.
Do niego nic nie dociera.
Sadzam MW i tłumaczę jak krowie na rowie, że jak oleje, to mu się znudzi.
Nie dociera do niej, dalej się leją.
Wrzeszczę, że mają złazić z kanapy, każdy ma wziąć poduszkę i koc i leżeć na podłodze tak daleko od siebie, żeby nie mogli się dotknąć.
Zdejmuję aparaty, włączam słuchawki, idę do kuchni, oznajmiając, że nie ma słodyczy, nie ma nic, a ja jestem głucha i idę obiad gotować, więc jak chcą jeść, mają mi nie przeszkadzać.
Powidła robię, trzy marne słoiczki po przecierze pomidorowym wyszły.
Głodni są.
Dostają bułę z masłem i z kabanosem, a że Papryczek je kabanosa, a buły nie rusza, oznajmiam, że buła ma być zjedzona bezapelacyjnie.
Zjada bułę, zostawia resztę kabanosa.
Bo już nie może.
Idziemy do dentysty, cudem dostajemy termin na jutro na 16.
Potem na plac zabaw, ale na pytanie, gdzie idziemy mówię, że zostawię ich w środku miasta i...
Nie przejęli się. Jakoś.
A pani matka pisze, że wleci o 15.
WTF?
Ja, kurwa, umawiałam się na niańczenie dzieci, a nie na robienie za knajpę dla całej rodziny w taki upał!
Ale morda w kubeł.
Co chwilę ktoś zagląda do kuchni, pytając, kiedy będzie obiad, ale wywalam towarzystwo, bo tłuszcz pryska... 
Po 15 wkracza Jej Wysokość, więc rzucają się łkając i skarżąc, ale mam na to wyjebane.
Są głodni. Ponieważ jednak ich ojciec jeszcze jest w drodze, na sugestię, że zaraz umrą z głodu, każę się położyć i umierać. Obiecuję wykopać piękny grobek i postawić cudowny nagrobek.
Jestem nieugięta.
Jakoś żadne nie umiera.
Obiad.
No, kurwa, na 5 osób.
Zjedli, wylizali, okazało się, że brat Synowej już dojeżdża z O. z ich gratami.
Na całe moje szczęście zabrali dzieci.
Trzy godziny ciszy i spokoju.
Dzieci, oczywiście nienakarmione, odwieźli na kolację i kąpiel, bo oni mają wszystko nieogarnięte (ich ogarnięte wygląda jak moje nieogarnięte przez pół roku), a jeszcze mają meble do skręcania.
Żal mi Pierworodnego, bo ona nawet pasty do zębów dla dzieci nie kupiła (kupiłam ja, i pastę, i szczoteczki), on pracuje poza PZ, ona w mieście.
Nie moja bajka.
Ogarnęłam chatę, zmywania po nich od cholery jest, bo to i cztery osoby i co rusz nowy kubek, umyłam maszynkę z kolejnych powideł, które wykipiały.
Poprałam farbujące w rękach.
Chwilę odetchnęłam.
Polazłam po piwo, które teraz sączę, bo na trzeźwo tego nie rozbiorę.
Dostałam dzieci na kolację, do kąpieli. Głowy im pomyłam i o dziwo, rozczesałam włosy MW i nie szarpałam.
Patrząc na Synową, kokoszącą się na kanapie i odpędzającą raz jedno, raz drugie, nie dziwię się, że są takie dzikie.
I do tego atmosfera jej rodzinnego domu z O.
Były tam, niebożęta, dwa miesiące. Babcia J. pozwalała na wszystko, babcia Yoda ma surowe zasady.
Ale działają. Nie mam rozwalonego wszystkiego po chacie. Rzeczy są w jednym miejscu. Papryczek auteczka ma w pudle, na podłodze są 2-3, a gdy kończy zabawę, zbiera je do pudła i wynosi do"ich" pokoju. MW rysuje w jednym miejscu, a rysuje pięknie. Poskarżyła się, że babcia J. jęczy, że ma dużo roboty, a pomóc sobie nie pozwalała. Poprosiłam o przejechanie odkurzaczem, zrobiła to. Poprosiłam o wypestkowanie śliwek, pomagała.
O 21.21 padły jak sen złoty, tyle że MW reklamowała, że jej pod poszewką zimno.  W mieszkaniu mam 27 stopni. Dostała drugą i jest jej ciepło.
W międzyczasie próbowała mnie uczyć, jak się włącza mój stary, zakręcony komputer, bo ona wie lepiej ode mnie, jak się obchodzić z komputerami.
Cały tata.
To nie są złe dzieci, to są dzieci pokrzywdzone przez los i głupich rodziców.
Mój syn też jest głupi. I to moja wina.
Postaram się to naprawić, ale długa droga przede mną.


I tak mi, kurwa, minął dzień. Sterana jestem, bo upał znów, że ojapierdolę.
Może chociaż ze 2 kilo zgubię, ale NIGDY WIĘCEJ. Nigdy więcej wnuków w komplecie.
A Żona Inżyniera mi dosrała: a kto wciąż pisze: z plecaczkiem do babci? Uważaj, o co prosisz :)

A kto mówi, że zapraszam hurtowo? :P




piątek, 23 sierpnia 2019

Wstałam

dziś skoro świt, Kochany Pamiętniczku...
A nie, nie będę kłamała, wyleżałam się w piernatach do bólu kości, do zajechania, wciąż powtarzając sobie, że dziś jest ten dzień :)
Na Manhattan poleciałam, kombinując jak koń pod górkę.
I zakupy takie zrobiłam, że ojapierdolę, ledwo do domu się dowlokłam, a jeszcze w gospodarstwie domowym zostałam winna 50 groszy "poda pani przy okazji", bo chciałam zapłacić drobnymi, gość się cieszył, a mi zabrakło 50 groszy :)



No i w lodówce jeszcze sporo wylądowało :)
Ale dupomirki u Pana od Pomidorków były w promocji po 3,90, a normalnie ma po 9,90 albo 15,90, to jak miałam się oprzeć.
Wyładowałam, zabrałam ze słoiczka czynsz od pajączków i znów na Manhattan tadam :)
Oddałam 50 groszy, pan oczy zrobił jak talerze, ale dla mnie dług rzecz święta i jakby on każdemu klientowi odpuszczał te 50 groszy, to poszedłby z torbami, a ja lubię ten sklep, bo jest w moim Heimacie odkąd tu mieszkam, a inne sklepy padają jak muchy i jest dupa, trzeba do marketów na drugi koniec wioski lecieć.
Oddanie 50 groszy zostało wynagrodzone

 10 kilo dupomirków za 6 złotych to jest okazja :) A że wózeczek był pusty, bo ja po Heimacie dygam z wózeczkiem, więc ktoś z Was by się oparł takiej okazji?
I jeszcze

papryka się zmieściła, bo uświadomiłam sobie, że te białe bąbelki w garnku z papryką to nie pleśń, tylko kwas mlekowy.
Taka stara, a taka głupia cipa :)

Paprykę już ukiszoną przełożyłam do słoika i do lodówki, postoi, nic jej nie będzie.
Wiem, jestem fleja, ale trzymałam kiszone jabłka już kupę czasu. Pierwsze mi nie smakowało, bo za szybko wyciągałam, ale dziś, chcąc je wywalić zorientowałam się, że...
Sa ukiszone na medal, a pachną wanilią i goździkami, że ojapierdolę i są fantastyczne :)
Więc poszły do mniejszego słoika, a ja rzuciłam się w wir kiszenia.
Powoli, albowiem stara i sterana życiem jestem.
A radio Pogoda grało do bólu serca...
Między jedną a drugą piosenką wkurw popracowy mi opadał...

Synowa powiedziała, że da maluchom powidła do spróbowania, ale nie wie, czy da radę zabrać do UK, bo miejsce w walizce.  Rozumiem :) Ale Sikora się po nie zameldowała, więc mam gdzie upchnąć, a i zobaczymy jak MW i Papryczek... Co ja za to mogę, że smażenie powideł jest dla mnie relaksem.
Jak również robienie przetworów

I rosołek się w międzyczasie ugotował na dziś i na jutro, a jedna porcja poszła do zamrażalnika. Kocham mojego Samsunga :)
A po całym dniu grzebania mam

I dwa kamienne garnki kiszonki paprykowo-pomidorowej :)

To był superdzień, zleciało ze mnie wariatkowo ze szczętem.
A i trzy prania zrobiłam.
Jeden odcinek Blacklist oglądnęłam.
A gdy

 na ścianie cienie się pojawiły, zapowiedź bliskiej jesieni, i świeczuszek, i takich tam, ostatnim tchnieniem steranego serca rzuciłam się na taśmę i sobotę powitam na bobkowym liściu.
Wszystko mogę, nic nie muszę :D

I takie dni kocham :)

I rachunek za prąd przyszedł, niższy o kilkadziesiąt złotych, a więcej świeciłam, więc już nic nie rozumiem, ale cieszy te parę dych w kieszeni :P
I Anka się w tym roku popisała, noce i ranki chłodne, tak jak lubię.

I, nie będę się wkurwiała na pożary w Amazonii, Arktyce i na Syberii, bo nic za ro nie mogę.
Tak jak za tragedię w Tatrach.
I za wiele innych rzeczy. Każdy ma tyle do przeżycia, ile mu pisano, ale nie na wszystko ma wpływ.

Myślę o moich dziecinnych lękach, kiedy z moją przyrodnią siostrą wymyślałyśmy "sposoby na Niemców", bo tak to nazywałyśmy. Moje dzieciństwo upłynęło w cieniu zimnej wojny i straszenia nas rewizjonizmem.
Teraz już wiem, że co ma być, będzie.
I jakkolwiek bym się nie miotała, będzie.
Walczę w mojej małej skali, tymi pieprzonymi woreczkami i segregowaniem śmieci, hodowaniem badyli i niemarnowaniem rzeczy.
Przechodziłam całe lato w jednych sandałach, patrząc, jak moje koleżanki co dzień mają inne szpilki. Nie potępiam ich, są młode, chcą  błyszczeć. Do domu lecą w adidasach, jak Amerykanki, ale co dzień inne szpilki. Widziałam dziś takie w sklepiku, cena nie jest zaporowa, do łażenia po korytarzu OK. Tylko: po co?
No, ale świata nie zmienię :)
Żyjemy w ciekawych czasach.
Cieszę się, że jestem stara, chociaż kto wie, co jest na tamtym końcu tęczy?

czwartek, 22 sierpnia 2019

Działo się

Kochany Pamiętniczku.
Albowiem w sobotę kupiłam maliny i to wszystko przez te cholerne maliny.
Nie miałam ani czasu, ani ochoty, żeby je zjeść, więc dziś rano, aczkolwiek lodóweczka jest the best, postanowiłam kompot ugotować, albo wiem w szufladzie telepało się jeszcze kilka niedobitków moreli, zaczynały więdnąć.
Kompocik nagotowałam, zostawiłam na piecyku, żeby ostygł, bom do pracy bieżyć musiała.
W pracy siedziałam i się kisiłam, z nudów przed 11 pomyślałam: nie pamiętam, czy wyłączyłam gaz...
Ojapierdolę.
Oblałam się zimniuteńkim potem i lecę do pani M., że taksówka, że do domu muszę.
A pani M. zachichotała i...
Zorganizowała mi transport i fajnego kierowcę, i tym sposobem trzasnął mnie zaszczyt przejechania się firmowym samochodem :)
Uff. Już pod drzwiami wiedziałam, że jest OK, bo nic nie śmierdziało :) J. oglądnął mieszkanie, badyle popodziwiał i wróciliśmy do pracy :)
Jednak ludzie są fajni, nie powiem :)
Dlatego już dziś nie łaziłam i nie pytałam, kiedy teksty.
A pani M. na podziękowania powiedziała, że tyle dla firmy robię, to i czasem firma może coś dla mnie.
Niby prawda, ale nie zawsze tak jest.
A zaraz po wkroczeniu do pracy poleciałam do Bossa, bo tę sześciusetstronicową kobyłę musiałam wreszcie obgadać. Pół nocy się z myślami biłam, ale stwierdziłam, że zażądam więcej niż wynosi moja pensja i to będzie uczciwe. Ale szłam jak na ścięcie. Nie owijałam w bawełnę, podkreśliłam, że ponieważ  wszystkie ekstrasy robię za uścisk dłoni prezesa, to za książkę, która absolutnie nie wchodzi w zakres moich obowiązków i której nie jestem w stanie zrobić w godzinach pracy chcę porządną zapłatę, ale i tak schodzę z ceny rynkowej, a i on wie, jaka będzie jakość korekty.  Zgodził się, ale mówi brutto. Ja na to, że interesuje mnie kwota netto, a brutto to zmartwienie księgowości. Zanotował, ale netto opatrzył znakiem zapytania. Niech mi spróbuje dać to brutto, będę łaziła i upominała się.
Kurde, facet zarabiający grube tysiące chandryczy się o parę stów.
A dla mnie te parę stów to dużo.
Zawsze może sobie wziąć studenta na zlecenie, mi to rybka.
Z tej kasy o której chłop nie wie nikt się nie odezwał, może mają kogoś swojego, A. mnie poleciła, bo wie, ile jestem warta.
Jakoś mnie to nie martwi, bo jak powiedział Inżynier: żeby się mama nie zarypała.
Ano. Etat przede wszystkim, a są okresy, że nie mam mocy przerobowych, tak jak w te cztery ostatnie dni.
Więc  nie żal mi i wcale mnie nie martwi. Co z tego, że odłożę na koncie 1000 zł dodatkowo może, jak i tak z grobu tego nie wykorzystam :)
No i Cezar, ojacierpiędolę.
Specjalnie pojechałam przed 9, żeby mu pysk zatkać, skorekciłam, a jakże, rzuciłam na biurko i poszłam się obijać (na pracę czekałam do 14, pracowałam do 16.30).  Dziesięć minut później puk-puk, choć prosiłam, by nie pukać.
Dlaczego napisałam żółwinek mała literą, skoro Eurygaster integriceps Puton jest dużą. Kurwa.
Pytam gościa, czy komar albo mucha czy też inna biedronka czy omacnica napisze dużą? No nie. Więc żółwinek też małą. No ale po łacinie jest dużą.
Kurwa.
Akurat dostałam z warzywek tekst, gdzie były robale. To i pokazuję. I  mówię, że nie poprawiamy korekty, bo korekta wie lepiej i poprawianie korekty kończy się śmiercią lub kalectwem.
Chyba nie zrozumiał.
No a potem z nudów pogrzebałam i co|? Sam nie wie co pisze. Ściągał z angielskiej strony, ale nie doczytał do końca. 
Eurygaster integriceps Puton - mało, że miał przed korektą integriceps dużą, co jest błędem, to jeszcze ten Puton to gość, który tego robala odkrył i to nie jest absolutnie poprawna nazwa. Polazłam i mówię. Chyba się mnie boi, bo Putona wykreślił.
Nie należy do moich obowiązków takie pilnowanie tekstu, ja nie jestem od merytorycznych byków. Ale jak mam chwilę, pomogę.
Ale nie będzie mi nikt, kurwa nad łbem stał i pytał, dlaczego. Mamy tego samego Googla i każdy powinien sobie poguglować na własną łapkę, a nie czekać, aż korekta to zrobi.
Uczyłam się łaciny, 8 lat.
10 lat pracy w wydawnictwie medycznym, plus moja pamięć wzrokowa - widzę niejako błąd, nie wiedząc, dlaczego. Sprawdzam. Więc jeśli ktoś nie odrabia lekcji, to niech mi w drogę nie włazi, bo zapierdolę.
Można zapytać - pourquoi. Ale nie kwestionować mojej wiedzy. Jak się potknę, umiem się do tego przyznać i przeprosić. 
Tak, poprawiałam po profesorach, specjalistach z medycyny. Ale jeśli sadzili kiksy obstawałam przy swoim. Bo nie pchałam się na salę operacyjną i nie mówiłam: panie profesorze, skalpel bardziej w lewo.
Więc niech profesor nie wmawia mi, że nie ma środków do leczenia trądzika, bo i owszem - są środki do leczenia trądziku. Trądziku, nie trądzika.
Język to moja specjalność.
 I tak myślę, czy wzorem napisów z saloonów: Nie strzelać do pianisty! Facet gra najlepiej jak umie!, nie wydrukować sobie i nie nakleić na drzwi: Nie przeszkadzać korektorce! Czyta najszybciej jak umie! :) Bo bardzo często odnosząc korektę słyszę jęk: juuuuuuuuuuuuuż :) Ano już :) 

I tak uzupełniłam grafik, ogarnęłam kuwetę i o 17 pomaszerowałam w siną dal, w siną dal, lewa, prawa, w stronę słońca i...
Wtem...
Biedronka mi na drodze wyrosła skubana.
I mam

 Zwie się pachira.
Ale choruję na żelazne liście. Przywiozłam je po śmierci Cioci, i chociaż to żelazna roślina, jak sama nazwa mówi, zabiłam.
Nie wiem, jakim cudem, ale zabiłam.
W necie ceny z Kosmosu, więc odpuszczę.
Ale może się uda.
A teraz idę na serial, muszę wykorzystać trzy (niecałe) dni spokoju, bo w niedzielę po południu najazd Tatarów (sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało) :)  
W planach zakiszenie wielu, wielu pomidorów.
Tylko mnie może tak popierdolić, co nie?
No ale to pierwsze przetwory, które będę jadła tonami :P 
Inne to tylko fantazja była :D  

środa, 21 sierpnia 2019

Całe

życie z debilami, Kochany Pamiętniczku :)
Działo się.
Pracuję tu już od 9 lat i nikt mi tak na odcisk nie wlazł.
Bywały chwile lepsze i gorsze, ale zawsze stali murem za mną, a i ja na nikogo długo się nie gniewałam, a podobno moje NIE od razu na mordzie widać :)
Moje dzieci twierdzą to samo.
Pewno, że wkurwia mnie technika, przez którą co miesiąc po godzinach siedzę, ale co oni za to mogą, że nie mogą?
Ale Cezar?
Przez niego w pierdoły pracowe się wdałam, a i ryja darłam tak, że w całej redakcji było słuchać.
Potem poszłam na papierosa.
I nie, że paliłam, ale...
Kawał skurwiela, wkręcił się, bo ma chody.
I, kurwa mać, rozwala pracę techników, bo w każdej pracy są technicy.
W imię tych znajomości.
Nie przyjmuje do wiadomości, że nie, że nie ma racji, że nie, nie zrobię mu JEGO działki, bo nie mam czasu się wysikać, a jego działka jest na jutro, nie, on musi mieć to TERAZ.
Na domiar złego NIE OGARNIA pracy, zapisywania i innych bajek...
Tyle, co mi się udało, to że do południa warzywka wywaliłam, bo nie miałam nic innego do roboty, a potem się zaczęło, bo Cezar rozpierdolił system.
Wychodziłam z pracy o 19, dziś po - bagatela 10 godzinach pracy - a Cezarowy cót, mjut i orzeszki laskowe wciąż leżały na biurku :P
Ma iść jutro, pójdzie jutro, wolnym walcem, nie rozumiem, dlaczego miałam rzucić wszystko, a wszystko było na przedwczoraj, by on miał swoje dziś.
Za to, kurwa, co pięć minut pukał (!) do pokoju mego, pytając, czy materiał jest już gotowy.
Normalni ludzie wchodzą, kładą wydruczki i czekają na moje moce przerobowe.
A tak się pechowo złożyło, że na ten Cezarowy szajs nie miałam mocy przerobowych i to nie dlatego, że chciałam coś na złość.
Bo ja wredna jestem, ale nie złośliwa.
No nic.

Te nadliczbowe świnie sobie oglądnęłam, i...
Hmmm.
Idę jutro do Bossa.
Cena jest zaporowa.
Zażyczę sobie naprawdę dużo, aczkolwiek cena będzie promocyjna.
Nie mam musu robienia tego, no cóż, cena jest kwestią rynkową.
To nie zakres mojego etatu, może zawsze wziąć kogoś z zewnątrz. Wolny rynek.
A mój czas, którego mam coraz mniej jest cenny.
A moja wiedza jest bezcenna.

No nic. Jutro KONIEC :)

Potem lekki wdech, a potem...
Mam nadzieję, że przeżyję.

A kiszone pomidory są OJAPIERDOLĘ. Dziś otworzyłam słoik. Kto może, niech kisi i zażera się... :)
Żrąc kiszone pomidory człowiek ląduje w siódmym niebie :) 

wtorek, 20 sierpnia 2019

W telegraficznym

skrócie, Kochany Pamiętniczku.
Z ręką w nocniku wylądowałam, a jakże.
220 stron mamy, razy dwa to jednak 440 :)
No ale kto temu poradzi, jak nie ja, co nie?
Dziś 11 godzin w pracy, w sumie godzina zupełnie niepotrzebnie, bo Boss miał fantazję, ale oj tam, oj tam, pan każe, sługa musi.
Nie jest źle, tylko że gdy mi warzywka przyniosły o 19 wydruczki, zdziwione, że ja jeszcze kibluję, westchnęłam i palcem ich nie tknęłam. Są potrzebne na jutro, zatem jutro będę szukała chwili na nie, dziś dość.
W grudniu fajnie będzie, bo zamykamy 13 grudnia (hahahahaha) i potem do stycznia mam wszystko w dupie.
No, poniekąd, bo po drodze i warzywka, i nie wiadomo co z maszynkami, a i teatrzyk, i może ta nowa fucha, o której chłop nie wie, która mnie wstępnie zaakceptowała, ale emilka jeszcze nie wysłała i chujwi co po drodze się trafi.
Więc nie chwalmy dnia przed zachodem słońca, ale oj tam, oj tam.
Kompik szaleje, raz się włącza, raz trzeba go na kolanach prosić.
Pisałam do Pierworodnego, potem komp zaskoczył, ale choć padało, choć było ślisko, to się przywlokło to świniorzysko.  Z połowicą, of course.
Żartuję, przyszedł, przyniósł wypełniacz do tego ukruszonego panela, nawet nie wiedziałam, że takie cuś jest. W necie gdzieś wymychałam naprawianie dziur zupką chińską :) Seriously :)
Nie goniłam do kompa, bo działał, a dziś rano znów odmówił współpracy.
Kopnęłam dziada i zaskoczył.
Wracam z pracy, włączam, działa.
Ki diabeł?
Inżynier przez Brexit dostaje w dupę aż się kurzy, boję się, że mu nerwy puszczą, ale cóż, każdy ma swoje piekło. Dziesięć lat temu C. namawiał go na niewyjeżdżanie, miałby od ręki pracę, za fajną kasę, ale nie, chciał jechać i koniec. Nie zatrzymywałam, choć i ja zapłaciłam za to swoją cenę. Wyjechał następnego dnia po absolutorium.
Każdy z nich poszedł swoją drogą, ale niestety, rodzicielstwo polega na płaceniu za dzieci do końca życia.
Niekoniecznie kasą.
W następnym życiu wyskrobię bez pardonu i będę żyła samotnie, długo i szczęśliwie, co nie?
Dobrze mówię, proszę pana?
Jak w tym kawale, który lubię:
Siedzi facet nad stawem i łowi ryby. W pewnym momencie wynurza się żaba i pyta:
- Proszę pana, czy ja mogłabym wejść na spławik i skoczyć do wody?
- A skocz sobie - odpowiada facet.
Żaba skoczyła, a facet dalej łowi ryby. Po chwili żaba znowu się wynurza i pyta:
- Proszę pana, a czy ja mogłabym jeszcze raz wejść na spławik i skoczyć do wody?
- No, skocz sobie - odpowiada już podirytowany facet.
Żaba skoczyła, a facet dalej łowi ryby. Po chwili żaba znowu się wynurza i pyta:
- Proszę pana, a czy ja mogłabym... - widzi wkurzenie faceta, więc kończy - ...usiąść koło pana?
- A siadaj - odpowiada facet.
Żaba siada koło faceta, a ten dalej łowi ryby. Siedzą tak sobie w milczeniu, aż ze stawu wynurza się druga żaba i pyta:
- Proszę pana, czy ja mogłabym wejść na spławik i skoczyć do wody?
Na to pierwsza żaba:
- Spierdalaj! Dobrze mówię, proszę pana?:)

I tak wyszło w pracowym młynie, żem się dokształciła. Te lulki z Mickiewiczowskiej Pani Twardowskiej, o których zawsze myślałam, że to papierosy, jako że:

 Jedzą, piją, lulki palą,
Tańce, hulanka, swawola! Ledwie karczmy nie rozwalą...

 ... to nie papierosy, ale 

  https://pl.wikipedia.org/wiki/Lulek_czarny.

LOL :)

A Cezara objechałam jak święty Michał diabła. Nie moja wina, że jest hmmm... niekompatybilny ze mną. Odnoszę wrażenie, że jest niekompatybilny z całą załogą. A że na dokładkę nie jest wysokich lotów, to trudno. Nie, nie będę czytała cztery razy tylko dlatego, że on nie ma iskry bożej do pisania.  I że bełkoce, nie pisze nic, co może normalnego człowieka zainteresować, a już na pewno nie ludzi, do których adresowana jest nasza praca.
Z tego co wiem, etat i wypasioną pensję dostał od ręki. Więc dlaczego ja mam za niego robotę odwalać? Qui bono?
Bo ma dwie literki przed nazwiskiem, a ja trzy? Bo ma dobre układy z Bossem?
Większość z mających dwie literki jest marnymi pracownikami. Co ja najlepiej wiem.
I nie, nie zazdroszczę im. 
Zrobiłam doktorat z prania pieluch na czwórkę.
A magistra mam na piątkę, bo szóstek wtedy nie było.
I znam swoją wartość. 
Żeby nie było :)

O dziwo, Synowa do mojego NIE w temacie Office'a odniosła się spokojnie, mówiąc, że ona też by nie chciała, żeby ktoś na jakikolwiek jej profil wchodził, nawet z gwarancją, że nie będzie tam grzebał.
I to mi się podoba :)





piątek, 16 sierpnia 2019

Sprawa

pracy, o której chłop nie wie na razie w zawieszeniu, Kochany Pamiętniczku, albowiem jak wiadomo, cała Polska ma długi weekend i wszyscy są na urlopach.
No, oprócz mnie :)
W poniedziałek będę wiedziała, może, czy będę bogata jak szach perski, czy dalej biedna jak mysz kościelna i to siwa na dodatek.
Ale mniejsza z większym, nie można wciąż o pieniądzach, bo to nieelegancko.
Wczoraj wleciał do mnie Pierworodny z Połowicą, jak obiecał.
A i ich zatkało.
Bo rzekłam, że mogę ich nakarmić. Ha, bo mi się gar krupniku ugotował i to taki, że żarłabym go sama chyba z tydzień. Zostali, krupnik wciągnęli, nie mogąc się nachwalić, ale też przepyszny był, albowiem na wędzonce i z suszonymi grzybkami, z czosneczkiem, na wołowince, cót, mjut i ożeszki laskowe.
I tu clou imprezy.
Łamałam się nad tym od paru dni, bo wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że po następnym czwartku będę miała jednak tydzień wolnego.
I wiem, wiem, pojebana jestem, ale...
Tak trochę chciałabym poznać moje wnuki, bo wciąż tylko narzekam, jakie to są niewychowane, ale sama nic nie robię, żeby je wychować, a po całych wakacjach u babci J. pewno spisiorzały na amen, i takie tam.
Więc mówię, że na ten ostatni tydzień wakacji wezmę dzieci i jak będą grzeczni (rodzice, of course, nie dzieci) będą mogli ich po pracy odwiedzać.
Synową w ziemię wbiło, ale mówi, że nie śmiałaby mi nic takiego zaproponować.
No nie śmiała, to nie zaproponowała, sama chciałam, sama sobie ukręciłam bicz na własną dupę i potem będę pewnikiem jojczyła, jaka to ja jestem nieszczęśliwa, a one wredne, znaczy się Mała Wiedźma i Papryczek, ale trudno.
Tak naprawdę boję się, nie miałam na stanie dzieci bez rodziców od lat. No ale przeżyłam tydzień sam na sam z Alienkiem, to mam nadzieję, że i tę dwójkę jakoś przeżyję :) 
Też chcę, żeby o mnie pamiętały jakoś tak cieplej, jak już do Krainy Wiecznych Łowów powędruję, a nie, że tylko babcia J. jest kochana.
No wiem, pojebana jestem i do Dziekanki. Amen.
Pierworodny założył mi jednak tego Netflixa, za co oberwał, albowiem mam profil babcia.
Sam jest dziad i tyle.
Przerobiłam sobie na babcia Yoda i od razu lepiej.
Ale nie chcę płacić, a z drugiej strony niehalo. I... Okazuje się, że oni potrzebują Office'a, a ja mam legalnego, na kilka urządzeń, więc targu wymiennego dobiliśmy. I nie, Inżynier nie miał tym razem racji - angielski jednak różni się od polskiego.
Na polskim znalazłam Blacklist, z moim ulubionym Danielem ze Stargate. Pięknie się zestarzał, tak jak ja, fabuła wartka, a szczerze mówiąc Orange is the new black po trzecim sezonie zaczyna mnie nudzić, wlecze się jak flaki z olejem.
Jako że załatwione, nie mam żadnych skrupułów.
Do UK jeszcze nie pojechał po te graty, a na moje pytanie zaczęli na siebie szczekać, więc krótko ucięłam.
Niech się kłócą w domu. Nie mój cyrk, nie moje pchły.
Pomidorki ukisiłam, tak jak się kisi małosolne. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Ale kiszoną paprykę wyżarli mi całą :D
Rano dziś poleciałam na Manhattan i w ogóle myślałam cały dzień, że padnę trupem. Miasto niby puste, wymiecione, wszyscy na długim weekendzie, komunikacja w kratkę, bo wg sobotniego rozkładu jazdy, a wszędzie tłumy starych śmierdzieli. Znaczy się staruchów, przekonanych, że jak kołnierzyk od koszuli wygląda jako tako, to można w niej łazić, a pod pachami nie trzeba się już myć w ogóle, nie mówiąc o zmienianiu porów, bo gdzie się nie ruszyłam, nawet na świeżym powietrzu, leciały za mną te wonności Arabii.
Kurwa mać.
Cud, że przeżyłam, a do domu wracałam już na wdechu. Jedynie w pracy nie śmierdziało, bo u nas jednak ludzie się myją.
Za to maksymalnie wkurwił mnie Cezar. Ostrzegałam, że nie ma opcji, że będę poprawiała tysiąc razy, że jest I i II korekta i koniec balu panno Lalu, za więcej mi nie płacą.
Myślał, że zadziała na mnie jego urok osobisty i jego supernaukowe tłumaczenia. Może i jestem debilem, nie wiem co to jest "na fobie", ale potrafię sobie to wygooglać i stawiam dolary przeciw orzechom, że ludzie, dla których pisze swoje wypociny, wielki pan doktor, nie wiedzą, co to znaczy i w większości nie potrafią tego wygooglować. Nie rzucałabym się tak, ale włazi Bossowi w dupę bez wazeliny i bez mydła, dając teksty skorekcone (zasłonę milczenia spuśćmy na oryginały), ale kurwa... oryginały niszczy w niszczarce, tak samo jak wszystkie dalsze etapy.
Nie, nie będzie jechał na moich plecach.
Jest obły i tyle w temacie.
A ja nie mam ochoty na czytanie sto razy tych wypocin, bo Bossowi się nie podobało i kazał zmieniać. A po zmianie geniusz wygląda jak wygląda, więc nie.
Kazał zmieniać merytorycznie, nie to, co było moją ciężką pracą. I Boss widzi, że facet pisze bezbłędnie i korekta nie jest potrzebna.
O nie, nie ze mną te numery, Brunner. Niszcząc wszystkie kolejne etapy w niszczarce, niszczysz też ślady kiksów.
Ja do swoich zawsze się przyznaję, mówiąc spokojnie: idę poszukać kamienia. A Boss na to tradycyjnie: po co pani kamień. A ja: no, do szyi, i do Warty, byk poszedł. Boss: tym razem sobie darujemy.
Ale nie, nie będzie wielki Juliusz Cezar jechał na moim grzbiecie. Wszyscy zbierają makulaturę i wszyscy stoją w obronie korekty. 
Więc nie.
I tak dojechaliśmy do kolejnego weekendu. Jutro będę kisić i sprzątać, czyli delektować się tym, że nic nie muszę.
A potem znów kierat i apiać...

UPDATE
Szybki Skype w Inżynierem. Lecą na ślub bezpośrednio do Warszawy, wracają do PZ pociągiem. Niebiosom niech będą dzięki, bo wizja Inżyniera, który w PL tylko kurs robił kilkanaście lat temu za mamusine pieniądze, a egzaminu nie zdał, bo nie znalazł na to czasu, a teraz ma wskoczyć prosto z ruchu lewostronnego w prawostronny jest PORAŻAJĄCA. Tym bardziej, że za kołnierz na weselu nie będzie wylewał, no a polskie drogi.
Zatem - jest nadzieja :)
I nie mieli wątów, jak powiedziałam, że nie pogniewam się na opcję niemieszkania u mnie, albowiem Synowa znów ma zostać na trochę w PL. Ona dobrze czuje się u swojego taty, a moje badyle ocaleją, tym bardziej, że Alienek jest w szczytowej formie rozwalania wszystkiego, a Kalafiorkówna pełza już z prędkością błyskawicy, a niestety, w piździerniku nie ma opcji wystawienia badylków na balkon.
Przerażająca jest wizja pobrexitowa, jaką wysnuł Inżynier, tłumacząc, dlaczego zostawia rodzinę w PL.
Nie wiadomo, która apokalipsa gorsza, ta nasza pisowska czy ta pobrexitowa.
Leki mają transportować na ciężarówkach wożonych w... samolotach.
Kurwa mać.
Pojebało wszystkich polityków.

A Office'a mam nie dawać, bo daję tym samym dostęp do wszystkiego, co moje.
Nie, tego nie chcę.
Przepraszam, faktycznie powinnam słuchać Inżyniera jak radia Wolna Europa.
Nie dam dostępu do moich, może nieważnych, ale moich dokumentów Synowej.
Przykro mi.
Business is business, Winnetou, machniom nie będzie :)

środa, 14 sierpnia 2019

Zwariowałam

Kochany Pamiętniczku, nadaję się li i jedynie do Dziekanki, z którą mam wspomnienia, jakie mam, albowiem miejscowy szpital psychiatryczny odsyła pacjentów z miejsca do Dziekanki, a co.
Ruch w interesie musi być, pacjentów z województwa wożą do wioski.
I tak interes się kręci.
Ale ab ovo ad mala.
Po powrocie do pracy dowiedziałam się, że polują na mnie pyry i jałówki.
Najpierw chciałam się okopać, drutem kolczastym otoczyć, granatami rzucać i takie tam.
Ale przespałam się ze ślimakami.
Jestem na etacie i ile by mi nie dowalili, muszę to zrobić.
Oddycham głęboko.
Jestem na etacie.
W Auschwitz zaczynałam od 3 czasopism, skończyłam na 28 czasopismach i książkach, wprowadzaniu do neta wszystkiego, za tę samą kasę.
Tu pączkują kwartalniki.
Wkurwia mnie to, ale...
Dzięki pyrom te moje ustawowe 4 godziny przeleciały jak złoty sen, nie łaziłam, nie wkurwiałam ludzi, po prostu - pracowałam spokojnie, jak ustawa przewiduje. O 13 z gracją umierającego łabędzia brałam dupę w troki i w siną dal...w stronę słońca.
I wspomniałam święte słowa Bossa: żeby wykorzystać pani moce przerobowe musielibyśmy wydawać ze cztery gazety.
W międzyczasie, w tak zwanym międzyczasie, załatwiłam i warzywka, i teatr. A teatr w tym miesiącu zaszalał i UCZCIWIE zapłacili mi za moją WIEDZĘ. Więc jest równowaga w przyrodzie. Czasami, ale jest.
Więc po przespaniu się ze ślimakami nie poszłam do Bossa.
Czasem trzeba mordę w kubeł i...
Śniło mi się, że zostałam bez pracy.
Obudziłam się jak z koszmaru i... jak to, bez pracy?
Więc... Morda w kubeł.
Pyry zamknęłam po 14 i pomaszerowałam w siną dal.
Dotarłam do chaupki i...
Boss nie zaakceptował wstępniaka.
Czekały na mnie propozycje.
Niemoralne...
Wstępniaka załatwiłam, aczkolwiek, jak dobrze pójdzie, będę się z nim zmagała jeszcze w piątek. Nie, nie mam długiego weekendu, choć chciałam, bo nie. Bo od poniedziałku TE dni. Razy dwa, bo warzywa.
C'est la vie.
Jałówki przesunęły się na wrzesień, na początek września, kiedy chciałam się wylegiwać z drinkiem w ręce pod palemką, ale co tam, musiałam zwolnić tego Murzyna, co miał mnie wachlować. Bywa. Pod fikusem z piwem też mogę lec, co nie? Bez wachlarza, włączając wentylator, jak będzie za gorąco :P
I Messenger. Od dziewczyny, która kiedyś ze mną w pięknie, co nie wyszło do końca, pracowała.
Że wzięła do korekty trzy czasopisma i nie daje rady.
Hmmm.
Nie, że oceniam, ale to ja po niej korekciłam w pięknie, nie było źle, ale...
Gadu gadu, pitu pitu. Ona nie ma siły, dla mnie kasa niepowalająca na kolana, ale skoro mogę, to dlaczego nie?
Więc trzymajcie kciuki, bo jak dobrze pójdzie, będę miała trzy nowe miejsca pracy.

Nie narzekam. Innych nawet praca nie kocha, a mnie i owszem.

Tylko dlaczego dopiero teraz, kiedy zbieram na koncie chuj wi na co?
I kto wie, ile mnie to kosztuje i czego w sumie chciałabym?


Coraz to z Ciebie jako z drzazgi smolnej
Wokoło lecą szmaty zapalone
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny
Czy to co Twoje będzie zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą.
Czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament
Wiekuistego zwycięstwa zaranie?

Sama nie wiem, Kochany Pamiętniczku?
Może prościej - polecieć?




Przed nocą i mgłą osłoń mnie,
Zabierz z serca samotność,
Cień, co tam legł
Wytarguj od gwiazd ten czas, mój czas!
Co zanim się stał - zbiegł...

 Czasami brak mi sił.
Tak po prostu.
A ponoć twarda jestem.
Kurwa. Mać. 









piątek, 9 sierpnia 2019

No i

tydzień przeleciał migusiem, Kochany Pamiętniczku, nie wiadomo kiedy.
Jako że upały takie, że ojapierdolę, korzystałam z tego, że nie muszę wychodzić z nory i leniłam się na potęgę. No ale kiedyś trzeba sobie urlop zrobić, co nie?
I taki tam urlop, jak warzywka rączym strumieniem płyną, a i teatrzyk mimo przerwy urlopowej pracuje jak najęty. Z szokującymi bykami, of course.
No nic, póki płacą, a płacą regularnie (odpukać), to pracuję, bo zboczucha jestem i kasiorkę lubię.
I to bardzo.
Jako że nie szaleję, to dziś zaszalałam i mam... Euphorię. Oj tam, oj tam, skorzystałam z testera, jakkolwiek nigdy nie korzystam.
Nie oparłam się, wpadłam w euforię. Dawno tak pięknie nie pachniałam smrodem :)
Wiem, stara wariatka jestem, a stwierdziłam to z przerażeniem, gdy zajrzałam na półkę, na której kitram sama przed sobą śmierdzidła.
Ojapierdolę.
No nic.
Dobrze, że chłop nie ma już nic do gadania.
Ale on lubił, jak pachniałam smrodem, więc oj tam, oj tam. Wyśmierdzę się i do niego wkrótce wlecę, więc pewno mi daruje :)

Dzień gospodarczy zrobiłam, nie ukrywam, dwa badylki się trafiły, ale oj tam, oj tam.
Chaupka ogarnięta, zakupy też, obiad na jutro gotowy.
Nawet polecony dla Pierworodnego odebrałam, co mi ciśnienie podniosło. Bo mi skunks dziękuję pisze. A to urzędowe. I znika z pola widzenia. A ja się urzędowych spraw boję. Piszę więc do Synowej, z którą mam na pieńku (i z drugą też, a taka tam gównoburza na Chujowej Pani Domu, zdziwione były, że oceniam stosunki z nimi jako chłodne, a jak mam kurwa, oceniać? Jako gejzer życzliwości? Zawsze musi być tak, jak im pasuje i jak one chcą, więc sorry Batory, stosunki są poprawne i chłodne. Nie słyszę nigdy, że coś fajnie zrobiłam, że pomogłam, więc niech mnie w dupę pocałują. Za to ja muszę zawsze tak zrobić, zdaniem synów: jak ona chce. To i robię. I jeżeli koty dostają tort na urodziny, a ja chłodne: najlepszego, to wybaczcie narody, nie jest dla mnie kochająca rodzina. Mogę zrozumieć degradację "za żonę", ale za sierściucha jebanego ni cholery). O, jaka przyjazna i Pierworodnego popędza. Pierworodny odzywa się. Nie ma czasu, jutro pracuje, potem jedzie do O. To piszę mu: może otworzę list. A on: to jeszcze mama nie otworzyła? Nie, kurwa, nie otwieram cudzych listów bez pozwolenia. Traci status bezrobotnego. Więc mówię mu, że sobie odbierze, kiedy mu będzie pasowało. Bo to nic na gwałt. Mówi: w czwartek. Ja, że w czwartek pracuję. On: w święto?
Zapomniałam na śmierć, że to mojej ulubionej Matki Boskiej.
Kiedyś kochałam zbieranie zielska i święcenie.
Teraz zielsko kocham, ale święcić już nie święcę.
No nic, może się zobaczymy, może nie, ważne, że nie ma żadnych urzędowych kłopotów.
Tylko ja się nastałam na poczcie.
 I szok, ledwo nie zemdlałam i nie padłam trupem. Nie, nie na poczcie, aczkolwiek niewiele brakowało, taki zaduch.
Cynober jedzie do K. na jakiś koncert. Randka nam nie wyszła, ale to nic, no ale wciąż mnie męczy o ten znicz na grobie moich rodziców. On taki cmentarny jest, co też w nim cenię, bo tak.
Nie był nigdy w K., więc myślę, jak objaśnić.
Wpadam na myśl, że może jakaś mapa cmentarza jest, to będzie mi łatwiej zaznaczyć Umarlaków niż na odręcznym rysunku.
Wrzucam na Googla cmentarz w K. i...
Ojapierdolę.
Mało, że wyrzuca mi mapę, to jeszcze full wypas.

https://krotoszyn36.grobonet.com/

Kto ciekawy, niech sprawdzi.
Wpisujesz nazwisko i...
Nawet opłatę można wnieść online.
Ojapierdolę.
I jest opieka nad grobami.
Kombinuję jak koń pod górkę.
Chcą i telefon, i emilka, pozycje obowiązkowe.
Nie ma cennika.
Piszę więc na adres parafii z prośbą o cennik i...
Ojapierdolę.
Następnego dnia na emilku mam emilek, że i owszem, sprzątają, badylki kładą i znicz zapalają.
Proszą o telefon, podają telefon, to można wszystko omówić.
Odpisuję, że głucha jestem, a sekretarka w osobie dziecka się szlaja, że mam nadzieję na emilkowanie...
I co?
Po emilkowaniu okazuje się, że tak. Wprawdzie nie jest tanio, bo 50 zł za grób, ale...
Jak spojrzałam dziś w lustro po sprzątaniu (panno Maniu, ja pluję na twarz, ja patrzę w serce), a wiadomo, że nie zanosi się na szybkie ochłodzenie, jak wyobraziłam sobie jazdę do K. bez wielkiej walizy z rupieciami, tylko z badylami i znicze kupię na miejscu - nie miałam już watpliwości.
Odpisałam, że tak, że skorzystam.
Inżynier odpisał, że popiera, w sumie mi rybka, czy popiera czy nie, płacę za imprezę.
Pierworodnemu nie pisałam, bo zacząłby ale mamo, ale mamo, że on pojedzie i zrobi. Może. Ale bilet kosztuje, a ja myślę, żeby nie wydawał bez sensu, wystarczy, że i tak szasta. Jak zapłacę za niego bilet i obiad, w sumie na jedno wyjdzie, a jeszcze zgrać terminy...
Wstępnie zaklepałam sprzątanie przed Wszystkimi Świętymi, a co.
Luksusowa ze mnie kobieta, a nie dostanę udaru.  Pojadę, badylki postawię, świeczuszkę zapalę i pogadam z nimi jak czekista z czekistą. Mogę jechać autobusem i za dwie godziny wrócić.
Potem zamówię sprzątanie na wiosnę.
Te parę stów, póki pracuję, nie zbawi mnie, a sumienie będę miała czyste.
W porównaniu z cenami, które proponowały mi firmy znalezione w necie to niewiele (były oferty od 150 do 900 zł za sprzątniecie grobu. 900 zł, bo dojazd z Kalisza. Taksówka z Kalisza do K. by tyle nie kosztowała, ale mniejsza z większym).
Więc jestem w szoku.
A Inżynier mi dziś pisze rano, że koledzy z pracy byli w szoku, że w necie można znaleźć groby. No ba, Angole są jednak 100 lat za Murzynami.
Z tym że tam nikt nie myje pomników, nie robi takich szopek, jak u nas na Wszystkich Świętych. Tam są same nagrobki, bez płyt, trawa.
Inna kultura.
Dla mnie - lepsza.  I wciąż mam w oczach te wieńce z maków dla weteranów. Bez pompy, bez zadęcia, u nas Czerwone maki na Monte Cassino i ci dobrze walczyli, ci źle, wypierdalać, żołnierze wyklęci i przeklęci, Ruskich wywalić. A to tylko ludzie, którzy wcale nie chcieli ginąć. Ale ginęli, bo wolność krzyżami się mierzy, historia ten jeden ma błąd. Ginęli, choć chcieli żyć. I dlatego nieważne wszystko - tylko te maki. Jak krew.
Ale jestem tu i teraz. Dla mojej Mamy - nie wiem, nie pamiętam. Dla Niej zawsze to była wyprawa na grób Jej rodziców i Marylki. Bo ja jeszcze siostrę miałam, dwa lata młodszą ode mnie. Zmarła trzy dni po urodzeniu. Teraz wiem, że to konflikt serelogiczny, ale wtedy nie wiedzieliśmy. Grób rodziców miała zawsze posprzątany, sprzątała tylko grób teścia. Mój ojciec szedł zawsze na gotowe. Mój brat dużo gadał, w sumie nigdy nie sprzątał. Ja tak. Zawsze jeździłam, pomagałam Cioci jak mogłam, a i potem chłopcy byli dobrze wytresowani. Nie jeździłam do Koźmina na grób babci od strony ojca, odkąd nie mieliśmy samochodu, bo nie miałam jak. I tak zostało. Zostały mi na głowie groby w K. Niejako w testamencie od Cioci, która je latami ogarniała, wciąż żałując, że tak mało się mną zajmowała, że mogła lepiej i więcej.
Nieważne, Ciociu.
Byłaś dla mnie jak mama, lepsza, gorsza, ale mama.
Dla mnie dzieciństwo skończyło się, gdy zrozumiałam, że już nikt na mnie nie czeka z rosołkiem.
I moje dzieci straciły najważniejszą babcię, jaką miały. I już nikt nie powie do mnie "Dorotka"...
Więc dlatego mam dług.
I staram się go spłacić, jak tylko potrafię.
I dobrze, że jest opcja taka, jaką odkryłam.
Bo nie wiem, jak Pierworodny, ale Inżynier będzie to ciągnął, nie wątpię.
A i dla niego będzie to ułatwieniem - zapłacić i mieć z głowy.
I nie będzie myślał o sprowadzaniu całej familii tu - co też kosztuje, a nie przesadza się nie tylko starych drzew, ale i Umarlaków też nie.
I mają mnie gdzie zakopać.
Po kosztach. A ja wróciłabym do korzeni, choć tak naprawdę chyba będzie mi wszystko jedno, co nie?

Miło pomyśleć, że Ciocia mnie po mordzie nie nachlasta jednak :D No i może mi Mama wybaczy. Bo Ciocia na pewno :) Co? No oczywiście, cabernet...
Co za ulga :D