Obserwatorzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anioł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anioł. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 czerwca 2019

Tylko nie rękodzieło!

W 2014 roku moje malutkie Cottoni stało się firmą. Od tamtego czasu pracowałam intensywnie jak mróweczka z roku na rok budując bardzo silną grupę odbiorców-klientów-przyjaciół. Ręce pełne pracy, bo co trafiało do Was rozczarowaniem nie było. Spokojnie więc polecaliście dalej, wracaliście po więcej i moja wiara w sens tego przedsięwzięcia rosła z dnia na dzień, miesiąca na miesiąc. Dziękować za to będę Wam tu i w duchu  głęboko po dzień mój ostatni, bo spełnić tak wielkie marzenie, jakim jest życie z pasji, to naprawdę niesamowite szczęście. Co dalej? Hmm... 
Przez te wszystkie lata zastanawiałam się mocno czy rozbudowywać Cottoni w coś większego. Odpowiedź zawsze była jedna- nie chcę zajmować się masówką. Nie chcę nadzorować taśm produkcyjnych ani na mniejszą, ani na większą skalę. Nie chcę brać odpowiedzialności za pracowników, tym bardziej, że koszta ich utrzymania w pewnym momencie mogą pochłonąć cały przychód. Nie stać mnie przecież na takie ryzyko, no i do nadzorowania czyjejś pracy, to ja się nadaję jak wół do karety. Za miękki charakter sprawił by, że wszyscy by sobie bimbali w najlepsze, albo wyprowadzali co się da poza pracownię. Wiem, bo przetrenowałam to kiedyś na dwóch paniach szyjących pod moim nadzorem. Totalna porażka. W moim wieku człowiek samoświadomość własnych mocnych i słabych stron ma na tyle dużą, że wie za co się brać, a co odpuścić. Czy odpuszczam szycie? NIE, o NIE i jeszcze raz NIE!!! Tym, co po ostatnim wpisie na FB zacierali ręce z radości, że Cottoni się poddaje, mówię sorry robaczki. Ja się nie poddaje never ever. Czasem jednak trzeba usiąść na spokojnie, przyjrzeć się sytuacji z boku i wyciągnąć wnioski. 
Wiele z Was pisało do mnie z pytaniem jak to jest rzucić wszystko i zająć się pełnoetatowo swoim hobby. Czy taka praca ma sens, czy z tego żyć się da itd. Żyć się z tego dało, sens miało, ale trzeba pamiętać, że każdy ma inne oczekiwania. Wszystko zależy też od charakteru pracy, a że ja o szyciowym rękodziele wiem z doświadczenia własnego, więc tylko w tym zakresie wypowiedzieć się mogę.  Znam parę osób, które właśnie w większe firmy rozbudowały swoje szmaciane hobby. Żeby puścić jak najwięcej towaru w obrót trzepią standardowe wzory, których pełno później na instagramach. Każda instamamuśka pokoik swojego bąbelka ma więc ustrojony nie według własnego pomysłu, a według tego, co u innej instamamuśki, tudzież ulubionej celebrytki wypatrzyła. Zatem na tle przeważnie białych mebelków Ikea lądują podusie chmurki, baldachimki, tippi itd. Tego towaru w sieci jest więc jak piasku na plaży. W którymś momencie jednak ten rynek się nasyci i zakorkuje. Naturalne jego prawo. Niestety z przedsięwzięciami rękodzielniczymi na mniejszą skalę jest już bardzo podobnie. 
Pamiętam, jak u mojej pani fryzjerki jakieś dwa lata temu rzuciłam mimochodem czym się zajmuję zawodowo i usłyszałam złowieszcze " O nie, tylko nie rękodzieło..." Co druga klientka przecież już tam jakąś radosną twórczość w chałupie odstawia. Jedna pierniczki, inna coś dzierga, kolejna mebelki na biało maluje. Co chcesz, to masz. Skąd to zjawisko? Poszła fama, że na rękodzieło zbyt, więc każdy dorobić choć parę złociszy chce, normalka. Normalka w kraju, w którym ludzie mają braki finansowe, bo tam, gdzie godnie się zarabia i na dobrym poziomie żyje za rękodzieło artystyczne biorą się ci, co faktycznie artystyczną potrzebę wyrazu w bebechach czują. Całej reszcie nie chciało by się tego śmietnika w domu gromadzić i czasu tracić. Lepiej z rodziną do kina, kawiarni, czy walnąć się przed TV do góry brzuchem. Ci co tam artystycznie działają za swoją pracę bez problemu wołają godziwe pieniądze, z których całkiem nieźle mogą sobie funkcjonować. No i tu właśnie wszystko teraz o te nieszczęsne pieniądze się rozbija i na moje aktualne decyzje wpływ będzie miało brutalny.
Bardzo lubiłam pytanie " Czy z tego da się wyżyć?" Oczywiście, że się dawało. Jak się coś robi dobrze, to klienci są. Szkoda, że nikt nie pytał mnie o to samo, jak z pracy w szkolnym sekretariacie wyciągałam całe 1400zł na rękę. Za takie siano można robić, jeżeli na te przysłowiowe waciki się zarabia mając kasiastego małżonka, na ramieniu którego swobodnie niczym bluszcz zechcesz sobie zawisnąć. Ja małżonka ani majętnego, ani żadnego innego w swoim życiu się nie dorobiłam, bluszczem ani żadnym innym powojem nie jestem, więc co zarobione własnymi rencyma, to do dyspozycji było i jest. Partnera mam i na zasadach partnerskich funkcjonujemy, bo każde swoje zobowiązania regulować musi, zatem ku mojej babskiej dumie i niezależności informuję niektórych zainteresowanych, NIE DOJĘ! Dziecko moje sztuk jeden, więc i z programów pomocowych wiadomo jak korzystałyśmy, poza tym charakter to ja chyba mam po dziadku moim, który to mówił, że "Można dziadem być, ale przynajmniej honorowym!". Po sądach za ojcem mojej Talki też więc nie latałam i bzdurnych argumentów do wyszarpywania alimentów nie wymyślałam po nocach. Jak żyłyśmy? Skromnie, nawet powiedziałabym, że turbo skromnie, ale ideologie życiowe mam poukładane w głowie na tyle sprawnie, że bez problemu w lumpku znajdę co mi trzeba, samochodem mogę jeździć nie najnowszym i bez klimy, a jak na telefonie, czy komputerze kiedykolwiek ogryzek mi się pojawi, to zdecydowanie też nie po to, żeby szpan instagramowy odpierdzielać. Ludziom majątków nie zazdroszczę, cieszyć się umiem tym, co jest, ale dziecko właśnie w dorosłe życie mi wchodzi i jej ułatwić parę spraw bardzo bym chciała, więc dutki trzeba zacząć racjonalnie liczyć i zarabiać. Zamówienia mniej, bardziej liczne obciążone kosztami (z roku na rok większymi) są niepewną przyszłością. Odłożyć nie ma z czego, na urlopy i przestoje pozwolić sobie nie można, a więcej niż kilkanaście godzin dziennie pracować się nie da. Jeden człowiek więcej nie przerobi. 
Stąd też decyzja o powrocie na rynek pracy, znaczy etacik poszukiwany, może nie pilnie, ale do jesieni temat spróbuję ogarnąć. Z kompleksów małolata zdążyłam się już wyleczyć, strachu przed mówieniem o tym w czym jestem dobra, co mogę zaoferować swojemu przyszłemu pracodawcy, też się wyzbyłam, więc byle g.... roboty brać już nie muszę. Będzie dobrze :) 
Jak zmienił się rynek rękodzielniczy przez ostatnich parę lat? A no mocno zarósł całą masą badziewia niestety. Ktoś dwa obrazki namaże na płótnie, pierwsze swoje wypociny jakieś i już handel internetowy rozpoczyna. Co druga Jadźka maszynę do szycia kupiła, kocyków minky natrzepała, czy tulipanków wątpliwej urody i już, już biznes kręci. Przekrzykują się później w tej sieci lecąc z cenami niżej i niżej i już chyba nawet Chiny boki zrywają widząc tę polską twórczość, która artystycznie i jakościowo leży i kwiczy, ale coraz taniej puszczana jest w obieg.  Butelki oklejone pinezkami, gipsowe aniołki z formy, mydełka kupne z naklejonym kwiatkiem, kwiatki z pończoch... taka sztuka trochę z przedszkolnej grupy jeżyków, czy muchomorków na tym właśnie poziomie wykonana i podpis " Moje ostatnie DZIEŁO". Nosz kurza twarzy, DZIEŁO... Ręce opadają. Brakuje już tylko zdjęcia kulki z nosa utoczonej z równie dumnym podpisem. Wątpię czy Matejko tak się nadymał przy swoich płótnach, serio... O ile jeszcze prace na tym poziomie jako hobby wykonywane dla potrzeb domowych, czy przy pracy z dziećmi rozumiem i szanuję, tak zdania jestem, że śmietnik się zrobił straszny i sprawił, że hasło "RĘKODZIEŁO ARTYSTYCZNE" kojarzone jest już bardzo negatywnie. Jakby jaka Jadźka chciała mi tu zaraz do gardła skoczyć za powyższe słowa twierdząc, że boję się konkurencji, to niech przyhamuje na starcie. Nie boję się. Konkurencją może być ktoś, kto na podobnym poziomie coś robi. Paru świetnych artystów rękodzielników w sieci i na żywo poznałam. Paru obserwuję z radością, bo ciągle zaskakują i zachwycają. Nie myślę jednak i o nich jako o konkurencji, a raczej o inspiracji do dalszego działania i rozwoju. Żeby na ten rozwój mieć czas i przede wszystkim spokojnie móc wykonywać nowe projekty, muszę zapewnić sobie i mojej rodzinie stabilizację, wypłatę w konkretnym terminie bez tych dramatycznie wysokich i stale rosnących kosztów DG, a później po pracy realizować to, co po głowie się kręci niespokojnie, zamiast obszywać zamówienia (których nie brakuje, słowo ;)  będące koniecznością dla płynności finansowej. Będzie więc etat, a na spokojnie prace twórcze, bez stresu i presji może być tylko lepiej, tylko piękniej i to Wam obiecuję :) No i coś, na co już totalnie czasu mi brakowało, pisanina moja, więcej kadrów złapanych dla przyjemności, zamiast zdjęć produktowych. Chętnie powłóczę się gdzieś z aparatem, pouczę też trochę nowych technik i wiecie co? No marzy mi się ukulele :D Od dawna marudzę przy okazji świąt i urodzin, że ukulele chcę i słyszę, a po co ci to, a kiedy będziesz grać? No to teraz sobie kupię sama, a co i grać będę choćby wieczorami dla siebie samej, a co, kto mi zabroni :D 
No to tyle spowiedzi. 
Kto rzucać wszystko dla rękodzieła chce robi to na własną odpowiedzialność. Zawsze trzeba dobrze przeanalizować rynek. Kiedyś był moment na sklepy "Wszystko za 5zł". Po jakimś czasie było ich już tak dużo, że nikt nie handlował wystarczająco, żeby się utrzymać. Kolejno zwijali więc żagle. Teraz mamy bum np. na lody naturalne. Można więc stawiać kolejną lodziarnię obok tej, która już istnieje i walczyć cenami z sąsiadem, albo zrobić coś na mniejszą skalę, ale wyjątkowego i utrzymać się na rynku bez dramatycznych kosztów. 



No to idę pracować nad czymś wyjątkowym, ale najpierw wstawię wyjątkowy obiad, bo moje równie wyjątkowe dziecko ze swoim wyjątkowym M. na obiedzie się pojawią ;)
Buziaki Dzieciaki! 
Wasza A.
 

wtorek, 7 listopada 2017

Co ma wisieć nie utonie :)

Cierpliwość...
Najczęściej słyszanym pytaniem, kiedy ktoś dowiaduje się czym zajmuję się na co dzień, jest właśnie to dotyczące cierpliwości. "No , że Tobie się chce..., ja to nerwów nie mam, żeby chociaż guzik przyszyć!!!"
Jest jeszcze druga kwestia, która nurtuje wielu : "To z tego da się wyżyć?!" :P
Jak widać żyję. Widocznie to, co robię, jest robione na tyle dobrze, że szanse przeżycia wzrastają :D
No i z tą cierpliwością jest tak, że uczyłam się jej od wielu lat. Zdecydowana większość rzeczy, które budowały moje życie i mnie samą ,wymagały cierpliwości, pracy krok po kroczku. Opłaciło się.
Cierpliwości w relacjach międzyludzkich uczyłam się chyba najdłużej. Te damsko-męskie były zdecydowanie najtrudniejsze, ale ostatecznie i ta nauka zakończona sukcesem :) Dzisiaj lepiej umiem wybierać ludzi , z którymi przecinać lubię ścieżki, którym powierzać mogę swoje radości i troski bez strachu, że zostaną wykorzystane przeciwko mnie, czy użyte do innych chorych celów. Coraz cierpliwiej znoszę też durne teksty osób, którym wydaje się, że mają prawo poddawać krytyce moje decyzje, które myślą, że wiedzą lepiej jak żyć. Nie daję się już wciągać w dziwne dyskusje, nie walczę. Cierpliwe czekam, aż im się znudzi, lub w ich własnym życiu zadzieje się w końcu coś na tyle wartościowego, żeby zeszli sobie spokojnie z mojego tematu. Tego też życzę im szczerze i serdecznie.

Aktualnie czeka nas jeszcze parę konkretnych zmian organizacyjnych i w domu, i w pracy.
Cierpliwie czekam też na otwarcie sklepu online, który miał już być w okolicy sierpnia i niestety trzeba było plan rozłożyć w czasie. No, ale co ma wisieć, nie utonie :) Zamiast robić coś na chybcika, lepiej przygotować wszystko jak należy i pokazać światu jak już dopięte będzie na ten ostatni, solidnie przyszyty guzik.
Cierpliwie więc dziubię tu sobie   wysyłając w świat te moje dzieci/szmatki. Cottoni rośnie  powolutku, dojrzewa jak nalewka świąteczna i kiedy dzisiaj przypomnę sobie w jakim strachu zaczynałam.... ech... Początki łatwe nie były, ale warto było poczekać :)





Skrzydlate czuwają nad nami chyba już w każdym kątku, musi więc być tylko dobrze ;)


Polarnych misiów w tym roku nie zabraknie. Bedą w kilki rozmiarach, a jeden malutki zamieszka u mnie pod szklanym kloszem ;) Plan pracy nareszcie rozłożony tak, żeby i dla nas dało się zrobić co nieco.  W poprzednich latach wszystko się wyprzedawało i dobrze, bo ratowało to nasze finanse, ale temat dekoracji domowych zaniedbany był okrutnie. Nareszcie jednak przuszedł taki czas, że szewc i o własne buty zadbać może :)

Skandynawskie owce na diecie  zachwyciły mnie już dawno, a ta jest pierszą, moją uszytą z wykroju tildowego.  Śmieszna chudzina z niej, ale bardzo ją polubiłam.


Świąteczne klimaty na blogu to też nie brak cierpliwości, a konieczność :) Rękodzieło to czasopożeracz. Trzeba zacząć duuużo wcześniej, żeby zdążyć z realizacją.

Tych, co cierpliwie czekali na moją obecność blogową ściskam mocno mocno !
Z ogromną radością donoszę też, że do jednoosobowej drużyny COTTONI dołączyła Paula, której pomoc z pewnością pomoże usprawnić działania i pozwoli mi na częstsze wizyty w blogosferze. Jest dobrze :)

Do przeczytania zatem wkrótce ;)
Wasza A.

piątek, 26 maja 2017

Przywilej...

Drogie Mamy, Matki, Matuchny...
Wasze,nasze,moje święto dzisiaj. Ze świętami jest u mnie tak, że przede wszystkim powód do refleksji stanowią, a nie tylko pretekst do celebry. Myślę, że właśnie po to święta wymyślono, taka przerwa w codzienności na chwilę zadumy.
Jest taki film, do którego wracam z przyjemnością i zawsze ze ściśniętym gardłem i usmiechem na twarzy oglądam. Nim właśnie i moim osobistym przemyśleniem w związku z dziejszą okazją chcę się z Wami podzielić.
Matką być łatwo nie jest. Można czytać książki, poradniki wszelakie, albo sięgać po porady starszyzny plemiennej. Przy każdym dziecku jednak często trzeba szukać zupełnie nowych sposobów na ich kształtowanie i opiekę. Zostać matką bywa jeszcze trudniej. Taki paradoks, że Ci co bardzo czegoś chcą, mieć nie mogą, a Ci którym to lotto, od losu dostają bez żadnego ale. Z bycia matką trochę uczyniono mit, instytucję Matki Polki nawet, którą trzeba czcić bez względu na wszystko. Matkom przy rozwodach beż mrugnięcia okiem powierza się dzieci, mimo, że często to matkowanie wcale im nie wychodzi. Matki niejednokrotnie oczekują traktowania jak święte krówki, nawet jeśli swoje zadanie realizują w sposób głupi i nieudolny. Może i ktoś się wzburzy mocno na moje słowa, ale myślę, że bycie matką to przede wszystkim przywilej,ogromny przywilej przekazania tego, co w nas najlepsze, nowemu człowiekowi.
Nie, nie zjadłam wszystkich rozumów i sama każdego dnia uczę się na własnych błędach. Idealną mamą też nie jestem, ale póki mam okazję będę się starać, do błędów przyznawać, błędy analizować i wyciągać wnioski. Nie będę też nikomu mówić jak ma żyć, bo jeśli ktoś w tym temacie stawia siebie samego jako niezaprzeczalny autorytet, to guzik wie o życiu.  
Dostałam od losu okazję poznania człowieka, który ze mnie wyrósł, ale nie dla mnie, lecz samego siebie i świata. Mogę wpoić w tego człowieka, to, co sama uważam za dobre, to, czego sama się nauczyłam. Mam okazję obserwować jak na moich oczach wyrasta ktoś nowy z całą masą możliwości, lepsza wersja mnie samej może. To ogromny przywilej.
Nie raz i nie dwa spaprałam coś książkowo w tym temacie, ale wierzę, że wszystko można naprawić póki tu jesteśmy. Będę się starać być matką kochającą i wspierającą,bo to najcenniejsza rzecz jaką można dziecku podarować. Nieistotne ile kasy w życiu wywalicie na swoje potomstwo, jakie sprzęty kupicie, w jakie szmatki ubierzecie i w ile zajęć pozalekcyjnych zainwestujecie swoje fundusze. Dajcie ile chcecie, ile możecie, bez wyliczania i wpędzania we wdzięczność, czy obowiązek zwrotu wkładu.. Przede wszystkim dajcie swoim dzieciom poczucie własnej wartości i wiary w ich możliwości. Bądźcie wsparciem i oparciem, bądźcie ich siłą i drogowskazem, a kiedy przyjdzie czas nie podcinajcie skrzydeł, żeby zatrzymać w gnieździe. Bądźcie zwyczajnie mądrymi matkami, czego sobie i Wam z całego serca życzę.


Moja dziewczynka, co spod serca wyskoczyła, jest już dorastającą kobietą. Czasem jeszcze głupitki dzieciuch jej  się włącza, ale za parę lat zacznie swoje własne, dorosłe życie. Wierzę, że będzie dobrym człowiekiem, chociaż jeden z moich licealnych profesorów powtarzał zawsze, że dobra, to może być kiełbasa śląska :P Ma prawo do własnych błędów, osiągania własnych celów, budowania świata według jej własnej wizji. Ja tu będę i w razie czego tak po matczynemu się przydam, doradzę, wesprę, przytulę i puchnąć z dumy będę sobie też :) Nie dla siebie urodziłam i wychowałam, a dla niej. Co zasiałam niech rośnie, a świat stoi przed nią otworem.

Mamą można być i bez bólu porodowego. Wystarczy miejsce w sercu znaleźć dla kogoś, kto do serca przytulić się pragnie. Mała i Duża... dziękuję Wam obu, że jesteście. Dzięki Wam moje matkowanie to najpiękniejsza misja  w życiu! T. i W., Wy wiecie, że kocham <3 <3

Wspomniany wcześniej film to francuska produkcja z 2014 roku " Rozumiemy się bez słów" ( tytuł oryginalny: "La famille Bélier" ) Znajdziecie w sieci. Polecam gorąco na wieczorny seans ;)  Finałowa piosenka i scena pożegnania, ech... Nie będę Wam mówić jak je odczytać. Zostawiam to Waszym przemyśleniom. Chłońcie każdą chwilę z przywileju macierzyństwa. Wykorzystajcie go w pełni :)

Wszystkiego najpiękniejszego z okazji Dnia Matki!

Wasza A.

sobota, 10 grudnia 2016

Stan alarmowy!!!

Jeżeli człowiek budzi się w okolicah piątej rano, po tym jak położył się spać po północy i zastanawia się czy do maszyny już siadać, czy jeszcze nie, jest źle, a może bardzo źle?
Hmm...
Szalona gonitwa przedświąteczna i spora grupka zapominalskich w natarciu.
Obiecałam sobie, że ostatni tydzień zostawiam dla mnie, dla domu, dla upieczenia małego co nieco, może dziubnięcia dekoracji na nasze drzewko. Marzy mi się Mikołaj tildowy w pasiastych portkach i długą, białą brodą.
Obiecałam też sobie, że z mieszkania pozbędę się wszystkich szmatek, tasiemek, sznureczków i guziczków, które walają się dosłownie wszędzie. Guziczki rozsypujące się samoczynnie tu i ówdzie są wprawdzie mniej bolesne, niż klocki Lego nadepnięte bosą stopą w noc ciemną, ale wkurzają równie skutecznie. Szczególnie kiedy okazuje się, że brak jednego, czy dwóch z kompletu do wykończenia misia, albo jego portek, a po czasie pod kanapą znajdują się przy okazji poszukiwania zagubionej innej rzeczy. Mój I. zawsze ma też zabawną minę, kiedy dziubiąc coś u jego boku wykrzykuję nagle w panice "Jest problem!" Igły bowiem też wędrują wszędzie według własnego uznania. Nawet moją największą, tę tapicerską do montowania kończyn, potrafię przesiać w czeluściach kanapy. Akcje poszukiwawcze mamy więc przećwiczone gruntownie.
Otóż wszystko to, całe twórcze bałaganiarstwo, miało zgodnie z planem wylądować tam, gdzie jego miejsce, czyli w pracowni. Za kazdym jednak razem, kiedy wywożę tam dwie spakowane reklamówki szmatek, wracam do domu z kolejną, a bo może wieczorkiem jeszcze tylko to dziubnę, tamto wykończę...
Chyba kategorycznie muszę szurnąć maszynę z domu i odciąć czas pracy od czasu w chałupie. Życie z rękodzielnikiem łatwe nie jest, oj nie... Najskuteczniejsza mogła by się okazać terapia prądem, ale tej wolałabym uniknąć. Już i tak włosy mi się mierzwią od  ciągłego niewyczesania :P






Konina opanowała pracownie kompleksowo. Muszę chyba przygotować po Nowym Roku jakiś inny gatunek zwierza, żeby w rutynę nie popaść ;) Chociaż wariacji na temat mam w głowie jeszcze całkiem sporo, a i z każdym kolejnym zamówieniem nowe pomysły  lęgną się w ilości stonki ziemniaczanej.


Z centrum rękodzielniczego COTTONI pozdrawiam Was cieplutko!
Wasza A.

środa, 12 października 2016

Dzieci to potwory!!!

Kiedyś czytałam masę horrorów. Uwielbiałam ten dreszczyk na karku. Nawet jeśli później strach było usiąść na kibelku, przejść przez półmrok korytarza, czy wynurzyć kończynę spod kołdry.
Połknęłam całą twórczość Grahama Mastertona. Uruchamiała wyobraźnię solidnie.
Czas horrorów minął, kiedy na świat przyszedł mój osobisty potwór. Pojawił się z pakietem nowych, bardzo silnych emocji. Scenariusz pełen grozy od tamtej pory piszę się od nowa każdego dnia...
Spokojnie, nie jest to post proaborcyjny i swojego zdania w tym temacie nie zamierzam nikomu serwować. Post ma raczej charakter wspierający i skierowany jest do  rodziców, a właściwie mam tylko, bo to my-kobiety mamy skłonność szczególną do rozdrabniania włosa na czworo, martwienia się na zapas i szukania dziury w całym ;) Wiem, że Wam strachy na lachy również towarzyszą każdego dnia, a głowa pracuje nawet przez sen ;)))) Nie jesteście same...
Mój potwór liczy sobie szesnaście wiosen. Niech Was nie zwiedzie ta anielska twarzyczka. Bestia kuta jest na cztery  łapki. Nie znam lepszego psychologa od niej. Nikt inny nie potrafi tak dogrzebać się do moich duchowo czułych miejsc, nikt inny nie owinął mnie sobie wokół małego paluszka, jak to dziecię moje jedyne. Wszelkie strachy i lęki od tych nastu lat z nią głównie są związane. Czy da sobie radę, czy nikt jej nie zrani i w szczękę lać nie będzie trzeba delikwenta, czy mądrych wyborów w życiu dokona... Boje toczymy czasem od świtu, bo nastoletni potwór wstał i śniadania jak zwykle jeść nie chce, wegetarianizmem straszy, a hemoglobina jak zwykle pod krechą, bo ten płaszczyk, w którym do szkoły pofrunęła cienki taki, a ziąb  i leje... Ciśnienie skacze non stop, nie trzeba horrorów.
Jakiś czas temu zorientowałam się też, że od dawna nie słucham muzyki w domu. Błogosławię ciszę. Każda chwila błogiego spokoju jest na wagę złota... ech.... Wszystko się zmieniło, wszystko wywrócone do góry nogami. Świat zbudowany od nowa.

Fot.: Arek Konkol
 https://www.facebook.com/AK-Codzienny-Bokeh-746505918798376/?fref=ts
Nie było nam łatwo kiedy zostałyśmy same. Kopanie w cztery litery trzeba było znosić codziennie. Dla niektórych obciach ogromny- samotne macierzyństwo. Szyderę zgarniałam nawet z grona najbliższego. Ci, co gadali najwięcej często sami doświadczyli później tego, co za taki wstyd uważali. Cóż, karma powraca. W rewanżu śmiać się nie zamierzam.Wiem jak trudno jest być matką i ojcem jednocześnie. Mimo wszystkich trudnych chwil nie cofnęłabym czasu na ten przed obecnością potwora. Kocham do upadłego i dumna jestem z jej siły i odwagi.
Martwić będę się pewnie nawet wtedy, gdy już własną drogą ruszy naprzód. Wierzę jednak, że z mojego gadania trochę ziarenek w jej głowie już puszcza korzonki. 

Sposób na stres i domowe horrory? Mój znacie. Nic mnie tak nie relaksuje, jak to dziubanie i wypychanie :) Moje czterołape dzieci pluszowe:





Grzecznie skrzydełka zakładają i natychmiast świat łagodnieje ;)

Idę się zrelaksować przy pracy.
Na obiad gołąbki, kolejna wojna z potworem gwarantowana :P

Buziaki
Wasza A.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Ajć... znowu ten poniedziałek...

Jedna z zasad sukcesu brzmi:
"Nie patrz na poniedziałek, jak na początek kolejnego tygodnia ciężkiej pracy, ale jak na pierwszy dzień tygodnia zupełnie nowych możliwości"!

Wszystko zależy od naszego nastawienia, a pozytywną myślą można góry przenosić :)
Wkręcicie sobie jak Wam strasznie ciężko, że znowu trzeba tyrać i czekać z utęsknieniem na piątek, lżej Wam przez to nie będzie, wręcz przeciwnie.
Na każdy nowy dzień, każdy tydzień trzeba patrzeć jak na nową szansę, szansę nauki czegoś nowego, naprawienia popełnionych błędów, wyprostowania niedociągnieć.
Pamiętajcie też, że "Droga do sukcesu jest zawsze w budowie" i nikt za Was tej budowy nie przeprowadzi.Wszystko w Waszych rękach.
Zatem, witaj poniedziałku! :)
Uśmiech na twarz, podwinięte rękawy. Do dzieła Moi Mili!!!













Miłego, nowego tygodnia Robaczki! Wykorzystajcie go dobrze do ostatniej minuty ;)
Buziaki zasyłam!

Wasza A.

piątek, 22 maja 2015

Rozanielony czas...


Maj, miesiąc bujnej zieleni, białych kwiatów i uskrzydlonych stworzeń...
No to  i u mnie rozanieliło się co nieco:



Odlecieć można na całego patrząc na ten kipiący wiosennie krajobraz.
Z tego wszystkiego nawet myszy skrzydeł dostały i odleciały w siną dal zaraz po wykończeniu ostatnich ściegów.



Ja swoim zwyczajem zapętlona w czasie i nawale wszystkiego, co tylko na garba wrzucić można, też już dzisiaj odlatuję... w krainę snu rzecz jasna ;) Ciekawe, czy kiedyś będę spać tyle, ile w/g norm powinnam i czy w łóżku lądować  w normalnych godzinach  zacznę... Ciekawe również jest to, że praca najlepiej idzie o tych niezdrowych porach właśnie... Mam nadzieję, że Wy śpicie i snu Waszego nic nie zakłóca. Słodkich i kolorowych zatem życzę.

Wasza A.

niedziela, 10 maja 2015

Plusy uziemienia

Cóż... gdyby auto było na chodzie kręciła bym się jak bąk cały weekend między domem, pracownią, działką rodziców, tudzież ich domem, wpadając to tu to tam po zakupy, lub coś do dziergania na wieczór. No ale na chodzie nie jest, a ja kołkiem na moim wygwizdowie siedzę, czego plusem jest możliwość nadrobienia przynajmniej części sieciowych zaległości. Obywatelski obowiązek mogłam spełnić, bo lokal wyborczy o rzut beretem od mojego domu, a poza tym koczuję w chałupie :)
Wpadam zatem pokazać Wam parę rzeczy, które w ostatnim czasie udało mi się wydziubać.


Polcia poleciała do eko rodzinki. Mam nadzieję, że przypadła do gustu swojej nowej właścicielce ;)


Jako, że rodzinka eko, to i len i drewienko musiały się pojawić. Tkaniny w kwiatki lnu niestety nie miałam, ale te różyczki kolorystycznie bardzo mi podpasowały. No i jeszcze kot w torebce miał być obowiązkowo, więc Polcia kota dostała, a jakże :)




Było też parę gryzoni, misiów trochę się urodziło. Z pracowni odleciało kilka aniołów, a ja dalej zakopana po uszy w szmatkach... Cudowne rozmnożenie chyba jakieś ;)




Jeszcze czerwiec pracowity będzie, ale w lipcu muszę spasować i pozwolić sobie na nieco laby. Chociaż pewnie i tak bez szydełka z domu się nie ruszę... ale to tak dla relaksu oczywiście ;)
Póki co jednak trzeba spinać pośladki, żeby wyrobić się w czasie przed Dniem Dziecka. Jutro więc wsiadam na rower i cisnę na maksa :)  Oby samopoczucie dopisało, bo pogoda ostatnio migrenowo mnie znowu wykańcza, a może to poprostu ten legnicki dołek miedziowy... Nic to, kiedyś stąd zwieję daleko w zdrowsze jakieś rejony ;)

Idę kolacyjnie ogarnąć familię i może spać wyjątkowo uda się położyć o jakiejś przyzwoitej godzinie hehe...

Miłego wieczoru
Wasza A.

środa, 18 marca 2015

Skrzydła są, czas na odlot.

Z wiosną ponoć skrzydła rosną ;)
U mnie wyrastają już na komunijnych zabawkach...
Chociaż moje własne też  zaczynają wystawać spod nocnej koszuli. Rosną szybko, dzięki Wam, bo takie wsparcie i słowa, jakie serwujecie we wszystkich działaniach, problemach i kłopocikach, za każdym razem są jak nowe piórka do moich skrzydeł.
Latać się chce i nogi nie są już takie ciężke, a jak grawitacja przestaje doskwierać, to wszystko można i szybciej i lepiej i szyć się chce, no i żyć intensywniej też jakby ochota silniejsza :)





Kiedyś na tych skrzydełkach wylecę z mojego miasta, nad drzewami śmignę i wyląduję na jakiejś wsi zielonej, żeby tam zapraszać Was do siebie na warsztaty  i długaśne pogaduchy ;) Kiedyś się uda, chociaż pracy i  wyrzeczeń przed nami całe stada jeszcze.
Kiedyś zasiądę z Wami przy stole i małym rządku maszyn szyjących, żeby choć trochę tajemnic świata Cottoni zasiać w Waszych głowach, sercach i rękach. No i patrzeć będę przygasającym już pewnie wzrokiem, jak się świat na kolorowo, myszowo i misiowo obszywa w najlepsze ;) Kiedyś na pewno się uda chociaż zegarek tyka nieubłaganie, a kartki z kalendarza zrywają się nie wiadomo jak i kiedy. Parę lat na tej wsi zielonej jednak mi wystarczy, żeby poczuć radość marzeń spełnionych kompleksowo...
Dzisiaj kolejna nocka na spełnianie życzeń dziecięcych poświęcona... szyją się kolejne cudaki, więc na sen czasu niewiele ;)

W tej nocnej godzine proszę Was jeszcze o głosy w konkursie na Szyciowy Blog Roku 2014, w którym moje dziecko osobiste COTTONI bierze udział.  Głosy można oddawać do 22 marca włącznie, a głosowanie wiąże się również z możliwością wylosowania ciekawych nagród dla Was ;) Oddanie swojego głosu nic nie kosztuje i wymaga tylko podania Waszego adresu mailowego i potwierdzenie tego głosu kliknięciem w link przesłany na skrzynkę mailową.
Link do strony głosowania jest o tu: http://szyciowyblogroku.pl/zgloszenie/cottoni/
Wasza pomoc jest bardzo potrzebna, więc jeśli jeszcze ktoś nie głosował, to bardzo pięknie proszę o chwil kilka i głosik w konkursie na rzecz COTTONI.


Uciekam wypchać jeszcze  co nieco, bo o tej godzinie (00:30) wzrok już marnie  do szycia się nadaje ;)

Mam nadzieję, że śpicie już smacznie ;)
Tym co rano wpadną z wizytą mówię dzień dobry,a wszystkim nocnym markom  słodkich snów :)

Ściskam
Wasza A.

czwartek, 4 grudnia 2014

Much to fast...

Days are running to fast, much to fast...
                                ***
Dni uciekają za szybko, o wiele za szybko...




I'm not ready for it yet... This calendar  I made two days ago at 3am... I do not sleep to long  now, to many things  to do. To many people waiting  for their toys. My flat is a mess, I am a mess too. The last week before Xmas I promised myself  to  hide my sewing machine and  don't touch it till new year.We will see ;)

***

Jeszcze nie jestem na to gotowa. Ten kalendarz zrobiłam dwa dni temu o trzeciej nad ranem.... Nie śpię zbyt wiele, zbyt dużo rzeczy do zrobienia. Tyle osób czeka na swoje zabawki. Mieszkanie to  jeden wielki  chaos, ja  w sumie też. Ostatni tydzień przed śiętami obiecałam sobie ukryć maszynę do szycia i nie dotykać jej do nowego roku. Zobaczy  się ;)




What about you? I hope your day don't run soooo fast as my ;)
                                                    ***
A jak tam u Was? Mam nadzieję, że Wasze dni nie uciekają tak szybko, jak moje ;)









Many  toys leaved my atelier, many  still on the list to sew... I hope I  can do it on time.
***
Dużo zabawek wyjechało z mojej pracowni,wiele jeszcze na liście do uszycia... Mam nadzieję, że dam radę ze wszystkim na czas.

OK, back to work now. Night is long, but not long enough, just as my  days....
***
OK, czas na pracę. Noc jest długa, ale nie wystarcząjąco, zupełnie jak moje dni....

Kisses. Your A.
Buziaki, Wasza A.