Strony

piątek, 15 maja 2026

2271. Dzień z ulubionym popołudniem.

Do południa nawet obleci (jak się już człowiek przyzwyczai do szpitala psychiatrycznego ;)). Odwiedziłam Saren i tę drugą, porozmawiałyśmy jak fachowiec z fachowcem, wróciłam do biura, powyłączałam wszystko, co miało być wyłączone, i wyszłam mężowi naprzeciw. Kochany właśnie wracał ze Specsavers, z dwiema parami nowych okularów. Od razu zabraliśmy się do domu, bo grafik mieliśmy jasno określony: zjeść coś przed wyruszeniem na północ (Ka zaprosił nas na wieczorną herbatkę urodzinową Jot). Mąż wziął się za gotowanie, ja za nadrabianie lektur blogowych. 

Jedzenie pyszne, aż mi się uszy trzęsły. Między obiad i wyjazd zdołaliśmy upchnąć dwudziestopięciominutowy spacer z kotami oraz dokument Ani Kazejak, Bocznica (2009). Myślałam, że już go razem oglądaliśmy, ale nie. Sama obejrzałam go 11 lat temu.

Nareszcie się wytoczyliśmy. Kochany skręcił na chwilę po żwirek dla kotów, potem tylko przyjemności i pizza urodzinowa:

Ciekawie rozmowy nam skręciły, bo Jot wspomniała o poprzednio oglądamy filmie z Cillianem.

Już u przyjaciół odkryłam że nie mamy połączenia z kamerką w Kuchniosalonie. Dla spokojności głowy zaalarmowałam Anne, która wykorzystała zapasowy klucz, żeby odwiedzić dziewczynki. To się wydarzyło:

Któryś ostry ząbek odłączył kamerkę od zasilania ^..^ Dobrze, że nikomu nic się nie stało. Sąsiadka przekazała fotkę, pogłaskała dziewuchy, a nawet już znalazła mi kabel na wymianę, który może dla mnie zamówić na Amazonie (dobrze się składa, bo jestem z Amazonem na bakier, ale jednak lepiej jest mieć kabel niż go nie mieć). Wszystko to w czasie naszego pobytu u przyjaciół. Kochany pracuje w weekend, więc wspólne kino domowe nie doszło do skutku, urwaliśmy się około dziesiątej. 

Zieeeeeew. Myszy polują na jakieś kuchenne baboki. Mąż pod prysznicem. Mnie oczy się zamykają (w samochodzie miałam toż samo — ucięłam sobie drzemkę, potem nagle otwieram oczko, a tu na horyzoncie czarne góry odcinające się na tle jaśniejącego nieba). Na pewno Duolingo, czy książka ... dunno, dobranoc, pchły na noc ..

czwartek, 14 maja 2026

2270. Szybko ...

... minął ten czwartek. Kochany pracował znacznie dłużej, do siódmej, więc po pracy zaraz poszłam na dworzec. Zanim zdążyłam pogadać z kotami, zerknąć jak mieciu gotuje wodzionkę, wybrać z Audioteki kolejną książkę dla ucha (biografia Bronieckiego) i wysłuchać pierwszego rozdziału, obrać kartofle, a już mąż pukał do drzwi. Potem Delizie, contenti w różnych wykonaniach (z powodu Hebiusowych czasoumilaczy) i nagle robi się dziewiąta wieczorem. How come? Za oknem nadal jasno. 

środa, 13 maja 2026

2269. Dobrze.

Szef kuchni dzisiaj poleca: fasolkę po bretońsku à la Fred (najstarsi Indianie nie pamiętają takiej ilości kiełbasy w tym daniu), na deser zaś dwie tartaletki z owocami à la kupione we wsiowym sklepie. Bardzo wszystko pyszne, nie mogłabym przejść na dietę (mieciu archiwalny gotujący w tle). Dzień od początku deszczowy, więc już teraz kusi mnie prysznic, łoże, sterta książek.
___
edit 20:55 zieeeeew. Jednak po obiedzie wyszliśmy z koteczkami na dwór, ale tylko na chwilę, bo zaczął padać deszcz. Potem odbyły się dwie rozmowy telefoniczne: Kochany rozmawiał długo z siostrą w Kuchniosalonie, ja nadawałam równie długo do mamy z sypialni, spod szlafrokowego kaptura. Zieeew. Miałam czytać, ale się okaże. 

wtorek, 12 maja 2026

2268. Mewi wtorek.

Po południu spotkaliśmy się z Kochanym w polskim sklepie, mąż zdecydował o zakupach, spakowaliśmy torbę do bagażnika i po dopłacie do miejsca parkingowego poszliśmy jeszcze do kawiarni. W kawiarni nawijałam Fredowi o wtorku: w pojedynkę ogarniałam egzamin, odhaczone, choć nie bez wykoślawień (jestem jednak na etapie, gdy takie rzeczy mnie nie martwią). Tak sobie uświadomiłam wczoraj, że kiwanie głową i słuchanie cudzych historii byłoby dla mnie świetną pracą (jak do tego dodać €80-120 za godzinę, doprawdy, dałabym się przekonać do psychodynamicznej).

Domowo życie jak w Madrycie: chodzę z kotami, patrzę w niebo, oglądam archiwalnego miecia robiącego serniki, czytam powieść (trzy, przyjemny płodozmian: Myśliwski, Frołow, wracam do Jarno). Z patrzenia w niebo wynika, że wtorek rano się na taki nie zapowiadał, ale gdy pomiędzy powrotem do domu i obiadem wyszliśmy z koteczkami na dwór, dzień zrobił się zdecydowanie mewi: duże ptaki halsowały malowniczo i przez porównanie czyniły wysiłki gawronów bardzo niezgrabnymi w odbiorze. Wronom obrodziło młodym, ale chyba biedak już nie żyje — kilka dni temu widzieliśmy podlota w trawie, od wczoraj jednak ostrzegawcze pokrakiwania sąsiadów ucichły, co nie jest dobrym zwiastunem (życzyłabym sobie, żeby tymczasowa lokatorka Anne, zapalona myśliwa, wróciła wreszcie do własnego domu).

poniedziałek, 11 maja 2026

2267. Poniedziałek ciężki, jednak do zaakceptowania.

W pracy dzień świra. Spodziewałam się, stalowa ma powieka ani drgnie. Za to po pracy same delicje: mąż robi sałatkę grecką i serwuje ją ze smażonym łososiem. Podczas tych przygotowań porozkładana na fotelach wygrzewam się, obserwuję koty i czytam książkę na czytniku.

Jaka pyszota, ale ten mój mąż jest przechuj, Freda czegoś bardzo rozbawiała moja opinia obiadowa ;)

Najedzeni wyszliśmy z dziewczynami na dwór, tym razem koteczki sporo chodziły przed domem, z jednej strony doszły do chaty Li i Ivy, z drugiej do dawnego domu Anny Emerytki. O ile rano było bardzo zimno, gdzieś blisko zera, spacer popołudniowy w ciepłym, zachodzącym słońcu bardzo dobrze mi zrobił. Wieczorem rozmawiałam z mamą (nad lasem przeszła burza, Maksiu wrócił ze spaceru, albo może nawet został przyniesiony), potem zawzięłam się na biografię Wasilewskiej i książkę Lipińskiego skończyłam czytać przed dziesiątą. 

Pisząc to dojadam sałatkę, pogryzam ją tescową bagietką. Ciekawe, że po relatywnie trudnym dniu pracowniczym (wysyłałam emilki z zapytaniami o kasę, dzwoniłam, szantażowałam, przymykałam oko, oferowałam interwencję kryzysową, naprawiałam i wymieniałam) mam całkiem dobry nastrój.

niedziela, 10 maja 2026

2265-2266. Przelotem przez weekend.

Sobotę rozpoczęłam od skrolowania w telefonie, bardzo brzydka sytuacja, obiecuję sobie poprawę. Po obiedzie wyjeżdżaliśmy na Dublin, więc dzień rozpadał się na dwie części. Rano szum pralki, kocie posapywanie przez sen, lektura (mąż pisze), przeleciałam się na szmacie w Kuchniosalonie, w tym czasie mąż wyprowadzał koty — Manisławę znowu coś użarło w puchatą łapulkę, łapulka spuchła, ale będziem żyli.

Po obiedzie miałam lekkie załamanie nerwowe, gdyż nie miałam się w co ubrać. Na tę okoliczność Kochany nawet zawracał z trasy, ponieważ spódnica zrobiła się na mnie czegoś niewygodna i trzeba było mi zarzucić na siebie coś innego (mąż Kochany, nomen omen, okiem nie mrugnął).

Do wydarzenia pozostało sporo czasu, pojechaliśmy na Cork St do Flower & Bean, wzięłam herbatę na poprawę trawienia, a skoro trawienie w planach miało się mi poprawić, zjadłam również ciastko cytrynowo-truskawkowe :D Nie żałuję.




Ostatnia fotka już z "gdzie indziej", bo przejechaliśmy pod Bord Gáis Theatre i wstąpiliśmy do Caffè Nero. Tak sobie tam siedzieliśmy przy herbatach w papierowych kubkach prawie do siódmej, poczem spokojnie przemieściliśmy się pod teatr. W teatrze leciała Melissa Hamilton's Ballet Star Gala, z Melissą Hamilton oczywiście, ale byli też inni tańczący, których nazwisk nie zanotowałam, oraz sopran, Rachel Croash.

W niedzielę pobudka późniejsza, bo położyliśmy się spać po północy. Na śniadanie dojadam wczorajszy ryż z pieczarkami (zwyczajowo, wbijam jajko i podsmażam na maśle). Kręciliśmy się po domu niepewni, na co mamy ochotę (w międzyczasie kolejne pranie zaczęło powiewać w ogródku z tyłu domu), Ka zadzwonił z historią i trochę zeszło nam na rozmowie telefonicznej. W końcu mąż zaproponował spacer "do obiadu". Wyszliśmy nad morze wczesnym popołudniem, na początku odczucie chłodu wzmagane wiatrem, w drodze rozeszło się po kościach, zaś w oku aparatu jak zwykle czyste piękno. Widziałam jeden dupelec śmigającego kłólika, ale miałam tylko aparat w telefonie, czyli z podglądactwa nici.


Jeszcze na ulicy Nadbrzeżnej spotkaliśmy Anne, która wracała do domu po zrobieniu większego kółka (przystanek, rozmowa). Naokoło Głowy szliśmy już z wieloma osobami przed i za, więc domyślałam się, że po dojściu do portu na rybę z frytkami będziemy musieli poczekać ... nie myliłam się: gdy się pojawiliśmy, kolejka właśnie się wysycała, czekaliśmy w ogonku około pół godziny, ale to i tak nic w porównaniu z osobami stojącymi za nami (kolejka do tej pory prosta zaczęła się zawijać w świński ogonek). Chłodny wiatr na szczęście zmienił kierunek i obiad z widokiem mieliśmy przyjemny (głodni jedliśmy w milczeniu, w tym miejscu co zawsze, na ławce zorientowanej na Góry Mourne). Po otarciu pyszczków spacer na chatę odbył się asfaltem — wąska droga prowadząca do portu nie ma pobocza, tymczasem w porze obiadowej coraz więcej ludzi wpadło na ten sam pomysł, pojechania na najlepszą rybę z frytkami w regionie, więc ciągle przystawaliśmy, żeby umożliwić samochodom mijanki. W domu o czwartej, wiadomo: koty na chwilę na smycz, płyny, odsapki. Kochany po odpoczynku zapragnął zrobić kilka dziur w ogródku i z zapałem zabrał się za kopanie w zieleni przed domem. Zrobiłam mu zieloną herbatę i zaniosłam (właśnie wysadza z doniczki Vialę), sama idę zrelaksować się po prysznicem.
___
edit po pracy dnia następnego: rano Kochany przypomniał mi, że w Dublinie, gdy przemieszczaliśmy się pomiędzy kawiarnią i teatrem, dwóch chłopaków na jego oczach ukradło siodełko roweru.

sobota, 9 maja 2026

2264. O piątku w sobotę.

Jarałam się, że w sobotę jest dobra pogoda na góry. Oboje się jaraliśmy, nawet kabanosy w liczbie słusznej zostały zakupione, do czasu ... po południu mąż mi przypomniał (po tym jak jemu przypomniała aplikacja), że przecież jutro (czyli dzisiaj) mamy balety w Dublinie. Ech ...

Piątek raczej spokojny, choć wiadomo jak to ostatnio ze spokojem, wynika głównie z desensytyzacji. Kochany przyjechał do miasta razem ze mną, a potem zakotwiczył się z laptopem w kawiarni i czekał do południa na wizytę u okulisty (nawet go tam odwiedziłam i postawiłam mu kawę). Po pracy oboje jeszcze raz zaszliśmy do optyka, żeby mąż mógł sobie wybrać i kupić oprawki. Po optyku wizyta w meksykańskiej fastfoodowni, czyli załatwiliśmy sprawę obiadu. Następnie polski sklep, bo kabanosy, które w końcu okazały się nie aż takie potrzebne. W domu długo rozmawiałam z mamą; coś mama nie w humorze, nie znam źródła, takie rzeczy też męczą. A potem przypomnieliśmy sobie o baletach na które mamy wejściówki. Resztę dnia spędziłam pokładając się na meblach i nawet nie chciało mi się dokańczać tej notatki, więc robię to dzisiaj, przed wyjściem na świat ...

czwartek, 7 maja 2026

2262-2263. Pod/na/obok (tyle w temacie wozu).

Argrgrghrh ... środowa końcówka pracownicza trochę mnie dojechała. Zajrzałam do Saren, dopytałam się w temacie pewnych problemów technicznych i cóż, znowu coś. Trudno. I to wezmę na klatę. Chyba. Prawdopodobnie. Jakoś. Kochany zabrał mnie do domu, dał obiad, potem wyszliśmy nad morze — a dokładnie doszliśmy do brzegu, rzuciliśmy okiem na mewy, i z powrotem. Zimny wiatr zniechęcał do dalszych przygód. Niewiele więcej ponad to we środę. Szybko wskoczyłam pod kołdrę, bo czułam się niewyraźnie. Noc była długa, pół na pół pokrzepiająca i przerywana potokiem myśli.

Za to myszka Mania czuła się w środowy poranek dobrze, więc odwołałam jej wizytę u weta, bo przecież wiem, jakby to wyglądało: najpierw Maniusiowe zawalenie się świata, po to tylko, żeby ktoś zauważył, że szycie jest suche i proces zabliźniania trwa (wiemy).

W czwartek to samo, tylko, że zdążyłam się oswoić. Coś tam pchnęłam do przodu, coś tam samo się pchnęło. Jeszcze wczoraj, z okazji, że mam ochotę wyjechać do Kisłowodzka, zaczęłam myśleć o wakacjach, nawet określiłam potencjalne daty i zapytałam Anne, czy mogłaby zająć się koteczkami. Niestety, sąsiadka pomóc nie może, funkcjonuje w tym czasie w letnich rozjazdach. Dzisiaj więc miałam zerknąć na opiekunów lub koci hotel (celujemy raczej w opiekunów), miaUam, ale łeb był gdzie indziej.

Kochany zabrał mnie spod pracy i postawił bardzo trudne pytanie: do domu czy na kawę? Lubię takie życiowe rozkminki, po trudnej milisekundzie powiedziałam na kawę ;) Costa; kawa, kanapka na ciepło (mieliśmy na uwadze, że po powrocie do domu, zamiast od razu rzucić się na żarcie, wyprowadzimy koty na pierwszy pooperacyjny spacer).

Na wsi, ledwie wychynęliśmy z samochodu, od razu ucapiła nas Iva w celu przekazania najnowszej sensacji: z domu obok wynoszono sprzęty po Annie, tu podjechali, tam podjechali, i coś tam coś tam ... Iva zdecydowanie lubi grubsze akcje, więc w emeryckim zakątku bez hiperbolizacji ani rusz. A tymczasem w naszym ogródku kwitnie pierwiosnek Viala (jeszcze w sklepowej osłonce). Poprzedni egzemplarz bardzo podobał się Annie, ale zniknął, z tego co pamiętam, po zaledwie jednym sezonie. Fred nie mógł potem nigdzie znaleźć następnego. Dzisiaj znalazł :) Jego widok od razu przywołał mi myśl o zmarłej sąsiadce.

Obiad późny, towarzyszy nam mieciu omawiający Mistrza i Małgorzatę.

wtorek, 5 maja 2026

2261. Lalala ...

... w pracy twarda jak dyjament, do przodu, nauczam, odhaczam, w swoim ślimaczym tempie, ale jednak. Dopiero w domu, gdy w czasie rozmowy Kochanego ze Zbyniem zaległam w sypialni, poczułam, jak jestem fizycznie zmęczona. 

Zachciało mi się frytek z erfrajera, jedyny błąd: frytek mogę zjeść dwa razy więcej niż normalnie ugotowanych kartofli, więc teraz burczy mi w brzuchu. 

Za oknem nadal jasno, na wysokim, oświetlanym przez zachodzące słońce drzewie śpiewają ptaki. Nagle przypomniałam sobie takie późnowiosenne wieczory w Polsce, gdy po pracy siedziałam na ławce, patrzyłam na las. O babci Mani pomyślałam, że wtedy była.

poniedziałek, 4 maja 2026

2260. Majóweczka kind of.

Dzień rozpoczęty wcześnie, bo przecież po północy nadal nie spałam. Nad ranem miałam śmieszny sen: jeden z blogerów przyjechał do mojego rodzinnego domu, a że tak się składa, że się nie lubimy, cały dzień nie jadł, bo nie nie miał mu kto podać obiadu. Zaś z wielkiego, ciemnego drzewa spadło mi prosto w ręce ogromne pióro drapieżnego ptaka, garść piór :)

Wypiliśmy z mężem trunki poranne i ruszyliśmy w kierunku północnym ... na śniadanie. Kochany zaparkował w środku nietypowo opustoszałego miasta. Gdy szliśmy Clanbrassil St, z minuty na minutę uszka coraz bardziej mi oklapywały — większość sklepów była zamknięta, podobnie jak większość kawiarni i restauracji, w tym Trzecie Miejsce. My tymczasem ciśniemy do Królika, rączka w rączka, przyciaśnie, bo miało być ciepło, wyszło trochę zimno. Niczego nie dało się wywnioskować z profilu restauracji na facebooku, bo takie dni jak bank holiday zawsze wprowadzają chaos informacyjny. Idziemy, idziemy, z daleka widzimy, że Królik wygląda obiecująco. Otwarty? Otwarty!

Jakie to było dobre! U mnie: jajka w koszulce, hash browns, zblanszowany szpinak, halloumi, pieczony słodki ziemniak, czerwona kapusta lekko podkiszona, pieczareczki i inne takie (tylko awokado za twarde na mój gust). Po śniadaniu wracaliśmy do domu przez Tesco, Blackrock i ... Drołdę ;D W Tesco zakupy chemiczne (Fred celował w obniżki cen na mydła i płyny). W Blackrock przystanek dla Little Rocksalt — kupiliśmy kolejne kawy, tym razem na wynos, oraz ostatni kawałek sernika baskijskiego do podziału (wcześniej wypiłam cappuccino z mlekiem, bo mi się zapomniało, że laktoza i takie tam, facepalm, więc wiedziałam, że i tak pożałuję).

 

W Drołdzie przystanek przy polskim sklepie (skończyła się mi zielona liściasta herbata z Herbapolu). Tak to dopiero o drugiej po południu znaleźliśmy się ponownie na wsi. Chwila kręcenia się, nawet rozmowa z Anne, i po godzinie wyszliśmy na spacer nad morze. Mieszanka odczuć temperaturowych, ciepło, chłodno, ciepło ... nad wybrzeżem wisiały ciemne chmury zapowiadające deszcz (znowu zmyłka). Byłam na tyle zatopiona w przebieraniu nogami i rozmowie, że zapomniałam o robieniu zdjęć. Prosta, fizyczna przyjemność. Reszta dnia spędzona przed laptopem; obyło się bez obiadu, dojadłam za to wczorajszą sałatkę z tuńczykiem. Epizod: na chwilę wykluło się postanowienie obejrzenia najnowszego filmu Zbynia, ale dostęp do pliku był tak irytująco skomplikowany, że dobrych intencji nie wystarczyło na długo. Powoli wycofujemy się do sypialni. Trzeba, muszę, należy przesuwam na jutro.

niedziela, 3 maja 2026

2258-2259. Sobota z niedzielą.

Przez większość soboty bawiłam się genealogią (byłam skupiona na dwóch miejscach, Majdanie Sieniawskim i Luchowie Górnym; wsie są od siebie oddalone o mniej niż 10 km, ale należą nie tylko do różnych parafii, ale także do innych województw, więc biurokratycznie sytuacja skomplikowana). Skoro zaś ślęczenie przy laptopie, to na końcu marazm. Pewnie dobrze by mi zrobił spacer nad morze, ale gdy się ocknęłam, Kochany już był w drodze do domu; gotowałam obiad słuchając mieciowego streszczenia Odprawy posłów greckich :D, zjedliśmy i szlus, po dniu, na dodatek zaczął padać deszcz ...

Od dawna już nie oglądam regularnie Stacey, ale dzisiaj kliknęłam z ciekawości, przyciągnęła mnie wiadomość o jej dwudziestoleciu na yt.

Rekonwalescencja Broni i Mani przebiega prawidłowo; nasza calico-królewna przez większość dnia próbowała osikać kosz na śmieci, a ja usiłowałam temu zapobiec. Mania dostaje krople przeciwbólowe i uważam, że widać ich działanie: koteczka jest rano w lepszym nastroju, na powrót przy śniadaniu zaczęła się wspinać na moje ramię (siedzi na nim jak mrucząca papużka).

W niedzielę pobudka o siódmej. Mąż był jeszcze w domu, więc mogliśmy razem zmienić podkład pod jedną z kuwet. Rozruch bardzo wolny: mizianie z dziewczynami, przygotowywanie śniadania (zrobiłam sałatkę z tuńczykiem, trochę zeszło), aktualnie kawa pośniadanna. Co by tu jeszcze?
___
edit 14:10 właśnie wróciłam znad morza. Obiektywnie morze chłodne, na samej plaży wiatr, subiektywnie po spacerze roztapiam się z gorąca. Przed wyjściem z domu rozmawiałam z mamą, którą chwaliła się lokalnym rodos: temperatura ponad dwadzieścia stopni, pod tarasem jakaś malizna fruwająca wije gniazdo, Maksiu i Rózia towarzyszą rodzicom porozkładani na trawniku. Z rzeczy nietypowych: wczoraj nad domem rodzice wypatrzyli parę bielików! Orły wróciły dzisiaj, może gdzieś w pobliżu mają kwaterę.

Plany na wieczór same się pojawiły: Kochany zadzwonił z zapytaniem, czy mamy ochotę jechać do Ka&Jot. Mamy, zaiste.
___
edit 00:05 bardzo miłe popołudnie i wieczór. Oczywiście, papiery zrobiłam w stopniu minimalny, coś tam zaplanowałam na wtorek, bardziej mentalnie niż inaczej. Zjedliśmy z Kochanym dobry obiad; u przyjaciół zjawiliśmy się przed ósmą, były ploty przy kawałku apple pie do zielonej herbaty, a na koniec wieczoru zasiedliśmy we czwórkę do Netflixa, żeby obejrzeć Small Things Like These (2024). Byłam już na tym z Kochanym w kinie, na małym ekranie też dobrze się ogląda. 

Do domu, bo myszy czekają. Krople w jedzeniu dla Mańki. Ziew. Jeszcze chwila lub dwie, tak szybko dzisiaj nie zasnę, ale bank holiday, więc nic nie szkodzi.

piątek, 1 maja 2026

2257. Obiboctwo.

Połowa dnia w pracy, potem dziewczyny u weta (szybkie sprawdzenie co tam u nich, dobrze, choć Maniusia dostała przeciwból w płynie). Piątek zadziwiająco ciepły, ubrałam się podobnie jak wczoraj i w czasie krótkiego spaceru do kliniki zdecydowanie się przegrzałam. 

Ciepło mnie zmęczyło — gdy Kochany upychał w szopce przydasie, poszłam na drzemkę. Moja rozmowa z mamą; Freda rozmowa z Perlistym; domowanie. Mąż zrobił obiad, ja nie zrobiłam nic, obiboctwo takie, że aż przestaje być przyjemne.

Miałam jeszcze kolaż kwietniowy wrzucić, to wrzucam.

czwartek, 30 kwietnia 2026

2256. No przecie ...

... mnie szlag powinien trafić. W pracy problemy kadrowe się pojawiły. Jedna pindzia, nie będę wymieniała nazwiska, poinformowała mję, iż jest chora i do "końca" już się nie zobaczymy. Pomyślałam sobie, że przynajmniej uporządkuję jej papiery. I proszę. Uporządkowane (no way! u tej safanduły? prawie mission impossible). Czyli Dwie Lewe Ręce wiedziała już sześć tygodni temu, że idzie na chorobowe, i poskładała wszystko jak należy, żebym do niej nie wydzwaniała. Cunt. Poza tym audyt środkoworoczny się zaprosił. Oraz nagabuje mnie kancelista o imieniu Kiran. Na dodatek zaczęłam utrzymywać kontakt z pewną babcią, która jak na swoje 80 lat brzmi całkiem żywotnie. Wszystko to miesza, ale jednocześnie dodaje mi siły ... jeśli to ma sens. Poradzę sobie. A jak nie, to nie.

Taki mniej więcej obraz pierwszej połowy dnia. Pod koniec pracy miałam najpierw zamiar układania papierów, ale po odkryciu przemyślnego planu Safanduły vel Dwie Lewe Ręce, postanowiłam, że skoro mam już w papierowym kubeczku americanę z Petrichore, idę. Wyszłam i szłam, w kaszkiecie i powiewającym długim szalu, z kubkiem kawy. Zgrzałam się troszku, ale doszłam na obrzeża miasta, po czterdziestu minutach byłam u celu. Pierwszy wyszedł McSean, przyznał, że owszem, widział męża, i że Srogi Fred dla niego akurat był bardzo miły. Ba! Lubię McSeana :) Ma w sobie mroczność irlandzką, ale uśmiecha się wszystkim zębami.

Dzięki mojej marszrucie mogliśmy z Kochanym wyprzedzić korki i byliśmy wcześniej w domu. Dziewczynki bardzo dobrze same dały sobie radę.

Spokój święty. Jeszcze wczoraj zaczęłam drugi sezon Jeeves and Wooster, ale nie mogłam się skupić (przesunięcie w dynamice opowieści, albo coś innego), trudno, wrócę do niego inną razą. Myśleliśmy obejrzeć polski film, ale też rozeszło się po kościach. Zmrok jak zwykle zapadł za szybko i ... teraz właśnie uświadomiłam sobie, że przecież dzisiaj jest ostatni dzień kwietnia. A gdzie kolażyk? Bedzie αύριο.

środa, 29 kwietnia 2026

2255. Realistyczne podejście ...

... naprawdę pomaga. W pracy nic mnie dzisiaj nie zaskoczyło (nie oznacza to, że poszło po mojej myśli, co to to nie, ale wątek negatywny nie zepsuł mi znacząco nastroju, odpuściłam se i niech się toczy). Pogodowo kontynuacja słonecznego chłodu i nawet nie bardzo miałam ochoty wychodzić z biura (jak trza to trza, bez rewelacji). Za to w domu ciepło, myszki w porządku, mąż zaraz obiad nastawia, i w ogóle. Zaczęłam czytać dwie książki jako dodatek do dwóch już czytanych, bo tak. Kochany przeprowadza dezynfekcję podłogi, oraz kupuje bilety na jakieś balety majowe. Jem obiad, suszę włosy, chodzę z Kuchniosalonu do sypialni i z powrotem powodowana uderzeniami gorąca. Chłód pościeli przyjemny.

wtorek, 28 kwietnia 2026

2254. Lepiej.

Część dnia zmitrężyłam na pracy psychoterapeuty za pensję pani z biura. W sumie ciekawe to było doświadczenie, bo zauważyłam, że tym razem lepiej sobie radziłam z frustracją. Realistyczne nastawienie popłaca, tylko trudno je przytrzymać na dłużej, sprawność emocjonalna faluje, wyobraźnia ucieka w milsze rejony, gdzie jestem kobietą sukcesu.

W domu same przyjemności. Obydwie koteczki, odpukać, dobrze. Mąż gotuje obiad, podczas tej procedury słuchamy ostatnich rozdziałów Grynberga Rok, w którym nie umarłem (Agora, 2025) i ostatecznie kończymy lekturę chwilę przed jedzeniem. W czasie posiłku wjeżdża najnowszy vlog Gosi ze Szkocji. Po skończonym obiedzie ubieramy się i wybywamy trasą nadbrzeżną na północ, w poszukiwaniu Anny. Znajdujemy ją tutaj:



Mały cmentarz z kościołem cabrio (możliwe, że średniowiecznym) i widokiem na morze. Sąsiadkę pochowano obok rodziców i brata, który zginął 56 lat temu. Dość mnie zajmowała ta informacja, policzyłam, że teraz miałby lat 82. Zupełnie nie warto było umierać w tamtym czasie. Nigdy nie warto.

Właśnie oddałam Anne latarkę, pogawędziłyśmy chwilę. Słońce zachodzi. Kochany wyszedł do ogródka, podlać to i owo. Pewnie wskoczę wcześniej pod kołdrę, wtorek był zimny, trzeba się dogrzać.