Strony

środa, 31 grudnia 2025

2206. Prawie gotowa.

Byłam bardzo zmęczona i wcześnie poszłam spać (wieczorem kilkakrotnie gasło światło, pewnie zawirowania powietrza, zmiany ciśnienia, które obie z mamą odczuwamy). I dobrze, dzisiejsza noc będzie długa; obudziłam się po szóstej, od razu odprawiłam się w aplikacji. Rano oglądamy z mamą program Wajraka, świetny facet. Czarna banda tymczasem porwała z kuchni kawałek ryby i zaniosła go na strych (pewnie Józefa, ona ma takie pomysły).

Pogrzebałam w szafie na strychu, wyrzuciłam parę rzeczy: zbyt obcisłych żakietów, dwie spódnice pamiętające mnie 8 kg temu (materiały udające wełnę), suknię wieczorową już nie w moim stylu. Żakiety i spódnice nie odbiegały tak bardzo od tego, co nadal lubię (mięsiste faktury, drobne paski, sztruks, rozkloszowania), po prostu wszystko było za małe. Miałam kiedyś taki pomysł, że ubrania muszą być mocno przy ciele, nie pamiętam motywacji, dzisiaj lubię oversize, dokładnie tak, jak za czasów nastoletnich (gust zatoczył pełne koło). Odkryłam kraciastą koszulę kupioną w Tesco, jeszcze z metkami. Bawełna, spoko, biorę ze sobą.

Po obiedzie i serniku przysypiam. Columbo zdemaskował kolejnego złoczyńcę (James Read). Pada śnieg.
___
edit 17:45 Miałam bardzo przyjemną drzemkę. Zasnęłam podczas kryminału, drzemałam z włączonym dźwiękiem i muszę przyznać, że moja wersja tej historii była znacznie lepsza niż w odcinku Lewisa (pod koniec fabuły kot chodził po linie); obudziłam się, nie dowiadując się, kto zabił. Zupa, serniczek. Pada śnieg. Przygłupy już frajerwerkują.
___
edit 00:05 po drzemaniu do 07 zgłoś się i próbach głębszego snu, toast herbatami/kawami, połączenie z Kochanym, który zdecydował się witać ten rok tylko raz i iść spać. Pora się zbierać, pora :) Happy New Year!

wtorek, 30 grudnia 2025

2205. Lenistwo do sześcianu.

Wietrzniej, nadal chłodno, mimo wszystko po pierwszej pożywnej zupie maminej wybrałyśmy się z mamą na cmentarz drogą okrężną (sklep, apteka).

Spakowałam już książki, wygrzebałam też dwie stare, które warto byłoby przeczytać w nowym roku (biografie Jansson i Claudel). Zalegam, a nawet drzemię przy Vabanku 2. Tak nic mi się nie chce (ziewam potwornie, na ekranie płonie willa Stawiskiego), że resztę napiszę jutro.

poniedziałek, 29 grudnia 2025

2204. Śnieg, podróż, inne krajobrazy.

Wstaję o ósmej, wyglądam przez okno, a tam na szary świat pada śnieg. 

Po śniadaniu, porannym kręceniu się tu i tam, klikaniu pilotem, krótkim spacerze z tatkiem i krzywonogim Maksiem, wyjechaliśmy do Wroc. Tatko wybrał kierunek na Tcę, żeby zatankować, ale potem skręciliśmy na drogę wzdłuż bukowego lasu. Lubię tę trasę. Wiedzie przez Ober Glauche, Sauerbrunn, Sachsenau, Zakrzów, gdzie minęliśmy dom kultury w którym w latach 80. odbywały się zakładowe mikołajki (mam z nich przynajmniej jedno zdjęcie, kolorowe, ja cała w pąsach obok faceta z długą, białą brodą).

Cel podróży był kulinarny, nikomu nie chciało się gotować obiadu. Po gyrosie w Greco i krótkich zakupach (rodzice zapłacili najwięcej za karmę dla zwierząt), był jeszcze przystanek w miejscu o nazwie Deserownia Café. Wizualnie spoko, ale kawa i ciasto takie sobie. Wróciliśmy do domu po czwartej, za ciemno na nurkowanie w sekretnych śmietnikach, zostawiam to sobie na jutro.

Wczoraj późnym wieczorem wróciłam do lektury podróżnej, do drugiej jej części. Klik klik w czytniku, jedna wirtualna kartka po drugiej kartce i właśnie skończyłam czytać Wild Houses Barretta (Vintage, 2025). Książka przywołała mnie do innych krajobrazów, odległych, ale niezupełnie obcych.

niedziela, 28 grudnia 2025

2203. Lekko połamana.

Taka wstałam, sen długo nie chciał przyjść, żadna pozycja spalnicza nie wydawała się tą właściwą, potem trudno było się pozbierać. Lektura, maminy rosół niedzielny, Columbo porzucony. 

Za drzwiami zauważam powieszony obraz, który przewieźliśmy z dawnego domu Freda (oczywiście, wiedziałam, że on tam wisi, ale nagle przypomniałam sobie wędrówkę obrazu przez pół Polski i pomyślałam o Kochanym). 

Niunia całe dnie spędza w łazience z podgrzewaną podłogą, mama wieszczy (chyba uspokaja ją takie przewidywanie złych wypadków), że to pewnie jej ostatni rok.

Zainteresowały mnie otwarte dni do stodoły. Skarby w niej ukryte kuszą, bobrowałam w kilku szufladach. Na zakurzonych meblach widać nietypowe ślady po pazurkach; tatko próbuje przekonać kunę do przeprowadzki.

Po rosole idziemy z tatkiem na spacer. W lesie jeszcze gdzieniegdzie leżały resztki wczorajszego nocnego śniegu. Dzień był mroźny, słoneczny, spacer do przecinki i z powrotem ożywczy; tatko jak zwykle dużo mówi, m.in. powiedział więc patrząc na wyciętą połać: Nie ma lasu, ale my jeszcze jesteśmy. 

Ze zmarzniętym nosem, jedząc dokładkę rosołu, przeczytałam do końca Misterium wiary (WAM, 2025), rozmowę Eskila Skjeldala z Jonem Fossem. Dużo podkreśliłam.

Obejrzałyśmy z mamą dwa końcowe odcinku DiU. Mama nie za dobrze się dzisiaj czuła, nastrój (samopoczucie?) poprawił się jej pod koniec dnia, ale i tak obie szybciej wskoczyłyśmy do łóżka.

sobota, 27 grudnia 2025

2202. Biel.

Wstaję o ósmej a tu śnieg, taki jak w telewizji, na oko zupełnie sztuczny, powierzchowny. Czytam. Kawę popijam. Rozmawiam z rodzicami. Rozmawiam z Kochanym. Wychodzę na dwór, Gosia w płaszczyku idzie za mną człapu człap.

Na obiad jedziemy do chińczyka, głównie ze względu na słabe warunki drogowe (do gyrosa za daleko, aż tak bardzo nie jesteśmy zdeterminowani). Po konsumpcji makaronie podjeżdżamy do Kota, zamawiam nam napitki, poza tym kupuję Kochanemu dwie paczki ziaren, Rwandę i Etiopię. 

Przed czwartą jesteśmy ponownie w domu. Zaleguję, drzemię, wyglądam przez okno, obłaskawiam Franię, która cały czas trzyma dystans. Dyjabły gromadnie coraz bliżej łóżka (czyżby Szogun?)

piątek, 26 grudnia 2025

2201. Wren day.

W południe skończyłam czytać Petroniusza. Dzień przejasny, więc namówiłam mamę na spacer, wydobyłam z czeluści najcieplejszą kurtkę i wyszłyśmy na dwór.

Doszłyśmy do cmentarza, mama zapaliła jeden wkład na grobie dziadków, ruszyłyśmy w zwyczajowy tour de groby wspominając znajome nazwiska i twarze. Tak dowiedziałam się o śmierci pana Stasia, męża pani Mirki.

Jasność szybko wyblakła, już o trzeciej słońce chyliło się ku zachodowi, ale i tak cudnie, dzień był dzisiaj o minutę dłuższy. Zaskoczył mnie Perlisty, który zadzwonił z życzeniami z okazji przebywania w heimacie. Wieczorem czytam, gdy mama ogląda kolejne Szoguny.

czwartek, 25 grudnia 2025

2200. Leniuchowanie.

Dzień spędziłam na podjadaniu, zerkaniu i czytaniu. Wywiad z Fossem jest głęboki, ciekawy, a Petroniusz cieszy przez samo to, że wygrał z czasem. Nie wychodziłam z domu przez cały dzień, zimno zniechęcało do działania (i odrobinę wkradło się do wnętrz — nawalił jakiś dings przy bojlerze i wieczorem nie mogliśmy używać gorącej wody). Przebiegłam przez kanały tv, dając największe szanse Panu i władcy oraz Czterem weselom (na popołudniowym Dobrym roku z Crowem przysnęłam i nie był to błąd z mojej strony). Rozmawiałam z Kochanym kilka razy, mąż narzekał na bezruch, jutro już planuje jakieś przemieszczenie, u mnie zaś planów brak, leniuchuję w rodzinnych betach, nawet nie składam tapczanu, użyczam go kotom, bywa, że w ciągu dnia wskakuję pod kocyk i raduję się czasem dla siebie.

środa, 24 grudnia 2025

2199. Wilija’25.

O 3:27 padał śnieg. Prawdziwy, najprawdziwszy, mokre kłapcie. Gdy wstałam rano, nie było po nim śladu, ech. Śniadanie, krokiety, wyjazd na cmentarz (ziąb dotkliwy), dokańczam robić sałatkę, woda ze śledzia na obiad, i tak dalej. 

Tymczasem Jagiełło wygrywa pod Grunwaldem, a Baśka zaprawia Azję w łeb, jak co roku. Za ozdoby służą tylko światełka, nie mamy żadnych stroików, totalny minimalizm ozdobowy.

I jeszcze Wojtuś wylegujący się na rozłożonym łóżku, Rozalka, z której zrobiła się duża, okrąglutka dziewczyna, oraz Zosia Kot, która właśnie dzisiaj dała się namówić tacie na przebywanie w domu (najpierw owrzeszczała dyjabły i długo żądała otworzenia drzwi na dwór, ale w końcu są święta).



Po piątej zasiedliśmy do kolacji. Kochany też akurat jadł uszka. Ponownie połączyliśmy się z mężem mym przez messengera, gdy z rodzicami zaczęliśmy wyjmować prezenty. Gdyż, poza dużą ilością łakoci:

oraz bransoletka "codzienna" z turmalinem i hematytem. Książki czekały na mnie od wielu dni, nie zerkałam na nie, choć mogłam, chciałam mieć miłą niespodziankę właśnie dzisiaj. Wszystkie prezenty bardzo mnie cieszą i cieszy mnie to, co daliśmy rodzicom. 

Po kolacji mama długo rozmawiała z kuzynką Es, Kochany zaś w domu połączył się z innymi ludźmi, w tym z ciocią Ce, która, proszę bardzo, ma koty terapeutyczne.

Wczoraj późnym wieczorem, gdy lekka bezsenność szczypała mnie w nos, zaczęłam nawet czytać Ucztę Trymalchiona Petroniusza, ale cóż :D trzeba to odłożyć, bo dzisiaj wywiad z Fossem, przy jednoczesnym zerkaniu na Śledztwo siostry Bonifacji. Jest mi dobrze :)

wtorek, 23 grudnia 2025

2198. Wtorek przed świętami.

Spałam mniej niż trzy godziny, obudziłam się po piątej i tyle w temacie, nie mogłam już dłużej, głowa nadal frunęła nad Europą (towarzystwo miałam paradne, jakiegoś pijaczka, który był synem innego pijaczka, szczęście w nieszczęściu załapałam się na sąsiedztwo młodszego, który dysponował większą ogładą i pełniejszym uzębieniem). 

Zapach gotowanej kiszonej kapusty (mama doprawia bigos); świeże bułeczki, domowy pasztet, Kojak na ekranie. W reklamach tłuką "czas dla siebie" i ideę świąt nieidealnych — popelina podłapała nowe hasła, teraz będą jechać na nich na 120%, jak zwykle bez umiaru i zdrowego rozsądku. Umiar i adekwatność to trudne sprawy.

Rano bardzo miła niespodzianka (dpd pracuje):

Stara gwardia się nie poddaje (w głębi Wojtuś, Rózia, Rozalka), daje odpór małym dyjabłom, nie daje się z domu wyrzucić:

Wczesne popołudnie spędziłam niezwykle przyjemnie. Wyjechaliśmy do miasta. Na chwilę, dosłownie na kwadrans, zaszłam do fryzjera, w tym czasie rodzice podjechali do sklepu. Po fryzjerze Rossmann. Tutaj nieco suspensu, bo straciłam połączenie z Internetem, czyli kontakt ze światem, dobrze, że się z rodzicami odnaleźliśmy bez dodatkowych perturbacji (gdy wyszłam z drogerii, nasz samochód stał centralnie piętro niżej). Postanowiliśmy zjeść obiad u chińczyka, udało mi się też zaprosić rodziców do Kota:

Zimno, szaro, ale jesteśmy szczęściarzami, mamy wszystko, czego nam potrzeba. Może poza wkładami do zniczy, więc po powrocie na wieś i po krótkiej inspekcji grobów, kupiłam osiem wkładów, których użyjemy jutro.

Późniejsze popołudnie relaksacyjno-praktyczne (jest też kontakt z Kochanym i wieści z innej wsi); mama doprawiła bigos  + obrała pieczarki, starłam część pieczarek (farsz do krokietów jest już gotowy), smażenie naleśników zabrało mi ledwie pół godziny. Tatko w tym czasie opiekował się zwierzyną. Na koniec dnia, słuchając jednym uchem Vabanku doczytałam Pałac Myśliwskiego (PIW, 1973). Czarne dyjabły poddają moje otoczenie ostrożnej inspekcji.

Czy spadnie śnieg? Byłoby bardzo miło :)

poniedziałek, 22 grudnia 2025

2197. Znowu w blokach.

Zamiast zacząć ten dzień z kopyta, zaspałam. Mamrotałam coś do Kochanego, że za dziesięć minut wstaję (kocóreczki zainaugurowały dzień tłukąc o świcie jedną z japońskich miseczek, pewnie tę uwiecznioną na wczorajszym zdjęciu) i zapadłam w sen, który przerwałam sobie dopiero przed dziewiątą. A przecież mieliśmy jeszcze jechać na zakupy dla Kochanego! Aaaaa. Szybka herbata, jajecznica i lecim. Sprawiliśmy się bardzo dobrze, po godzinie sprawy w trzech miejscach zostały załatwione, w nagrodę za dobre zachowanie poszliśmy na kawę do Costy przy Tesco.

Po powrocie z miasta prysznic i reszta pakowania, gdy Kochany robi obiad. Jestem nudna jak flaki z olejem, zapewne mało kobieca, pakowanie nie zajmuje mi dużo czasu, może dlatego zostawiam je na ostatni moment (nie chce mi się o tym myśleć, to po prostu akt fizyczny, przenoszenie ubrań z jednego miejsca w drugie). W środku dnia stało się dla mnie jasne, że nie będzie dokańczania Myśliwskiego, zaraz zacznę coś na ebooku, żeby nie nudzić się w podróży (Barretta Wild Houses), zaś Pałac doczytam w Polsce. Let it be.
___
edit 17:20 zdolność rozsznurowania i zdjęcia glana przy jednoczesnym staniu na jednej nodze jest nie do przecenienia, szczególnie w tłumie na lotnisku. I chyba takie mam plany na nowy rok: nie tracić tego pięknego talentu.
___
edit (pierwsza w nocy czasu lokalnego) jak miło! Nad Europą wielka noc, lecieliśmy w Kosmosie zupełnie czarnym; dopiero 5 minut przed lądowaniem dostrzegłam światła miasta. Rodzice już czekali, zapłaciłam za parking (zmieniono kasy) i ruszyliśmy w las. W lesie Mruczysław godnie zastępuje Macieja wychodząc naprzeciw gościom o każdej porze doby. Niunia zamruczała, Maksiu na rozjeżdżających się nóżkach okazał ekscytację; dyjabły nieśmiałe, choć były pierwsze próby odświeżenia znajomości poczynione przez Bronisława. Ciasto i śledzie, Midsomer w BBC FIRST. Jestem w domu.
___
edit 1:30 Dopiero teraz przeczytałam, że zmarł Chris Rea. Siedząc w poniedziałek rano w Coscie słuchaliśmy jego Driving Home for Christmas.

niedziela, 21 grudnia 2025

2196. Niedziela przed podróżą.

Zapomniałam o przesileniu, ale Mózg obudził mnie bardzo wcześnie, przed szóstą, i niedługo potem wstałam z niejasnym poczuciem, że czas ucieka, wieczność czeka. Napisałam jeden krótki post, oraz uświadomiłam sobie, że dzisiaj jest wyjątkowy wschód. W Stonehenge słońce wschodziło o 8:09, u nas o 8:41, mogłam śledzić obydwa wydarzenia (zjadłam śniadanie i właśnie piłam kawę, od czasu do czasu zerkałam przez okno w kuchni trzymając kciuki za tych, którzy są w środku starożytnego kopca, żeby zobaczyli to, po co przyszli; kilkunastu osobom udało się to w zeszłym roku, niestety, w tym roku światło nie było dość wyraźne).


(jak widać powyżej, nie wszyscy oglądali, niektórzy jedli)

Inne części składowe dnia: drzemka przedobiednia, napełnianie walizki, kolejne odcinki Devices and Desires, żeby nie zostawiać ich na jutro, wyciąganie książek z szafy, przesuwanie szafy, czyszczenie sików za szafą, wkładanie książek do szafy; pewnie będzie i Myśliwski. 

sobota, 20 grudnia 2025

2195. W poszukiwaniu spokoju ducha.

Rano, po chwili rozglądania się, znalazłam pióro i zrobiłam nim pierwszy wpis w zeszycie-notatniku, jednym z dwóch, które niedawno nabyłam (zadanie na nowy rok: kupić lepsze pióro). 

Wybraliśmy się z Kochanym w miasto, po chleb, oraz zrobić zapasy dla Freda na czas świąt. Polski sklep był niedostępny (w centrum Drołdy nie dało się zaparkować), wyjechaliśmy więc na obrzeża, do Lidla i do południowej bramy, ale tam również chodzenie po Dunnesie pozostawiło w nas niesmak. Ścisk działający na nerwy, poza tym trend zauważam, że obiadowe rzeczy mają datę przydatności okołoświątecznej, jakby powyciągano z zamrażarek wszystkie grożące przeterminowaniem się zapasy. Na drugie śniadanie zaszliśmy do bistra Relish, które miało nazwę zbieżną z fajnym miejscem w centrum Drołdy, znikniętym w okresie pandemii. Niestety, poza nazwą, przybytki nie mają ze sobą nic wspólnego. Zamówiłam zupę krem, Kochany zadowolił się naleśnikami, przez połowę czasu przebywania w pomieszczeniu skupiałam się na ignorowaniu trującej woni świeczek zapachowych, które komuś najwyraźniej pachniały świętami (a mnie starą pastą do podłóg). Wróciliśmy do domu wczesnym popołudniem, w drodze rozmawiałam z mamą, nie za długo, bo tatko już ubrany i wypachniony, przestępował z nogi na nogę gotowy do wyjazdu (ale zdążył nam jeszcze pokazać krajobraz za oknem, wielką, szarą mgłę).

Pogoda parszywa, zimno, mokro, wietrznie. Po obiedzie oglądam pocieszajki. Pomiędzy dwoma pierwszymi odcinkami Devices and Desires (1991), w towarzystwie męża obejrzałam film Polańskiego, Rzeź (2011). Książki do tej pory nie tknęłam, ale ściągnęłam z biblioteki dwie pozycje na czytnik, może sytuacja się rozrusza.

piątek, 19 grudnia 2025

2193-2194. Napełnianie pustego słoika.

Jem ostatnio regularne, dziwne śniadania, prawie jak Grandad Joe: fasolka w tomacie i dwa jajka sadzone (tylko z lepszym chlebem, bo nie znoszę tego ichniego, białego i miękkiego jak nie powiem co, ale coś niedobrego). Bawi mnie myśl, że za kilka dni radykalna zmiana: będą świeże bułeczki kupowane rano przez tatkę. Byle dowiosłować. 

W czwartek rano dopadła mnie zmęczenio-nerwowość (czekam na spotkanie online), po południu zniechęcenie orką na ugorze. Energia ze mnie wyciekła; nie stało się nic dodatkowego, po prostu chyba deadline piątkowy, poczucie, że większość podopiecznych stosuje obstrukcje typowe dla niedojd pierwszego świata, oraz nadodpowiedzialność za cudze sprawy wytrąciły mnie z zen ku odrętwieniu. W takiej sytuacji nawet czytanie Pałacu to jak nóż w serce, nie mogę. Ale w domu, na łóżku, znajduję skarpetki w muchomory tygrysa, prezent od męża (muchomory były od Katlin), i gapię się na autopilocie w przedostatni odcinek Dalgliesha. Słoiczek z energią powoli się napełnia.

W piątkowe przedpołudnie użyłam swojej władzy: po dwóch godzinach rozpuściłam wszystkich do domu, bo już nie chciało mi się na nich patrzeć; uporządkowałam papiery, wysłałam parę emilków z życzeniami, dokonałam kolejnej próby napełniania słoika, działało, bo mogłam już przeczytać kilka stron Pałacu. O trzeciej Kochany się zjawił w swoim różowym płaszczu i wyjechaliśmy w kierunku północnym (miałam ochotę na obiad w mieście, ale zaczęły się właśnie świąteczne imprezy pracownicze i Simona była zarezerwowana na cały piątek), do stolika dla dwojga w The Valley Inn, przydrożnej knajpy dla klasy robotniczej, gdzie obiady są robione tak, jakby podawała irlandzka babcia: mash, gotowana kapusta, marchew i pasternak okalające kurzynę w białym sosie z leśnych grzybów, rozkosz! Przeżuwam, mniam, mniam, mniam, i czuję, że żyję, że oboje żyjemy:

Ze ścian patrzyły na nas lisy z limitowanych grafik Jonathana Walkera albo nieżyjącego Micka Cawstona, w tym z jednej podpisanej adekwatnym tytułem Friday Afternoon (po prawdzie lis nie patrzył, bo czytał gazetę):

Po obiedzie ruszyliśmy do El Paso, oficjalnie, żeby umyć Babcię w myjni (co w końcu się nie wydarzyło, jakiś kiks systemu), ale skoro jesteśmy w mieście to wiadomo, kawa:

W następstwie kawy spacer miejski, światełka i mała księgarnia Riverside czynna do szóstej, w niej dwie starsze panie Irlandki God bless you, thanks God, oraz jedna imigrantka (Irlandia powoduje, że God mnie nie drażni, nie jest to God różnych odwróconych baś, tylko zupełnie inny gościu). Więc musi być książka, wącham to i tamto, Kochany znalazł dla siebie taki prezent, który oczywiście zaraz mu wyczytam:

Wracamy do domu niby wieczorem, ale nocą. Ciemno. Zaniepokojona Mańka siedzi w oknie i zerka. Mąż kupił tacie dwa dodatkowe prezenty perfumowane, czyli na lotnisku dokupię coś tylko dla mamy. Zaraz robię nam herbaty, trochę piszę, potem wybieram się do sypialni na samotnicze dooglądanie A Taste for Death (1988; już wiedziałam, kto zabił), na koniec online kupuję włóczki i druty. 

Oczywiście, gdy tylko otrząsnęłam się ze słoikowej zadumy, przeczytałam ilustrowaną książkę Gavina Fridaya o Piterze i wilku.

Bronisława kilka dni temu nauczyła się zdobywać szafę, na którą Maryja wchodziła spacerując po karniszu. Kochany kupił im dzisiaj drapak-siedzisko, teraz obie kocóreczki leżakują w nim pod sufitem przytulone do siebie. Z fotela widzę tylko jedno różowe uszko Manii, wystawione za nowe posłanko. Nie do wiary, mam wolne.

środa, 17 grudnia 2025

2192. Wyjątkowo długa ...

... była ta noc, budziłam się kilkakrotnie i ciągle miałam sporo godzin do świtu. Lubię tak, odpoczywam, gdy czuję jak nocą czas zwalnia.

W pracy byliśmy zaproszeni do Centrum na świąteczny quiz. Poszło dobrze, obyło się bez dram; bez fałszywej skromności zapisuję, że to także moja zasługa — nauczyłam się sprawnie zarządzać grupą indywiduów. Jeszcze momencik i rozbrat. Odnoszę wrażenie, że o czymś zapomniałam, że brakuje jakiegoś papierka, który każą mi wysłać w piątek przed trzecią.

Po czwartej czasu lokalnego, gdy jechaliśmy do domu, przypomniał mi się dziadek Bronek. Wcześniej przetrawiałam sny o zmarłych, uzmysłowiłam sobie, że tylko dziadek Bronek z wszystkich moich dziadków śnił mi się tak wyraźnie. Ciekawe jest jak mój tykający łeb kalkuluje regularne odstępy czasu — wygląda na to, że Mózg obliczył, jakoby dokładnie w momencie, gdy siedziałam w samochodzie, mijało 22 lata od tamtego popołudnia. Mózg się jednak pomylił, źle zapamiętał datę; dziadek zmarł po piątej, ale szesnastego.

Głaskanie kotów, mąż podstawił mi obiad pod nos, A Taste for Death 04. O tej porze znowu jestem zmęczona. Nie jest to złe zmęczenie, raczej zwykłe przytarcie energii, jednak na pewno nie będę się mogła skupić na rozgrzebanej książce i nawet nie zaczynam tematu. Leżeć, patrzeć w sufit, nasłuchiwać, pomrukiwać. 

wtorek, 16 grudnia 2025

2191. Chłód i ciepło.

Krajobraz poranny mglisty i oszroniony, Kochany spędził kilka minut na ściąganiu zmrożonej siwizny z przedniej szyby samochodu. Lektura w kawiarni, godziny w biurze, gdzie po raz kolejny doceniam działające ogrzewanie; za oknem słońce, więc mogę sobie wyobrażać, że jest ciepło. A nie jest. Pod wieczór w końcu trzeba było opuścić miłe legowisko. Buchając parą udałam się do polskiego sklepu po szybki obiad z paczki, do podgrzania. Potem musiałam czekać na męża, który przebijał się przez szaleńcze korki przedświąteczne. Czyli zmarzłam. Trudno. Wrzuciliśmy coś na patelnię; serial pod kołdrą, gorący prysznic, lektura.

Zanim weszłam pod prysznic, ach, Kochany wpadł do sypialnia i dawaj mnie całować. Bo miał pocałować, gdyż mama przez telefon mu kazała. Jak Ty się mamy słuchasz! Reszta cóż ... świekra podobno coraz bardziej mówi sloganami z wiadomych mediów, wszystko się jej kojarzy z polityką i trzeba rafy omijać zmierzając w kierunku tematów bez znaczenia. Smutne to, niepokojące, ale zmian nie wypatrujemy.

Rozgrzana prysznicem i herbatą rooibos, dokończyłam Zrób sobie raj Mariusza Szczygła (Czarne, 2011). Padnięta jestem, jakbym wykopała rów przeciwpiechotny; kumuluję ciepło.

poniedziałek, 15 grudnia 2025

2190. Ostatni tydzień.

Poniedziałki zawsze nadchodzą. Może to i dobrze, nie można ciągle siedzieć w niedzieli, bo spowszednieje. Ostatni tydzień w pracy w tym roku zaczęłam spokojnie, obyło się bez większych dram. Rozmawiając z jedną z podopiecznych zerknęłam na loty do Polski i nawet zareklamowałam Kochanemu połączenia, bo widać, że cenowo spuścili z tonu. Z drugiej strony, kupno biletów teraz otwiera problemy domagające się szybkiego rozwiązania, przede wszystkim z kim zostawić kocóreczki. Mąż zdecydował, że to wszystko byłoby dla niego zbyt stresujące; rozumiem, choć uwielbiam z nim jeździć gdziekolwiek i żałuję, że nie będziemy lecieli razem.

Żeby nie było tak wakacyjnie, rozważam zapisanie się do związków zawodowych. Jeszcze nie zdecydowałam do którego z dwóch najbardziej adekwatnych. Pozwolę się temu pomysłowi odstać. 

Po czwartej wsiadłam do Babci i pojechaliśmy kupić żwirek dla myszy, od razu dwa worki, żeby koty nie zostały na święta bez toalety. Kochany włóczył się po mieście już wcześniej i kupił mojej mamie kaszmirowa kamizelkę. W ten sposób dwie torby z prezentami ładnie się wypełniły, pewnie dokupię coś niewielkiego w strefie bezcłowej (dla tatki perfumowego, dla mamy kosmetycznego). 

Wieczorem delektuję się Dalglieshem; nie zamierzam przyspieszać rozwoju akcji przez oglądanie więcej niż jednego odcinka dziennie, lubię takie retro :)

niedziela, 14 grudnia 2025

2189. Nasłuchując.

Kochany pojechał rano do pracy, cokolwiek go wczoraj przygniotło, trochę zeszło.

Duża część niedzieli została wypełniona słuchaniem Nieznośnej lekkości bytu Kundery. Skończyłam słuchankę ok. czwartej, mogłam nareszcie umyć włosy i zabrać się za robienie obiadu. Podczas prysznica przyszła mi do głowy ciekawa hipoteza na temat milczenia Luśka (pewnie pod wpływem wczorajszej rozmowy z mamą); pożyjemy, zweryfikujemy. Ekspresowo wcisnęliśmy z Kochanym spaghetti. Przez chwilę skupiłam się na Szczygle, po czym odkopałam Dalgliesha z Marsdenem, A Taste for Death (1988); tradycyjnie sześciopak, będzie mnie więc bawił do piątku. Nadal młoda godzina, przyjemnie jest mieć czas.

sobota, 13 grudnia 2025

2188. Sobota lambadziary.

No i co ja robię o piątej rano przy laptopie? Herbatę piję. Kochany wstał o czwartej do pracy, rozbudziłam się i już nie mogłam zasnąć, myśli mnie napadły, zauważyłam błąd w komentarzu na blogu, musiałam poprawić (facepalm) i tak wylazłam z łoża. Koty oczywiście zachwycone, bo nasza aktywność zbiegła się ze szczytem ich aktywności — zabawy, jedzonko, kupy, czyli kuwet sprzątanie.

Po obejrzeniu ACH, 09 wróciłam do łóżka, żeby rozgrzebać następne książki, Szczygła na ebooku oraz Kunderę w audiobooku. Coś muszę skończyć w ten weekend, postanawiam sobie. I zasypiam. Śniłam, że przespałam cały dzień, ale obudziłam się o dziewiątej (nadal rano). Przesłuchałam ponad dwie godziny Kundery czytanego przez Barbasiewicza i powróciłam do ACH (niestety, serial miał tylko 10 odcinków).

Kochany pojawił trochę po trzeciej, zmęczony, z bólem zatok. Nic dziwnego, że po obiedzie od razu położył się spać i leżakuje, chyba już nie wstanie do kolacji. Przebimbałam resztę wieczoru, odrobinę na rozmowie z mamą, ale przede wszystkim na Szczygle. Czego by tu jeszcze nie zrobić?

piątek, 12 grudnia 2025

2187. Ciężko ...

... było zwlec się z łóżka. Wprawdzie przy tablicy tylko cztery godziny, ale mózg odbierał to jako wielkie zadanie. Jakoś dowiosłowałam, pod koniec z ochotą. Po trzeciej byłam umówiona z Kochanym na mieście. Poszliśmy na burrito, potem na kawę, bardzo miłe okoliczności, i tak dalej. Po drodze choinka, żywa, czyli martwa (szkoda):

Wracając do samochodu zahaczyliśmy o polski sklep, machinalnie poprosiłam o paragon i już po wyjściu odkryłam, że coś się pani nabiło nie teges. Nie jeden, ale dwa produkty (jak się okazało, gdy wróciłam z pytaniem ¡qué pasó! Ciekawe czy to przypadek, czy próba żebrokradzieży, ciułania grosza do grosza, małych mend życie na krawędzi).

Gdy przed domem gramoliliśmy się z samochodu, naszła nas Iva z psem. Pies został pogłaskany, Iva poczęstowała nas kolejną wiadomością o potencjalnym remoncie, tym razem w pierwszych tygodniach stycznia. Z jednej strony, znam skłonność sąsiadki do snucia rzeczywistości alternatywnych, z drugiej, znam tempo pracy urzędów tutejszych, szczególnie, gdy mają się dzielić pieniążkami (→ np. temat progów spowalniających też ciągnął się całymi miesiącami). Jestem w łaskawym nastroju, biorę to za dobrą monetę.

W końcu mogłam zobaczyć, co kupiłam Kochanemu na prezent ;D Ja z tych nieogarniających, więc prosto zapytałam, co by Kochany chciał dostać: mąż wypatrzył dla siebie płaszcz i odkrył wczoraj, że taki dokładnie jest w TK Maxxie. Żeby jakiś Warionucha się nie zainteresował, rano dałam Fredowi moją kartę i tak prezent chęciami i rękami mężowskimi został nabyty. Bardzo ładny. Dobry mam gust (czarny Moncrief o nazwie Number 14).

Chwilę rozmawiałam z mamą. Wyczekaliśmy, kiedy Katlin i Majk wrócą do domu, żeby wręczyć im prezenty. Sąsiedzi zaprosili nas do środka i doszło do wymianki prezentowej (dostałam mięciutkie skarpetki, kosmetyki prysznicowe i szal, który być może podam dalej).

ACH, 08.

czwartek, 11 grudnia 2025

2186. Czwartek rozlazły ...

... ludzie wydają się być już pod wpływem zbliżających się dni wolnych. Zapowiadana na rano online dyskusja na temat przyszłego roku, kasy, papirów nie odbyła się, przeniesiono ją na za tydzień (termin jeszcze mniej realistyczny czy skłaniający do rozumnych analiz). Mogłam więc spokojnie trajlować, a w przerwie poleźć po kawę. Tutaj nastąpił bardzo miły przypadek kawy darmowej oraz równie darmowego burrito. Przyczyny tej manny z nieba były wszak różne, na kawę uciułałam punkty, zaś w burritowni nie działał terminal, nie mógł złapać połączenia ze wszechświatem. Burrito już zrobione, stygło, ja z miną niewinną, twarz znana, na poły światowa, więc strawa została mi darowana. Ciekawa koincydencja (tzn. dla mnie ciekawa), że u mnie z kolei z drukarkami nie mogłam się połączyć, rozkraczyły się i finito. Zanim z pomocą koleżanki z biura obok zrozumiałam, co trzeba zrobić, minął dzień.

Wracałam do domu autobusem, ponieważ Kochany pracował do siódmej. Czekając na niego zrobiłam ryż (z pieczarkami i cukinią, jak zwykle), potem usmażyłam łososia. Niespokojna jestem, nie wiem czy to ciśnienie na zewnątrz, czy raczej lokalnie, w moim łbie, albo po prostu napięcie tak ze mnie schodzi, które niewątpliwie wystąpiło, bo w pracy wszyscy, jak w tytule, słabo kontaktowali. Znowu późno; książka mnie przywołuje, a jeszcze głośniej wołają prysznic i łóżko.
___
21:50 oj tam zaraz, książka. Odpaliłam ACH 07, ramotę trącącą myszą, której scenariusza bym się wyparła (historie prawie tajemnicze z życia wyższych sfer).
___
22:55 nom, i do tego kanapeczka z philadelphią. Chyba rzeczywiście było to jakieś urojone napięcie i musiałam się zrelaksować na maksa. Kochany obok już śpi.

środa, 10 grudnia 2025

2185. Do przodu.

Dlaczego pomijam turnieje sumo? takie pytanie zaświtało mi z rana. Nostalgia to ciekawa sprawa. Myślę, że wyrosłam, drażni mnie mizoginia tej części japońskiej kultury, wstecznictwo, symbolika mi nie odpowiada. Gdy tak sobie nie oglądałam (przez cały rok, przecież w styczniu zerkałam na rozgrywki jesienne), Ōnosato awansował do rangi Yokozuny (zapowiadał się już w zeszłym roku). Poszłabym chętnie na Hatsu-basho na żywo, ale oglądać powtórek w okienku, bez mamy, zwyczajnie mi się nie chce.

Środa w pracy była całkiem udana, zaliczyłam lunch pracowniczy w Simonie, z szefową, koleżanką zza ściany oraz jedną panią, którą już skądś znalazłam (nie wiem skąd, ale wiem, że lubi robić na drutach). Wybrałam tylko zupę, bardzo dobrą, smakowała trochę jak rosół. Rozmowa zaczęła się od pogody, że jest mokro i tak dalej, potem przeszła na religię. Ciekawe, że przy okazji poprzedniej nasiadówki pracowniczej w tym samym miejscu rozmawialiśmy dokładnie o tym samym. 

Po ostatecznym opuszczeniu biura udałam się do Szkota, żeby zobaczyć co dają w tamtejszym Dunnesie. Na horyzoncie ostatnie słońca podrygi, a gdy wyszłam ze sklepu, na zewnątrz zapadła ciemność. 

Kochany właśnie wracał z pracy, więc się zabrałam. Ekspresowy obiad i można zacząć dekompresję (dzień był spokojny, ale pełen ruchu, na dodatek zmarzłam, o czym nie wiedziałam, dopóki nie weszłam do ciepłego pomieszczenia). Po wczorajszym sztormie na świecie zrobiło się jasno i przenikliwie chłodno. Gorąca herbata i Magnolia Blossom z serii ACH, 06. Fred już drzemie, środa go zmęczyła.

wtorek, 9 grudnia 2025

2184. Sztorm Bram.

Ach, wszystko wyszło jak należy. Wiatr wzmógł się dopiero po południu; cały kraj na pomarańczowo, ale po drugiej stronie ulicy panowie uwijali się z remontem dachu aż miło (czyżby czekali z tym do sztormu? wczoraj na rusztowaniach nie było nikogo). Prąd był, ogrzewanie beło, egzaminy zostały odhaczone, przed świętami jeden strup z głowy usunięty.

Chmury na niebie biegły i coś mruczały. Kochany po czwartej nadjechał, zawinął, wycofał i już pędziliśmy do domu. Jak na możliwości organizacyjne, obiad zjedliśmy wcześnie. Mąż zadzwonił do mamy, bo dostał wiadomość, że dostarczono dwie z trzech paczek z Empiku prezentów pełne dla moi (schowałam się w sypialni, żeby nie podsłuchiwać co tam dobrego dostanę z uwagi na niebywałą grzeczność w mijającym roku; bardzo się cieszę, nie wyrosłam z tego i nie planuję). Do nas też przyszła paczka z prezentem Fredowym, rotomatem Sindelfingen. 

Z innych pożyteczności, udało mi się wysłać do Organów potwierdzenie jak bardzo jestem niezamożna, w związku z czym zasługuję na członkostwo wg rozdzielnika dla biedoty. Oraz rozejrzałam się za wełną, wybrałam dwa motki, paluszek już świerzbi, ale kupię dopiero po wypłacie (w planach stoi, że takie coś będę robiła).

Sztorm ledwie nas musnął, więc doniesienia z Blackrock mnie zaszokowały: dwa dni temu wśród weekendowych opcji rozpatrywałam zajrzenie do kawiarni przy promenadzie, dzisiaj wszystko to stoi pod wodą.

poniedziałek, 8 grudnia 2025

2183. Wyjaśniam ...

... (sobie) rzeczy. Np. dręczyła mnie kwestia urlopu, ale już wszystko wiadomo, w tym roku kończę pracę legalnie 19 grudnia (wystarczyło). Muszę wyjaśnić, ile zarobiłam i jak to udowodnić Organom przed końcem roku podatkowego (strona Revenue nie działa do 10 pm, zajrzę na nią później). Zaczęłam czytać Pałac Wiesława Myśliwskiego, z rana wyjaśniałam Kochanemu o czym to jest.

Po czwartej odebraliśmy zamówienie z Bootsa i pognaliśmy do domu. Gdy Kochany robił nam obiad, obejrzałam piąty odcinek The Agatha Christie Hour, na podstawie opowiadania w którym po raz pierwszy pojawia się Mrs Oliver.

Na jutro zapowiadają duży sztorm. Ciekawe, czy będzie można pracować, czy nas odwołają (jak zwykle w takich razach, w ostatniej chwili). Podmuch przyjdzie nad ranem, ale nie warto łamać sobie tym głowy, lepiej wskoczyć pod prysznic i zagłębić się w lekturę.

niedziela, 7 grudnia 2025

2181-2182. Weekend mikołajkowy.

W sobotę późna pobudka, śniadanie o dziesiątej, wyjazd do Drołdy na kawę, zaszliśmy też do sklepu zoologicznego, żeby kupić coś dla kocóreczek. Czyli znowu się szwendamy. Po powrocie wolne grzebanie się, telefon do mamy, Kochany robi obiad kalafiorowy, potem trawimy pięć tysięcy kalorii.

Książkę trzeba zacząć od topografii — taka myśl mi przyszła do głowy, gdy w półśnie opierałam się o poduszkę jak Neron. Fred mnie ocucił przed siódmą, trzeba było się nam pozbierać z proszku i wyjechać do Ka. Po opowieściach nadstołowych obejrzeliśmy we troje Święto ognia (2023), które rozczarowało. Droga powrotna w jasnym świetle księżyca. Tuż po północy siedziałam już we własnym łóżku.

Nic dziwnego, że niedzielę też zaczęłam późno i Kochany wstał zanim zdążyłam otworzyć oko. Na śniadanie pierogi z boczniakami usmażone na maśle (baardzo dobre, jedna porcja na dwoje odpowiednia, bo mocno przyprawione i pewnie nie wcisnęłabym całej). Potem, paradne, zachciało mi się podróży, gdyż zawsze zachciewa mi się podróży, gdy jest szaro i pada. Fred twierdzi, że to kocia przyjemność: patrzeć na zmoknięte krajobrazy, gdy samemu siedzi się w suchym ciepełku. Wyruszyliśmy na południe przez Julianów, daliśmy się wyprzedzić ekspresowi z Belfastu mknącemu po szynach obok, i znaleźliśmy się w Skerries, w Goat in the Boat (tak, mieliśmy to odłożyć do nowego roku, ale nie wyszło; przemykaliśmy opłotkami, żeby nie stać w korkach, a w drodze powrotnej zaliczyliśmy wycieczkę krajoznawczą po uprzednim zgubieniu azymutu). Kawiarnia bardzo dobra, niestety wiele osób o tym wie, więc o stoliku przy oknie z widokiem na port nie było nawet co marzyć. 


Kochany kupił paczkę ziaren, jest dobry powód, żeby tam wrócić. 

Wracaliśmy do wsi od strony morskiej, żeby zobaczyć to i owo, np. nowy próg spowalniający, który zainstalowano na głównej ulicy, ale nie tam gdzie zginął Rysio, więc nie jestem zadowolona.

Po obiedzie (makaron, dużo makaronu) skończyłam Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu Masłowskiej (WL, 2017). Niedawno skończyliśmy z Kochanym oglądać Żądło (1973), tak dla przypomnienia jaki to świetny film. Koteczki, szczególnie Mania, kręciły się naokoło, przewalały na kolanach, tulały i domagały głaskania. Klikam, układam słowa w rzędach, w tle soundtrack z Pulp Fiction, bo mamy na cd takie dziwne rzeczy.

piątek, 5 grudnia 2025

2180. Przedmikołajek.

Rano wpadła szefowa, walnęła przemowę jak mnie docenia, oraz wyciągnęła kopertę z karteczką okolicznościową. W karteczce przebywał voucher na stosowną kwotę, nie powiem, miło. Oraz pan od ogrzewania w końcu przyszedł, przeczyścił filtry. Po prostu nadmiar dobroci oraz powodzenia życiowego.

W ciągu dnia aura przemieniła się w sztormową, deszcz zacinał, wiatr pizgał. Opuściłam przybytek, zakluczyłam drzwi i nie oglądając się za siebie wskoczyłam do Babci. Kochany zabrał mnie do El Paso, na naleśniki, spieszyliśmy się wiedząc, że w kawiarni rychło zamykają kuchnię i wbiliśmy się do miasta kwadrans przed godziną zero; po skończonym kawkowaniu na zewnątrz panował już zmrok. Jeszcze wizyta w Dunnesie, żeby przetestować kartę podarunkową (nieciekawa pogoda zapobiegła spacerowi po głównym deptaku miasta, który już świeci i błyska dekoracjami). 

Adwent odhaczam z Gosią ze Szkocji. Kalendarze adwentowe w tym sorcie to czysty, małomyślny konsumpcjonizm. Nie kupuję, wystarczy mi ceremoniału, gdy patrzę jak ktoś otwiera :D Do tego The Agatha Christie Hour 04 (odcinek z młodym panem Pokrzywą). Znowu czas gdzieś uciekł, zamiast obiadu odkładanego w nieskończoność, po dziewiątej zadowoliliśmy się porcją smażonego łososia i jogurtem z granolą. Nie mam siły na czytanie, ta Masłowska idzie mi akurat zadziwiająco opornie.

czwartek, 4 grudnia 2025

2179. Myśli i uczynki.

Od rana myślę o włóczkach. O jednej takiej konkretnie, Rowan fine lace, 80% suri alpaca w odcieniu gołębim. Była to włóczka, którą kilka lat temu miałam, wydrutowałam, a potem pod wpływem chwili szalik z niej zrobiony wylądował w worku z ubraniami dla biednych (prawdopodobnie; mgliście pamiętam myśl, że przecież nie można chomikować wszystkiego i inni nie chomikują, tylko z gracją uprawiają minimalizm — chyba miałam chwilowy napad pragnienia, aby być kimś innym, albo miniudar, co na jedno wychodzi). Tak. 

Porozbijaliśmy się z moim Kochanym po mieście: wizyta w nowym Tesco (całkiem zgrabne), potem mąż zaproponował wyjazd obiadowy. Początkowo w planie była suszarnia, ale popołudniowy korek skutecznie zniechęcał do dalszych podróży i wylądowaliśmy w Borzalino pod księżycem w pełni. Oczywiście, nic nowego nie wymyśliłam i opchałam się grzybowym risotto (zazwyczaj biorę pół dania na wynos, ale nie tym razem, szuflowałam łyżką do rozpuku). Po powrocie do domu i szybkim ogarnięciu kuwet wzięliśmy się za oglądanie obejrzanego, gdyż Teatralna skutecznie zarekomendowała nam powrót do Manhattanu (1979) Allena. 

W uszach odprężenie, jutro tylko przewalanie papierów i nic ponad to (żywię nadzieję).

środa, 3 grudnia 2025

2178. Takie puzzle:

Mąż mi kupił. Czyż nie adekwatne? Jeszcze nie rozłożyłam ostatnich zakupionych, powinnam podejść do tematu energiczniej, biorąc w tym przykład z Marksistki, która zaczęła od zorganizowania konkretnego blatu pod dużą układankę. 

Myśli mam jakieś niespokojne, dobrze, że Kochany jest moją opoką :) Fred przyjechał do mojej pracy, żebym przymierzyła kurtkę, którą wypatrzył dla mamy. Tzn. kurtka miała na mnie nie pasować, ale niestety pasuje, czyli nie jest to rozmiar jak trzeba. Jeszcze rozważam, czy powinnam ją sobie zostawić, bo droga. Ach, od razu pojechaliśmy do domu (łosoś, kartofle, pieczarki, ogórce w majonezie).

Po obiedzie włączyliśmy Pulp Fiction (1994). Kocóreczki spędziły z nami cały ten czas wygibując się na wszystkie strony. Tuż przed napisami końcowymi Mania spadła za szafę, ale na szczęście nic się jej nie stało.

wtorek, 2 grudnia 2025

2177. Na przetrwanie.

Ach, przeżyłam wtorek. No i spoczko. Kochany wprawdzie odwiózł mnie z rana do pracy, ale potem musiał iść do swojej, tylko trochę później, więc i później skończył. Spotkaliśmy się na domowym obiedzie dopiero po siódmej. Obejrzałam sobie ostatniego Miecia podpiekającego korzeń pietruszki, zjedliśmy (oczywiście własny obiad, nie ten korzeń pietruszki), w głośnikach Tom Waits i nie wiadomo kiedy pora wierzgnąć pod kołdrę. Wtorek nie był złym dniem, ale odczuwam kołderkową przykrótkość: nadal za daleko do świąt, za to wieczory coraz bardziej pokurczone, ledwie zdążę wypić herbatę i napisać parę słów.

poniedziałek, 1 grudnia 2025

2176. Nostalgiczny początek grudnia.

Spotkaliśmy się z Kochanym po południu w Bootsie. Nie było tego, co by sobie mąż życzył, ale mogliśmy zamówić (przydasie Brauna będą do odebrania w sklepie). Oczywiście Czarna, fotele przy oknie, a potem meksykańskie miejsce. Tego drugiego nie planowałam; gdy tak sobie siedzieliśmy i zapadał zmrok, pomyślałam, że byłoby miło coś skąsić i w domu już tylko leżakować (to był bardzo dobry pomysł, nie żałuję ani centa). Przeszliśmy się więc po mieście tu i tam; neony mrugały, pustostany zionęły putką*, mżyło. 

W domu okazało się, że był pan Mikołaj, podobno zarośnięty i ubrany na zielono, czyli Irlandczyk, albo daltonista. Przyniósł mi: czarną kurtkę-pilotkę (Costume National), apaszkę w biało-czarną kratę (Fred Perry) i mitenki od Garretta, tym razem pomarańczowe z motywem kwiatów (McKernan, mam już jedną parę w identycznym stylu, tylko różowe, i nieco cieńsze).

Reszta wieczoru spokojna. Trawimy. Prawie godzinę rozmawiałam z mamą, wymiana myśli niby błahych, ale dla mnie ważnych. Potem koty się głaszcze, muzyki się słucha — płyta Bowiego Space Oddity wydała mi się dzisiaj niesamowicie nostalgiczna → Conversation Piece.

Ach, zdobyczna Masłowska czeka pod lampą, obok Rysia. 

* coś się ostatnio sporo miejsc pozamykało. Dunnes zniknął na dobre z głównej ulicy jeszcze w Halloween, a w minionym weekendzie po raz ostatni otworzyły swoje podwoje sklep elektroniczny McAllistera oraz Justin, rzeźnik rodzinny. Bardzo dziwna sytuacja z Justinem, z którym zawsze miło było zamienić kilka słów o pogodzie.

niedziela, 30 listopada 2025

2175. Na razie, listopadzie.

Dzień znacznie gęstszy i przyjemniejszy. Przed południem obejrzałam trzeci odcinek dziwacznego serialu z nowelkami Christie, zjadłam śniadanie, zrobiłam pranie, naniosłam poprawki na plan egzaminu (pogodziłam się, że współpracuję z melepetą i co ma być zrobione, trzeba zrobić samodzielnie, bo to ja na końcu będę miała strupa na głowie) i wyszłam na szybki spacer nad morze. Już w drodze zorientowałam się, że powinnam wziąć szalik do ochrony zatok, ale trudno. Doszłam do morza, zrobiłam trzy zdjęcia i zawróciłam. Zimno. Wyżarłam ze słoika resztki sałatki z tuńczykiem. W ogóle, dzisiaj nic, tylko jem. Kochany zadzwonił ze swojej przerwy w pracy, pokazał mi kaffkę, podjęliśmy decyzję co na obiad i takie tam.

Miesiąc była taki dziwny, że nawet nie zrobiłam za wiele zdjęć, to chwilowe, mówię sobie, zaraz będzie klik:


Po powrocie z pracy Kochany wykonał telefony andrzejkowe. Dokończyłam czytanie Chłopek Kuciel-Frydryszak (Marginesy, 2023) i chyba się nawet wzruszyłam. Potem jeszcze trochę słuchania szumu deszczu za oknem (po południu pogoda zmieniła się diametralnie).


A teraz padam. Wróciliśmy od Ka; podczas oglądania Być jak John Malkovich (1999) mózg zaczął mi się rozłączać, na chwilę nawet przysnęłam. Spać, wskoczyć do grudnia.

sobota, 29 listopada 2025

2174. Indoor.

Nie wiem dlaczego wstałam poruszona, z jakąś niejasną myślą o jednej z uczennic (cudze traumy zaczynają do mnie przeciekać, nie podoba mi się to). Było przed szóstą rano, czyli Kochany z pół godziny wcześniej wyjechał do pracy (ma na ten weekend dziwny grafik zmuszający do pobudek ciemną nocą).

Pod wpływem lektury Chłopek zanurzyłam się w genealogii (zajęcie zamieniło się w nieco frustrujące, bo wcale nie tak łatwo jest znaleźć nowe źródła, większość już przenicowałam). Po powrocie męża obiad, rozmowa z Perlistym, powrót do lektury. Słucham jak śledź trzepocze się w Kuchniosalonie (po pierwszej konsternacji Bronia jest zachwycona nową zabawką); Fred już idzie spać; machnę jeszcze kilka stron.

piątek, 28 listopada 2025

2173. Piątunio!

Technicznie zostały jeszcze trzy tygodnie pracy. Już czytam emilki dupościsłe o tym, że papieroloszki nie mogą nadążyć z analizą papierów, czyli trzeba wszystko im zapodać na wczoraj, gdyż tydzień przed świętami paluszki im nie działają. Nie ma sprawy, papiry przyszły dzisiaj, dzisiaj je przetrawiłam, oczywiście, przetrzymam je trochę, żeby się nikomu tam na górze w dupie nie poprzewracało od mojej efektywności. Bardzo jestem z siebie zadowolona (cały proces wprowadzania danych i szukania sensu skondensowałam poniżej dwóch godzin).

Do wczesnego popołudnia jestem bardzo dzielna, potem już nie muszę: Kochany podwozi mnie do domu, odgrzewamy jadło, każdy swoje (wsuwam bigos, rzadkie wypijam jak Japończycy, prosto z miski, mniam); rozmawiamy, słuchamy muzyki (popowa płyta Fleetwood Mac taka sobie, ale jest wartość dodana: Kochany śpiewa Mani Everywhere z tekstem miau miau miau), ściągam program antywirusowy na kolejny rok, mąż bierze się za robienie sałatki z tuńczykiem, oraz znajduję coś ciekawego na nieciekawe listopadowo-grudniowe wieczory, stareńki serial The Agatha Christie Hour i oglądam pierwszy odcinek. Zerkam na mapy wiatru, żeby już teraz wiedzieć czy w weekend wychodzę czy nie wychodzę, bo z planów mamy tylko niedzielny wyjazd do Ka, ale to dopiero po Fredowej pracy. Cóż. Pearl Jam, Alive.

czwartek, 27 listopada 2025

2172. Kolejny listopadowy ...

... dzień ciągnący się jak ogon. Tym razem grafik Kochanego zawinął się dziwnie i mąż wracał do domu dopiero po siódmej wieczorem, co z kolei wiązało się u mnie z koniecznością odbycia popołudniowej podroży autobusem. Bogowie wiedzą, że chciałam być miła dla listopada, życzę mu jednak przede wszystkim, żeby już skończył. Walczę z pokusą wyciągnięcia wielkiej walizki, jedyne co mnie powstrzymuje to rozmiar naszego domku, który w praktyce oznaczałby bezustanne potykanie się o kuferek wędrowca. Bardziej się zwijam niż rozwijam, w pracy łatam cudze dziury, co zajmuje mi cenne godziny, dobre jest tylko to, że Szef ostrzegł mnie kto jest gamoniem i trzeba go pilnować, przynajmniej byłam poinformowana zawczasu.

Gdy przed powrotem Kochanego zadzwoniłam do rodziców, dowiedziałam się ciekawych rzeczy związanych z wydarzeniami środowymi: wczoraj nie mogłam się z mamą połączyć przez WhatsAppa, gdyż był Armageddon śniegowy. Okolice leśnej osady zostały w szybkim czasie tak zasypane, że aż do dzisiejszego południa nie było ani prądu, ani połączenia internetowego. Rodzice przegadywali się opowiadając o przygodach. Na koniec okazane zostały wszystkie domowe zwierzaki: chorowity Maksiu, Józka w szpitalnym ubranku (zabieg był w poniedziałek, goi się jak na kocie), Gosia, Bronek, Wojtuś, Franka, Niunia, śpiące obok siebie Rózia i Rozalka. Po rozłączeniu się mama przesłała jeszcze jedną rewelację, dwie fotki taty robiącego dzisiaj rano jajecznicę w świetle świeczki i latarki czołowej. Kocham ich, tych moich rodziców :)

Z okazji listopadowego ogona The Murder at the Vicarage wysłuchan został do końca :)

środa, 26 listopada 2025

2170-2171. Nuda*.

Wtorek w pracy był dość męczący. Nie miałam czasu, żeby skoczyć na kawę, oburzające, doprawdy. Wyjechaliśmy z Kochanym na zakupy spożywcze, ale bardzo ograniczyliśmy szwendactwo. Zjedliśmy obiad dopiero o siódmej; prawie od razu po posiłku wskoczyłam pod prysznic i do łóżka. Potrzebowałam odpocząć, nawet audiobook nie wchodził tak, jak powinien (marne półtorej godziny nasłuchu trwało całą zimę), uwaga mi gdzieś ulatywała, po południu wymyślenie prochu było zadaniem zdecydowanie ponad siły, zamiast tego rozwiesiłam na suszarce wełniane swetry do przewietrzenia.

Środa przebiegła pod hasłem siła spokoju. Lekki deszczyk, gdy wychodzę kupić kawę na wynos. Kawa się przydała, sączyłam ją sobie flegmatycznie asystując przy meltdownie jednego z uczniów. Podziałało.

Trzeba się uczyć i uczyć, człowiek nigdy nie przestaje (przynajmniej niektóry). Dowiedziałam się dzisiaj, co to FOMO. Poza tym, taka drobnostka, fajnie jest zobaczyć twarz behind the blog, dzięki temu wszystko lepiej się rozumie.

Mąż jest mistrzem gulaszu i bigosu. Zaraz po pracy był test Fredowego bigosu z wolnowaru. Kochany kupił sobie również nową maciejówkę, bardzo mu w niej do twarzy (poprzednią zaanektowałam do własnych celów). Bigos i herbata z cytryną, herbata z cytryną i bigos. 

* Co Ty na to, Hebiusie? :D

poniedziałek, 24 listopada 2025

2169. Jak zacząć tydzień?

Łagodnie, tak byłoby najlepiej. Nawet mi wyszło: powoli wygrzebałam się z pieleszy, coś wypiłam, coś zjadłam, wyjechaliśmy do miasta, zabrałam się za "rzeczy". Kochany był w ciągu dnia u lekarza pierwszego kontaktu; lokalna pociecha nic nie wymyślił (czasem skłaniam się ku poglądowi, że nasze kocóreczki mają lepszego weta niż my gp). Skończyłam orkę o czwartej i powędrowałam w kierunku Czarnej, gdyż randka (koleżanka z biura obok wyraziła współczucie, że ja tak ciągle z tymi ludźmi; po zastanowieniu stwierdzam, że są bardziej męczące prace; a ci ludzie okrzepli, ostatni tydzień minął bez jednej histerii, ba, frekwencja się poprawiła, osobnik z lękiem społecznym coś mniej się lęka, a osobnik z fochem ogólnym czasami czuje się lepiej, przebłyskuje więc światło w tunelu). 

Przeszliśmy się z Kochanym główną ulica Drołdy (Tesco), potem polski sklep, żeby kupić placki ziemniaczane. W domu mąż postawił przede mną gulasz wołowy.

Próbuję utrzymać się w stanie pogodnej bezmyślności — wynalazłam kolejnego audiobooka Christie, The Murder at the Vicarage. Zaczęłam marple z takiego powodu, że nie mogłam niestety nigdzie znaleźć chronologicznie następnego płarota w wykonaniu Frasera, Lord Edgware Dies. Świetny James Saxon. Więc tak sobie słucham; zaraz pod prysznic, herbatka, majtanie paluszkami pod kołdrą i trup w kryminale. Dobry wieczór, indeed.
___
edit 20:55 zrobiliśmy sobie z Kochanym test jaką postacią z Trylogii jesteś. Kochany jest Oleńką, ja Baśką Wołodyjowską. No :D

niedziela, 23 listopada 2025

2168. Powrót do niedzieli.

Czyli jest oczywiste, że wstaliśmy późno. Większość dnia poświęciłam na słuchanie Hugh Frasera, który czytał specjalnie dla mnie audiobook Agathy Christie, Peril at End House. Za to na wieczór zapodaliśmy sobie z Kochanym Orły Temidy (1986) z Redfordem. Czuję się zupełnie zresetowana. 

2167. Wracając do soboty ...

... rano szpaki, wróble i pięć sierpówek, takich zastałam sąsiadów za oknem, gdy po ósmej wychynęłam spod kołdry. Towarzystwo nieco napuszone przeczesywało trawę, a karmnik z resztkami kulek tłuszczu bujał się rytmicznie.

Przy zielonej herbacie intensywnie bawiłam się z Manią w kociego chowanego: kocóreczka lubi przebiegać od jednej do drugiej szafy po karniszach, następnie będąc na tej drugiej szafce trąca łapką sznur od rolet. Gdy tylko się odwrócę sprawdzić, co się dzieje, koteczka wskakuje do pudełka, które stoi na szafce i "chowa się" (gdy długo nie zwracam uwagi, widać jak z pudełka ponownie wystają uszy i mała mordka jednym okiem łypie, czy patrzę czy nie patrzę). Druga część zabawy polega na tym, że należy wziąć pudełko i opróżnić je na tapczanie dnem do góry, tak jak wykłada się z miski wyrośnięte ciasto na chleb. Kot wyturliwuje się z pudełka do góry nóżkami, chwilę bryka, po czy wskakuje na szafkę i karnisz, żeby powtórzyć sekwencję.

Bardzo jestem kontenta z sobotniego śniadania: guac, jajka (na twardo dla Freda, sadzone dla mnie), robale smażone w maśle czosnkowym, wołowina z angusa i ogórek dla Kochanego, fasolka w tomacie na ciepło dla mnie. Podczas jedzenia rozwiązywaliśmy problemy pierwszego świata: znajoma z pracy podpowiedziała mi kawiarnię w Skerries, Goat in the Boat. Czy jest sens jechać tam w przedświątecznym czasie? Za dużo zajęcy, może w styczniu. A może na naleśniki do El Paso? Ale kuchnia działa do czwartej, czyli musielibyśmy pojechać w tym samym kierunku dwa razy, bo Ka zapraszał dopiero na wczesny wieczór. I ten problem został rozwiązany z sukcesem, pojedziemy dopiero na wieczór, obędziemy się bez naleśniczków.

Przed obiadem udałam się na dłuższą drzemkę, która okazała się tylko leżakowaniem, m.in. za sprawą dzwoniącej do mnie świekry. Dłuższą chwilę zajęło mi składanie do kupy, jaka była intencja, ponieważ świekrze na chwilę wyłączył się głośnik i przegapiłam moment z życzeniami. Po wygramoleniu się z łóżka, zadzwoniliśmy z kolei do cioci Ce, w tym samym celu: złożenia życzeń. Po obiedzie, zadzwoniłam do rodziców, pokazywaliśmy swoje koty.

Wieczorem wyjazd do Ka&Jot. Droga częściowo we mgle, na szczęście nie było zimno na tyle, żeby pojawiła się gołoledź. Poopowiadaliśmy sobie historie, we trójkę obejrzeliśmy Mistrza (2012) P.T. Andersona i o północy byliśmy w domu. Trochę zeszło zanim łeb mi się wyciszył i zasnęłam, nic dziwnego, że dopiero teraz byłam w stanie coś napisać. Dzień dobry :)

piątek, 21 listopada 2025

2166. Piątek po południu...

... jest ostatnio moim ulubionym dniem tygodnia. Za miesiąc przesilenie, ach, i na to czekam. W międzyczasie praca, po pracy wyjazd z Kochanym na zakupy, pomiędzy kawa przy Tesco. W mieście włączali dzisiaj świąteczne iluminacje, nie skusiliśmy się jednak na robienie tłumu.

W głośnikach były Tany Cichej.
Ruchy wolne, celebruję wieczór, wygrzebuję się ze zmęczenia.

czwartek, 20 listopada 2025

2165. Na wyspie snów.

Ach, jaki dziwny sen! Śniłam, że Gosia ze Szkocji już nie nagrywała filmików, gdyż została alkoholiczką i wizualnie bardzo zmieniła się na niekorzyść :D

Kochany miał dzisiaj szczepienie. W tym czasie byłam zapewne w Czarnej i niejaki Dermot Mówiący Szeptem puścił mnie poza kolejką, bo niby że się spieszę (niekoniecznie, ale bardzo to było miłe ze strony Dermota), więc z nowego nanoczipa dla moi nici, niestety. W biurze ziąb niesamowity, na Wyspie jeszcze zimniej niż wczoraj. Kochany był rano tak dobry, że po ciemnicy wykaraskał z szopki nasz grzejnik i zawieźliśmy go do mojej pracy. Zrobiło to dużą różnicę (bo oczywiście, ktokolwiek miał rzekomo wymienić filtry w nawiewie, nie pokazał się ani wczoraj, ani dzisiaj). Po pracy wizyta w kocim sklepie, aby uniknąć cierpienia z powodu niedoboru żwirkowego. 

Po obiedzie zasiedliśmy do Polowania na muchy (1969); ciekawy seans, nie wiem, co miał Wajda w głowie, gdy to kręcił, ale pozytywnie. Tylko senność męczy mnie taka, że niemalże mną rzuca o ziemię. Gorący prysznic nie pomógł, nie dam rady za wiele czytać, Morfeusz powrzaskuje.

środa, 19 listopada 2025

2163-2164. Coraz chłodniej.

Wtorek
Wspólna podróż do miasta o bardzo wczesnym poranku. W pracy za bardzo się wtrącam, ale przynajmniej czas przy tym leci szybciej. Kochany odebrał mnie po pracy, gdy ulica była już zupełnie mroczna. Jak zwykle, najpierw koty, potem my; jemy szybki obiad i dopiero, gdy Kochany puszcza Glósóli, przypominam sobie, że w zeszły nerwowy czwartek minęła trzecia rocznica śmierci babci Mani. Ciekawe, że myślałam o tej rocznicy kilka dni wcześniej, a gdy przyszło co do czego, zupełnie ją wyparłam.

Na koniec dnia krótka kobra, Filiżanka czarnej kawy (1968).

Środa
Widać po moim blogowaniu, że biorę listopad na przeczekanie: zwlekamy się z łóżek, śniadanie, podróż, trzeba z ludźmi rozmawiać, potem wszystko zamykam, obracam się kilka razy wokół własnej osi i za drzwiami jest nieprzyjemny zmrok; po późnym obiedzie nie chce się nam już nic poważnego, stąd włączam jakieś durnoty. Dzisiaj podobnie, turlamy się do pracy, pracujemy, coś tam coś tam, zamykam kramik i idę do polskiego sklepu, po czym nagle postanawiam nie robić tego, co zamierzałam: zamiast zmierzać w kierunku dworca, przysiadłam w Czarnej nad darmową kawusią (gdyż punkciki na aplikacji uzbierałam), po drodze jeszcze obfociłam koty i taki landszaft z dźwigiem, na zdjęciu niemy, na żywo rozśpiewany głosami zziębniętego ptactwa:


Gdyż zimno jak dyjabli (rano musieliśmy chwilę poczekać, aż szron spełznie z szyb samochodu).

Mąż jest Kochany, dlatego zabiera mnie do domu ;)

I znowu kobra, Upiór w kuchni (1976), tym razem Majewskiego (lekkie zaskoczenie).

poniedziałek, 17 listopada 2025

2162. Spokojny początek tygodnia.

Poniedziałek znacznie pogodniejszy niż ostatnie dni, ale też chłodniej. W pracy cisza, patologia siedzi przycupnięta. Teraz tak myślę, że dla części ludzi to jest zupełnie naturalny rytm codzienności: od histerii do histerii; nie mogłabym tak, moje życie jest zupełnie inne, wpatruję się w ich zakratowane okienko, czasem podejmuję jakieś decyzje, ale staram się nie angażować, nie brać stron.

Kochany wybył do Newry, przywiózł stamtąd trzy szaliki, najdroższy dla teścia. Czyli prezenty dla tatki w zasadzie odhaczone (kaszmir Joshua Ellis, bardzo drogi kupiony "tylko" drogo), w podróży świątecznej rozejrzę jeszcze za dobrymi perfumami na strefie bezcłowej.

Ludzie mówią. Tutaj mówią o strasznym wypadku w którym w sobotę zginęła piątka młodych ludzi. W Polsce z kolei od rana temat sabotażu, wysadzeniu torów blisko innego z "naszych" miejsc, gdyż onuce źle śpią. Po późnym obiedzie zadzwoniłam do mamy i rozmawiałam z rodzicami dobre pół godziny, najpierw o tych nieszczęsnych szynach, których nie było. Mama nastawiona raczej pesymistycznie w temacie trwania świata, więc dobrze, że koty się nadarzyły, mogłyśmy zmienić temat na milszy.

Ach, i obejrzeliśmy z Kochanym Przepraszam, czy tu biją (1976). Mąż oglądał jakiś czas temu sam, czyli zrobił sobie powtórkę. Leżę już pod kołdrą i mam piękne myśli (rano na śniadanie frankfurterki).

niedziela, 16 listopada 2025

2160-2161. Weekend.

Sobota
Przy śniadaniu obejrzałam najnowszą Gosię testującą indyjskie jedzenie i Miecia zajadającego kryzysowe przepisy część V. W ciągu dnia zaczęłam słuchać audiobooka Całe zdanie nieboszczyka Chmielewskiej. Audiobook długi, na słuchaniu przemknęła mi większość dnia, ostatnią godzinę zostawiłam sobie na jutro, żeby wrócić do Chłopek Kuciel-Frydryszak, które zaczęłam czytać w czytniku. Anne przyszła do nas wieczorem na herbatę, została prawie do dziesiątej. Znowu miałam wrażenie, że sąsiadka jest niedysponowana, tym razem lekko, prawie niezauważalnie, więc nie było to uciążliwe. Zaczynam się zastanawiać na ile to jest jej realny problem :|

Niedziela
Z rana skończyłam słuchać Całe zdanie nieboszczyka. Takie sobie. Myśli potoczyły się w kierunku PRL-u, ersatzów z tamtych czasów, i wyszło tak, że obejrzałam Księcia sezonu (1970) z Wołłejko. Z całą pewnością widziałam go wieki temu (kto by pomyślał, że los zaprowadzi mnie do Miasteczka :)). Pogoda mniej ponura niż wczoraj, ale i tak kolejny dzień spędziłam w domu z myszami. Kochany znowu w pracy. Mieliśmy wieczorem jechać do Ka, ale przyjaciel nieco zmienił plany, więc i my zmieniliśmy swoje.
___
edit 21:00 obejrzeliśmy z Kochanym Do widzenia, do jutra (1960). Dziwny film, widać w nim wpływ „wielkiego świata”, ale na przykurcz wrodzony nic się nie poradzi.

piątek, 14 listopada 2025

2159. Mocniejszy wiatr ...

... pojawił się wczoraj wieczorem. Deszcz się wzmógł i nie odpuszczał rano. Wydano dość rzadkie ostrzeżenie deszczowe, ze wschodu nadciągnął sztorm Claudia (Hiszpanie go tak nazwali), na południe od nas ostrzeżenia przed podtopieniami są nawet pomarańczowe.

Dla kontrastu z czwartkiem, dzisiaj w pracy leraks: młodzieży brak, jest za to audyt, para w wieku średnim (on z brodą i w tatuażach) wali do drzwi energicznie, śmichy chichy, siedzą zamknięci w pokoju ponad pół godziny, wszystko się im podoba, nie zauważają błędu na samym początku raportu, i bardzo dobrze. Odhaczone. Potem tylko słucham wiatru wzmagającego się za oknem i czytam stare wydanie Śpiewu ptaka Anthony'ego de Mello (zapewne skończę wieczorem).

Kochany zabiera mnie przed trzecią, lecimy do Lidla kupić coś na weekendowe obiady, i chodu do domu. Podróż była z zygzakiem, bo chcieliśmy zobaczyć, jak buja światem, w tym celu podjechaliśmy do portu. O, tak buja:


Ludzie kłaniając się wiatrowi zmierzali do budki z fish'n'chipsami, sklep rybny otwarty, bo co tam taki wietrzyk, krewetkowce pochowane za molem, gdzie woda prawie gładka; po drugiej stronie kilkumetrowe fale, pralka wyrzuca z siebie pianę, nad którą szybują morskie ptaki.

Mama mówi, że już wszystko na święta gotowe: pierogi ruskie i z kapustą, uszka oraz gołąbki zostały zamówione :D I super, zostały mi do zrobienia krokiety z cheddarem, bo lubię. Ale to plany na "za miesiąc", na razie słuchamy dobrych songów Bukartyka (z Mańką gładzoną energicznie po tłustym brzuszki, bo Bronka śpi w drapaku, obrócona tyłem do świata).

czwartek, 13 listopada 2025

2157-2158. Dwa dni.

Środa
Kochany był u mnie kwadrans przed zakończeniem pracy. Wybraliśmy się do TK Maxxa: perfumy dla Katlin i Majka zostały zakupione, przy okazji kupiłam sobie dwa zeszyty do notatek (nie wiem jeszcze, co będę notowała, ale to może być ważne ;)). Gdy byliśmy w drodze powrotnej (mijamy pliszkowe drzewo w retailu, znowu rozszczebiotane, zmierzamy do Costy), rozpadało się na dobre. 

Po kawie jeszcze zakupy spożywcze na jutro i po szóstej w końcu zawinęliśmy pod dom. Jemy obiad po ósmej, czyli grafik mamy radykalnie spóźniony. Potem czytam, ale trzeba wcześniej iść spać, gdyż w planach pobudka też jest o pół godziny przesunięta, niestety nie w tę stronę, co trzeba. Spalił się nam dzisiaj fancy czajnik, trzeba kupić nowy. A jeszcze, przeczytałam dzisiaj wyznanie. Na messengerze. Bardzo mnie ta wiadomość zaskoczyła, dłuższą chwilę żułam, co odpisać.

Czwartek
Pobudka jeszcze wcześniej niż myślałam, obudziłam się przed trzecią i był problem z ponownym zaśnięciem. Czyli jestem z rana nieco tąpnięta, za to przygotowana do boju (kanapeczki dwie zrobione, były przemyślane już wczoraj). Jedziemy z Kochanym w tym samym kierunku z taką samą intencją: praca. Więc kupuję nam kawy, jak zwykle: jedna na miejscu, druga na wynos. I tak sobie siedzę nad kawą i nagle sobie przypominam: nie zamknęłam lufcika, gruba Mańka może w nim utknąć. Panika. Na szczęście złapałam Anne przed pracą, sąsiadka wyciągnęła zapasowy klucz ze schowka, odwiedziła nasz minidom, domknęła okno i napasła myszy, które zgodnie kłamały, że niestety głodują straszliwie.

Praca była wyjątkowo wyczerpująca psychicznie. Trudno, świetnie. Pod koniec dnia jeszcze przygotowałam biuro na audyt, w efekcie czekałam na Kochanego, aż skończy szychtę o piątej i razem wróciliśmy do domu. O tej porze w mieście już mrok i korek drogowy, po chodnikach przemykają dziwne postacie; drobny deszcz, Kochany podjeżdża, pakuję się do środka. W miejsce Tefala pojawił się czajnik Silvercrest: tani, przezroczysty, pokazuje różne temperatury i błyska światełkami w kolorach tęczy, na razie musi wystarczyć. Tuż po ósmej, z Mańką przelewającą się mi na kolanach, skończyłam czytać The Outrun Amy Liptrop (Canongate, 2024).

wtorek, 11 listopada 2025

2156. Deszcze …

… niespokojne ;) Naokoło alarmy, cała północ jak żółtko, u nas również mokro, ale co tam, młodzież stawiła się w pełnym składzie (drugi dzień pod rząd, cieszyć się czy martwić, nie wiem). Pomimo tego, że łeb zapowiadał mi zapalenie zatok, w ciągu dnia rozeszło się po kościach.

Po pracy Kochany zaraz zwinął mnie do domu. Soundtrack: Kazika Las Maquinas de la Muerte oraz pierwsza płyta Grechuty. Rozmawiałam z mamą, pokazywałyśmy swoje koty. Potem czytanka. Dobre mam życie, choć listopad coraz ciemniejszy. I jakoś ten wieczór nie taki zmęczony, czyli wczoraj rzeczywiście mnie coś brało.

poniedziałek, 10 listopada 2025

2155. Plany i latające koty.

Podjenam decyzję o przeznaczeniu czasu świątecznego, czyli kupiłam bilety w obydwie strony u pana Ryanaira, przy okazji dość tradycyjnie już mało mnie szlag nie trafił (system coś tam zapisał i nie chciał tego odhaczyć, rzecz w sumie zbędną, ale byłam tego pewna na sto procent dopiero, gdy godzinę później porozmawiałam z chatem, który zresztą udzielił mi błędnej informacji i problem urojony musiałam rozwiązać sama). Do tego o poranku, podczas dzikich kocich harców, potwory zrzuciły na podłogę przybornik kawowy, a że wewnątrz była miska ceramiczna własnymi moimi ręcami uczyniona, teraz miska jest w trzech częściach. Oj, wychodząc z domu miałam ciśnienie lepsze niż po kawie.

Ponieważ dziewczyny skaczą po meblach, Mańka niesamowicie poprawiła swoje osiągi: potrafi skoczyć na człowieka, w tym przypadku na matkę, z odległości prawie dwóch metrów. Zuch, przerażający, ale zuch. Niestety, też coś w łebku jej przeskoczyło, bo na moich oczach osikała dzisiaj podnóżek-szufladę na kocie przegryzki. Podnóżek jest z materiału, był przykryty kocykiem, po nim też pociekło, więc koc od razu do prania.

To mały potwór sikający (oraz skaczący jak Małysz):

A to siostra, niby mądrzejsza, ale w rozrabianiu wcale nie gorsza:

Praca standardowo, za to wieczór jak marzenie: czyściutka i pachnąca, trochę w Kuchniosalonie, trochę w sypialni czytam na czytniku The Outrun, która okazuje się bardzo moją książką. Co tam jeszcze? Rano zdzwoniłam się z tatkiem, żeby mu poszczebiotać, kiedy wpadam. Chyba pójdę wcześniej spać, bo coś mi chodzi po nogach, jakieś ogromne zmęczenie, a może starość.

niedziela, 9 listopada 2025

2154. Budzimy się ...

... późno, rozmawiamy o wczorajszej wizycie w kinie. Przed południem zadzwonił Ka; zamierzał zaprosić nas na wieczór, ale z gadki wynikło, że poleciliśmy mu film Smarzola, więc przyjaciel idzie zobaczyć na własne oczy, czyli dzisiaj się nie spotkamy.

Po południu wybraliśmy się za to w teren, gdyż pogoda nęciła. Znowu trafiliśmy na wysoką wodę, plaży mało, spacer po zielonym, kieszenie płaszcza wypełniam kamieniami.

 

Nie wracamy do domu od razu, bo gdzieżby. Wyjazd do El Paso, kupowanie karmy dla kotów oraz kawa. W drodze powrotnej rozmowa z Perlistym, do której Kochany wrócił jeszcze wieczorem, w domu, podczas robienia obiadokolacji.

Zaprosiłam Anne na herbatę, żeby pogłaskała koty, opowiedziała o swoich planach. Po jej wizycie chwilę rozmawiałam z tatkiem sprawdzając, czy u rodziców wszystko ok. Obiadokolacja; z mokrym włosem jeszcze zmitrężę czas na niemiecki i lekturę.

sobota, 8 listopada 2025

2153. Sobota spacerowo-kinowa.

O poranku mieliśmy we wsi morską mgłę, która powoli przeniosła się na północ. Zachciało mi się gdzieś jechać; po rozważeniu jak dawno nie było nas w Laytown udaliśmy się właśnie w tym kierunku. Woda wysoko, załapaliśmy się na szczyt przypływu, na horyzoncie naliczyłam szesnaście kutrów, plaży nie za wiele, ale zawsze to miło.

Po spacerze poszukałam w Internecie możliwie blisko położonej kawiarni; tak trafiliśmy na nietuzinkową Sonairte Café, z wegefoodownią, niekoniecznie fast, założoną na XVII-wiecznej farmie. Kawa, wedgesy, dodatkowo w zakątku z używanymi książkami znaleźliśmy coś po polsku:



Do Applebaum dobrałam jeszcze Paxa Sary Pennypacker, razem kosztowało nas to €2.

O trzeciej byliśmy w domu i mogliśmy na chwilę przy tej dobrej, jesiennej pogodzie wyjść z kocóreczkami na krótką przygodę ogródkową. 

Umknęła nam okazja wyjazdu na Madame Butterfly, głównie przez moje gapiostwo, bo miałam ochotę na tę operę od późnego lata, potem o niej zapomniałam, a gdy sobie przypomniałam, było już po ptokach. Wprawdzie Anne wciągnęła nas na listę osób oczekujących na ewentualne zwroty biletów, ale po południu doszłam do wniosku, że nie ma co sobie nerwów szarpać przy wolnej sobocie i zarezerwowałam dla nas bilety w IMC na Dom dobry Smarzola (tutaj też odrobinę nerwów szarpanie, bo przecież Smarzowski miły nie będzie).

W międzyczasie Kochany długo rozmawiał z Perlistym, poza tym zdążyliśmy zjeść obiad. W końcu trzeba było ruszyć do miasta i zrobiliśmy to z takim ociąganiem, że prawie spóźniliśmy się na początek, na szczęście puszczono kilka reklam listopadowych sajfajów bum bum. Bardzo dziwna sytuacja: nikt nam nie sprawdził biletów, w ogóle ten budynek oraz okolica to jak widmo miasta z wczesnych filmów Jarmuscha — człowiek zostawia samochód nieopodal na parkingu i idąc pustą ulicą przy której podobno ma być kino, zastanawia się dokąd zmierza i czy świat nadal istnieje. Tutaj po seansie:

No nie było takie drastyczne, powiedział pan wychodzący.
Weź, przestań, odpowiedziała mu pani.

piątek, 7 listopada 2025

2151-2152. Dwa dni w skrócie.

Czwartek
Ach, trochę jaśniej, pogodniej. Po pracy szybko przemieszczamy się do domu. Kochany stawia przede mną obiad makaronowy, pochłaniam go, po czem oddaję się lekturze. Podczas obiadu i później oglądamy długaśny, najnowszy odcinek Miecia o budżetowych przepisach. Siedzę z książką w Kuchniosalonie, więc Bronka ma raj, przechodzi z kolan na kolana (po dwóch dniach skakania po meblach sytuacja wydaje się być unormowana). Późniejszym wieczorem, trochę przez zaskoczenie, bo myślałam, że zostało stron multum, skończyłam czytać Tu byłem. Tony Halik Wlekłego (Agora, 2017)

Piątek
W pracy zwykłe rzeczy, mam neonowe trampki i bryluję. Wychodzę o trzeciej w kierunku polskiego sklepu, gdyż się z mężem byłam umówiłam w tymże miejscu jakże romantycznym (placki ziemniaczane były nam niezbędne, ponieważ Kochany w domu uskutecznił gulasz). Kupiliśmy różne takie, poza tym słodką bułkę, którą zaplanowałam skonsumować w Czarnej. Wróciliśmy do Babci, żeby pozbyć się zakupów i przedłużyć bilet parkingowy, potem udaliśmy się do kawiarni. Deszcz. Bardzo miło. Inauguracja appki. Choinka już mruga lampkami, skarpety na kominku.

W domu około piątej: kotów głaskanie, sików sprawdzanie, kuwet czyszczenie, żwirku wyrzucanie, słowo daję, najpierw obsługa kocóreczek, po pół godzinie mogłam spokojnie usiąść, przebrana i z herbatą, a Kochany wziął się za podanie obiadu. Piątkowy seans domowy: Zagubiona autostrada (1997) Lyncha. Oj, dobre. Rozmawiamy o rzeczach różnych (np. czy Dzikowska mogła być współpracownikiem?); zleciało do teraz, nie wiadomo kiedy. 

środa, 5 listopada 2025

2150. Coś dziwnego ...

 ... wisi w powietrzu; nie tylko chmura od samego rana pochłaniająca okolicę, ale coś jeszcze. Dzień pracowniczy ciągnie się w nieskończoność, młodzież świruje bardziej niż zwykle. Po pracy postanawiam jechać z Kochanym na kawę, jedziemy, idziemy przez retail park, tym razem cichy, pozbawiony pliszych świergotów, rozmawiamy, wracamy przez irlandzką prowincję w gęstej mgle z której powoli wyłania się pełnia księżyca.

W domu kolejna niespodzianka à propos wiszenia w powietrzu. Kochany twierdził, że do wczesnego popołudnia kocóreczki były do rany przyłóż. Gdy wracamy, aparat fotograficzny i przerośnięta pilea na podłodze, płyta Billy’ego Joela wypadła z opakowania — dziewczyny zdobyły następny przyczółek. Cóż można zrobić? Można w końcu przyciąć i odnowić pileę, bo od dawna zbierało się na radykalne posunięcia. Kwiatek chyba nie jest toksyczny dla kotów. Poza tym Kochany włączył płytę zespołu Kury, Polovirus.

Sztany, glany, chuj złamany, zęby wybite, łeb urwany.
Sztany, szkity, chuj przebity, siedmiu rannych, dwóch zabitych, hej.
Sztany, glany, everybody! chuj złamany, zęby wybite, łeb urwany.
Sztany, szkity, chuj przebity, siedmiu rannych, dwóch zabitych.

Bardzo dobra płyta. 

Zjedliśmy obiad przed ósmą. Git. Mogę wskoczyć w książkę (Mańka testuje cierpliwość kotaty po raz enty wchodząc po szafie na karnisze).

wtorek, 4 listopada 2025

2149. Przeczekiwanie.

Deszczowo. Halik duży i ciężki, słabo nadający się do podróżowania w listopadowej słocie, więc mając w perspektywie kawę przed pracą, przypomniałam sobie o zarezerwowanym ebooku, która nadal wisiał w mojej irlandzkiej bibliotece, The Outrun Amy Liptrot. Po kupieniu kaw i pain aux raisins dla Kochanego (na wynos) oraz dla mnie (na miejscu), z przyjemnością zanurzyłam się w znaną mi historię.

Z kawiarni zniknęły jakiś czas temu papierowe karty lojalnościowe i w końcu dałam się im namówić na ściągnięcie aplikacji. Niech im będzie.

Odczuwam nieokreślony niepokój, zamulanie listopadowe. Jakby na przekór, dzień przeturlał się bez przeszkód; niespodziewanie spadła mi na głowę informacja o piątkowym audycie (sądzę, że poinformowali mnie zbyt późno, ale nic nie szkodzi, będzie odhaczone); przed południem rozmawiałam z tatkiem, po obiedzie rozmawialiśmy z mamą (Maciej został pochowany). Co jeszcze? Popołudniowy sajgon w Kuchniosalonie. W czasie naszej nieobecności myszy zdobyły szafę, przewróciły jeden z pojemników na przydasie i wyciągnęły z niego papierowy ręcznik, który pracowicie przerobiły na drobną makulaturę. Darłam się jak opętana, koty zrozumiały w mig, że może lepiej przeczekać. Czyli dokładnie ta sama technika, co ja z listopadem. Zaraz idę kontynuować czytankę o Haliku.