poniedziałek, 28 lutego 2022
804. Normalnie.
niedziela, 27 lutego 2022
803. Spędzam.
sobota, 26 lutego 2022
802. Proza.
Wstałam, zrobiłam Kochanemu kawkę, Grzejnik Wybawiciel włączony, za oknem hula wiatr, dokańczam Kubusia Fatalistę akurat przed obiadem. Jeszcze rozmawiam z mamą, powtarzamy w zasadzie sprawy omówione w tygodniu z tatą, kwestia jest taka, że chcę na chwilę złapać z nią kontakt. Umówiliśmy się na wieczór z Ka&Jot, którzy już przeszli zarazę i idą dalej. Zanim jednak w tej szaro-burej, wietrznej aurze dotarliśmy do przyjaciół, powstał pomysł na odstresowanie. Glany w kwiatki na nogi (świeże, ciasne, ale kiedyś trzeba je rozbić), jazda morskim wybrzeżem (fale na morzu ogromne), przystanek kawowo-ciastkowy w Costa Dundalk, krótka wizyta w Tesco (zakupy: pliczek wordsearch do medytacji i nowy kubek z karabińczykiem na wyprawy termosowe).
No i cóż, u przyjaciół głównym tematem rozmowy była Ukraina oraz BBC News o 21:00. Ka nie jest fanem wiadomości ze Starego Kraju, nawet rozgrywki przedwyborcze go nie biorą (słusznie zresztą, szkoda nerwów), ale teraz to co innego. Nie obejrzeliśmy filmu, nie dzisiaj.
Rosyjska ambasada w Dublinie mieści się na ulicy ... Orwella. Powinien ich odwiedzić towarzysz Kraciasty i gruby, czarny kot.
piątek, 25 lutego 2022
801. Zimo, doprawdy.
Kochany wrócił z pracy nad ranem, zanurkował pod kołdrę jak śpiący miś, wybyłam więc do mojej pracy autobusem, a mąż przyjechał po mnie po południu. Nie jadłam i nie piłam w porze lunchu (tak się złożyło) i głowa mnie trochę rozbolała Mamy kolejny dzień bez ogrzewania, ograniczamy ruchy, obiad został wymodzony z połączenia odmrożonego gulaszu i lidlowskich kopytek. Patataj, patataj. Skoro już po prysznicu zaopatrzyłam się w zimowe skarpety, a kot usnął mi w nogach łóżka po spożyciu pasztecika, to chyba teraz będzie powrót do Kubusia Fatalisty i jego pana (Iskry, 2018) Diderota z którym rozstałam się w zeszłym roku na stronie sześćdziesiątej piątej.
___
edit 23:15 Po godzinnej drzemce, która ustabilizowała mi temperaturę ciała, siedzę z Kochanym w kuchni i rozmawiamy sobie o rzeczach. Zjadłam wszystkie malinki.
czwartek, 24 lutego 2022
800. Tatko buduje.
Rano dopadła nas wieść, że podstarzały dyktator najechał Ukrainę. Tak więc wojna za polską granicą, jakby świat nie miał już problemów. Małe dyktatorki uprawiające politykę historyczną, z brudnymi butami lub twarzami ponaciąganymi operacjami i pokryte werniksem, są rakiem tej planety.
Pogoda straszy nas kolejnym sztormem, Gladys. Ryszard czuje takie sytuacje, dużo przesiadywał w domu i towarzyszył mi przy lekturze.
| Bridal Crown |
Życie rodzinne spieszne, jedzenie z gotowców, Fred w mundurze, szykował się na późną zmianę, której szturm na Ukrainę przecież nie odwołał.
No i co, haha, Tristram Shandy Sterne'a (Prószyński i S-ka, 1995) skończony. Dobra puenta bez puenty całej tej sytuacji światowej. Mój tatko, z którym próbowałam się rano skontaktować, oddzwonił poźniej, bo buduje pergolę dla winorośli i zajęty był (planuje pod nią stolik i się cieszy, że będzie miło). I zaraz może ktoś powiedzieć po co się tak męczyć, wojna będzie. Sytuacja tymczasem wygląda tak, że wszyscy umrzemy. Tymczasem jednak będzie pergola.
środa, 23 lutego 2022
799. Krajobraz szpitalny.
wtorek, 22 lutego 2022
798. Dzień w którym się nie chce.
Gdyby nie dimplex, byłoby z nami krucho. Pan majster się pojawił, powiedział, że potrzebuje części wymiennej, może wpadnie jutro po południu. Więc znowu jestem pod kołdrą, spaćku mnie bierze. Cały dzień chodziłam na śniadaniu i ciasteczku pokątnie wchłoniętym w czasie staff meetingu. Zebranie nie wiadomo po co, dostałam do ręki kontrakt przedłużony do listopada, ale to przecież można było zrobić w Centrum. Mamy dwóch nowych uczniów, Pitera (na razie bez właściwości) i Kolina (były więzień, gra na gitarze), stąd przyjemne sprawy organizacyjne i było co robić, więc zapomniałam o jedzeniu. Na samym końcu przez godzinę wypełniałam kolorowanki.
Fred zawiózł nas do Termon na obiad (żadnemu z nas nie chciało się ceregielić zmywaniem w takiej temperaturze naczyń po posiłku) i na wychodnym nabył krowi wazon Tipperary Crystal. Dom, dimplex włączony, herbaty dwie, prysznic, skarpetuchy na odnóżach, kot mruczący. Jeszcze walczę, ale powieka mi opada.
poniedziałek, 21 lutego 2022
797. Pozytywy i negatywy.
Najgrubszy wiatr świstał nad wybrzeżem, gdy po północy Kochany wracał do domu. Pomimo zmęczenia rano chciało mu się zawieźć mnie do pracy, w ciągu dnia pogoda była już tylko lepsza.
Nie wszystko może być dobrze, więc znowu nie działa bojler (udało mi się to zgłosić przy okazji wyjścia na pocztę). Pozytywy: popołudnia są coraz dłuższe, zdążyłam jeszcze w dziennym świetle zajrzeć do szeda i wykaraskać stamtąd dwa grzejniki. Negatywy pozytywów: grzejniki nie działały jak pragnęłam. Po ekspresowym obiedzie (wyjadłam kiełbasę, którą Fred przeznaczył do fasolki à la Woland) postanowiłam wziąć prysznic i zrobić sobie punkt dowodzenia pod kołdrą.
Z pozytywów innego typu: zapisałam się na nowy semestr (nareszcie, po liście do dziekanatu). Odprężenie za uszami poczułam i postanowiłam to uczcić jakimś filmem z Costnerem, bo mam leciuchny sentyment do tego aktora (nie taki jak do Petersena, ale Petersen to Petersen; choć wielki nie jest, lubiliśmy się kiedyś). Wieczorem Fred zastał mnie więc w pościeli na oglądaniu 3000 mil do Graceland (2001), takiej tam posttarantinowskiej popłuczyny. Kevin jako najczarniejszy z charakterów zabawny.
Cieplutko mi i miło pomimo braku ogrzewania, ewidentnie temperatura podskubuje mi energię, bo jestem już senna. Á propos wyjedzonej kiełbasy, mam dziwne zachcianki kulinarne ostatnio, na lunch pochłonęłam smażony bekon, którego normalnie do ust bym nie wzięła. Witaminę D trzeba zakupić. I przede wszystkim iść spać.
niedziela, 20 lutego 2022
796. Franklin.
Dzień zaczęty śniadaniem i parowaniem wypranych skarpetek (takie wspólne zajęcie małżeńskie). Fred musiał wyjechać do Północnej (obiad i bardzo dużo ciastków spożyłam już we własnym towarzystwie). Z godziny na godzinę pogoda robiła się coraz paskudniejsza, parę krótkich przejaśnień oraz jedna tęcza nie zamydliły mi oczu.
Po wielogodzinnym wgapianiu się w mój nędzny tekst zaliczeniowy (pewnie w nadziei na wypatrzenie jakiejś w nim mądrości) w końcu wysłałam go dr Pierzastej. Nie wiem czemu ja się zawsze tak pier**lę i odkładam, feedback dostałam szybko, od zarobionej kobiety, która pewnie czekała na mnie od tygodnia, a nie pisała, bo jest kulturalna. Z grubsza fajnie, o metodzie pogadamy w nowym semestrze. Zalegało mi to z tyłu głowy, więc jestem zadowolona, że mogę odhaczyć (na jakiś czas, mind you).
Na czytelnicze zatwardzenie wzięłam Ferdynanda Wspaniałego Kerna (WL, 2014). Oczywiście sukces, może się dzięki temu odblokuję ;). Rozmawiałam też z rodzicami, doszła do nich ostatnia część Fredowego zamówienia z Empiku, na deser jest jedna pomyłka (zamiast Polańskiego zapakowano nam jakiś horror). Rodzice względnie rześcy, czekają na wiatr, planują podcięcie lip, trzymają się jakoś, polityki mają powyżej uszu.
Po północy aż do rana Franklin ma być w pełnej krasie. Mam nadzieję zmróżyć oko i śnić piękne sny.
sobota, 19 lutego 2022
795. Między sztormami.
No i potwierdzono, że z końcem lutego wygasa obowiązek noszenia maseczek w większości miejsc. Tymczasem w rozmowie z mamą dowiedziałam się, że jeszcze na nowy rok zmarł znajomy matematyk z mojej dawnej pracy, 2 lata młodszy ode mnie. Powikłania po zarazie. Cholera.
Kochany pichcił pół dnia gulaszyk wołowy, po obiedzie, nie takim nawet późnym popołudniem, zasiedliśmy do Ojca Goriot (2004) z Aznavourem. Poprawne, dziwna epoka z tymi kobiecymi koafiurami jak u shih tzu i najciekawsze teksty jak zwykle miał czarny charakter. Wu przywiózł ten film Fredowi, gdy był w Irlandii gościem ze swoją żoną. Interesujący prezent.
Kaś Matka Kotom nowe gniazdko sobie wije, gałązki do niego znosi, zaprasza, a na razie przesyła zdjęcia ścian już stojących ze wstawionymi oknami (wykończeniówka leci), będzie pięknie, a my tam będziemy miód pić i zagryzać orzeszkami. Tymczasem jednak machnęliśmy kolejne dwa odcinki Ojca Teda, ja najadłam się po dziesiątej parówek i razem z kotem, którego znowu trzeba było wycierać z deszczu, słuchamy jak wiatr powraca.
piątek, 18 lutego 2022
794. Zadziwiający spokój.
Wracając z pracy zauważyłam, że góry Cooley pokryły się śniegiem. Po naszej stronie śnieg padał przez pięć minut, poza tym wietrznie, słonecznie, spory ziąb i po obiedzie dołączyłam do Freda pod kołderką, żeby naładować akumulatory. Dobre leżakowanie, zaopatrzona lodówka, języki na duolingo, drugi sezon Ojca Teda, weekend. Gdzieś tam, za wieloma pagórkami, za Cork wiatr osiągnął siłę huraganu, u nas nawet nie odcięło sieci. Trzy pączki w maśle.
czwartek, 17 lutego 2022
793. Czwartek pisany.
Aura wyciszyła się na kilka godzin. Zaległam w papierach tak, że dzisiaj to Kochany robił obiad, bo zapomniałam, że jestem głodna. Nie znaczy to wcale, że dużo napisałam, o nie. Im dłuższe posiedzenie, tym więcej wątpliwości i niemocy.
Wieczorem w ramach mojej prokrastynacji dokończyliśmy z Kochanym oglądanie powtórki pierwszego sezonu Ojca Teda. Z każdą godziną na dworze robi się zimniej, kwiatki w donicach Fred zawczasu przeniósł do ogródka na tyłach, gdzie będą miały lepszą osłonę od zachodniego wiatru. Nowo zakupione narcyzy wylądowały pod daszkiem starej kociej budki. Czytam, że Drołda przygotowuje się na ewentualne podtopienia przy rzece, bo sztorm wejdzie do miasta w czasie przypływu. Może nie będzie tak źle.
środa, 16 lutego 2022
792. Przypływy.
Jesteśmy uprzedzeni o dwóch sztormach sezonu znanych z imienia — Dudley zawitał dzisiaj z ostrzeżeniami od południa, Eunice przybędzie piątkowym porankiem.
Czy w związku z tym mogliśmy zrobić co innego, niż pojechać do wiejskiej kawiarenki, żeby popatrzeć na fale?
Przejaśnienia poganiały za zachmurzeniami w kółko macieju, wiatr duł. Fred zasiadł przed laptopem i zagłębił się w pracy twórczej (przerabia scanariusz na tekst do publikacji), przerwał sobie jedynie w porze obiadowej. Dzięki rozmowie z tatką wiemy, że Polska też czeka na wiatr. Nuda, niepokój, popołudniowe łażenie w szlafroku. Na chybił trafił wybrałam krótkie słuchowisko ze strony Iskra z ogniska (I wtedy zadzwoniła pani Kemp z panią Kwiatkowską Ireną, 1970), potem razem z Kochanym usiłowaliśmy oglądać sitcom, ale przerwał nam kot, który przyniósł do domu złapanego ptaka (chciwa menda). Do sitcomu wróciłam dopiero po jakimś czasie. Praca się nie pisze, męczy mnie to, gnębi, wczorajszy dobry pomysł nie jest już tak dobrym pomysłem, bo za dużo myślę. Siedzę przed wirtualną kartką, słów na niej niewiele. Jutro trzeba się postarać.
wtorek, 15 lutego 2022
Postscriptum #791.
... tymczasem w Polsce Pinokio wprowadza stopień alarmowy ALFA-CPR od północy do końca lutego. Czy będzie wojna o Ukrainę? Nieszczęściem planety jest, że rządzą na niej takie gnojki jak w skali makro Putin czy Trump, czy na poziomie kacykolandu pokraczni dyktatorzy pokroju Kaczyńskiego (żadną jest pociechą, że rodzima dziadzina z przyczyn oczywistych szkód światowych raczej nie uczyni). Naiwne poczucie, że zmierzamy z Polską ku cywilizacji, jakie miałam około roku dwutysięcznego, zniknęło. Niepokój i smutek.
791. Inny świat.
Fred od dawna miał oko na piękny, zimowy płaszcz Moncrief w łososiowym kolorze, przymierzał go jeszcze na jesieni (model Hafri, oficjalnie w odcieniu dusty pink). Żona jest żoną dobrą; płaszcz jest w papierowej torbie w naszej kuchni ;)
Korzystając z pobytu w parku handlowym, po sąsiedzku, w Homebase po raz kolejny przyjrzałam się narcyzom. Przywieźliśmy trzy dorodne zestawy, powtórzyłam się z Bridal Crown i Jetfire (w przeciwieństwie do cebulek, które już miałam, tym okazom pączki właśnie się otwierają, poza tym jetfire chyba nie jest karłowaty), nowością jest Lucky Number, odporny i hardy kultywar trąbkowy.
Kolejny dzień lutego obojgu nam minął przyjemnie. Fred szczęśliwy, bo płaszcz, bo znalazły się filtry do kawy (w M&S, zrobiony został zapas na miesiąc). U mnie dzień sympatycznie przepracowany, o poranku wpadłam na pomysł ew. tematu pracy mgr, szkic, mglista prawiekoncepcja, ale czuję coś w rodzaju ulgi. Wieczorem siedzimy w domu, gadamy o drobnostkach, zrzędzę małżonkowi na temat fizjoterapii, której mus jest mu szukać, ale on nie chce, bo ma lat pięć. Oglądamy od nowa Ojca Teda (dwa pierwsze odcinki), potem słuchamy Grechuty z Anawą (1970) ...
poniedziałek, 14 lutego 2022
790. Walenty.
Wstaję i co ja patrzę: na kuchennym stole nowa torba dżinsowa, wygląda jak uszyta z czarnych spodni (Replay), w środku koperta z kartką zaadresowaną walentynki dla mojej dziewczynki, oraz kraciasta kosmetyczka Barbour, tojebusia Coach do przytroczenia u pasa (nie mówię "nerka", bo nie), cieniusi sweterek Dolce&Gabbany i długa do kostek spódnica dżinsowa Replay. Gdzie ja znalazłam tego faceta, jeszcze raz? Poszłam mojego Kochanego pocałować w ucho, a on przez sen mmmrmfmmmtm powiedział do mnie (wrócił o trzeciej w nocy).
W pracy było super, tzn. do roboty w sam raz, tyle, aby się nie znudzić, ale nie tyle, żeby się zmęczyć. Po trzeciej założyłam czapusię na głowę, zarzuciłam plecak i pokicałam (z nóżki na nóżkę podskakiwałam, chodem każdej szanującej się królewny panującej w tutu i z opaską jednorożcową na głowie) w objęcia Walentego, który kicał ku mnie ulicą Wilhelma. Za zebrane na karcie punkty kupiłam w Bootsie dwa kremy, pojechaliśmy też na chwilę do Woodiesa, a skoro przez żołądek do serca mężczyzny, wypadało mi zrobić obiad. Zrobiłam taki, że pierwszy raz jak tu mieszkamy zajrzeliśmy do knajpki Borzalino. Ach, bardzo, bardzo dobry to był obiad uczyniony przeze mnie ;). Miejsce wystrojowo zupełnie zwyczajne, ale jedzenie włoskie o gwiazdkę lepsze od tego w Il Forno. Zamówiliśmy różne ryby i kawę na deser. Już pod koniec uczty, gdy restauracja zaczęła się zapełniać (byliśmy pierwszymi klientami) stolik obok zajęła polska rodzina, chłopak z rodzicami. On tłumaczył (słusznie dumny, skoro wyręczał rodziców w dorosłym życiu) jak to rezerwował przez telefon stolik, matka ledwo dukała po angielsku, ojciec ani be, ani me, mówił żonie, co ma za niego powiedzieć. Przykry obrazek. Wracając do tematu restauracji, często ją mijaliśmy i ciągle coś nam przeszkadzało w realizacji zamiaru wejścia do środka. Miejsce z dala od centrum, nienarzucające się fidrygałkami. Wrócimy do niego z pewnością.
Z cyklu Świąt polskich wybraliśmy Miłość w przejściu podziemnym (2006). Kiepski. Gdyby tekst nie był napisany przez modnego wówczas Pilcha, pies z kulawą nogą by się nim nie zainteresował. Więc siedzimy z Kochanym i sobie rozmawiamy o ontologicznym złu tego filmu. Późno już, kotki dwa.
niedziela, 13 lutego 2022
789. Łopot.
sobota, 12 lutego 2022
788. Zmęczona.
Fred chciał kupić maść na swoje bóle, wyskoczyliśmy w związku z tym do Północnej, nie na długo, w zasadzie zakupy spożywcze, rzeczona maść i spacer po TK Maxxie w Newry. Przyjemnie się jechało (jak zawsze z mężem), śmigaliśmy drogą nadmorsko-widokową, w tle górki łaskotane słońcem, punktowe deszcze i tęcza wyrastająca z asfaltu.
Po południu (na obiad makaron carbonara, tort truskawkowy z Tesco na deser) Kochany rozmawiał z Ka. Faktycznie już jest dobrze, ale covid dawał u rodzinki ciekawe objawy żołądkowe i była ścisła dieta dwudniowa. W ich okolicy sporo rodzin choruje, trudno się dziwić, skoro szkoła jest źródłem wirusa. Tymczasem włodarze przebąkują o zniesieniu obowiązku noszenia maseczek w Republice.
Obejrzeliśmy Noc świętego Mikołaja (2000), czyli kolejny odcinek Świąt polskich. Taka tam sobie bajeczka. Śpiąca jestem większość dnia i zmęczona bez powodu. Jeszcze zerkam na listę filmów i płyt, które Fred zamawia w Empiku. Dorzuciliśmy jednego Jarmuscha.
piątek, 11 lutego 2022
787. Flag day.
Zbieraliśmy dzisiaj kasę na naszą organizację, kwestowałam przez godzinę pod pocztą, było zimno, ale też całkiem miło. Zapamiętałam parę osób ... Orastę, dziewczynkę z Afganistanu, która wrzuciła 5 juro, chłopaka i kobietę z Bahrainu, dwóch starszych Irlandczyków z których jeden powiedział mi swoje imię, ale nie byłam w stanie powtórzyć, a drugi chciał porozmawiać po polsku. Trzy razy zdarzyło mi się, że kierowcy wołali mnie chcąc wrzucić coś do puszki. Wolontariusze wrócili na ulice miasta, znak, że pandemia się skończyła. Po powrocie do Centrum pustki. Zastępowałam na chwilę Ger w recepcji, bo ludzie rotacyjnie schodzili z posterunków i panowało lekkie zamieszanie połączone z podekscytowaniem.
Przy okazji small talku z Bridżet okazało się, że Centrum nie dofinansuje mi studiów (na co liczyłam), gdyż mają politykę utrzymania pieniędzy w kraju, a ja studiuję oficjalnie w Polsce. Mają pieniądze, mogę wybrać jakiś kurs. Znalazłam coś ciekawego w ciągu kwadransa, co kosztuje tyle, ile dwa semestry w Polsce. Jeśli sami mnie zgłoszą i zapłacą 100%, nie ma sprawy. Wygląda na to, że nie ma sprawy :)
Z Fredem rozstaliśmy się o poranku, zostałam w miasteczku, on ruszył do stolicy na coroczny przegląd. I tak Kochany do popołudnia chodził na jednej kawie (pobranie krwi miał dopiero po tomografie), ja lepiej, zjadłam śniadanie, potem współodczuwałam z mężem. Umówiliśmy się dopiero po trzeciej. Zanim Kochany zdążył wjechać do miasta, poszłam do Il Forno, żeby zagrzać nam stolik :D. Tak więc oświadczyłam kelnerowi for now, I just grab a cup of tea uświadamiając sobie, gdy ten już odpłynął, że nie sprecyzowałam mu o co mi chodzi. Dostałam czarną z mlekiem, wypiłam czarną z mlekiem, pierwszy raz w życiu.
Lunch upłynął nam rozkosznie, Fred powoli odtajał, po frykasach była jeszcze kawa i ruszyliśmy za rączkę ulicami brudnego miasta. Dwóch chłopaków grało na rogu West z Peter (przyciągnął mnie perkusista, grzejący mocno i rudy jak Sajmon, znajomy z poprzedniej pracy, też bębniarz), wrzuciłam im parę drobnych do pudła. Potem drałując do parkingu miejskiego przy dworcu przeskakiwaliśmy przez ulice jak para nastolatków.
Ka zadzwonił z informacją, że chłopcy przytargali im do domu covida. Wczoraj był kryzys, dzisiaj chyba dobrze, Ka&Jot szczepieni, nie spodziewamy się dalszych sensacji, ale też wieczorem już nie możemy się z nimi połączyć.
Mikroczipy som wszędzie i nas śledzom — z Tesco dostaliśmy właśnie w Walentynkowej ofercie kupony rabatowe. WSZYSTKIE są na produkty takie, jakie zwyczajowo wrzucamy do koszyka, ani jednego przestrzelenia, nawet w drodze po moje ulubione doritosy Wielki Brat mi towarzyszył i zapisywał. Świetnie, niech się w końcu do czegoś przyda.
Wiatr zerwał się wieczorem. Tymczasem Genesis gra Nursery Cryme (1971), Tresspass (1970), The Lamb Lies Down on Broadway (1974).
czwartek, 10 lutego 2022
786. Prokrastynacja.
Zimno, czyste, przejrzyste, słoneczne zimno. Fred poinformował mnie, że rano zeskrobywał szron z samochodu. Siedzimy więc z Ryśkiem w domu, a ja zamiast robić co mam chcę zrobić, serfuję w necie w zasadzie bezcelowo.
Kochany kupił dwa klosze na wyprzedaży w Woodisie: szklaną, opalizującą kulę do kuchni oraz klosz z metalowych prętów (loop wire pendant copper) do korytarza. Szczególnie w korytarzu widać różnicę w natężeniu światła. Ładniej.
Nie podoba mi się, że jutro Fred jedzie do szpitala sam. Na razie jest czwartek i oglądamy z Kochanym Gorączkę Manna (1995). Trzy godziny kina męskiego, pejdżery, komórki wielkości cegły, ludzie palą papierosy i dzwonią z budek telefonicznych. Ależ film, ależ przesłanie ... został nagrodzony (uniknął śmierci) ten, który wybrał miłość.
środa, 9 lutego 2022
Postscriptum #785.
785. Odwyk.
To moje odwykanie od teiny/kofeiny wygląda tak, że zaraz po przebudzeniu zapodałam sobie zieloną, a po śniadaniu była parząchew kawowa do ciastków. Ale potem już grzecznie, i tak sobie myślę, że wczorajsze omotanie umysłowe było związane z małą ilością płynów — piję dużo, gdy piję herbatę, a poniedziałkowe postanowienie zakładało, żeby jej tyle nie żłopać. No cóż, obudziłam się przed dziewiątą dopiero, kot grzecznie czekał (pewnie nakarmiony przez ojca swego o brzasku). Oczy wprawdzie podpuchnięte, ale zaraz włączyło mi się poczucie, że jestem dorosła, u siebie, nic mi nie dolega i mogę robić co chcę. Pranie, karma dla szpaków i wróbli, śniadanie. Piękna pogoda kusiła niesamowicie do wyjścia na spacer i nie oparłam się temu, bo po co. Na plaży trochę porozmawiałam z tatą i babcią przez messengera, spotkałam wielkiego, czarnego psa z jego mamą (pies miał na imię Ned, więc się oczywiście przywitałam, Hello Ned!), zrobiłam też zdjęcie ogromnemu statkowi, którego fatamorgana wisi na widnokręgu od kilku dni, Katlin dwa razy mnie minęła w swoim czerwonym żuczku i pomachałyśmy do siebie. Potem przebimbałam kilka godzin, nie wiem jak (ale na MyHeritage siedziam sporo), ocknęłam się gdy Miły do domu powrócił i włączył płytę Rolling Stonesów, Beggars Banquet (1968). Tak, że ten ...
___
edit 21:15 Dark Side of the Moon :)
wtorek, 8 lutego 2022
784. Zmechacona.
W zasadzie bez powodu, bo praca jak praca. Większość dnia mży, w takim kapuśniaczku rudy cwaniak odprowadził mnie na autobus, pomimo tego, że raz zawróciłam go z drogi. W pracy wybyłam na kilkanaście minut do ulubionej ostatnio kawiarni, też w drobnym deszczyku. Pogoda nie jest najgorsza, temperatura nawet znośna, narcyz Bridal Crown pączki wystawia na świat. Zaraz po wejściu do domu włączyłam live webinar SWPS-u o ośrodku w Gostyninie (chyba żeby sobie podnieść klapnięte ciśnienie) i nakarmiłam rudego, który spał, bo jak wiadomo czas się dzięki temu nie dłuży. Kochany pojawił się w domu chwilę po mnie. Obiad. I zalegam(y). Wróciłam do duolingo, Fred nastawił do słuchania polskie klasyki (Republika, Perfekt), serfuje po sieci i pokazuje mi płaszcz idealny. Ziew. Oboje jesteśmy zmęczeni, spane będzie wcześnie.
poniedziałek, 7 lutego 2022
783. Smaczny przerywnik.
Mżyło od rana, Fred wyjechał przed siódmą, mnie w końcu także przyszło wyruszyć, w ulubionych, wełnianych trampkach, ale zawsze. W nagrodę zjadłam w pracy dobry lunch — po poniedziałkowym hat-tricku dzisiaj nareszcie kuchnia ruszyła, powstało fettuccine carbonara i bagietki z masłem czosnkowym. Pyyycha!
Po południu zdążyłam być w domu trochę przed mężem, akurat rozgrzewałam się herbatą przy rozmowie z rodzicami, gdy padnięty Fred wrócił z trasy. Mogłam mu tylko zrobić obiad na pocieszkę, z ciasteczkami z Lidla na deser. Do deseru Sposa, non mi conosci było słuchane, podpowiedziane przez Hebiusa ;)
I co? No nico, kot głośno chrupie, Kochany zaraz idzie spać, bo jutro wyjeżdża o godzinę wcześniej. Nadal czekam na jedną z ocen, minął ponad tydzień od egzaminu, więc sytuacja jest kuriozalna. Nie martwię się tym, raczej niecierpliwię, jestem przekonana, że poszło mi dobrze i tylko ktoś to musi wpisać w cholerną rubryczkę.
___
Carbonara, wersja grubego Irlandczyka: na patelni z odrobiną oliwy podsmażamy drobno posiekane kawałki wędzonego bekonu (rashers, najlepiej dry cured, żeby nie było tyle wody), po usmażeniu odkładamy bekon na bok i na tę samą patelnię wrzucamy do zeszklenia posiekaną dużą cebulę. Dodajemy bekon na patelnię z zeszkloną cebulą, zalewamy to 250 ml śmietanki, po chwili dodajemy posiekane pomidory bez skórki, mogą być dwa, bo dlaczego nie. Żeby wszystko ładnie połączyć i zagęścić, dodajemy starty parmezan. Sól i pieprz do smaku. Do takiego sosu dodajemy ugotowany makaron (nie sos do makaronu, tylko makaron do sosu), pasuje np. fettuccine. Wszystko to dobrze wymieszane na talerz, na wierzch reszta startego parmezanu i np. pietruszka dla koloru. Dobrze się to zagryza bagietką z masłem czosnkowym (par-baked bagietki smarujemy mazidłem z masła, posiekanej pietruszki, wyciśniętego czosnku i soli czosnkowej, pieczemy na 180 stopniach).
niedziela, 6 lutego 2022
782. Niedziela (prawie) pracująca.
Kochany wrócił o znośnej porze i nawet jeszcze trochę posiedzieliśmy po północy wymieniając się przemyśleniami, ale noc była ciężka. Słyszałam w półśnie jak Fred kręci się i wstaje, kolano bolało, specyfiki przeciwbólowe rozsiewały ziołowe wonie, trudno się dziwić, że w niedzielę małżonek pospał trochę dłużej. Mnie tymczasem Telemann i Vivaldi nastroili na sprzątanie. Nie tylko chciało mi się umyć kuchenkę (spokojnie, tylko z wierzchu), ale wyszorowałam kafelki podłogowe w łazience. Jutro będą wyglądały jakby się nic nie wydarzyło, ale dzisiaj czuję satysfakcję (a Fred kupił bilety na koncert orkiestry barokowej na czerwiec).
Słoneczna pogoda była zdradliwa, białe kudełki widoczne z daleka na morzu urosły w niespokojne grzywy, gdy podjechaliśmy do portu po chowder. Po rozgrzewce przy zupie udaliśmy się do miasta, przede wszystkim, żeby kupić chleb, który lubimy (Fred od jutra pracuje kilka dni na dzienną zmianę, dość wczesną, i lepiej, gdy kuchnia zawiera jakieś treści). Przy okazji zaszliśmy do Costy na flat white i ciastko (Žydrūnė jak zwykle zdjęta z krzyża), i do TK Maxxa, gdyż mi się przypomniało, że pora się rozstać z brzydkim, plastikowym kubkiem w którym trzymam szczoteczkę do zębów (kubek został po córce kuzynki Freda, ich powtórnych odwiedzin raczej się nie spodziewamy). Oprócz zielonego kubka made in Germany kupiłam jeszcze zielonkawe spodnie dresowe primrose (zaraz w nie wskoczyłam po powrocie do domu) i niebieską bluzkę z krótkim rękawkiem w stylu lat 80-tych, ponieważ przyciągnęła mój wzrok etykietą "Cecil". Kochany sprezentował mi spodnie dresowe Diesel, z dziurami, fantastyczne, zblazowane, dla nonszalanckich influencerek, które mają ludzi do sprzątania łazienek.
Facebook przypomniał mi jak to 6 lat temu kończyłam ostatnie egzaminy na uczelni i żegnałam się z Wariatkami. Dżastina się odezwała, jest zmotywowana do spotkania podobnie jak Grażka, gdy rozmawiałam z nią miesiąc temu. Nie wiem czy to jest ten moment (a raczej rok), żeby coś zorganizować, ale myśl jest mi miłą.
sobota, 5 lutego 2022
781. Smuteczek-koteczek.
Gdyż wiatr mokry wiał cały dzień, najpierw była zła pogoda, a potem okropna, siekło deszczem, aż mi skóra cierpła, bo myślałam o moich wystawionych przed domem narcyzach. Po nawałnicy wychynęłam na moment. Stoją, nic ich nie zmoże. Kochany zaś na popołudnie zasuwał w tej paskudnej aurze do centrum Dublina; będzie wracał po nocy, a ja będę czekała.
piątek, 4 lutego 2022
780. Niepewne zwycięstwa.
czwartek, 3 lutego 2022
779. Bez ekscytacji.
Nadal czekam na wyniki sobotniego egzaminu. Po obiedzie Fred wyjechał do Północnej na zupełnie nocną zmianę. Nie mając towarzystwa zaczęłam wynajdywać sobie solo-rozrywki. Obejrzałam odcinek Midsomer, 11.04, wyprasowałam kilka par ineksprymablów, przejrzałam genealogię (bez większych sukcesów odkrywczych).
W ciągu dnia mewy zwiastując sztormową zmianę bujały się wysoko ziuuu ziuuuuuu w porywistym wietrze (faktycznie wieczorem zaczął ciapkać deszcz). Co tu robić? Kot też przesiedział większość czasu w domu. Wracam do Tristrama.
środa, 2 lutego 2022
Postscriptum #778.
Spacer w Oldbridge, i rażący przejaw rasizmu:
Po drodze miaukliwie zaczepił nas Generał, spacerował po murze idąc w tę samą stronę, więc początkowo sądziłam, że chce nam towarzyszyć, później ewidentnie było widać że jest w pracy.
Ogród jeszcze śpi, szklarni pilnują dinozaury, zeschnięte liście już został uprzątnięte, tylko patrzeć jak nowe kolory wyskoczą spod ziemi.
778. Dzień postrzyżyn.
Plan: kupić cheddar, bo Fred chciał zrobić kalafiora z beszamelem. Tesco, Costa, Woodies (mnie się zachciało kfiatkuff), spacer w ogrodzie Oldbridge, w końcu krótki lans w polskim sklepie (dzisiaj dowieziono ulubioną Fredową kiełbę z Liszek). Była potrzeba, wyszło jak zwykle: z powodu cheddara wskoczyliśmy w swoje najlepsze ubrania, przygoda rozwlokła się na ponad trzy godziny.
W kawiarni zaczepiła mnie Kristina, porozmawiałyśmy chwilę, na tyle na ile mogłyśmy z Aurą na plecach, udającą, że nas nie widzi (musiała nas przecież minąć schodząc z piętra). Kristina robi kursy dokształcające, niedługo już pobaristuje, good for her, jest za dobra na to miejsce z tą menadżerką. Wyszliśmy ożywieni, nucąc melodyjkę z "Zaczarowanego ołówka", życząc dobrze Kristinie.
Poddałam się w temacie narcyzowym na ten rok i kupiłam to, co było, a był Jetfire, odmiana karłowata. Tak więc do żonkila i narcyza podwójnego (pełnego) w kolejnej doniczce dołączył kultywar cyklamenowaty, zobaczymy jak nam zakwitnie.
Przy kalafiorze z beszamelem był story time. Otóż zawdzięczamy tę potrawę czasom, gdy małżonek periodycznie studiował w stolycy na wydziale Inżynierii Sanitarney i Wogle. Na tym samym wydziale studiowała Beata, ówczesna dziewczyna Freda, która była wegetarianką. Kochany chcąc jej zaimponić nie nadwyrężając przy tym swojego budżetu, wynalazł przepis na kalafior z beszamelem w weekendowym dodatku Gazety Wyborczej. Beata zniknęła z Fredowego życia, kalafior z beszamelem pozostał.
Obcięłam Fredowi włosy.
wtorek, 1 lutego 2022
777. Jak uratowałam kota.
Fred uważa, że to jest dobry tytuł na dzisiaj :)
Noc była ciepła, Ryszarda nie widzieliśmy wczoraj po powrocie z Drołdy, ani dzisiaj rano, za to w nocy słyszałam jak ktoś wszedł przez okno i wyjadał chrupki z kociej miseczki. Zwidy? Gdy tylko po południu przyjechaliśmy z miasta, zadzwoniła do nas miła pani z wiadomością, że Ryszard prawdopodobnie chce pracować w aptece, bo już dłuższy czas siedzi u nich na oknie, przy głównej ulicy. Podjechaliśmy po niego samochodem, kot ucieszył się na mój widok jak zgubiony dwulatek, a w drodze powrotnej z zainteresowaniem wyciągał głowę przyglądając się okolicy. W domu najadł się po uszy, opił wodą z miseczki i zapadł w letarg. Istnieją dwa logiczne wytłumaczenia tej sytuacji: poszedł na pierwszą wiosenną imprezę, wystraszył się jakiegoś zwierzęcia i bał się wracać znajomą drogą, albo zaszkodziła mu kocimiętka ze starej zabawki, którą mordował wczoraj rano. Kot na tripie? Nie od dzisiaj wiadomo, że tym, którzy twierdzą jakoby trawa była nieszkodliwa nie warto wierzyć.
Pracowniczo jak wczoraj, miałam czas męczyć Autorytaryzm Radkiewicza. Lorejn dała mi wcześniej wolne, i już w porze lunchu powędrowałam na główny deptak, do Caffè Nero. Spróbowałam sausage roll bez sausage (wegańska wersja), poczekałam na Freda przy kawie, potem razem z Kochanym dopiliśmy nasze kofeiny rozmawiając i słuchając muzyki.
Po powrocie do domu czułam się wystarczająco zrelaksowana, żeby nadrobić oglądanie odcinków 1000-lb Sisters (trzeci sezon skończył się wczoraj). Słuchaliśmy Kultu, przyglądałam się śpiącemu kotu ... mały drań, co tam się kotłuje w jego głowie?
Martwi mnie też mama, ciągle śpi, gdy dzwonię do domu — nie doszła do siebie po ostatnich wichurach. Na mnie wiatr nie robi żadnego wrażenia, więc to trochę jak z Ryszardem, nie do końca czuję, co tam dzieje się jej w zwojach.
Sukcesem dnia jest ponowne zawieszenie rolet, dwa miesiące po tym jak spadły (ależ ten czas leci ;)). Powiedzmy, że uczciliśmy Imbolc. Trochę powiszą, gdy znowu spadną, pomyślimy co dalej.