Wstałam późno, tym bardziej więc zaskoczył mnie widok śniegu, którego cienka powłoka o dziesiątej nadal dobrze się trzymała w rażącym słońcu. Zimno. Pięknie. Pierwszy śnieg. Kto na to wszystko zezwolił?, zapytał kot głosem Freda. Po południu wszystko się rozmyło, niebo zasnuło chmurami.
Dalej z Koftą, trącając się pupami przygotowaliśmy swoje sałatki. Opłaciłam styczniowe rachunki i zamówienie na sześć książek w Easonie. Umyłam włosy i pachnę. Pomachaliśmy babci na odległość. Przyszła poczta, a z nią kartka z opłatkiem wigilijnym od teściów. Pakujemy szlafroki i domowe papućki.
Aś ma pod wieczór swoją telekonferencję z grupą kościelną, więc się nie spieszymy — z darami bożymi zamierzamy się wbić na kwadrat około ósmej, oprócz sałatek dorzucamy dwa pudła słodyczy, bo i tak tego nie przejemy.
___
Przepisy sałatkowe.
Jarzynowa: pokrojone w drobną kostkę pięć średnich ugotowanych kartofli, pięć ugotowanych jajek, jedno jabłko, do tego mała puszka kukurydzy (140 g) i tescowy słoik drobniutkiego groszku z młodą marchewką (razem 220 g), odrobina posiekanej cebuli (w sumie lepszy jest por, wtedy więcej niż odrobina). Wkroiłabym jeszcze trochę papryki Ramiro dla koloru, gdybym miała, ale nie mam i wtarła spory kawałek korzenia selera, ale Irlandczycy nie znają się na korzeniach selera. Konserwowa czerwona fasola i kontrolowana ilość kiszonego ogórka też nie byłyby przestępstwem. Wszystko to z majonezem, doprawione solą i pieprzem.
À la Fred: puszka tuńczyka w oleju (150 g), groszek konserwowy, marcheweczka i kukurydza (takie same ilości jak w mojej), słoiczek pokrojonej papryki konserwowej, trzy pokrojone w drobną kostkę gotowane jajka, ziarna słonecznika uprażonego na odrobinie oleju, pieprz i sól do smaku. Uwaga twórcy: nie dodawać cebuli, gdyż tuńczyk to nie śledź.