Strony

poniedziałek, 31 października 2022

1050. Here we go again.

Fajerwerki słychać z dużą częstotliwością. Skończyliśmy właśnie oglądać Kołysankę (2010) Machulskiego, czarną komedię nie taką najgorszą. Tak w ogóle, to szkoda że w Polsce moda na horrory lokalne nie zachodzi, chociaż potencjał w regionalnych plenerach i historiach jest jak najbardziej. W środku dnia wyjechaliśmy na małe zakupy spożywcze (tym razem Ryszard był zamknięty w domu na cztery spusty; w drodze powrotnej rozmawiałam z mamą), potem bardzo mocno poświęciliśmy się jedzeniu i oglądaniu. Pogoda była zbyt chimeryczna, żeby wybrać się na Tarę ...

Wracam do genealogii. 
___
edit 21:40 licho się w nocy wyspaliśmy z powodu ponawianych petycji Rysiowych, w związku z tym o tej porze już jestem zmechacona i podczytuję książkę siłą woli. Minął deszcz. Centralnie przed naszym domem w oddali płonie ognisko, tradycji staje się zadość.

niedziela, 30 października 2022

1049. Bezczelność kocia.

Nie zna granic. Rysio dużo śpi w domu, zostawiliśmy go w takim stanie wyjeżdżając na zakupy, a gdy wróciliśmy, michy jedzeniowe były krystalicznie czyste. Oczywiście żadne z nas nie wierzyło, że stało się to za sprawą naszego wybrednego futrzaka, ale cóż, kot nam nie powie, kto jadł z jego miseczki. Po obiedzie wzięliśmy się za oglądanie Faraona (1966) Kawalerowicza i w trakcie seansu usłyszałam ciumkanie dobiegające od strony kocich mich. Powinien to być Rysio, ale coś mnie tknęło, weszłam do korytarza ... nie ma nikogo. Ponieważ było to jednak ciumkanie, a nie moje zwykłe szumy uszne, zajrzałam do sypialni, a tam za oknem na śmietniku oczy Amber pomrugały na mnie zanim zobaczyłam jej dupinę. Niby zwiała. Wracam do męża z nowiną, że nam się kotka dalszych sąsiadów na kolację zaprosiła, gdy nagle znowu słyszę ciumkanie. Nie do wiary, wróciła cholera dojeść! Pogoniłam ją w ogródku, ale za jakieś 20 minut wlazła znowu. Dobrze, że Ryś wrócił ze spaceru, bo mogliśmy w końcu zamknąć okno i w spokoju przetrawić zaprezentowany nam poziom kociego burżujstwa.

Tak w ogóle to normalnie. Jak zwykle o tej porze roku nie mogłam się połapać czy godzina na komputerze jest już przestawiona czy nie. Wypiliśmy z Kochanym cappuccino w Coście. Doniczki są drogie. 

sobota, 29 października 2022

1048. Zamulamy.

Przyszły cebule narcyzów i tulipanów. Znaczy "przyszły" pocztą, jak dokładnie i kiedy, tego nie wiadomo. Fred znalazł je pod drzwiami podlane wodą z nieba (albo o brzasku był kurier, albo paczka została przechowana przez sąsiadów i rano podrzucona przyjazną ręką). 

Pogoda deszczowa, kot spał w domu cały dzień, wyszedł dopiero niedawno. My też zamulamy. Fred doprawiał karkówkę, ja grzebałam w aktach urodzenia, choć bardziej chciałoby się napisać, że w nosie. Telefon Fredowy do Elizabety był (ślubu raczej nie będzie), telefon do moich był (babcia wykańcza psychicznie rodziców), telefon do teściowej był (jest wesolutka i umysł działa jej sprawnie). Filomowo na tepet bierzemy Wspólny pokój Wojciecha Jerzego Hasa, kolejny film z roku 1959, z nieco egzaltowanymi dialogami Dygata, ale atmosferą całkiemcałkiem.

piątek, 28 października 2022

1047. Rozrywki i pieniądze.

Po pogodowo niespokojnej, wietrznej nocy, poranek jasny i czysty. Ulicami miasta szło mnóstwo dzieciaków poprzebieranych za różności (ostatnia okazja na szkolną imprezę halloweenową przed długim weekendem). W pracy mieliśmy tylko czterech uczniów, pod koniec testowaliśmy nowy escape room (miauczenie kota Ryszarda, w moim wykonaniu, uwiecznione zostało w soundtracku wydarzenia). 

Tak jak wczoraj, przed Centrum oparty nonszalancko przy wejściu czekał na mnie Fred. Poszliśmy na miasto, żebym mogła sobie w końcu kupić kostium kąpielowy i czepek  (nie za bardzo się sobie w nim podobam, ale zwrotów żadnych nie będzie, bo to nie wina kostiumu). Podjechaliśmy na kawę do Costy, miałam też w głowie plan spaceru, niestety małżonek usiadł na mokrym krześle i w takiej sytuacji lepiej było wrócić do domu, żeby wyprać jego spodnie. W związku z tym reszta dnia domowo-podatkowo-serialowa. Bo wysłałam pierwszą wiadomość o przepracowanych godzinach do nowego pracodawcy, przy okazji zajrzałam na stronę revenue i odkryłam, że pracodawca obecny podał błędną datę rozpoczęcia mojego wcześniejszego kontraktu. Gdy zaczęłam zgłębiać, namnożyło się pytań. Oczywiście żadnego z nich nie mogę teraz nikomu zadać, bo już się zaczął długi weekend. Komu urwać łeb?  Sacrebleu!

Skończyliśmy z Kochanym oglądać Zmienników. Usiłuję się odprężyć z różnym skutkiem (i nie ćwiczę, bo mi się nie chce).

czwartek, 27 października 2022

1046. It's a wolf.

Noc, podobnie jak wczorajszy dzień, przeleciała mi szybko. Najpierw czytałam popijając herbatę, potem nie mogłam zasnąć (pewnie z powodu herbaty), następnie ok. trzeciej nad ranem przyjechał Fred. Wydawało się, że właśnie kładł się obok, a potem nagle zabrzmiał budzik. Ostatnio do pracy maluję się pomadką Maison Marais, więc wychodząc ucałowałam śpiącego królewicza. Taki ucałowany przyjechał do mnie po południu, w nowej kurtce Barboura.

Wzięłam dzisiaj do pracy maskę wilkołaka, którą kupiliśmy 4 lata temu na nasze pierwsze Halloween, i używałam jej jako czapki. It's a wolf, powiedział ekspercko chłopiec z grupy młodzieży mijanej w drodze do polskiego sklepu. Wcześniej w Centrum mieliśmy lokalną imprezę halloweenową, robiliśmy zielone muffinki z pomarańczową kupą kremu on top i był quiz świąteczny z mnóstwem śmiechu 

(np. jeden chłopiec, Mark, zrobił zestaw pytań do literowania i zadając kolejne "literówki" mówił słowa z dublińskim akcentem). Byłam w drużynie z Saren, Lorejn i Safron.

Ach, Fred kupił sobie kurtkę w rydzowym kolorze, ale mnie też dostał się prezent Barboura, granatowa, letnia sukienka w białe paski. Kochany twierdzi, że to na barbórkę prezent (musiałam sprawdzić, kiedy jest barbórka).

Teraz mi sie przypomniało, że jeszcze we wtorek widzieliśmy młodzieńców targających palety na ognie rozpalane w noc Samhain. Suuuper. Po obiedzie (Fred gotował) obejrzeliśmy przedostatni odcinek Zmienników, który wzruszył mi męża. Potem trochę ćwiczyłam. Potem słuchaliśmy Perfectu i Kochany mi powiedział, że mam śliczną buzię. Ja sobie myślę, że na zdjęciach robię miny jak Dale, jeden z pręgowców amerykańskich Disneya. Ale to tak ze szczerego serca, więc raczej pozytywnie.

środa, 26 października 2022

1045. Plecień.

I nie to, że jest coś nie tak i dlatego nie chce mi się pisać. Dzień jak najbardziej dobry przeleciał mi przed oczami. Rano Fred po drodze do swojej pracy w Limerick podwiózł mnie do miasta. Dostałam nowe zlecenie od Gronji na przyszły tydzień, potem też było miło. Na końcu szychty Ger mi ponarzekała, jakbym już była Irlandką. Raz deszcz, raz słońce, po południu chłodno i szybko robi się ciemno. Przysiady i brzuszki zrobione, myśli zasępiają mi się nad magisterką, ale na chwilę wskakuję do łóżka, żeby się oderwać od tego nad SPATiFem Szarłat.

wtorek, 25 października 2022

1044. Nadal flota.

Ach, miło jest wstać z łóżka i po pomyśleniu ze smutkiem, że zielona herbata by się przydała, znaleźć nowe opakowanie zielonej zostawione na blacie przez małżonka, który wrócił z pracy o piątej rano. Zaczynałam robotę od południa, zamiast więc wmuszać jajecznicę w śpiący żołądek postanowiłam zjeść brunch na mieście zanim się wezmę za papiery (i plan wykonałam). 

Fred przyjechał po mnie późniejszym popołudniem, zajechaliśmy w dwa miejsca, m.in. do sklepu sportowego, który właśnie jest w likwidacji. Będąc w sklepie zadzwoniłam do mamy. I cóż lekarz mógł ciekawego powiedzieć w temacie babci Mani? Przepisał dwa specyfiki, na apetyt i pracę mózgu. Myślę, że widzi jak jest. W drogę powrotną do domu wyruszyliśmy z mamą kaszlącą nam do ucha.

Obiad był wieczorem. Słuchaliśmy Lubomskiego, płytę Conte'm, i dopiero teraz przyszło nam do głowy sprawdzić oryginalne wykonania w języku włoskim (mniemanie o włoskiej poetyce mam bowiem niskie). Bardzo fajnie wchodzi w ucho Paolo Conte. Takie trochę odkrycie dnia. Za oknem nasila się wiatr, kot wstał z drzemki, Fred drapie go po głowie, z głośników na basiku Janek Pospieszalski nieźle zapodaje, bo to płyta nagrana (1993) zanim go pojebało, jak mówi Fred.
___
edit 23:10 Zdałam sobie sprawę, że przegapiłam częściowe zaćmienie Słońca, akurat jechałam autobusem do pracy.

poniedziałek, 24 października 2022

1043. Dzień wolny/zajęty.

Zerwałam się dzisiaj wcześnie i chociaż miałam dzień wolny pojechałam rano do miasta, żeby dostać referencje i zeskanować papiery w jednym pliku. Przy okazji spaceru do Bootsa przystanęłam przy kawiarni Martaszki, która twierdziła, że spotkało ją coś strasznego, ale nie chciała wchodzić w szczegóły. Cóż, kupiłam u niej kawę.

Rzeka piękna w pełnym przypływie, na niej kaczuszki i czajki. Gdy byłam już pod domem, przywitała mnie Amber, która chciała się wygłaskać. Z każdą godziną rozjaśniała się przedpołudniowa szarówka i dzień robił się bardziej niż znośny. Po południu zaakceptowano moje papiery i od jutra mam nowy kontrakt. Sympatycznie, parę centów do przodu piechotą nie chodzi, szczególnie, że zauważyłam na końcie podwójną wypłatę i mnie paluszki zaswędziały, żeby nakupić kwiatów (nieoczekiwanie przypomniało mi się, że jesień, czyli można w końcu ciekawe cebule nabyć drogą pocztową). I tak cztery rodzaje narcyzów: Bella Vista (x10), Delnashaugh (x10), podwójny Rip van Winkle (x10) i maleńkie Golden Bells (x20), oraz dwa rodzaje oryginalnych tulipanów: Little Princess (x10) i Queensland (x10). No i czy ja mam rozum? Gdzie ja to posadzę?

Jeszcze, gdy byłam rano w Centrum, tatko zadzwonił z wiadomością, że jutro babcia Mania będzie miała wizytę domową lekarza (chociaż nie chce). Ciekawe, co lekarz powie i czy wyśle babcię do szpitala (dla niej to by była straszna krzywda i katastrofa).

Po wyjeździe Freda na późną zmianę zajęłam się sobą. Szachowy odcinek Midsomer Murders, 15.5 (przerywam sobie, żeby sprawdzić, jak się robi suflet serowy), skakanie na wirtualne skakance i praca magisterska. To ostatnie mnie zmęczyło, nie idzie, muszę pilnie porozmawiać z promotorką. A teraz przez skakanie boli mnie duży palec w lewej stopie.

niedziela, 23 października 2022

1042. Powolność.

Fred miał pracę, po dziesiątej wybył z domu. Niedziela bez właściwości, częściowo szara i deszczowa. Zrobiłam pranie, rozmawiałam chwilę z rodzicami (nadal smarkają; pokazałam im jak Rysio ładnie śpi znudzony pogodą; tatko narzekał, że nikt się go nie słucha ... mama się nie leczy, babcia nie chce jeść). Wczesne popołudnie zaczęłam 15.4 odcinkiem Midsomer z Sinéad Cusack. Rozłożyłam matę, ćwiczyłam z pół godziny. Obiad tylko dla mnie (kot wyszedł na spacer dopiero po piątej, bo pogoda się nieco poprawiła, i wrócił przestraszony, gdy akurat stałam pod prysznicem ... cholerne fajerwerki przed Halloween to ostatnio plaga). Przygotowałam emilek do wysłania jutro. Czytam. Zastanawiam się czy czekać na Kochanego, czy uderzyć w kimono.

sobota, 22 października 2022

1041. Spacer w Glasnevin.

Miałam wczoraj pomysł, żeby jechać do Glasnevin pospacerować po cmentarzu, pogoda była niepewna, więc plan migotał. A jednak! Zjadłam resztki wczorajszego obiadu, skuszeni słońcem ubraliśmy się fikuśnie i wyruszyliśmy około południa. 

W temacie fikuśnych strojów: Fred miał na sobie musztardowe spodnie, granatową koszulę od żony (w delikatne gwiazdki trójramienne), szary pulower z merynosów w jodełkę, tweedowy kaszkiet w kratkę, szaro-granatowy szalik od sąsiadki, niebieskie cielaki i brunatno-bordowy płaszcz w ciemnoszarą pepitkę (to wszystko dyktował mi małżonek), ja założyłam berecik-żołądź, jasnoniebieski sweterek z kaszmiru, sztruksową spódnicę w kolorze rudym, ciemnoszare rajtki, jasnoszare martensy, do tego wełnianą marynarkę w zielonkawo-bordowate esy floresy, bezpalcowe rękawiczki w kolorowe paski, zielony szalik z kaszmiru (miałam jeszcze zielony płaszcz, ale było na tyle ciepło, że się w ogóle nie przydał). 








Oczywiście zaczęliśmy od grobu Michael Collinsa, bo wszyscy zaczynają, potem mi się pomerdało, że leży tutaj Ojciec Ted (a nie, bo w Glasnevin go tylko skremowano), a potem znaleźliśmy rodziców Joyce'a. Następnie rozglądaliśmy się za srokami, szarymi wiewiórkami i barankami przypominającymi bobroprosiaki. Za wiewiórkami w szczególności po tym, gdy przyłapaliśmy jedną, jak ogryzała ludzką kość. 

Po spacerze Kochany był już solidnie głodny. Najpierw pojechaliśmy do Swords, ale Milano miało zarezerwowane stoliki, tyle dobrego, że Fred kupił kocie naklejki, którymi w domu obkleiłam po dziecięcemu prezent dla Anne. Wróciliśmy do Drołdy i obiad został zjedzony w Borzalino (makarony pyszne). A teraz trawimy oglądając zdjęcia, Fred już myśli o organizacji jutrzej pracy, w głośnikach przeboje Janice Joplin.

piątek, 21 października 2022

1040. Kofta, beret, kubek, drejdel.

Rano odstawiliśmy puchatka do weta. Potem się dowiedziałam (bo ja do pracy), że Ryszard dostał kropelki przeciwbólowe (chociaż w zasadzie nic nie wiadomo, może to koci reumatyzm) oraz szczepionkę (do października następnego roku ma być spokój, buk zapłać oraz €74,45). 

W pracy trochę towarzyszyłam Sziwan, trochę poprzestawiałam komputery, zamknęłam biuro i heja, do Kochanego, który podobnie jak ja zmierzał w kierunku Marksa&Spencera. Po drodze nieoczekiwanie Martaszka zamachała do mnie zza kawiarnianej lady (od 2 tygodni tam pracuje, co mi napisała później przez messengera). Nie rozmawiałyśmy, bo była do niej kolejka, poza tym Fred się pojawił, kupiliśmy w M&S zapas filtrów do kawy i poszliśmy na lunch do Cedar Gate, jak zawsze pyszny, z mieszanką grilową (w tym koftą). Po obiedzie zajechaliśmy do TK Maxxa, niby, że chciałam jakiś prezent zakupić dla Anne na niedzielę. Faktycznie, małżonek podrzucił pomysł książki z wegańskimi przepisami, ale najbardziej zyskałam ja. Bo mam beret, brązowy Sarlini, pod którym wyglądam jak żołądź i wełniany kaszkiet Seebergera (matko, matko, co jutro założyć na głowę?), a do tego mam kubek nowy. I to jaki! Włala:

Kubek z chanukowymi kotami, że kapcie spadają, a jako dodatek drewniany drejdel. Kubek został wyprodukowany w Chinach (jak większość kubków w TK Maxxie), w związku z tym małżonek rzekł, że już kiedyś zamierzał go dla mnie kupić, ale znając moje etyczne priorytety kubkowe się był powstrzymał. Jednak koty, jednak drejdel, dałam sobie dyspensę w temacie chińskim, gdyż nie jestem ideałę (jako rzekłby nasz kot)!

Po powrocie na wieś (po drodze byliśmy jeszcze na kawie u Aury, zjadłam pierwszego świątecznego minspaja), zanim weszłam do domu zapukałam do Anny, żeby się jej wypytać jak się czuje. Sąsiadka jest w wirze zdrowotnych napraw, chodzi na fizjoterapię ręki, przygotowuje się do operacji katarakty, zajęta jest, robi co może.

W temacie nowej pracy, już chciałam dzisiaj wieczorem wszystko wysyłać, ale musiałam się puknąć w głowę, bo na jednym blankiecie (kilkustronnicowym, wypytującym o jakieś głupoty) trzeba mi podać dwie referencje, czyli i tak muszę się udać do Centrum (gdy ktoś w nim jest) i z pracy ów blankiet przeskanować. 

Kot po kropelkach w kolacji walnął się na łóżko i drzemie. Morze w oddali ryczy poruszone minionym sztormem. Trawimy dobroci tego dnia jak para hipciów.

czwartek, 20 października 2022

1039. Nothing, nada, we're ok.

Po sztormie względna pogoda (ostatnie pomruki burzy były jeszcze w nocy) i krajobraz we mgle. W pracy poznałam nową prowadzącą, Safron. Cały czas coś tam było do zrobienia, przy wyjściu ok. czwartej złapała mnie Gronja, rozmawiałyśmy chwilę i oczywiście zapomniałam jej zapytać jak widzi moje wynagrodzenie (już przebierałam nogami, żeby wpaść w objęcia mężowskie). Fred odebrał mnie spod Centrum i nakarmił świeżo ugotowanym gulaszem. Potem godzina drzemki. Po zmroku chwilę rozmawiałam z Anne, która właśnie wróciła z pracy (za kilka dni ma urodziny), było oczywiście i o kocie. Kot tymczasem ma jutro widzenie z weterynarzem. Kochany w ciągu dnia poważnie zaniepokoił się spokojnością nadzwyczajną Ryszarda. Jeśli się okaże, że sprawa łapkowa jest tylko złudzeniem, będzie szczepienie ochronne. 

środa, 19 października 2022

1038. Pioruny.

Całą noc (tak to odczułam) męczyły mnie głupie, stresujące sny, obudziłam się dokładnie pół godziny po ósmej z piosenką zaczynającą się od słów szumi dokoła las, którego słowa umożliwiły mi od razu zanotować, że za otwartym oknem szumiał deszcz, a pomimo zaawansowanego poranka na zewnątrz panował zmrok.

Kochany ubrany jak wilk z Ну, погоди! włączył po śniadaniu Tak Mě Tu Máš (2012) Nohavicy, odpowiednią płytę na irlandzką pluchę. Potem Fish z Marillionu śpiewał nam o weltschmerzu. Około drugiej po południu przyciszyliśmy Fisha, żeby się upewnić czy to nam przypadkiem we łbach nie trzeszczy. Jednak nie, dobrze usłyszeliśmy — przechodziła nad nami (a w zasadzie nad całym wybrzeżem aż do Dublina) burza z piorunami, raczej rzadkie zjawisko w Irlandii. Kochany zrobił pyszny obiadek kalafiorowo-beszamelowy. Po Fishu było Genesis z Philem, Genesis z Peterem, potem Dire Straits oraz oglądanie trzynastego odcinka Zmienników. Burza z piorunami wróciła około piątej. Zafascynowana zadzwoniłam do mamy, żeby jej pokazać jak u nas pięknie wali gromem i złapałam ją akurat, gdy w domu był pan od specjalistycznego łóżka dla babci Mani. Rodzice coś robią, żeby nie mieć poczucia bezradności, wypożyczone łóżko było właśnie montowane. Tymczasem babcia głównie pije, raczej nie je. Wieczorem mama jeszcze raz przedzwoniła pokazać babcię już zapakowaną do tego nowego ustrojstwa, żebyśmy mogli jej pomachać i powiedzieć dobranoc. Wyglądała jeszcze bardziej bezbronnie, niż kiedy ostatnio widziałam ją w Polsce. Maleje w oczach.

Od Gór Blackstairs do Walii rozpościera się (na ligtningmaps.org) pomarańczowo-żółty, burzowy kocioł.

wtorek, 18 października 2022

1037. Flauta,

jako mąż przepowiedział. Kochany znowu wstał o trzeciej, od tego momentu ze trzy razy śniłam, że robię test na covida, więc w końcu wstałam i zrobiłam. Negatywny (z pozytywnym pewnie też bym pojechała). Ale najpierw trzeba było dojechać, tymczasem kwadrans przed ósmą zobaczyłam tył autobusu. Dla kota (który nie przyszedł z rana na posiłek, a teraz przylazł za mną na przystanek) dobrze. Napisałam do Saren, wróciłam z kulejącym Rysiem do domu i podrzuciłam mu dwudaniowe śniadanie. Pogoda wspaniała, chłodno, ale zupełnie bezwietrznie. Saren pojawiła się o czasie i szybko przemieściłyśmy się do portu. Praca była przyjemna, to miejsce ma ostatnio dobry vibe (w recepcji już jest zestaw nagrobków, nad korytarzami wiszą sztuczne pajęczyny). Dostałam propozycję 4 dodatkowo płatnych godzin jako admin pod okiem Gronji (czy się ziści, to się okaże). Poza tym nowy kurs będę miała od stycznia (akurat powinnam wówczas zajmować się statystyką do pracy mgr, ale to też się zobaczy i rozwiąże, nie ma co w nadmierną wpadać ekscytację przemieszaną z czarną rozpaczą). Bardzo stęskniona w przerwie na lunch poleciałam do ulubionej kawiarni na cappuccino i przekąskę, a po pracy wpadłam w ramiona Freda i razem udaliśmy się do Il Forno na obiad. Tym sposobem w domu tylko karmienie kota i napitki. Rozmawiałam z mamą w temacie zaginionego wujka Stefana (zaginionego w drzewie genealogicznym i archiwach, bo w realu to on miał się dobrze, oraz miał drewniana chałupę w Mieleszówce i kobitę młodszą o pokolenie), przy okazji zauważyłam, że mama kaszle, ale twierdzi, że nie jest chora (skaranie boskie!). Po odpoczynku poobiednim obejrzeliśmy mój ulubiony odcinek Zmienników, Obywatel Monte Christo, a potem Fred włączył jedną z ulubionych płyt denata Beksińskiego, Floodland (1987) Sisters of Mercy. Mroczność gotycka, smętek dark wave. Ryszard grzecznie siedzi w naszym łóżku. Martwi mnie, że coś go może boleć, bo taka grzeczność kocia pościelowa o tej porze doby to ewenement.

poniedziałek, 17 października 2022

1036. Koniec tego złego.

Sztorm pojawia się i znika, w ciągu dnia na chwilę wyłączył prąd, kilka razy przestawił i raz przewrócił kosz na śmieci. Kochany musiał bardzo wcześnie wstać do pracy (ok. trzeciej), więc obudził mnie kot (który jak zwykle zmyślał, że nie dostał nic do jedzenia i jest biedny). Słońce dopisuje, ale wiatr był na tyle porywisty, że żal mi się zrobiło drzewek i postanowiłam zerwać wszystkie jabłuszka. Było ich dziewięć na elstarze i pięć na złotym delicjuszu (wypierduszki będą dodatkiem do porannych owsianek). 

Fred z zaskoczenia wrócił do domu gdy robiłam obiad, więc mogliśmy razem zjeść jak normalni ludzie. Potem Kochany poszedł na drzemkę znękany wczesną pobudką, a ja dokończyłam oglądanie 15.3 odcinka Midsomer Murders i zajęłam się genealogią Kowalskich/Pi(e)larczyków. Z doskoku czytam książkę Aleksandry Szarłat o SPATiFie (Wydawnictwo Czarne, 2022). W zależności od tego z którym rodzicem rozmawiam, jedno mówi o drugim, że znacznie gorzej znosi chorobę (że też dorośli ludzie nie mogą uzgodnić jednej, wiarygodnej wersji dla córki). Ja tymczasem czuję się dobrze i jutro bez względu na pogodę chcę już iść do pracy, bo zwariować można. 

niedziela, 16 października 2022

1035. Rozgrzebany dzień.

Super się złożyło, że odwołałam poranną jogę, bo obudziłam się dopiero o dziesiątej, a Fred nawet godzinę później (i tak było dobrze). Po przebudzeniu Kochany przyjął zlecenie do Newry. Zjedliśmy różne śniadanio-obiady, małżonek makaron z czerwonym pesto, ja zapiekankę kartoflano-brokułową (zjadłam dopiero po pierwszej, gdy Fred był już w drodze ... bardzo dziwny timing dzisiaj). 

Rozmówiłam się z mamą, trochę snułyśmy, co będzie, gdy babcia umrze (lista osób do poinformowania krótka), trochę ogólnie o pogodzie, co w tv i jak się wszyscy mają. Mama zamartwia się, że w razie śmierci babci Mani jest sama i myśl o organizacji spędu ją przerasta. Wiem o co jej chodzi, dla mnie czas pandemiczny był najlepszym momentem na takie wydarzenia, ale mam na to inne spojrzenie. Nic nie musimy.

Dokończyłam czytać Zielonego człowieka Kingsleya Amisa (Rebis, 1992), nawet przyjemna lektura. Potem zagłębiłam się w genealogię Kowalskich i poodnajdywałam kilka aktów urodzenia (akurat data urodzin prababci Katarzyny jeszcze bardziej się mi zaciemniła). Przechodzi nad nami sztorm. Fred właśnie wrócił z pracy. Kot stoi pod drzwiami, zjadł dwa kawałki wołowiny i chce dać tej pogodzie szansę (nie ma mowy!).

sobota, 15 października 2022

1034. Załamanie pogody.

Ależ sobie pospaliśmy, barłożyłam się do po dziewiątej, z podejrzanie grzecznym kotem przy boku. Sobota bez wydarzeń. Na wybrzeżu hebel, w nocy padał deszcz, w ciągu dnia też trochę kropiło, wieczór ponownie mokry i nieprzyjazny. Rysio kilkakrotnie podejmował próby spaceru, ale szybko z nich rezygnował. Na popołudnie Kochany był umówiony z Andrju, który pojawił sie na wyspie ze swoją rodziną i potrzebował transportu z Dublina do Belfastu. 

Obejrzałam 15.2 odcinek Midsomer Murders (całkiem niezły kryminał tym razem) i czekam na powrót Freda z Północnej. Przez to czekanie włączyłam 2 Program PR i w Operze Pod Gwiazdami posłuchałam muzyki Purcella w wykonaniu Emmy Kirby sprzed 40 lat. Cni mi się.

piątek, 14 października 2022

1033. Zdrowienie z kulturą.

New Model Army Raw Melody Men (1991) grał nam z rana, a potem Herbiego Intensions & Dimensions (1963). Art z czarną brodą wpadł, żeby wymienić elektryczny podgrzewacz powietrza (ach, yay!) i akurat mu nutka jazzowa w ucho wpadła, więc nas poinformował, że niedaleko jego miejsca zamieszkania, w Warrenpoint, jest festiwal Blues on the Bay (w maju), a rzut beretem dalej muzyka irlandzka na Fiddlers Green Festival w Rostrevor (w okolicach lipca). Takich się można rzeczy dowiedzieć od elektryka. Podgrzewacz działa. Bardzo dobrej muzyki było w domu więcej (np. składanka Beatlesów była słuchana), a po obiedzie najpierw poszliśmy z Rysiem na krótki obchód dzielnicy (wzięłam go na chwilę na ręce, bo szedł za nami pies; przy okazji zauważyliśmy, że futrzak coś lekko kuleje na przednią łapę), a potem już tylko z Kochanym na plażę przed zachodem słońca:



Przywiozłam z Polski kilka filmów, w tym czteropak Kawalerowicza oraz po trójpaku Bajona i Marczewskiego. Będzie co oglądać, dzisiaj zasiedliśmy do Pociągu (1959), bardzo dobry, byłby lepszy, gdyby nie stereotypowe role kobiece (... zaraz po seansie zaczęłam myśleć o Jot i jej fochu). Po przerwie na kolację był jeszcze 11 odcinek Zmienników.

Tak w ogóle to rano znowu zrobiliśmy sobie testy. Kochany jest niezmiennie negatywny, ja jeszcze odrobinę pozytywna, ale zakładam, że do poniedziałku druga kreska zniknie, tak jak nagle zmniejszył się męczący kaszel.

czwartek, 13 października 2022

1032. Z kopyta (trzeba).

Wróciłam do szkoły w Polsce (jako uczennica). Wiedziałam, że gdzieś tam czeka na mnie Irlandia, ale na razie pilnie robiłam zadania, pisałam pamiętnik i przyjaźniłam się z Pawłem. Przyjaciel oddał bardzo ornamentalne zadanie domowe, stwierdzając, że potrzebuje dobrych ocen, ponieważ po zakończeniu semestru wyjeżdża do Australii. Pomyślałam, że mi też pora wyruszyć i gwałtownie się obudziłam. Dopiero wtedy przypomniało mi się, że Paweł nie żyje od 10 lat. To wcale nie był zły sen ...

Wcięłam owsiankę i wyjrzałam na świat. Słonecznie. Trzeba mi było ukierunkować myśli, zająć się studiami, czego próbowałam ze skutkiem marnym (Kochany wyjechał w kierunku Dublina, ja tymczasem grzebałam w sieci w poszukiwaniu rozumu, co mnie tak zmęczyło, że skończyłam kiwając się do piosenek Billy'ego Joela). Wieczór w końcu nadszedł, spotkanie z dr Pierzastą było spoko (ruszam z kopyta, bo innego wyjścia po prostu nie ma). Fred ma jutro wolne, wrócił z roboty po moim online spotkaniu, zjedliśmy obiad i małżonek zaczął oglądać pogrzebowe stroje jazzmanów. Rozmawiamy o wszystkim. Gra Impurity (1990), ulubiona płyta New Model Army Krisa.

środa, 12 października 2022

1031. Life with covid, home edition.

Drugi test poranny pozytywny. Agrrrh! Siedzę, stresuję się jutrzejszym spotkaniem z promotorką (nie mam nic nowego, biję się z myślami, czy zająć się tym, czy olać i czytać coś innego) i słucham dobrej muzyki — Fred wczoraj późnym wieczorem zaczął odsłuchiwanie pięciopaku Hancocka, a dzisiaj od rana folkowe pogo, Wiosna ludu KZWW (2002). Zapewne dokończę instalację normalnego worda na Dell, bo mam jeszcze jeden klucz dostępu do programu bez zapisywania w chmurze i konieczności posiadania konta w Microsoft 365 (nie wiem, czy to już starość, czy bunt). Ale najpierw herbata i pyszne śniadanko, ciastowe bobki Milano maczane w maśle czosnkowym. 
___
edit 21:50 Instalacja worda na razie się nie powiodła i nie mam ochoty dzisiaj tego rozkminiać. Zdrzemnęłam się za to (z kotem), zjadłam obiad i obejrzałam pierwszy odcinek 15 sezonu Midsomer, z Jamesem Callisem. Zupełnie po zmroku dotarło też do mojego mózgu, że pozytywny test trzeba zarejestrować w HSE (nie wiem czy to jest do czegoś użyteczne, ale nie łamałam sobie mózgu, tylko wprowadziłam dane). A teraz siedzimy z Fredem i słuchamy New Model Army No Rest for the Wicked (1985)

wtorek, 11 października 2022

Postscriptum #1030.

Po kilku godzinach snu (ale bez przesady, bo sobie oraz mężu przerywałam kasłaniem), wstałam rano wypluwając płuca i usadziłam się do laptopa i herbatki przedpracowniczej. Miły jeszcze był w domu, obudził się wcześniej, bo też szybko musiał się zmywać do swoich obowiązków. Zrobiłam test kowidowy (zwyczajowo robię go przed i po dalekich podróżach) — podłubałam w nosie, zakropiłam test i natychmiast o nim zapomniałam. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy zerknęłam na niego jakiś czas później. Test wyszedł mi pozytywny! Nadal wątpię w mojego kowida, chociaż oczywiście wysłałam fotę do menadżerki i dostałam info zwrotne, żeby siedzieć w domu. Nie dlatego wątpię, że nie mogę mieć kowida, bo mogę jak każdy, oraz oczywiście kaszlę sucho i głośno jak mało kto. Tyle, że jeśli to są objawy kowida, to ja go miewam od 17 lat. Może dla kogoś histeryczne spazmy z łapaniem oddechu, dławieniem i zalewaniem się łzami w środku nocy po gwałtownym przebudzeniu są oryginalnym i nowym przeżyciem zapewnianym przez pandemię. Dla mnie po przeziębieniu to standardowa bułeczka z masełkiem, którą może trzeba będzie wcinać nawet do kilku tygodni. 

Siedzę w domu. To głupie. Trochę odsypiam nockę, czytam, nudzę się.

Popacz jakie mam skarpety! gadam przez messengera do Ukochanego pokazując mu jurgowe smyry, zbiegłe i zmechacone na moich ladacostópkach.
O, jurgowe, zauważył Fred, zdrowe, bo zrobione ręcznie. Małżonek postanowił pociągnąć łacha z imperatywu wykonywania wszystkiego samodzielnie. To jest tak samo zdrowe jak jeżyny samodzielnie zbierane przy drodze. 
Tylko mi się brew uniosła, ale w swojej dobroduszności postanowiłam się zdradzić.
Usłyszałam, że to jest tak samo zdrowe jak sprężyny samodzielnie rolowane przy nodze ... Dobrze, że małżonek nie pił akurat gorącej kawy.

No i tak, nudy domowe, wieczorem obejrzałam ostatni odcinek 14 sezonu Midsomer Murders, poza tym delektuję się dziwną książką Amisa, jakbym czytała ją po raz pierwszy (mam to uczucie na tyle mocne, że to może być prawdą najprawdziwszą). Kochany już ponad 12 godzin poza domem.

Postscriptum #1029.





Postscriptum #1028.



Postscriptum #1025.








Postscriptum #1024.




Postscriptum #1023.





1030. Podsumowania i refleksje.

Ach, przed wylotem suchy kaszel nagle znikł. Puf i nie ma. Pomyślałam sobie, zajebiściem! to nie biorę thiocodinu. Ech, naiwna, wystarczyło, że wszyscy weszli na pokład i ruszył nawiew. Sądzę, że gdyby  pasażerów tego lotu powołano na świadków, bez problemu rozpoznaliby mnie po kaszlu. Próbowałam rozproszyć się lekturą Zielonego człowieka Amisa, niestety gdzieś za Holandią zgasili mi światło (gdy kupiłam tę książkę wydaną w serii Salamandry, autor jeszcze żył, bo to w sierpniu było, ale dawno i w T-cy). Pełnia Myśliwego rozświetlała morze, chmury przykrywały tylko niewielką część Zjednoczonego Królestwa, więc mogłam z wysoka podziwiać Europę, jak ją toczy rak zanieczyszczenia świetlnego. Widziałam latarnię morską na Howth omiatającą wodę, i dywan Dublina na horyzoncie. W czasie lotu, gdy już nie czytałam, zdarzyło się coś dziwnego. Miałam wrażenie, że na czoło i prawe oko opadły mi  drobniusieńkie, kłujące igiełki. Oczywiście, nic takiego się nie wydarzyło, ale było to bardzo realistyczne odczucie, a chwilę później zaczęło mnie boleć prawe ucho. 

Kochany czekał na mnie z bukietem róż i razem z Grechutą Markiem pojechaliśmy na północ. Zanim zdążyłam przeczytać zawiadomienie o podwyżce czynszu od listopada, wziąć prysznic, dostać w prezencie pasiastą bluzeczkę Hilfigera, wypić herbatę i położyć się spać, było już po północy.

Ryszard pojawił się później, przez półsen słyszałam, że zjadł, pospał w nogach, rano wybył na obchód. Trudno się kotu dziwić, noc bezwietrzna, jak w Polsce.

Wracając jeszcze myślami do wizyty w matczyźnie ... nie wiem tak naprawdę, jaki jest stan babci Mani. Wyobrażałam sobie, że jest gorzej, tymczasem jej głos brzmiał silnie, ma opiekę, nie straciła apetytu. Rodzice i zwierzaki również nie tracą fasonu, tylko po Malince bardziej widać upływ czasu (Fred także to zauważył podczas ostatniej wizyty; poznał ją przecież, gdy robiła dzikie rundy po podwórku). Odkąd umarła Zosia, Malinka zrobiła się bardziej ociężała, większość czasu spędzała na dworze grzejąc się na słońcu lub nurkując w wielkim kopcu opadłych liści.

poniedziałek, 10 października 2022

1029. Przygotowania i podróż.

Noc minęła bardzo spokojnie (nawet nie kaszlałam za dużo), dzień rozpoczęłam blogiem Vincenta Briggsa i vlogoweenami Gosi. Plan jest taki, że przebieram pościel, idę do apteki, pakuję się, idę na spacer do lasu, myję włosy, powoli ogarniam przestrzeń. Maksiu towarzyszy mi odkąd mama wyjechała do pracy. 
___
edit 12:50 Lista w realizacji ... w aptece nie kupiłam wszystkiego, co chciałam, za to pani sprzedająca wydawała się bardzo dobrze mnie pamiętać, chociaż widujemy się raz na kilka lat. Ze spaceru grzybobrańczego przyniosłam trochę podgrzybków, maślaków i tylko dwa rydze (widać, że wczoraj z mamą wykosiłyśmy równo), włączył mi się łowca nagrody, poza tym zauważyłam, że na wolnym powietrzu mniej pokasłuję. Włosy umyte bez asysty fryzjera zamieniają się w dzikie pióra, jak lubię (fryzjerzy nakładają specyfiki, żeby wszystko było uplaskane, taki trend z ukłonem w kierunku ludzi mających trzy włosy na krzyż). Od czasu do czasu męczy mnie katar i myśl z tyłu głowy, że w czwartek mam spotkanie z promotorką. Na obiad będzie chińszczyzna (od której w zeszłym tygodniu zaczęło się moje chorowanie), indyk z bambusem i grzybami moon makaron z kurczakiem, tylko tym razem dowieziony do domu.
___
edit 20:45 samolot opóźniony, ale ludzie i tak już stoją. Babcia powiedziała pa pa.

niedziela, 9 października 2022

1028. Utknięcie.

Za oknem piękne słoneczko. Wyszłam na chwilę na taras, pogłaskałam zawsze chętnego Mruczysława i Rózię, która tym razem nie zwiała, tylko nastawiła koci grzbiecik. Idealny dzień na grzybobranie, a ja tu, psiakrwia, utknęłam ze swoim smarkaniem i kaszlem.
___
edit 20:40 Nie miałam gorączki, niestety krew mi się nosem puszcza, co nie jest szczególnie miłe (chociaż nie miałoby takiego znaczenia, gdyby nie jutrzejsza podróż). Pogoda była ładna i bezwietrzna, więc po południu opatuliłam się w wełnę i poszłam z mamą wyprowadzić Maksia na spacer. Czyli byłyśmy na grzybach (pod domem rosną rydze). Bardzo miła przechadzka, niech to cholera weźmie przeziębienie (mogłam tak łazić codziennie). Oczywiście jeszcze nie jestem spakowana, ale odprawiłam się i wykupiłam takie miejsce, żeby kichać w okno. W drogę powrotną biorę dodatkową torbę (chyba uda mi się przewieźć zaległe zakupy kulturalne, które od nie wiadomo kiedy zalegają w pudłach). Obejrzałam strasznie słabą Bitwę pod Wiedniem (2012), trzeba sobie powiedzieć, że mało kto tak potrafi spierniczyć film historyczny jak Włosi. No i co? Szkoda, że wizyta się kończy i nie spędziłam jej tak, jak się zapowiadało.

sobota, 8 października 2022

1027. Idziemy dalej.

Noc była całkiem okej, wstałam tylko raz, żeby zaaplikować sobie gripex (przy okazji włączając światło w kuchni potrąciłam stojak z nożami, które spadły i postawiły na nogi cały dom). Wojciech spał ze mną ciężki jak worek kartofli, gdy trącałam go nogą budził się i zaczynał mruczeć. À propos worków kartofli, z rana była dostawa, rodzice kupili 2 ½ metra. 
___
edit 19:02 Ach, nic mi się nie chce. Większość dnia gapiłam się w telewizor (właśnie dokończyłam Columbo), więc nie bardzo jest o czym pisać. Kuzyn na swoim moturze pojawił się nagle w środku dnia (ładnie tu, mówi, i wogle ... dziwne, bo kiedyś mało komu się podobało). Pozostał z tatą na zewnątrz i nie doszło między nami do wymiany grzeczności. Maksiu właśnie wrócił ze spaceru, tatko triumfalnie oświadczył, że zdrowa kupa została przez psa zrobiona. Może były inne wydarzenia, ale mi się zresetowały. Dobrej nocy.
___
edit 21:20 Rozmowa z Kochanym poprawiła mi humor. Gorączkę mam ponad 38, wzięłam tabletkę oraz ciastko i teraz już naprawdę próba snu.

piątek, 7 października 2022

1025-1026. Duu.

Przeziębiłam się chyba i wczoraj nie miałam ochoty na pisanie, chociaż dzień był całkiem całkiem: spędziłam go z mamą we Wro. Rano pojechałyśmy szynobusem do Nadodrza, a potem tramwajem 74 na uczelnię. Cała sprawa (przedłużenie legitymacji) zajęła mi chwilę (inaczej, niż podróż). Potem postanowiłyśmy udać się w kierunku zoo, więc wsiadłyśmy w czwórkę. Pierwszy raz byłam w afrykarium, zachwyciłyśmy się wielkimi rybami i dokarmianiem kotików. Drapałam po nosie osła i ogólnie było fajnie. Wróciłyśmy do Nadodrza jedynką i zaprowadziłam mamę do Powoli na obiad. Przy okazji odkryłam, że za rogiem Znasz Ich Cafe-Bistro zostało zamknięte na dobre. Powinnam zauważyć wcześniej? Wiedziałam i zapomniałam? Smutno. Tam odbyła się nasza pierwsza kawa z Fredem. Tak więc, coś jakby choruję. I piszę na nowym lapku pierwszy raz. Trzeba się zastanowić jak go przewieźć, czyli muszę się przebić przez rozmiękczenie mózgu. Nadal śpisz, Kochany?
___
edit 13:05 Dodatkowy bagaż zakupiony (nadal mnie zdumiewa jak Ryanair próbuje przycwaniaczyć oferując najpierw najdroższą opcję), kontakt z dziekanatem był (po wielu minutach wyczekiwania na połączenie, gdyż byłam zawsze któraś w kolejce). Sprawy do odhaczenia zostały odhaczone. Mam lekką gorączkę, szukam małych pocieszeń, np. zawinięta w pled oglądam sobie płaroty i marple na KinoTV, jem pyszny obiad mamusiny (kartofelki, sos grzybowy, kalafior), piję kawę na ból głowy (chyba działa). Fred w naszym domku też już na nogach po długiej nocce, to mu mogłam opowiedzieć, jak to wszyscy w Polsce wydają mi się niemili i tylko pan z okienka wrocławskiego zoo nawiązywał normalny kontakt wzrokowy czym się mocno zapisał w mojej pamięci. Druga myśl była taka, że to nie bycie niemiłym. Ludzie mają w tym kraju-raju taką normalną ekspresję twarzy, a ja tu mieszkałam pierwsze 40 lat mojego życia i tego nie zauważałam (co w szerszej perspektywie bycia bezwolnie rzuconym w jakieś miejsce i czas jest konstatacją przerażającą). 

środa, 5 października 2022

1024. Domowa środa.

Ach, dzień zaczęłam od tego, że przyśnił mi się wybuch atomowy. Natychmiast otworzyłam oczy.

Po śniadaniu poszliśmy z tatą na grzyby (najpierw było to wyprowadzanie Maksia, ale grzyby się na nas rzuciły spod każdego liścia, niektóre jadalne) w towarzystwie beczącej Rózi, która podążała za nami i ostrożnie pokonując chaszcze przestrzegała przed oddalaniem się od zagrody. Nie trzeba nas było bardzo wołać z powrotem, tatę pobolewała złamana kilka lat temu noga, więc spacer był raczej rekreacyjny. Wracając natknęliśmy się na Dorkę, córkę pani Romki do której (co teraz do mnie dotarło) jest podobna kropka w kropkę. Dorka choruje na raka krwi, niedługo czeka ją kolejna chemia. Oprócz porannych zbiorów mamy torbę kań do smażenia (od innej sąsiadki, tej co zwykle).

Po południu wyjechaliśmy z tatą po mamę i we trójkę zjedliśmy obiad na mieście (do chińszczyzny wypiłam colę, przez co teraz boli mnie gardło). Reszta dnia stacjonarna, większą jej część skrolując oferty na smartfonie dumałam nad zakupem laptopa. Gdy w końcu się zdecydowałam, Fred miał kłopot z płatnością online i sprawa na jakiś czas stanęła. Koniec końców, jedzie do mnie Dell Inspiron 14 5410 2in1 (mniejszy od nadal używanego hapeka Envy, ale za to z windowsem 11 i działającą klawiaturą). 

Rodzice oglądają tvn24. Chociaż nie bardzo chcę sobie tym głowę zajmować, dogania mnie wiedza o stanie państwa z kartonu i błota.

wtorek, 4 października 2022

1023. Kolejny raz wokół słońca.

Lipa zrzuciła mnóstwo liści, w poszyciu zajączki wystawiają łby (grzyby takie, xerocomus subtomentosus), ptaki wędrują.

Babcia Mania większość dnia leży. Nie widzi już wcale, w jej pokoju jest włączone radio dla towarzystwa. Mówi całkiem do rzeczy, tylko jest bardzo słaba.

Na drugą byłam umówiona do fryzjera, zrobiłam sobie na głowie shaggy'ego. Potem szłam przez miasto. Dziwne uczucie czuć się turystą w miejscu w którym spędziło się kawał życia. Dziwne, ale też miłe, oniryczne. Od czasu do czasu zarzucałam szalik na szyję, choć dzień był jako tako ciepły i słoneczny.

Rodzice opowiedzieli o wizycie kuzyna Grega i cioci Ksty sprzed jakiegoś tygodnia. Chyba ścigają ich (albo raczej jego) problemy finansowe, mieszkanie które kupili zaledwie kilka lat temu zostało wystawione na sprzedaż. Jaki był cel wizyty, trudno powiedzieć, przyjmijmy optymistycznie, że to próba podtrzymania rodzinnych więzi.

Ach, i tort był, zjedliśmy go wieczorem pomiędzy odcinkami Columbo z trzeciego sezonu (4 i 5, starsze ode mnie). Była rozmowa z Kaś Matką Kotom, życzeniowo-aktualizująca. 

Działo się nie za wiele, szybko kładę się spać (jak na mnie). Dzisiaj się urodziłam, trzeba odpocząć.

poniedziałek, 3 października 2022

1022. Podróż.

Jednak myślą wybiegam (zaraz po przebudzeniu zrezerwowałam miejsce na yin jodze u Alison). Zrobiłam drugi test, też negatywny (chociaż kaszlałam w nocy). W ogóle wygrzebałam się wcześnie (szósta), niby jadę tylko z plecakiem i wrzucam do niego dwa t-shirty na krzyż, ale mam poczucie dobrobytu rzeczy do zgubienia lub zapomnienia. No i tak, jem owsianke, robię Kochanemu kawę oraz rozmawiam chwilę z mamą przez whatsappa, żeby się naumieć (mama w pracy).
___
edit 15:30 Wszystko idzie (na razie) wg planu, krótka praca, lunch, podwózka na lotnisko. W międzyczasie mama napisała, że jeszcze w sobotę zmarła Eine Kleine mit große Brille. Spoglądając na nią z dzisiaj, z przerywnika kawowego z Fredem, z lotniska, które przeszłam nucąc Raglan Road, Irka była nauczycielką, która zapadła mi w pamięć najbardziej znacząco, chociaż wtedy, gdy byliśmy wszyscy bardzo młodzi, w czwartej klasie LO umknęłam w mysią dziurę przed maturą z niemieckiego.
___
edit 23:35 Było tradycyjne powitanie zupą pomidorową i babkowym ciastem. Wszystko jest na miejscu (po malowaniu meble zmieniły ściany, ale zostały już ponownie udomowione: koty obsiadły fotele, psy obczaiły chodniki). Zmęczona jestem. Chyba nie będę spała sama. Po Colombo.

niedziela, 2 października 2022

1021. Niedziela przed poniedziałkiem.

Fred coś nie czuje się najlepiej, nie ma gorączki, ale organizm z czymś walczy. Rano wracaliśmy myślami do wczorajszego spotkania z przyjaciółmi, widać, że się nie dogadują i jedna strona zamiast podjąć samodzielne decyzje szuka sprzymierzeńców w dowaleniu partnerowi. Zmilczeliśmy (gdy Jot wyszła nie kontynuowaliśmy z Ka tematu). To ich sprawy, muszą sami dać sobie radę. Przecież nie powiem Jot, że kopie dołek w który najprędzej wpadnie sama (i tak nie posłucha).

Śniadanie było oszczędne, bo już po dwunastej byliśmy umówieni na obiad z Anne i Majkelem. Ach, i ból zniknął (podczas oglądania wczorajszego filmu długo się gnieździłam, poprawiałam i przeciągałam, żeby było mi jak najwygodniej, takoż i cud nastąpił).

Do miasta pojechaliśmy we czwórkę naszym samochodem. Sąsiedzi zachwyceni są Cedar Gate, jedzenie i ceny bardzo im podpasowały. Spróbowałam baba ganouj, tabbouleh i halloumi (ser był całkiem oscypkowy; na danie główne wybrałam mixed grill, bo już wiedziałam, że zostanie mi trochę na jutro).

Rozmowy były o rzeczach różnych, Irlandii, ojcu Tedzie, języku. Bardzo przyjemnie spędzony obiad, mogę tak co niedzielę. Po powrocie na wieś weszłam do domu tylko po to, żeby zostawić resztki z lunchu i wyszliśmy z Kochanym na plażę, bo pogoda była dobra (Fred zauważył, że fale były w sam raz na surfing dla chomików). Wracając przez caravan park znowu spotkaliśmy Majkela 

(wydaje mi się, że przed obiadem poszedł dyskretnie się napić, a teraz też szedł na piffkowinko w celu podtrzymania odpowiedniego składu krwi ... well, jego życie). 

Zapowiada się, że po "wakacjach" może wrócę do jogi na mieście (jeśli Anne będzie jeździła), na razie powstrzymuję się od zbyt odległego planowania, bo nawet nie wymyśliłam w co się jutro ubieram, nie mówiąc już o odprawieniu biletu. Kochany drzemie poobiedniospacerowo. 
___
21:13 Żem se w końcu WhatsAppa na smartfona ściągnęła. Cywilizacja dotarła pod moją spersonalizowaną strzechę.

sobota, 1 października 2022

1020. Pierwszy października.

Rano dostałam od męża taką wiadomość (to jest Orion przed 5 rano):

Zrobiłam sobie test, wyszedł negatywny (powtórzę go przed wylotem). Umówiłam urodzinowy obiad z Anne na niedzielę. Chyba pod wpływem Zmienników przypomniał mi się pan Poręba i zaczęłam oglądać jego "dzieło", Gniewko, syn rybaka (1969). Potem zapadłam się w genealogię, żeby zapomnieć o bólu pleców (hello, again).

Kochany już wrócił do domu, w kuchni rozebrał się do naga (wszystkie ubrania powędrowały do pralki), wziął prysznic, zjedliśmy obiad. Jesteśmy prawie gotowi, żeby jechać na filmową herbatę u przyjaciół.
___
niedziela 00:10 Obejrzeliśmy Wszystkie nasze strachy (2021) z Ogrodnikiem, obraz taki sobie, instalacje Rycharskiego bardziej przekonują. U przyjaciół kryzys trwa, przed seansem Jot próbowała przeciągnąć nas na swoją stronę w sprawach, które nas nie dotyczą, w końcu zrezygnowała ze wspólnego oglądania filmu. Do rodzinnych dram ani ja, ani Fred się nie nadajemy, jesteśmy w tym temacie kompletnymi beztalenciami. Niebo znowu pięknie rozgwieżdżone.