Strony

wtorek, 28 lutego 2023

1170. Na kurzej łapce.

Dobrze, że mam bloga. Inaczej nie pamiętałabym, że kupiłam mleko, żeby rano zrobić naleśniki, których chciało mi się wczoraj po południu. Albinoniego Oboe & Violin Concertos i zapach naleśników, słońce zagląda przez okno, Fred śpi z twarzą wtuloną w poduszkę, kot pochrapuje na tapczanie w Kuchniosalonie.

Dzień upłynął mniej więcej na sprzątaniu (w sensie szorowania podłogi w łazience, jeżdżenia na elektrycznym mopie i układania kilkudziesięciu par butów w miejscu, gdzie nie mieści się kilkadziesiąt par butów). Plusy dodatnie są takie, że Fred przed wyjazdem do Navan zawiesił w sypialni stare zasłony od Jot (dostaliśmy je lata świetlne temu), na miejsce jeszcze starszych starych zasłon, które były stare oraz miały dziurę (dużą, od bardzo dawna). Nie prasuję, w dupie mam, orzekłam zwyczajnie szczęśliwa z powodu Zasłon Zdobycznych. Tematyka zasłon poprzedziła inną jeszcze ciekawszą tematykę: kupić ten dom, zburzyć ściany i w końcu ułożyć wszystko tak, żeby pasowało.

Rodzice odezwali się już po wyjeździe Kochanego do pracy. U nich słońce, akurat wracali z obiadu u chińczyka. Okazanie zwierząt było, wszystko gra i buczy, mała Rozalka tłucze Wojtka jak trzeba.

Wykorzystałam prasowanie bielizny do obejrzenia Midsomer, 19.4 (trup w królikach to coś dla mnie). Jeszcze drobne dodatki do tekstów tu i tam, zerknięcie do pracowniczego laptopa z myślą o jutrze, i kończy się miesiąc, który w mojej głowie co trochę był marcem. Luty:

poniedziałek, 27 lutego 2023

1169. Ej.

Chłód przenikał dzisiaj wszystko. Doczłapałam do domu przechylona na jedną stronę (bardziej niż zwykle), taskałam torbę z mlekiem, mąką, słoikiem powideł, gotowymi krokietami i barszczem czerwonym, bo się mi różnych rzeczy zachciało (krokiety na obiad, naleśniki na jutrzejsze śniadanie). A poza tym, cóż, wszystko w proszku, domostwo nadal nie posprzątane, gdyż bogini zaginiona w e-makulaturze.

W autobusie siedziałam za chłopakiem z Termon, nazwijmy go Rory, który zmienił kolor włosów z różowego na brązowy. Burgundowe paznokcie pozostały. Class. Wyjeżdżając z miasta widziałam skrawek tęczy wpadającej do morza, więc gdy deszcz mnie złapał tuż przed wejściem do domu, wcale się nie zdziwiłam.

Fred w Dublinie. Oczy dosłownie bolą mnie zimnem (nie wiem czy to wpływ temperatury w pracy, przeciągu w autubusie, czy może nawet zimnej ostatniej nocy). Zamiast pisać co miałam pisać, słucham o gównoburzy z polską preselekcją na Eurowizję (faktycznie Jann fajny chłopak jest, laska, która wygrała fałszuje jak nieszczęście, a u Edzi Górniak szparki zamiast oczu). I przede wszystkim jestem już po wrzącym prysznicu i po herbacie z cytryną, pod kołderką wstępnie odgrzaną przez kota, przytulnie ogacona kapturem szlafroka jak lord Sithów.

niedziela, 26 lutego 2023

1168. Kwitniemy.

Kolejny słoneczny, chłodny dzień. Plany były oczywiście (praca), ale wiadomo jak to jest. Fred zaczął przyszywać sobie guziki do koszuli, zamiast wypełniać papiery. Generalnie znowu siedzimy w domu zestresowani piętrzącą się nad głowami biurokracją. Zdarzyła się okazja wychynięcia na chwilę, żeby rozwiesić pranie (poczatowałam z Anną, poinformowałam ją o wizycie Wu). I jeszcze się cieszyłam kffiatkami, o:

Nie mam czasu, żeby robić dochodzenie, chociaż uważam, że są trochę podobne do triandrusa o nazwie Great Try, nowej odmiany z Północy. Za narcyzami-podającymi-się-za-Jetfire widać, że Lucky Number też przygotowuje się do kwitnięcia..

Fred sam wyjechał po zakupy. Druga część dnia była nieco cieplejsza (Ryszard spędził sporo czasu wygrzewając się na koszu na śmieci). W tle puszczałam wykłady do drugiego kursu TT prawie wcale go nie słuchając. Po obiedzie obejrzeliśmy trzeci odcinek Drogi (1973). A teraz Fred siedzi przed laptopem i mówi do komputera brzydkie rzeczy.
___
22:20 No czekaj, przecież nie napisałam o szaliku. Jak to się nazywa? (dukam) Johnstons of Elgin. Fred w tym czasie już owijał sobie szyję szalikiem, który kupił dzisiaj w mieście. Ciekawe czy to przypadek. Barwy białoruskie. Po chwili ustaliliśmy, że Fred miał na myśli bawy ukraińskie. Fajna kratka, szalik niegryzący i milusi (kaszmir), będzie wspólny.

sobota, 25 lutego 2023

1167. Wewnątrz.

Wyjaśnia się sprawa niebytności tomatów, kjukumbrów i papryczek w części warzywnej Tesco, która nurtowała nas ostatnimi czasy za każdym razem, gdy szliśmy zrobić zakupy spożywcze. W Hiszpanii i Maroku zła pogoda, u nas wysokie ceny prądu, tłumaczy The Irish Times. Może latem będzie lepiej.

Na zewnątrz suchy chłodek i pościel łopocząca na wietrze (tradycyjnie jedną sztukę trzeba było ponownie wrzucić do pralki z uwagi na zrzuty treści pokarmowej od fauny uskrzydlonej). Oboje siedząc w domu napierniczamy na laptopach (nadrabiam TT, bo czas mnie goni). Ryszard Kot po kilku próbach łapoczynów ma nową obrożę przeciwpchelną (prezent od teściowej jest w użyciu). Wu już wrócił z Omanu i naprawdę przygotowuje się do przyjazdu: kontaktuje się i omawia wielkość bagażu, używając przy tym mądrych słów typu "wolumetryczne" lub po prostu ładnych, w rodzaju "eksplorowałem". 

Wieczorem obejrzeliśmy drugi odcinek Drogi (1973) Chęcińskiego. Pod pewnym względem fajne klimaty psychopatologiczne. Ciekawie jest np. pokazane, jak bohaterowie mówiąc do siebie w ogóle ze sobą nie rozmawiają.

piątek, 24 lutego 2023

1166. Absencja lutego.

Jedna z uczennic przyszła do nas przesiąknięta zapachem marihuany. Zanim została wysłana do domu, budynek prześmierdł wyziewami, więc w pracy siedziałam w przeciągu i cytrynowej chmurze odświeżacza powietrza. Zrobiwszy sobie od tego przerwę wylądowałam na chwilę w Czarnej, chybcikiem, po kawę na wynos (obrazki: przy pierwszym stoliku starszy pan z białymi włosami, kiedyś pewnie niezły podrywacz, w schludnym garniturze i białym golfie, zagadujący mnie za każdym razem, gdy na niego spojrzałam; przy drugim stoliku kobieta dobrze po pięćdziesiątce, lokalna buntowniczka, z fioletowym mohawkiem na głowie, rurkami w kratę, tatuażami na dłoniach i piercingiem nad górną wargą).

Skończyłam wcześnie i od razu po powrocie z Kochanym do domu zabrałam się za robienie obiadu. Mama mi oddzwoniła z ogłoszeniem, że właśnie siedzą w Bistro i czekają, aż jedzenie będzie podane (o, utracjusze ... tacy jak my! zaliż, niedaleko pada jabłoń od jabłka?). Słońce jare, pomimo wiatru wiosennie podnoszące na duchu, więc musiałam wyjść, Fred dołączył rezygnując z poobiedniej kaffki; z nadmorskiego wędrowania wróciliśmy po czwartej. 

Nadal pracujemy nad sprawa kocią, wszystko jest jeszcze możliwe, wylot za dwa tygodnie. 

Kilka razy na dzień mózg przekonuje mnie, że jest koniec marca.

czwartek, 23 lutego 2023

1165. Siupryzy i oczywistości.

Poranek zaskoczył mnie niefajną wiadomością. Jeszcze wczoraj późną nocą Julija napisała do Freda z ogłoszeniem (podobno) ostatecznej decyzji: w marcu wraca do Ukrainy. Czyli zostaliśmy bez cat sitterki. No good, ani dla nas, ani (jak przypuszczam) dla niej. Ciekawe, co dzieje się w jej głowie (i w domu Aśki, bo domyślam się, że atmosfera ogólna nie pomaga). 

W pracy raczej nudy, wzięłam prywatnego laptopa, żeby nadgonić teksty, ale z powodu brzęczenia koleżanek z planu nic nie wyszło (nowinka: wiedziałam, że Luiza ma nowego narzeczonego, teraz wiem też, że planuje przeprowadzkę do Anglii w tym roku). Wykupiłam pakiet Microsoft na miesiąc ... nie uśmiecha się mi zapisywanie wszystkiego w chmurze, ale nie miałam do tej pory procesora tekstu na prywatnym Dellu i się przełamałam (nowinki nie muszą się podobać, po prostu warto łapać orient, żeby nie zdziadzieć do reszty). Fred w tym czasie pracował w ogródku, bo dzień był piękny, zachęcał do wyjścia, suszenia prania i takich tam. Teraz w sypialni pachnie nam świeża pościel, a za oknem skoszona trawa. W temacie opieki nad kotem nie panikujemy, ale niedługo trzeba będzie coś postanowić.

środa, 22 lutego 2023

1164. Zadowolona.

Się ekstremalnie dobraliśmy, straszna z nas para, nie pamiętam w jakiej sytuacji Fred tak powiedział, ale true story. Kochany miał mieć krew pobieraną po południu (markery, jak zwykle o tej porze roku), więc na głodniaka czekał przed Centrum, żebyśmy mogli pomknąć do Dublina (robiłam dzisiaj za elfa, trochę świrowałam w glanach, poza tym spokój, granty się dopiero rozkręcają). Sprawa w szpitalu została załatwiona błyskawicznie: gdy przyszliśmy był numer 16, małżonek dostał numer 17, dłużej mu zeszło na bajerowaniu pielęgniarki (od której dowiedział się, że niejaki Irek zmarł na guza mózgu już jakiś czas temu). Oczywiście nie wróciliśmy na wieś od razu, zatrzymaliśmy się w Swords, żeby w pawilonach pójść do Milano na pizzę i zaliczyć włóczęgę w poszukiwaniu prezentu dla Fredowej szwagierki (tej jednej, której mąż prezenty kupuje). W drodze powrotnej do parkingu zauważyłam kogoś ze znakiem krzyża popiołem na czole uczynionym (aha). 

I tak, w domu po siódmej. Poza wyciągnięciem aparatu, żeby zrobić fotkę Księżycowi w koniunkcji z Jowiszem i Wenus, nic się mi już nie chciało. Było ostatnio magisterskie nieróbstwo, a jednak spotkała mnie miła niespodzianka (kwestionariusz ktoś tam od czasu do czasu wypełnia), małżonek jeszcze próbował pomóc dzwoniąc do kolegi ze woja studiów (tak jakby, w zasadzie to z miasta tego samego), Wodeckiego. Jeszcze gościa nie znam, może poznam, ale to w marcu, dzisiaj robię NIC. Dobrze było dać się wozić, objadać, trzymać za rączkę i wyglądać na mądrzejszą niż się jest, więc nie psujmy tego. O wizycie Bidena w Polsce i gdzie indziej oczywiście słyszałam (no i fajnie). Narcyzy kwitną już wszędzie jak wściekłe, na klombach i przy drogach. 

wtorek, 21 lutego 2023

1163. Czasem szaro, czasem słońce.

O pierwszej w nocy obudził nas wrzask. Jakiś kot próbował wejść przez okno i wpadł na Ryszarda drzemiącego na parapecie. Bez gonitwy z łapoczynami się nie obeszło, Fred wyskoczył z łóżka, ale wypadki toczyły się tak szybko, że nic pewnego nie zobaczył. Twierdza została obroniona.

Mieliśmy dzisiaj wolne oboje, po śniadaniu posnuliśmy się do Drołdy w bardzo dobrych humorach (do tego ja nadal rozbijająca buty). Kawa u Aury i łażenie przy zakolu rzeki. Pogoda była zmienna, raz szaro, raz słońce, ale gdy zeszliśmy do kanału wiatr ustał i spacer był bardzo przyjemny. Po drodze spotkaliśmy człowieka i jego charta, szkoda że nie zapytałam o rodzaj, ale pies przypominał rasę saluki, z jedwabistymi uszami i ogonem. Piękny. Rzeka szumiała, ptaki śpiewały.



No ale potem znaleźliśmy jeża, zapewne potrąconego przez kosiarkę. Chwila wahania zadecydowała o tym, że nic w tym temacie nie zrobiłam i teraz mnie to męczy. Następnym razem po prostu się nie pytać, co należy zrobić, tylko zrobić. Przepraszam Cię, jeżu.

Humor mam zepsuty, trochę pogrzebałam przy excelu i to cały mój wkład intelektualny na dzisiaj. Jeszcze Celt napisał, że się do nas odezwie późniejszym wieczorem. Ech, idę pod prysznic.
___
edit 23:15 Dobrze jest się wygadać, o czymkolwiek. Rozmowa z Celtem trwała prawie dwie godziny (mijające błyskawicznie). Teraz w łóżku, lepiej nastawiona do świata.

poniedziałek, 20 lutego 2023

1161-1162. Do przodu.

Niedziela.
Jestem na etapie w którym myślę, czego to ja nie zrobię, gdy będę uwolniona od obowiązku pisania i myślenia o pracy. Nie, że wczoraj pisałam, ale myślałam dużo, a to mi szkodzi. Chcę kupić książkę Joan Dion The Year of Magical Thinking i już mnie męczy, że jeśli ją kupię, to i tak długo nie będę mogła jej przeczytać. Well ... dzień był przyjemny, ale wyszłam na zewnątrz tylko raz na dłużej, kilkadziesiąt minut przestępując z nogi na nogę w moich glanach do rozbijania (są czaderskie!), gdy Fred zrobił sobie przerwę w pracy ogrodowej i pociskał ploty z sąsiadką z naprzeciwka. Teraz wiemy, że siostra Katlin zaczęła chemię. I jeszcze mąż dostał pochwałę, że ma dobry gust (w temacie butów, i w ogóle). Obejrzeliśmy z Kochanym Siedem (1995) Finchera. Kurcze, 27 lat poślizgu, nawet kupiłam w tamtych zamierzchłych czasach numer Filmu z Bradu Pitu na okładce, ale do dzisiaj kreminału nie widziałam w całości. Momentami dobry, momentami Gwyneth.

Poniedziałek.
Wczoraj w Dublinie był marsz poparcia dla migrantów, wiem, bo Gronja wzięła udział. Yh, trza mieć przynajmniej publiczną tv. Tymczasem komunikacja małżeńska, obiadowo-miłosna:

Po powrocie znajduję kota w betach, ciepłego i zaspanego. Rozmawiam z mamą, czy ten alarm RCB na całą Polskę to tak poważnie (poważnie). Po obiedzie (cycki, ryż) trochę zagadywałam ludzi, ale bez spinki. Rzeczywistość odwdzięczyła się mi krótkimi, acz przyjemnymi rozmowami z Czarną (o której byłam pewna, że zrobiła magisterkę, a jednak nie), oraz z Kuzynką Renią (wydała się mi przez te wszystkie dzielące nas atomy całkiem przyjazna i skora do pomocy). Ach, wieczorem 19.3 Midsomer (2017), trochę kosmetyki tekstu, a późno w nocy niespodziewana rozmowa z Celtem. Zadzwonił, odebrałam, kot ziewający został pokazany 

(Fred wrócił do domu. Cudnie. Można iść spać)

sobota, 18 lutego 2023

1160. Dzisiaj nie wiem.

Zakwitły mi pierwsze narcyzy, zauważyłam to po powrocie z długiego spaceru nad morzem. Przy okazji zaobserwowałam, że jakaś menda podgryzała moją kiełkującą roślinność. Daffodile są trujące, czyli samobójca?

Jak widać, najszybciej odpaliły Jetfire (?, chyba, bo teraz nie jestem pewna, które cebule wsadziłam do wspólnej donicy z Lucky Number; napisałam w zeszłym roku na blogu, że zasadziłam "fałszywe" Jetfire, tymczasem to nie one mi kwitną ... może chodziło o inną doniczkę? Albo tracę rozum).

Dobrze było tak daleko pójść z Miłym. Świat szary i trochę mokry, wiatr do zniesienia, morze raczej spokojne. Gdzieś tam ziemia się trzęsie, gdzieś tam Antoni K. ćpa w samochodzie zaparkowanym pod domem, gdzieś tam (całkiem niedaleko) sztorm Otto robi ziaziu. Ale u nas nic z tych rzeczy, nudy, panie. Jeszcze wczoraj Kochany wyprasował milion drobiazgów, w związku  z czym to i owo się nam odgruzowało, zaczęliśmy nawet planować jak poprzestawiać meble, żeby było lepiej. Po kilku ciekawych propozycjach, które nie nadawały się do realizacji, doszliśmy do wniosku, że mózgi nas bolą, a temu domowi niewiele pomoże. Dzisiaj wszystko zostanie tak, jak jest (poza tym, że mąż zmienił fryzurę na bardziej cywilizowaną, bo go ostrzygłam). 

piątek, 17 lutego 2023

1159. W toku.

Rano igiełki deszczu na szybie samochodu, krajobraz przykryty czapką mgły. 

Bilet na operę dla Wu kupiony (szwagier nigdy w operze nie był, ciekawa jestem jego opinii). Wieczorem zaniosłam Anne kawałek pavlovej w podzięce za nasze wejściówki, przy okazji z bliska rzuciłam okiem na Majkela, bo zaskoczony wychynął z salonu (niby zadowolony, ale bardzo źle wyglądał, z outfitu i postury kloszard). Myślę intensywnie, dużo klikam, jednak życie wewnętrzne przy tym poziomie zajętości nie jest szczególnie interesujące w opisie. Wolę pochwalić się obiadem — jedliśmy nadziewane pieczarki (wege były lepsze od bekonowych; oczywiście ich nie zrobiłam, zostały przywiezione z popołudniowego rajdu po Tesco). Najbardziej z wszystkiego chce mi się spać ... gdy wróciłam z pracy położyłam się na chwilę na łóżku i zapadłam w rodzaj mikrosnu z którego skutecznie wybudził mnie dopiero chłód włażący do sypialni przez okno. Poza tym już po obiedzie miałam bardzo dziwną sytuację. Odświeżając kontakty odkryłam, że Basia, znajoma z Neuburga, nagrała się mi na messengerze z prośbą o pomoc ... 2 lata temu. Nie odebrałam tej wiadomości aż do dzisiaj, więc w te pędy poleciałam z przeprosinami. Zostało mi wybaczone, natomiast sytuacja technicznie dziwna. Nie pamiętam, żebyśmy potem ze sobą na ten temat rozmawiały, kłopot został rozwiązany, mnie coś ominęło, 2 lata po prostu wpadły w dziuplę bez dna. Dzisiaj po raz pierwszy usłyszałam głos Basi, którą znam tylko z sieci. 

czwartek, 16 lutego 2023

1158. Aach.

Widoki na operę w marcu bardzo dobre (podwójna wejściówka dla vipów potwierdzona u Anne). Dizziness. Coffee & pączek z budyniem oraz męża towarzystwo pączkowe z różą (po pracy). Niebo spada na nas drobnymi igłami, gdy jedziemy w kierunku domu. W oddali błyska światełko krewetkowca, podobnie jak my zanurzonego w chmurze. Niepokoje statystyczne. Nasza klasa (2013) nieistniejącego teatru Kutów oglądana wieczornie. A z głowy się kurzy.

środa, 15 lutego 2023

1157. Kropka daleko od wytyczonej prostej.

Oboje mieliśmy wolne, dzięki temu poranek był leniwy (poszliśmy spać dopiero po pierwszej), śniadanie wspólne (w tle przeboje Cohena) + pogoda pozwoliła nam na długi spacer. Zrobiliśmy ponad 10 tys. kroków zaglądając za kamienisty winkiel plaży. Szliśmy i szliśmy, niewiele mówiąc, przyglądając się kamieniom, muszlom  i innym morskim znaleziskom:

W drodze powrotnej wstąpiliśmy do wsiowej kawiarenki (kofeina/lody/ciastko z karmelem przy stoliku w kącie).

Fred z powodu senności nie mógł się pozbierać, w końcu zawinął się w kołdrę i obudziłam go dopiero na obiad. Potem każde z nas zostało uszczęśliwione przez jego własny kierunek: wieczorem miałam zaplanowaną seminarkę i dostałam bardzo pozytywny feedback od dr Pierzastej, tymczasem mąż wyjechał do miasta, żeby rozruszać lenia i kupił sobie najbardziej punkową letnią marynarę z dotychczas posiadanych (ciemnozieloną, w żółtą i czerwoną kratę). Z innych rzeczy miłych i ciekawie się zapowiadających, dr wyszła z propozycją spotkania przy dublińskiej kawie w celu omówienia statystyki. Kto wie ... to może się zdarzyć. Dzień zakończony sentymentalnie, starym, dobrze mi znanym filmem Branagha, Przyjaciele Petera (1992). 

(Przeglądając różne badania i ankiety zauważyłam jak często wypełniając kwestionariusze bywam cudaczną kropką daleko od prostej w analizie regresji liniowej)

wtorek, 14 lutego 2023

1156. Walentajnsdej.

Od samego rana silny wiatr i pogoda paciająca okna drobnym deszczem. Zostałam obudzona przez alarm w telefonie i męża, który wręczył mi prezenty walentynkowe: czerwoną torbę Kensington Geigera, zamszowe martensy w różowato-żółtawe maziaje, kaszmirowy szal Zwillingsherz oraz ... brakujące zapięcie do kupionej jakiś czas temu torby na laptopa (Fred załatwił to po kraciastemu). W temacie torby Kensington, w sieci piszą, że to głowa orła. No chyba ślepi są! Widzę kuropatwę, zresztą Ryszard potwierdził:

Rozbijam buty, oglądamy odcinek śpiewającego Reksia (mężowi się melodyjka wkręciła), dyskutujemy o narkotykach w naszym mieście. Po pracy (która polegała głównie na czekaniu, aż menadżerka będzie miała czas na zoom ze mną lub czytaniu tekstów na temat nowego grantu) podłubałam trochę przy magisterce i rozmówiłam się z rodzicami (mama pichciła dewolaj ze schabowego, tatko chwalił się, że niedawno upiekł placki ziemniaczane; ostatnio zawsze są zadowoleni, co bardzo podnosi mnie na duchu). Zjedliśmy z Fredem szybki obiad i pojechaliśmy zrobić zakupy, głównie po to, żebym mogła przewietrzyć głowę. Przy okazji weszliśmy do TK Maxxa, gdzie Kochany kupił bratu kurtkę, a ja mojemu Kochanemu walentynkę (bo tak mam, że wolę zapytać, zamiast robić niespodzianki; Fredowi spodobała się koszulka polo z merynosa Costelloe i czarna koszula w czachy DKNY). Świat wydaje się dzisiaj lepszy, cele bardziej osiągalne. Po dobrej kolacji oglądamy Broken Flowers (2005) Jarmuscha, który znowu pokazuje zupełnie inną Amerykę.

poniedziałek, 13 lutego 2023

1155. Walka z sennością.

Spokojny, prawie nudny poniedziałek ze zwyczajowymi zdarzeniami poniedziałkowymi. Pierwszy dzień ferii, czyli dzień pustych autobusów i tłumu dzieciaków popołudniami biegających po sklepach. Zaszliśmy z grupą dokończyć prace nad ceramicznymi cudami. Do szkliwienia użyłam trzech kolorów, a kiedy skończyłam, z resztek gliny zrobiłam brzydkiego kota (jeśli dobrze się wypali, będzie koślawy kurzołap). Poza tym próby dokończenia power pointa na TT, czytanie długiej i nudnej lektury, walka z sennością. Fred w pracy, może i tym razem wróci przed północą. Kot w końcu śpi (wcześniej marudził, że nie zwracam na niego uwagi). 

niedziela, 12 lutego 2023

1154. I po co tak się turbować?

No i tak na początku trochę słabo się dzień kontynuował, łeb nawalał. Ale Fred przy porannej herbacie podzielił się ze mną pączkiem, a po śniadaniu poszliśmy nad morze, chociaż na chwilę i wbrew temu, że wiatr był dość nieprzyjemny (Fred śpiewał jakieś parodie Pameli, ja wykonywałam przebój Reksia, nawet nieźle mi szło). Przez kilka minut zatrzymaliśmy się też przy ulicy, żeby popatrzeć jak ludzie biegną — od południa we wsi był u nas 5 km marszobieg, Seaside run. Gdy Kochany wyjechał do wieczornej pracy, zaserwowałam sobie pocieszki, 19.2 odcinek Midsomer i nutellę jedzoną łyżką. Rozmawiałam dzisiaj ze sporą grupą ludzi, tylko elektronicznie, ale było to miłe zaiste, bo dużo dostałam wsparcia i pozytywnego feedbacku. Oraz koty, np. takiego od Kaś Matki Kotom:

Albo kot od Marii, Mikołaj:


Jutro już trzeba do pracy, weekend mi tylko świsnął za uchem. Fred powiedział, że może wróci o sensownej porze, więc poczekam siorbiąc herbatę i gmyrając oczami w lekturze.

sobota, 11 lutego 2023

1153. Grá.

Sfrustrowana dzisiaj byłam przez pisanie pracy i inne takie pomniejsze. Z mózgu jajecznica ścięta na sztywno (po południu to już w ogóle) i mężu też się udzielało (Kochanemu doskwierało, że nie mógł się zalogować w parę ważnych miejsc). Próbowaliśmy to jakoś rozchodzić, pojechaliśmy na zakupy spożywcze do polskiego sklepu i Lidla (po drodze Fred oddał na złom stary telewizor i kupił mi różę w opakowaniu z napisem grá), potem Kochany zaparkował pod polem bitwy i zrobiliśmy mały spacer w kierunku miasta deptakiem wzdłuż rzeki (do paszczy wjechały paluszki i pączek, bo zapomniałam w międzyczasie o obiedzie, a śniadanie zaczęło być dalekim wspomnieniem). Na chwilę skoczyliśmy do Woodiesa, gdzie na pocieszkę kupiłam sobie sitko do herbaty (z sową) i foremki do sconesów. Potem jeszcze wysiadłam przy czurczu, żeby zrobić te dodatkowe tysiąc kroków na chatę (wyniki liczenia kroków będą dzisiaj marniutkie). Niebo szare, pewnie też ma rozkminki. A małżonek soli śmietanę zamiast pocukrować, jak miał w głowie swej zamiar. Wieczorem w temacie pracy stupor i zatwardzenie. Napisałam do dr Pierzastej, szukam rozwiązania problemów technicznych i mam nastrój nietęgi. Na to dobre jest zajęcie się czymś innym, tak więc herbata z cytryną pita w najlepszy z możliwych sposobów (medytacja przez siorbanie) i Matka Joanna od aniołów (1969) Kawalerowicza. Film podobał się nam ponad 3 lata temu i nadal tak uważamy. Wytrzymuje porównanie z Bergmanem jak najbardziej. A żeby nie było tyle smuteczków gupich, to powiem, że w tym sfrustrowanym dniu miałam szczęście być wspierana przez Kochanego męża, i Celt mnie podtrzymał na duchu swoim zaangażowaniem, dobry chłopak, i sama z siebie odezwała się koleżanka z poprzedniego psychiatryka, niejaka Ina, zaskoczona, że ja znowu w psychiatryku. Czyli jednak grá.

piątek, 10 lutego 2023

1152. Telewizornia, rodzina, rodzina.

Skończyłam dzisiaj dużo wcześniej, ale do domu i tak zawędrowałam pod szóstą. Najpierw Kochany wpadł do miasta i razem udaliśmy się na obiad w Cedrowych Wrotach. Potem Fred bardzo chciał mi coś pokazać, i pokazał skutecznie. Postanowiliśmy wymienić stary telewizor LG (mąż go dostał w spadku hen lat temu od Ka) na Samsunga 32" (+ był w bardzo korzystnej cenie, + można go łatwo łączyć z internetem). Radość z zakupu się nam rozlała na kawę w Coście (tym razem Aura pochwaliła moją jaskrawą szminkę do ust; nie dbam o to czy pochwała była szczera, ponieważ mam swoją opinię i się jej trzymam), krótki spacer na Ramparts (za bardzo wiało, ale spłoszyłam wszystkie mewy siedzące na barierkach zabezpieczających brzeg rzeki), powrót do Cedar (ponieważ wcześniej niechcący zostawiliśmy tam parasol) i przyokazyjną wycieczkę do księgarni (jest Platon, nie ma Arystotelesa, czy to nie dziwne?).

Z njusów porannych Freda: morfologia później, więc spotkanie z dochtórem przeniesione na początek marca. Wisienka na torcie: tego samego dnia wrócimy do domu we trójkę, ponieważ Wu szybko się zdecydował i już kupił bilety (przylatuje do nas na tydzień). 

Oczywiście było składanie i ustawianie telewizorni (w sensie dokręcania nóżek, łączenia przez wi-fi), oglądanie na nowym tv pierwszego odcinka serialu Droga (tak, staroci z Gołasem), rozmowy z rodzicami (moi chwalili się, że dzisiaj mieli na obiad placki węgierskie w restaurancie pod strzechą, a jutro też im się nie będzie chciało gotować, więc jadą do Greka; teściowa przygotowuję się na pielgrzymkę do Fatimy). Każdy coś tam ma swojego i próbuje to składać do kupy (bardzo dobrze!). Na zakończenie dnia czuję się przewiana, mam dreszcze (spróbuję się ogrzać prysznicem i resztkami obiadu).

czwartek, 9 lutego 2023

1151. Pocieszki.

Rześki, słoneczny chłód. Rano Kochany wysadził mnie pod Centrum i ruszył w dalszą drogę (na coroczną pielgrzymkę do szpitala Beaumont). Spotkaliśmy się ponownie o czwartej, gdy odpękaliśmy każdy swoje. Srogi Fred cały dzień o pustym żołądku, tymczasem pobranie krwi i tak trzeba będzie robić kiedy indziej (cieszę się, że na spotkanie z dochtórem za dwa tygodnie pojedziemy już razem, akurat wypada mi wolny dzień). W głośnikach pierwsza płyta Rush. Po prysznicu naszłam małżonka na rozmowie braterskiej. Wynikło z niej, że na początku marca możemy gościć szwagrowskiego, gdyż Wu ma czas (niby niemożliwe, a jednak!). Czyli kolejny powód do radości, bo w mysiej norce za rzadko przyjmujemy turystów. Krewetki zjedzone na kolację (Kochany nadrabia posiłki), nogi na krześle, w brzuszku ciepło. Obleci ten dzień, not too shabby.

środa, 8 lutego 2023

1150. Sennie i chłodno.

Na dobre ze snu wybudziła mnie pomarańczowa poświata słoneczna pełznąca po ścianie. Sny miałam bezładne (Kochany nastawił budzik na trzecią nad ranem), zajmowałam się w nich cudzymi światami wyobraźni. W kuchni przywitał mnie Ryszard, ciepły, zaspany i gotowy na dokładkę do odtatusiowego śniadania. W nocy zatoki się mi zakitalają, stąd wizje spaceru aż tak mnie nie nęcą, postawiłam na marsz "na sucho" przy oglądaniu czegoś w sieci (padło na pierwszy odcinek 19 sezonu Midsomer). Poza tym pracowałamć miałam nad projektem TT i magisterką ... dobrze to brzmi, ale niekoniecznie tak leciało — dużo czasu zmarnowałam na Drewienko i jej stare blogi (w przyrodzie nic nie ginie), na gadanie z kotem, mielenie w głowie różnych spraw. Fred wrócił około szóstej, w sam raz na obiad (na bazie sosu tomatowego z meatballsami i brązowymi pieczarkami). Z mężem przy boku jestem taka, czy jak wiem ... bardziej rozgarnięta? Ale po herbacie z cytryną to już naprawdę niewiele mam do dodania. Jeszcze 5 minut z niemieckim, i książka ...

wtorek, 7 lutego 2023

1149. Niechciej.

O świcie wybrałam się do pracy (hobbystyczna działalność na wordpressie się dzisiaj przydała jako doświadczenie), Kochany zwinął mnie z miasta krótko po południu, zygzakami, bo był jeszcze zakup prezentu dla szwagra, kawa w Coście i Tesco przemierzane z koszem na kółkach. Pogoda artretyczna (rwie mnie w ramionach). Obiad Fredowy. Słuchamy Kultu i Dead Kennedys. Niechcieja mam.
___
edit 21:00 Aria dla atlety (1979), film nieco gorszy niż myślałam, taki cokolwiek niedorobiony (np. Bolcio Wilhelmiego trochę pokaszlał, zjadł kota, i zaraz rola się skończyła).

poniedziałek, 6 lutego 2023

1148. Dzień Bridżid.

Pierwszy raz mamy w Irlandii bank holiday z okazji święta Imbolc. No i dawaj: wspólne śniadanko i spacer nad morze. Piździło, więc z mężem przebranym za agresywnego kosmitę zrobiliśmy małe kółko po osiedlu domków wakacyjnych. Potem Kochany nie zmieniając ubrania pracował w ogrodzie. Taki zmordowany wyrywaniem zimowych chwastów (tylko oswobodzony z przebrania agresywnego kosmity) Srogi Fred wybrał się ze mną do miasta, najpierw na pizzę/makaron, następnie na kawę w Czarnej: 

Mąż trochę mnie dzisiaj straszy: a to mnie poinformuje, że złodzieje byli w domu (Amber znowu wyjadła Rysiowi szamę, ale ja w sekundę zwizualizowałam sobie prawdziwych złodziei kradnących nasze płyty dvd z polskimi filmami oraz wysuszone na wiór pranie z suszarki), a to się zapyta, gdzie jest nasz samochód (zaparkowany 100 metrów dalej), czyli nerwy mam z deczka zszarpane, a małżonek po powrocie do domu śpi jakby nigdy nic. 

niedziela, 5 lutego 2023

1147. Pokraczne sukcesy.

Przez kilka godzin biedziliśmy się z Fredem ze złożeniem aktualizacji informacji do karty medycznej na temat naszego stanu finansowego. O matko! Przestawiliśmy wspólnie pralkę do pozycji w której była sobie spokojnie, dopóki Kochany nie zaczął czegoś tam sprzątać (ze stresu, że wypełnia papiery). Dzień się nam przez to rozwlekł i już nie wybrałam się na spacer, chociaż kilka dni temu miałam w głowie piękną wizję dalekiej wędrówki w oparciu o ulotne prognozy pogody. Prognozy prognozami, ale trochę zimno. Tymczasem w Polsce leży cienki śnieg, rozmawiałam z mamą, która pokazała mi okoliczności przyrody. Widziałam małą Rozalkę brykającą rezolutnie w czerwonym kubraczku zawiązanym w kokardki na plecach. Wiem też, że koty sąsiadów dochodzące są dwa, łaciatemu Filemonowi tatko smaruje poranioną łapę jakimś mazidłem od weta. 

Rozmawiałam z mamą o planach marcowych i zaraz oczywiście w głowię się mi zaczęło tłoczyć, co to możnaby zrobić, albo gdzie nie pójść. Na głównej scenie Teatru Capitol w czasie naszego pobytu nie ma rzeczy, które koniecznie chciałabym zobaczyć, ale oboje z Kochanym w tym samym momencie zaczęliśmy się ślinić na Cesarza z Mikołajem Woubishetem jak szczerbaty na suchary, więc kto wie. Chciałabym odwiedzić z mamą Muzeum Narodowe, żeby przy okazji powłóczyć się wzdłuż Odry. Wiele zależy jednak od pogody. 

Tymczasem u nas słońce. O trzeciej Fred ubrany w swój mundur zarzucił torbę na ramię, dał mi całusa i tyle go widziałam. Midsomer 18.6 było. Mózg przerzucał mi kartoteki w poszukiwaniu twarzy Davida Yellanda, takiej, jaką znam z serialu The Bretts. Nie wiedzieć kiedy zrobiła się szósta, a tu nic nie stworzone, oczy się zamykają, mózg nie chce wziąć się do pracy, tylko wertowałby blogi wariatów. No i cóż, jakaś tam drobna robótka intelektualna wykonana, informacja o naliczeniu kary za zwłokę z biblioteki uniwersyteckiej przeczytana, pierwsza marchewka maczana w jogurcie czosnkowym ze smakiem zjedzona. Fred w czasie swojej przerwy na szamę mówił mi, że może wróci nie tak znowu późno. Już powiedziałam kotu. No to czekamy. 

sobota, 4 lutego 2023

1146. Rozlazła sobota.

W ciemności pokoju ptasia aplikacja podpowiada mi: paszkot. 

Zmiany ciśnienia? Deszcz bez sensu? W każdym razie Kochany z rana wyjechał pokazać auto panom od przeglądu aut. Samochód przeszedł NCT, chociaż coś w nim nawala, więc Fred po zrobieniu zakupów zajechał jeszcze do mechanika. Zjadłam epickie śniadanie i na chwilę wybyłam nad morze — wiatr był zbyt nieprzyjemny jak na moje standardy, po dojściu do plaży od razu skręciłam w drogę powrotną, dzięki czemu napotkałam Uśmiechniętą Kathleen z córką i dwoma krasnalami. 

Pod domem stał już nasz samochód, Kochany był głodny, zamiast robić drugie śniadanie pojechaliśmy do Forge, gdzie Fred zajął sie hamburgerem, a ja sernikiem z mango. Pogoda niespecjalnie zachęcała do spacerów. Po powrocie na chatę najpierw padłam ja (zawinęłam się w kocykowy kokon, na co przyszedł Ryszard i położył się w celach zabezpieczających poczwarkę), potem Kochany. Deszcz. Oboje byliśmy psychicznie rozmiękczeni do tego stopnia, że obiad zamienił się nam w kolację o ósmej wieczorem.

Teściowa ustaliła datę spotkania z notariuszem, możemy naokoło tego precyzować nasze plany pobytu. Przy okazji dostaliśmy listę dat, kiedy odbywają się msze gregoriańskie za teścia (dlaczego?). 

Drobne poprawki do kwestionariusza oraz czytankopisanki odkładam na jutro.

piątek, 3 lutego 2023

1145. Długiego weekendu początek.

Miły piątek.

Kochany zagarnął mnie z miasta i przywiózł do domu. Na szybkiego zjedliśmy swoje zupy słoikowe (Fred flaki, ja leczo z ciecierzycą) i odpicowani w dziwne rzeczy (nowy kapelutek był przeze mnie pierwszy raz obnoszony) wybyliśmy do Newry, po wypatrzoną przez Freda torbę, i żeby się zderzyć z Aś/Juliją, gdyż bilety kupione, mój urlop zaklepany, w związku z czym powstaje problem dziecka kociego samemu w domu. Julija chętnie się kotem zajmie, jeśli nie wpadnie jej nowa praca na miejscu. Czyli dobrze, ale na szpilkach będziemy czekali wieści, bo plan B się kotu nie spodoba. 

Ach, prezenty były. Fred kupił mi torbę British Belt Company, zieloną, mniejszą wersję własnej, nabytej jakiś czas temu. Torba idealnie nadaje się do transportu mniejszych laptopów. I jeszcze dżinsy Lee typu flare (czyli po prostu dzwony), bardzo fajne. W drodze do domu zajrzeliśmy do Costy na kawę/herbatę oraz skręciliśmy do myjni, bo jutro rano jest przegląd naszego autka. 

Wieczorem nagle odezwała się Anne (w ogóle jej nie widuję, ciągle jest w rozjazdach). Może będziemy mieć zaproszenie na Der Rosenkavalier Straussa. Może, bo musimy się zgrać dostępnością.

Fred słucha Aldarona Czekalskiego.

czwartek, 2 lutego 2023

1144. Groundhog day.

Ostatnio znowu mylą się mi dni. Obudziłam się z piosenką Boys Keep Swimming w głowie, okazjonalnie podejrzewając, że chyba jest poniedziałek. 

Przeszłam różne sprawdziany hartu ducha (poszłam na spacer zamiast wstąpić na kawę do Czarnej, zjadłam własne kanapki na lunch zamiast napchać się chicken goujons, które przygotowano na zajęciach gotowania). Od wczoraj wieczór coś mnie brało, pokonałam to w końcu wieczorem, po tym jak mąż mnie nakarmił obiadem i obudziłam się z królewskiej drzemki. Bawią mnie takie rzeczy: Powcerynacy Zarzuciwszy Galaretę na Ramiona ...

środa, 1 lutego 2023

1143. Oh, you pretty things.

Ranek z Bowiem i jedną z jego lepszych płyt, Station to Station (1976).

... i tą pościelówę lubił Srogi Kris, rzekł Fred o ostatnim kawałku.
Srogi to był Fred, Kris był Jebnięty, rzekłam ja, bo swoje wiem.

Zadzwoniłam do tatki zapytać się jak tam Rozalka po wczorajszej sterylizacji. Kot na dobre rozpanoszył się w pokoju babci Mani, podobno bryka w kubraczku i sobie nie szkoduje. Space Oddity (1969). Pizza na obiad (bo były resztki cheddara do zużycia). Drugi dzień nie chce się mi wychodzić na dwór, cierpią przez to statystyki kroków, cierpi moja głowa nieprzewietrzona. Ale cóż, jakoś do przodu. Nawet ruszyłam zadania z kursu TT i tekst magisterki, odrobinę, ale zawsze to miło. Pomiędzy obejrzałam Midsomer, odc. 18.5, Święci i grzesznicy z Julią Sawalhą. Wiatr znowu duje. Fred pomachał mi z Banbridge snując marzenia o kupieniu przenośnego gazebo. Pewnie wróci w środku nocy i wypuści kota na spacer. Hunky Dory (1971). Ależ na ten wspólny z Fredem wyjazd za miesiąc się cieszę jak norka.