Dobrze, że mam bloga. Inaczej nie pamiętałabym, że kupiłam mleko, żeby rano zrobić naleśniki, których chciało mi się wczoraj po południu. Albinoniego Oboe & Violin Concertos i zapach naleśników, słońce zagląda przez okno, Fred śpi z twarzą wtuloną w poduszkę, kot pochrapuje na tapczanie w Kuchniosalonie.
Dzień upłynął mniej więcej na sprzątaniu (w sensie szorowania podłogi w łazience, jeżdżenia na elektrycznym mopie i układania kilkudziesięciu par butów w miejscu, gdzie nie mieści się kilkadziesiąt par butów). Plusy dodatnie są takie, że Fred przed wyjazdem do Navan zawiesił w sypialni stare zasłony od Jot (dostaliśmy je lata świetlne temu), na miejsce jeszcze starszych starych zasłon, które były stare oraz miały dziurę (dużą, od bardzo dawna). Nie prasuję, w dupie mam, orzekłam zwyczajnie szczęśliwa z powodu Zasłon Zdobycznych. Tematyka zasłon poprzedziła inną jeszcze ciekawszą tematykę: kupić ten dom, zburzyć ściany i w końcu ułożyć wszystko tak, żeby pasowało.
Rodzice odezwali się już po wyjeździe Kochanego do pracy. U nich słońce, akurat wracali z obiadu u chińczyka. Okazanie zwierząt było, wszystko gra i buczy, mała Rozalka tłucze Wojtka jak trzeba.
Wykorzystałam prasowanie bielizny do obejrzenia Midsomer, 19.4 (trup w królikach to coś dla mnie). Jeszcze drobne dodatki do tekstów tu i tam, zerknięcie do pracowniczego laptopa z myślą o jutrze, i kończy się miesiąc, który w mojej głowie co trochę był marcem. Luty: