26 grudnia 2016

ŚWIĘTA,



 Drugi dzień świąt był   czasem  na spotkania ze znajomymi i przyjaciółmi. Mój dom był domem otwartym, więc najczęściej spotykaliśmy się u mnie. Mieszkanie było duże, ale tylko kuchnia i dwa pokoje, bez łazienki, przedpokoju....
Ja miałam mały pokój od kiedy zaczęłam chodzić do szkoły muzycznej i pianino   stało u mnie. Natomiast pokój stołowy miał około 30 metrów kwadratowych i tam skupiało się  nasze życie rodzinne.
Kiedy chcieliśmy się spotkać i potańczyć, rodzice przesuwali stół w kąt pokoju i przy płytach  / pocztówkowych, / mogliśmy się bawić. Nie przeszkadzało nam, że jesteśmy razem z rodzicami, na stole stały jakieś przekąski no i wino  ...ha ha....jedno na 6 osób na cały wieczór. Ale chłopaki byli przezorni, w moim pokoju mieli zamelinowaną buteleczkę czegoś mocniejszego, więc mój tata od czasu do czasu tam zaglądał :).
Przebojami były piosenki Bitlesów,  a moim ulubionym zespołem byli Skaldowie. No i najpiękniejsza  moja piosenka .... "kiedy pada śnieg " Salvatore Adamo....
nastrojowa, ciepła, uczuciowa, kiedy i w nas rodziły się pierwsze uczucia.....


do tej pory mam sentyment do tej piosenki i J.
Był kiedyś taki dzień, kiedy spotkaliśmy się u Danusi w domu. jej rodzice wyszli gdzieś do znajomych , więc mieliśmy tzw. wolną chatę. Ale w pokoju Dany było zimno, trzeba było napalić w piecu, więc chłopaki skoczyli do piwnicy po węgiel - i przynieśli trofeum.... zakurzoną, zakorkowana butelkę. Schowana była ...w węglu. Więc po rozpaleniu pieca,  kiedy już ogarnęło nas miłe ciepło postanowiliśmy sprawdzić co też ta butelka zawiera, okazało się , że była to galaretka..... więc Dana przyniosła talerzyki,  wytrząsnęliśmy  zawartość z butelki i łyżeczkami zjedliśmy ten deser. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy nie mogliśmy wstać od stołu, plątały się nam nogi...
okazało się,  że to było wino winogronowe, które tata Danki kamuflował w piwnicy.... miało pewnie parę lat i było mocne jak na nasze głowy.


a to już zimowe zdjęcie z ciocią Ireną, Mikim i Pimpkiem....

25 grudnia 2016

ŚWIĘTA.....





Wracam wspomnieniami do czasów dzieciństwa i młodości, kiedy żył jeszcze mój tata. Tamte święta były cudowne, niepowtarzalne, z autentycznym ciepłem i miłością. Nigdy później nie miałam takich, wszystkie kolejne były z roku na rok gorsze. Choć starałam się stworzyć swoim  dzieciom klimat, ale ja już nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak z tamtego   okresu.
Miałam z kim śpiewać kolędy,, iść na pasterkę czyli z tatą...., choć później już chodziłam ze swoją grupą.
W naszym mieszkaniu były piece, biło od nich ciepło, w rogu pokoju stała olbrzymia choinka , do samego sufitu, a mieszkanie było wysokie, miało  ponad 3,5 metra wysokości. I skromne prezenty pod nią , dla mnie obowiązkowo książka, czasami była jedna pomarańcza i kilka cukierków mieszanki wedlowskiej. I ta pomarańcza leżała całą noc obok mojej poduszki, szkoda ją było zjeść, do  pokoju stołowego były uchylone drzwi, zapach choinki mieszał się z tym zapachem pomarańczy....w ciepłej pościeli czułam się bezpiecznie. A jeszcze do tego zza okna , przysłoniętego firanką, w blasku latarni / kiedyś jeszcze gazowej/ wirowały płatki śniegu. Nastrój był naprawdę  magiczny i święty, nigdy już później nie potrafiłam tego nastroju odtworzyć we własnym domu.
Wiele bym dała,  aby móc wrócić choć na moment do dni dzieciństwa, gdzie ojciec,  TATA był naprawdę  głową rodziny, i choć było biednie, bo jak mogło być w latach pięćdziesiątych, ale była ta cała  magia. Nie było marketów, telewizorów.....
Teraz niby wszystko można kupić, ubrać choinkę 1 grudnia i świętować.
Pamiętam, że po kolacji wigilijnej w naszym domu przechodziliśmy my, dzieci do cioci Ireny i wujka Władka i tam też czekały na nas prezenty pod choinką. Jabłka, cukierki, czekoladka Danusia.... i znów były śpiewy kolęd, ciocia miała adapter więc puszczała płytę z nagraniami Mazowsza, i tak wspaniale  spędzaliśmy ten wieczór.
Następnego dnia, w pierwszy dzień Świąt obowiązkowo była msza w kościele, później "zimny bufet" jak by to teraz nazwać, była pieczona gęś, kabanoski, mięsiwa / to dla mnie,  bo byłam mięsożerna:)/ rosół z własnoręcznie robionym makaronem...
później wyciągaliśmy poniemieckie , duże sanki,  takie na co najmniej 4 dorosłe osoby, braliśmy psa Mikiego i szliśmy do parku na tor saneczkowy. No i ta jazda prawie kilometr z górki, spod płóz sypał się śnieg, w oczy, w nos, a kiedy sanie podskakiwały na muldach to był pisk....
a teraz ? nie ma śniegu, dorośli wstydzą się wsiąść z dziećmi na sanki,a same sanki ? plastikowe, wymyślne.....
Ech za dużo we mnie sentymentów..... to już nie wróci.
 Kiedy byłam nastolatką, tworzyliśmy zgraną paczkę : ja, Danusia, Jola, Janek, Zenek i Irek...... wtedy już razem szliśmy na pasterkę, a czasami urywaliśmy się wcześniej i szliśmy do Janka siostry na lampkę wina....
ech jak ona smakowała, wracaliśmy później przez całe miasto, chłopaki odprowadzali dziewczyny pod dom, czasami pod tą bramą się przytuliliśmy...., i to wszystko, nikt nie myślał o seksie, choć coś tam się w nas kiełkowało....pod nogami skrzył się śnieg, no a my, panienki w cienkich pończoszkach i kozaczkach do pół łydki, rzadko w czapce ..... ale grzała nas młodość i radość..... i niby z niczego ? .....cieszyliśmy się swoim towarzystwem,
a w drugi dzień  świąt...



zdjęcia z tego roku....

23 grudnia 2016

ŚWIĘTA 2016


Wszystkim moim "wirtualnym " przyjaciołom i znajomym życzę spokojnych i błogosławionych ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA