Czytam ostatnio książkę o dzieciach adoptowanych, Anna Kamińska Odnalezieni. Prawdziwe Historie Adoptowanych.... oraz o ich poszukiwaniach biologicznych rodziców i rodzeństwa kiedy byli już dorośli. Uderzyło mnie to, że prawie każde z tych dorosłych dzieci przez całe swoje życie czuło w sobie jakiś niepokój, jakieś niespełnienie, brak. Psycholog odpowiada, że to poszukiwanie więzów krwi... że są one tak silne, że przebijają wszystko.
Nie wiem czy pisałam juz o tym, ale ja od małego dziecka byłam w domu "odmieńcem". Do tego stopnia, że mama powtarzała mi, że powinnam się urodzić na dworze królowej Anglii. Przykre to było , bo czułam sie inna.... w przeciwieństwie do brata, który był syneczkiem mamusi.
Nie potrafiłam się z mamą dogadać, chociaż pewnie mnie na swój sposób kochała, ale to nie ja byłam jej ukochana córeczką. Taką córeczka byłam dla mojego taty.
Dlaczego o tym piszę ?
pamiętam kiedyś w domu rozmowę, że po zakończeniu wojny kiedy wszyscy przymusowi robotnicy wracali do domu... moja mama nie miała gdzie wrócić, bo zostały zmienione granice. Wtedy powiedziała, że miała wyjechać do Australii z jakimś "kolegą"....ale bała się i on wyjechał sam.
Zaczynam drążyć dopiero teraz ten temat , chociaż zdaję sobie sprawę, że jest już za późno, rodzice nie żyją, a i moje życie stało się pokręcone.
Nie mam korzeni, nie wiem kim jestem..... zacytuję słowa psychologa z książki...
Po maturze zdanej bardzo dobrze, po zdaniu podstawowej szkoły muzycznej zdałam na studia ale się nie dostałam...
Mama była zadowolona, bo stwierdziła, że dwojga dzieci nie utrzyma na studiach / brat dopiero za 2 lata zdał maturę/ a studia są dla mężczyzn. Po co mi te studia - mówiła.
Wtedy przelała sie czara goryczy....trzeba było iśc do pracy bo taki panował wtedy system....
znalazłam pracę daleko, bo w Bieszczadach, w Myczkowcach.... budowała się wówczas zapora na Solinie. Dostałam dokumenty ,że bardzo chętnie mnie przyjmą, ja byłam zdecydowana opuścić dom i wyjechać, bo nic mnie tam nie trzymało. Tak wtedy myślałam.
Ale mój mądry kolega powiedział: Wanda , czy ty wiesz jakie tam panują warunki ? z kim będziesz pracowała? Jakoś mi wyperswadował ten wyjazd.
Dopiero po latach obejrzałam film o tej budowie.... byłam wstrząśnięta.... błoto po kolana, mieszkanie w barakowozach, sami faceci, pijaństwo i ....
Nie wiem jakbym tam sobie poradziła, ja delikatna dziewczyna z rękami pianistki....
a teraz kilka cytatów z książki:
Ludzie, którzy nie mają świadomości swoich korzeni, tego skąd pochodzą, często się gubią i nie mogą znaleźć drogi.
Doświadczenie przez pierwsze dwa lata życia bliskiej i bezpiecznej więzi z matką decyduje o tym, czy potrafimy w przyszłości tworzyć stałe, oparte na zaufaniu , bliskości i miłości związki z innymi ludźmi.
..... Niemiecki psychoterapeuta Bert Hellinger uważa, że między członkami rodziny, czyli systemu, istnieje silna więź, która rządzi naszym życiem. Tej więzi nie da się zastąpić ani pominąć. Adoptowani czują że coś jest nie tak, że oni przynależą gdzieś indziej, że puzzle do siebie nie pasują.Po odnalezieniu tej więzi czują, że układanka nareszcie pasuje.
Ktoś kiedyś powiedział...bez korzeni nie ma skrzydeł.....
Dla adoptowanych najtrudniejsze jest uporanie się z traumą odrzucenia. I sytuacjami, które ją przypominają. Dlatego bardzo boleśnie a nawet dramatycznie odbierają , że ktoś ich nie docenia w pracy, niesprawiedliwie traktuje...
Te osoby , które zostały w dzieciństwie porzucone, są często jakby "zamrożone: emocjonalnie.
Bardzo potrzebujemy nie czuć się sami, mieć w kimś oparcie, i jeśli tego oparcia nie dostaliśmy od rodziców, to często szukamy go u innych, np u partnerów czy przyjaciół.
Anna Hryniewicz- Hasior - psychoterapeutka
Mnie zawsze brakowało dotyku, takiego normalnego przytulenia, pogłaskania, nawet w związkach miałam z tym kłopoty, bo czułam się jak żebrak, który prosi o coś naturalnego. Ludwik dał mi to, przed nim się otworzyłam w zupełności....ale to trwało tylko rok.... do jego pierwszego wyskoku...
wtedy się wycofałam i co rok jest gorzej. Nie potrafię już nikomu zaufać, bo wiem, że ludzie ranią słowami bardziej niż nożem, i robią to z premedytacją.
Zastanawiam się co ja mam wspólnego z tymi adoptowanymi .... przecież miałam pełną rodzinę, rodziców, brata.... ale mnie zawsze czegoś brakowało i to trwa... brakuje mi rodzinnych więzi....
Brat mieszka daleko, ma swoją rodzinę, ale nigdy nie byliśmy blisko, a od momentu jego ożenku rządzi tam bratowa. Czułam się tam zawsze gorsza, bo brat jest dobrze sytuowany, a pieniądze wiadomo..... potrafi dawać tylko " dobre rady" ale serca się od niego nie czuje.
Trochę namieszałam w tym poście, ale targają mną jakieś dziwne podejrzenia, być może bezpodstawne....
więc co ?
Psycholog mi odpowie ? czy może wróżka ?