28 maja 2017

ADOPTOWANI




Czytam ostatnio książkę o dzieciach adoptowanych,  Anna Kamińska  Odnalezieni. Prawdziwe Historie Adoptowanych.... oraz o ich poszukiwaniach biologicznych rodziców i rodzeństwa kiedy byli już dorośli. Uderzyło mnie to, że prawie każde z tych dorosłych dzieci przez całe swoje życie czuło w sobie jakiś niepokój, jakieś niespełnienie,  brak. Psycholog odpowiada, że to  poszukiwanie więzów krwi... że są one tak silne, że przebijają wszystko.

Nie wiem czy pisałam juz o tym, ale ja od małego dziecka byłam w domu "odmieńcem". Do tego stopnia, że mama powtarzała mi,  że powinnam się urodzić na dworze królowej Anglii. Przykre to było , bo czułam sie inna.... w przeciwieństwie do brata, który był syneczkiem mamusi.
Nie potrafiłam się z mamą dogadać, chociaż pewnie mnie na swój sposób kochała, ale to nie ja byłam jej ukochana córeczką. Taką córeczka byłam dla mojego taty.
Dlaczego o tym piszę ?
pamiętam kiedyś w domu rozmowę, że po zakończeniu wojny kiedy  wszyscy  przymusowi robotnicy wracali do domu... moja mama nie miała gdzie wrócić, bo zostały zmienione granice. Wtedy powiedziała, że miała wyjechać do Australii z jakimś "kolegą"....ale bała się i on wyjechał sam.
Zaczynam drążyć dopiero teraz ten  temat , chociaż zdaję sobie sprawę, że jest już za późno, rodzice nie żyją, a i moje życie stało się pokręcone.
Nie mam korzeni, nie wiem kim jestem..... zacytuję słowa psychologa z książki...

Po maturze zdanej bardzo dobrze, po zdaniu podstawowej szkoły muzycznej zdałam na studia ale się nie dostałam...
Mama była zadowolona, bo stwierdziła, że dwojga dzieci nie utrzyma na studiach / brat dopiero za 2 lata zdał maturę/ a studia są dla mężczyzn. Po co mi te studia  - mówiła.
Wtedy przelała sie czara goryczy....trzeba było iśc do pracy bo taki panował wtedy system....
znalazłam pracę daleko, bo w Bieszczadach, w Myczkowcach.... budowała się wówczas zapora na Solinie. Dostałam dokumenty ,że bardzo chętnie mnie przyjmą, ja byłam zdecydowana opuścić dom i wyjechać, bo nic mnie tam nie trzymało. Tak wtedy myślałam.
Ale mój mądry kolega powiedział: Wanda , czy ty wiesz jakie tam panują warunki ? z kim  będziesz pracowała? Jakoś mi wyperswadował ten wyjazd.
Dopiero po latach obejrzałam film o tej budowie.... byłam wstrząśnięta.... błoto po kolana, mieszkanie w barakowozach, sami faceci, pijaństwo i ....
Nie wiem jakbym tam sobie poradziła, ja delikatna dziewczyna z rękami pianistki....
a teraz kilka cytatów z książki:

Ludzie, którzy nie mają świadomości swoich korzeni, tego skąd pochodzą, często się gubią i nie mogą znaleźć drogi.
Doświadczenie przez pierwsze dwa lata życia bliskiej i bezpiecznej więzi z matką decyduje o tym, czy potrafimy w przyszłości tworzyć stałe, oparte na zaufaniu , bliskości i miłości związki z innymi ludźmi.
..... Niemiecki psychoterapeuta Bert Hellinger uważa, że między członkami rodziny, czyli systemu, istnieje silna więź, która rządzi naszym życiem. Tej więzi nie da się zastąpić ani pominąć. Adoptowani czują że coś jest nie tak, że oni przynależą gdzieś indziej, że puzzle do siebie nie pasują.Po odnalezieniu tej więzi czują, że układanka nareszcie pasuje.
Ktoś kiedyś powiedział...bez korzeni nie ma skrzydeł.....
Dla adoptowanych najtrudniejsze jest uporanie się z traumą odrzucenia. I sytuacjami, które ją przypominają. Dlatego bardzo boleśnie a nawet dramatycznie odbierają , że ktoś ich nie docenia w pracy, niesprawiedliwie traktuje...
Te  osoby , które zostały w dzieciństwie porzucone, są często jakby "zamrożone: emocjonalnie.
Bardzo potrzebujemy nie czuć się sami, mieć w kimś oparcie, i jeśli tego oparcia nie dostaliśmy od rodziców, to często szukamy go u innych, np u partnerów czy przyjaciół.
Anna Hryniewicz- Hasior - psychoterapeutka


Mnie zawsze brakowało dotyku, takiego normalnego przytulenia, pogłaskania, nawet w związkach miałam z tym kłopoty, bo czułam się jak żebrak, który prosi o coś naturalnego. Ludwik dał mi to, przed nim się otworzyłam w zupełności....ale to trwało tylko rok.... do jego pierwszego wyskoku...
wtedy się wycofałam i co rok jest gorzej. Nie potrafię już nikomu zaufać, bo wiem,  że ludzie ranią słowami bardziej niż nożem, i robią to z premedytacją.
Zastanawiam się co ja mam wspólnego z tymi adoptowanymi .... przecież miałam pełną rodzinę, rodziców, brata.... ale mnie zawsze czegoś brakowało i to trwa... brakuje mi rodzinnych więzi....
Brat mieszka daleko, ma swoją rodzinę, ale  nigdy nie byliśmy blisko, a od momentu jego ożenku rządzi tam bratowa. Czułam się tam zawsze gorsza, bo brat jest dobrze sytuowany, a pieniądze wiadomo..... potrafi dawać tylko " dobre rady" ale serca się od niego  nie czuje.

Trochę namieszałam w tym poście, ale targają mną jakieś dziwne podejrzenia, być może bezpodstawne....
więc co ?
Psycholog mi odpowie ? czy może wróżka ?


SIEDEM LAT PÓŹNIEJ......




Rozmowa Doroty Wellman z Januszem Wisniewskim...

Dopóki mamy marzenia, nieważny jest wiek w jakim jesteśmy
To jest absolutnie podstawowy oręż.Nie pokonamy upływu czasu , bo w naszym organiźmie zachodzi określona liczba podziałów komórek, działa grawitacja, kobietom opadają piersi, mężczyźni mają mniej cGPM, który usztywnia ich prącie. To są normalne procesy.

Lubie książki Wiśniewskiego , jest świetnym informatykiem , dlatego Samotność w sieci zrobiła taką furorę. Ale jego przemyślenia są bardzo na czasie i świadczą o dojrzałym mężczyźnie.

16 maja 2017

KSIĄŻKI





Nareszcie dotarły do mnie moje przesyłki.... z niecierpliwością odwijałam je z opakowania, bibułek, bo zapakowane były solidnie. Antykwariat, gdzie je kupiłam jest naprawdę profesjonalny i widać gołym okiem, że właściciel kocha książki.
A oto one:

 
to jedna z pozycji, którą czytałam lata temu,  ciekawie opisany świat przez małego chłopca na dalekiej Besarabii, gdzie życie toczyło się wokół majątku, odai, hodowli koni, gdzie opisy sadów, pól uprawnych i stepu przeplatają się ze sobą. Oczami wyobraźni widziałam te słoneczne krajobrazy..... i ja, która nienawidziła kaszy manny , od tego czasu polubiłam mamałygę, widząc ja jako "słońce na talerzu",  choć na pewno nie była tak pachnąca jak ta u małego Stasia.



kiedy rodzice Stasia  zmuszeni byli opuścić te żyzne ziemie i wyjechać do Polski, zatrzymali się w Zakopanem, tam Staś chodził do szkoły, uprawiał sport. I znów te piękne i wesołe opisy.... 
Kiedy byłam z moją najstarszą w Zakopanem  a było to 40 lat temu, mieszkałam przy ulicy,  gdzie stała willa Mak , a poniżej znajdował się budynek szkoły Stasia. Łatwo mi było widzieć oczami  wyobraźni, jak chłopcy wędrowali do szkoły, jak przechodzili obok pomnika Sabały idąc w góry....



kolejna książka.... przeżycia najpierw małego a później dojrzałego Sławka... 
opisy Karpat, Lwowa, Drohobycza, Stryja..... te wszystkie miejscowości są mi bardzo bliskie. Choć nigdy tam nie byłam i pewnie już nie będę,  to jednak te tereny są "jakby moje". Jakbym  się tam urodziła , wychowywała, wędrowała po tych niezmierzonych wzgórzach , kąpała się w huczącym strumieniu.
Pewnie to moja dusza ściśle słowiańska..... może moi przodkowie pochodzili stamtąd ? Tego nie wiem, moja mama urodziła się  w Rudce k. Krzemieńca na Wołyniu. Została wywieziona na roboty do Niemiec kiedy miała 16 lat, i już nigdy nie wróciła na swoją rodowitą ziemię. Mówiła mało i niechętnie o swoim tam życiu , a o niektórych sprawach skrzętnie milczała.... nawet nie wiem jak miał na imię mamy tato, czyli mój dziadek.... Nigdy o nim nie wspomniała, choć miała jeszcze siostrę i brata. Nie wiem co się  wydarzyło ,  że stało się to tabu.
Ale moja dusza i tak hula po tych połoninach karpackich, 



 a to książka , którą chciałam już dawno kupić, piękne rozważania wszystkich tajemnic różańca świętego. A autor, ojciec Amorth był jednym z najbardziej znanych i skutecznych egzorcystów watykańskich.


Jakby to było mało , wypożyczam z biblioteki po 8-10 książek. Jak są interesujące to przeczytam je w ciągu tygodnia, ale czasami trafią mi się "nowoczesne" , które już mi nie leżą, wtedy wracam do swoich.
Choć ostatnio wypożyczyłam piękną sagę:


czytam II część, jest bardzo interesująca, a czytamy ją z Mosią pod leszczyną w ogrodzie, bo w końcu zrobiło się ciepło.
Tak więc pozdrawiam spod leszczyny :)


6 maja 2017

*******



Zbieram się do napisania posta jak sójka za morze..... co zasiądę przed lapkiem  - to opuszcza mnie wena :) a najlepiej myśli mi się w nocy i wtedy mam całą masę pomysłów. Ale trudno jest wstać, iść na piętro i odpalać komputer. A później rano - codzienność, pomysły pierzchają z pierwszymi promieniami słońca i.... da  capo da fine....


Ale coś napisać trzeba, dać znać , że się żyje.... a to życie co jakiś czas daje mi kopa.... wczoraj też,
Czytam spokojnie książkę otrzymaną od Basi, rozmyślam nad tymi słowami....

Zamówiłam sobie w księgarni dwie książki, którymi się zachwycałam, jako nastolatka .... powinny dotrzeć po niedzieli. Ciekawa jestem swojego spojrzenia na nie na  obecny czas. Choć powiem, że brak mi w bibliotece właśnie takich starych, porządnych książek, z opisami, obyczajami, historią.... Wiem, że zamówię sobie jeszcze jedną :)
Bo te nowoczesne to są wg mnie powielane sztampowo.... rodzice bohaterki zazwyczaj giną w wypadku samochodowym, ona rozwodzi się z mężem, pracuje w korpo itd....
ja jestem niestety z innej epoki, wszak urodziłam się w poprzednim wieku i mam trochę staroświeckie spojrzenie na rzeczywistość.
Czytam ciekawe artykuły w Niedzieli i Któż jak Bóg, i właśnie w tym ostatnim natrafiłam na artykuł o. Józefa Witko OFM.... Bóg nie jest magikiem....
 dawno nie czytałam słów w taki sposób bezpośredni podany czytelnikowi a jednocześnie skromny i pełen głębokiej wiary. Chciałabym porozmawiać na ten temat, bo dużo pytań ciśnie mi się na usta, ale nie mam z kim.....
A może jednak ?