Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hospodarstwo mołdawskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hospodarstwo mołdawskie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 marca 2020

Kadrinazi radzi i odradza – cz. XXX



[Tydzień mołdawski, wpis 7/7]

Tydzień z Mołdawią nieco mi się przedłużył, postanowiłem więc go zakończyć recenzją. Tym razem na warsztat wziąłem pracę Dariusza Milewskiego Mołdawia między Polską a Turcją. Hospodar Miron Barnowski i jego polityka (1626-1629), która ukazała się w 2014 roku nakładem Wydawnictwa NapoleonV. Tematyka bardzo interesująca, a znając inne prace Profesora Milewskiego można się było spodziewać bardzo dobrego ujęcia tematu. Jak to zazwyczaj w recenzjach blogowych, przyjrzymy się najpierw ogólnej konstrukcji pracy, żeby na koniec dodać nieco komentarzy.

Praca podzielona jest na trzy rozdziały. Pierwszy obejmuje okres panowania wcześniejszych hospodarów, of Stefana Tomży (okres 1563-1564) aż po bezpośredniego poprzednika Barnowskiego czyli Radu Mihneę. Możemy się tu zapoznać zarówno z polityką polsko-mołdawską tego okresu, jak i z początkami kariery Mirona Barnowskiego i objęciem przez niego, w 1626 roku, tronu hospodarskiego. Drugi rozdział to rok 1627, widzimy tu Barnowskiego lawirującego pomiędzy Polską, Turcją i Chanatem, a także odgrywającego ważną rolę mediatora pomiędzy Warszawą a Stambułem. Z kolei w trzecim rozdziale, obejmującym lata 1628 i 1629, możemy się zapoznać z propolską polityką hospodara, jego zabiegami o indygenat w Koronie, sytuacją Mołdawii w kontekście konfliktu wewnętrznego na Krymie a także w walk o tron hospodarski w 1629 roku i detronizację Barnowskiego. Dowiemy się także o jego późniejszych losach, krótkotrwałym odzyskaniu tronu w 1633 roku a także o egzekucji w Stambule 2 lipca tegoż roku. Bardzo interesujące są aneksy, zawierające 31 dokumentów źródłowych z epoki: listów, instrukcji poselskich czy spisu wojsk kwarcianych na Ukrainie w 1627 roku. Bardzo dobrym dodatkiem jest kolorowa mapa ukazująca Mołdawię i nadgraniczne tereny Korony, Turcji, Siedmiogrodu, Wołoszczyzny i Budziaku, ułatwiające Czytelnikowi śledzenie wydarzeń z tekstu pracy.

Książka jest oparta o bogatą warstwę źródłową, Autor oparł się o wiele źródeł rękopiśmiennych, liczne źródła drukowane i opracowania. Bardzo dobrze zarysowane jest całe tło wydarzeń, widzimy jaką rolę odgrywała w tym czasie i tym regionie Mołdawia, jak w tym kraju ścierały się wpływy sąsiednich krajów. Co więcej narracja nie skupia się tylko i wyłącznie na osobie hospodara i jego polityki. Mamy tu bowiem i rajdy tatarskie i kozackie, kwestie nielicznego wojska kwarcianego ochraniającego po 1626 roku granice Korony przed Tatarami, a także zagadnienia polityki polsko-tureckiej. Autor w bardzo interesujący sposób przedstawia pozycję Barnowskiego w niesamowitym tyglu polityczno-wojskowym, widzimy jak hospodar starał się utrzymać swój tron a jednocześnie zbliżać się do Polski. Bardzo interesujący jest epizod wojny domowej na Krymie i interwencji Kozaków w tym konflikcie – jak sądzę może to zainteresować wielu Czytelników.

Końcowa ocena [według rankingu – trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to trzeba mieć. Interesująca tematyka, bardzo dobrze opracowana merytorycznie, oparta o mnóstwo źródeł. Okres 1626-1629 w Polsce kojarzy się przede wszystkim z wojną o ujście Wisły, warto więc poczytać co działo się wtedy na południowych rubieżach i jaki miało wpływ na sytuację w regionie.

niedziela, 29 marca 2020

Podpisujemy niniejsze poddanie się własnemi rękami naszemi



[Tydzień mołdawski, wpis 6/7]

W dzisiejszym wpisie kolejny hospodar z nader dobrymi relacjami z Koroną, czyli Jeremi Mohyła. Na dwór w Jassach w 1595 roku wprowadziły go kopie i szable (he, he, he) polskich wojsk Jana Zamoyskiego, nic więc dziwnego, że nowy władca Mołdawii złożył przysięgę wierności i posłuszeństwa królowi Zygmuntowi III. W sumie przydało się, bo już cztery lata później w hospodarstwie znów pojawiły się wojska polskie, wspierając Jeremiego przeciw Michałowi Walecznemu.



sobota, 28 marca 2020

My życzliwości nasze koronie oświadczając



[Tydzień mołdawski, wpis 5/7]

Tym razem na blog zawita Chorwat Kacper Grazziani, który hospodarem Mołdawii był nader krótko, bo tylko pomiędzy 1619 i 1620 rokiem. Znamy go chociażby z nieszczęsnej wyprawy cecorskiej hetmana Żółkiewskiego, tu jednak notka o czymś innym. Oto bowiem list hospodara do urzędów Grodzkiego i Miejskiego Lwowskiego, w którym Grazziani martwił się o jarmark odbywający się w Śniatyniu. Miasto to, leżące na ważnym szlaku handlowym, słynęło właśnie z jarmarku, gdzie przybywali kupcy z hospodarstw. Jak widać nowy władca Mołdawii chciał by jarmark odbywał się bez przeszkód, stąd jego zapewnienia dla strony polskiej i żądanie, by jego list został udostępniony polskim kupcom.






czwartek, 26 marca 2020

Życząc należytą wdzięczność Naszą oświadczyć...



[Tydzień mołdawski, wpis 4/7]
Hospodar Stefan Petryczejko zasłynął przede wszystkim z przejścia na stronę polską w czasie kampanii chocimskiej 1673 roku. Nie udało mu się jednak utrzymać hospodarskiego tronu, musiał więc wraz z rodziną i najbliższymi sojusznikami uciekać do Polski. Tu wziął go pod swoją opiekę Jan III Sobieski, który postanowił go wynagrodzić Petryczejkę i jego najbliższych polskim indygenatem (nadaniem szlachectwa). Nastąpiło to w 1676 roku, w czasu sejmu. Poniżej akt owego indygenatu, gdzie oczywiście hospodar mołdawski nazywany jest wołoskim (przypominam odpowiedni wpis na ten temat). Oprócz tego widzimy tam nadanie rocznej pensji w wysokości 20 000 złotych, która miała pomóc byłemu hospodarowi w utrzymaniu się na wygnaniu.




środa, 25 marca 2020

Oby ci Bóg nie przebaczył, że zbyt wysoko nosiłeś głowę



[Tydzień mołdawski, wpis 3/7]

Przy okazji tygodnia mołdawskiego nie można oczywiście zabraknąć fragmentu z Latopisu Mirona Costina. Opowie nam on tym razem o buncie bojarów w 1615 roku, kiedy to próbowali oni obalić pro-tureckiego hospodara Stefana II Tomszę. Jak to z reguły u Mołdawian było, cała afera zakończyła się krwawo. Jako bonus, będzie bardzo ciekawa informacja dotycząca wojskowości mołdawskiej.

Tak jak panowanie wszystkich tyranów, czyli właściwie rozlewców krwi, we wszystkich krajach na świecie jest znienawidzone, tak [znienawidzone było] i panowanie wojewody Tomszy. Nienawidzili go i bojarzy, mimo że byli w większości z jego rodziny, w osobach logofeta Beldimana, dwornika Barboiu, hetmana Sturdzy, wisternika Boula, ale nawet oni nie byli bez obawy śmierci, jak to się mówi: co płynie przez wszystkie godziny odwleka się o dni. I wszędzie gdzie panuje strach nie ma miejsca na miłość. Odnośnie do tego, pewien cesarz pytał pewnego mędrca, jakim ma być cesarzem, aby go wszyscy kochali? Odpowiedział: "Jeżeli nie będziesz, cesarzu, nikogo straszyć". Szczęśliwi są ci władcy, którym poddani służą z miłości, nie ze strachu, gdyż strach powoduje nienawiść, a nienawiść i tak zawsze później wybuchnie.
Tak zdarzyło się i w przypadku wojewody Tomszy. Ponieważ bojarzy wszystkie dni przeżywali w strachu, zmówili się wszyscy, przeciągnęli wszystkich żołnierzy i mirzów do swej partii i pewnej nocy wyszli wszyscy do wsi Cucuteni i stamtąd rozkazali wojewodzie Stefanowi, ażeby dobrowolnie ustąpił z tronu, gdyż nikt nie może kontynuować panowania z takim rozlewem krwi.
Przeraził się wojewoda Tomsza tej rebelii, zagrzewając do walki tych, co byli obok niego, zawołał drabantów, którzy byli związani słowem z tamtymi żołnierzami. Skoro jednak zobaczyli pieniądze, którymi sypnął wojewoda Stefan, stanęli po stronie hospodara. Zwołał też targ na żołd. Zebrał się więc także u wojewody Stefana tłum z targu, z sług handlarzy i ludzi nikczemnych. I zdarzyło się, że przybyło wówczas kilka chorągwi konnicy z dolnych okręgów na zwiady i stały w Tomesjti. Pospieszył wojewoda Stefan do nich z żołdem i przeciągnął na swą stronę.
Żołnierze, którzy byli z bojarami, widząc, że wojewoda Stefan zwołuje na żołd, choć przysięgli bojarom, rozpoczęli licznie, według obyczaju naszego narodu, zupełnie bez przyczyny zrywać z bojarami i przybywać do wojewody Stefana. I natychmiast partia bojarów zaczęła słabnąć.
Skoro bojarzy zauważyli, że wojewoda Stefan nie opuści dobrowolnie tronu, przyszli wydać mu walkę i wojewoda Stefan wyszedł im naprzeciw ze swą bandą od granic miasta, niedaleko studni Pacuraru i wyprowadził wojewoda Stefan całe miasto, z jaką kto miał bronią. I konnicy, którą miał, rozkazał uderzyć na przybyłych, na tłum bojarów od tyłu.
Niezwłocznie zaczął się rozpadać tłum bojarów, więc i bojarzy uciekali, dokąd kto mógł, z których na miejscu schwytano dwornika Barboiu i później jego syna. Więc starego Barboiu natychmiast wbito na pal na skraju miasta, jego syna zaś wysłano, aby go powiesić na wrotach domu jego ojca. Natomiast Beldiman, Sturdza i Boul schronili się do Ziemi Munteńskiej, ale i ci wszyscy nie przeżyli, o czym zobaczysz opowieść w kolejności. Ilu schwytanych doprowadzono, wszystkich [wojewoda Stefan] zabijał z napomnieniem, co miał we zwyczaju: "Oby ci Bóg nie przebaczył, że zbyt wysoko nosiłeś głowę". Wszystkim czynił takie napomnienie.

A tak oto nagrodzono żołnierzy którzy wsparli hospodara przeciw buntownikom:
Drabanci zostali bardzo dobrze ubrani przez wojewodę Stefana za wierność, jaką okazali stojąc za nim w okresie rewolty bojarów. Jak żaden z hospodarów troszczył się [on] bardzo o piechotę, wszystkie szaty [miała ona] z flandryjskiego sukna, z guzikami i szamerunkiem srebrnym na wzór hajduków z Polski, ze srebrnym piórem przy czapce i ze srebrną blachą przy boku ładownicy.

Co ciekawe, zaraz po zdławieniu buntu bojarów, Tomsza został pokonany przez wyprawę z Polski, zorganizowaną przez Elżbietę Łozińską, wdowę po poprzednim hospodarze, Jeremim Mohyle. To już jednak, jak mawiają, zupełnie inna historia…


wtorek, 24 marca 2020

Są to ludzie dzicy, ale bardzo mężni.



[Tydzień mołdawski, wpis 2/7]

Mołdawska wojskowość XVII wieku nie była zbyt ceniona w Europie, kraj skupiał się bowiem albo na wojnach domowych albo uczestniczył jako niechętny sojusznik w kampaniach tureckich. Sprawa prezentowała się jednak zupełnie inaczej w XV i XVI wieku, kiedy to Mołdawianie walczyli bodaj przeciw wszystkim swoim sąsiadom, nierzadko ze sporymi sukcesami. To wtedy kanonik Stanisław Orzechowski tak oto miał opisać Mołdawian:
Są to ludzie dzicy, ale bardzo mężni. Nie ma drugiego narodu, który by mają kraj tak mały walczył o sławę wojenną z takim bohaterstwem przeciw tylu na raz otaczającym ich nieprzyjaciołom, którzy albo wojnę wydają, albo przed nimi się bronią, Stefan[1], który za życia ojców naszych panował w Dacji[2] pobił i zwyciężył w wielkiej wojnie niemal jednego lata[3] Bajazeta tureckiego[4], Macieja węgierskiego[5] i Jana Olbrachta[6] polskiego.

Sami Mołdawianie byli jednak nieco innego zdania o swoich walorach wojskowych w XVII wieku. Dymitr Kantemir (1673-1723), hospodar mołdawski, pisarz i historyk (to ten przystojniak którego widzimy powyżej), pozostawił po sobie wiele interesujących opisów Mołdawii, jej historii i jej wojskowości. Wśród jego zapisków znajdujemy i taki:
Pięciu Tatarów krymskich warto więcej niż dziesięciu budziackich, a pięciu Mołdawian – więcej niż dziesięciu Tatarów krymskich, pięciu zaś puszczan bije dziesięciu Mołdawian.
Owymi zagadkowymi puszczanami byli tzw. tigheceni/codreni. Byli to mieszkańcy puszczy nad rzeką Prut, chroniący granicę przed rajdami Tatarów budziackich. W XV wieku miał ich być aż 12 000, w XVI wieku 8000. Była to nieregularna jazda, która miała walczyć tak dzielnie z Tatarami że Kantemir w swoim Opisie Mołdawii miał ją nazwać najsilniejszym puklerzem Mołdawii.


[1] Stefan III Wielki (1433-1504), hospodar mołdawski w okresie 1457-1504.
[2] Mołdawii.
[3] Chodzi oczywiście o kilka konfliktów, toczonych w czasie panowania Stefana.
[4] Sułtan Bajazyd II (1447-1512).
[5] Maciej Korwin (1443-1490), król Węgier, Chorwacji i Czech.
[6] Jan I Olbracht (1459-1501), znany z nieszczęsnej wyprawy bukowińskiej.

poniedziałek, 23 marca 2020

Poszukiwany Mojsze Jakubowicz





[Tydzień mołdawski, wpis 1/7]

Nasz blogowy tydzień mołdawski zaczynamy od afery z fałszerstwem i gorącego apelu w sprawie zatrzymania złoczyńcy. Oskarżać będzie Miron Barnowski-Mohyła, z łaski Bożeh wojewoda i hospodar dziedziczny Ziem Mołdawskich, dokument sporządzono w Jassach 5 stycznia 1629 roku a oblatowano w Przemyślu 12 marca tegoż roku. O co więc apelował hospodar?

Wszem wobec i każdemu z osobna komu to wiedzieć należy wiadomo czynimy, iż Mojsze Jakubowicz, Żyd przemyski, bawiąc w państwie naszym przez czas pewny, a udawszy się za człowieka rzemiosła złotnickiego, pieniądze fałszywe mimo wiadomość naszę robił, któremi niemal wszystko ziemię zaraził. Nad to zabrawszy niemało srebra stołowego na robotkę pofałszował, podmieniał, złe za dobre udał i szkody nam więcej niż dwadzieścia tysięcy uczynił. Za co gdy był jako zdrajca do więzienia podany, wyśliznął się swawolnie do państw koronnych i dotąd żadnej nam satysfakcyjej względem szkód tak wielkich nie uczynił, ani czynić chce. Przeto żeby jako zdrajca i Korony Polskiej i Ziemie naszej szkodliwej zaraza, przez wszelakich pretekstów i faworów według praw koronnych za takowe postępki swoje zostawał karany, uprzejmie żądamy niniejszym listem naszym.

Nie wiem czy nader obrotnego Mojsze złapano i wydano hospodarowi, ciekawe więc jak się ta cała historia skończyła.

sobota, 6 lipca 2019

A nie mówiłem wam?



Dziś na blog znowu zawita Miron Costin, tym razem z opowiastką o Radu Mihnei za czasów jego drugich rządów w hospodarstwie mołdawskim (1623-1626).  Będzie to nader mądra opowieść o tym, jak łatwo można dochrapać się zaszczytów i jak jeszcze szybciej można je utracić. A to wszystko przyprawione, bagatela, makabryczną liczbą 300 batów. Panie Mironie, prosimy…

Miał wojewoda Radu sługę, jeszcze ze swego dzieciństwa, którego oceniając, że nie jest z natury odpowiedni na bojara, mamił zwlekaniem, ale bojarstwa nie dał. Ten, widząc się poza szeregiem innych, z natury ludzkiej, co zawsze w życiu pilnuje, aby być wśród tych, którzy stoją na czele, prosił metropolitę i bojarów, aby przemówili za nim, aby nie został zapomniany, będąc sługą od tak dawnego czasu i oczekując, aby przy szczęściu swego pana i on znalazł się między ludźmi. Przemówili bojarzy za nim, aby nie został zapomniany, jako że jest starym sługą, a słudzy lepiej służą w nadziei zasługi u panów, że pomogą i im wejść między ludzi. Odpowiedział wojewoda Radu bojarom: "Nie wypada mi abym nie chciał wypełnić waszego słowa, choć znam naturę tego człowieka i wiem, że nie jest odpowiedni na bojara, dam jednak [urząd], aby wypełnić, bojarzy, waszą wolę". Na drugi dzień wezwał go i dał mu komendaturę nad aprodami, która była w wielkim poważaniu u wojewody Radu i u żadnego hospodara nie byli już aprodowie dywanu w takim poważaniu; wielu aprodów ubranych było w aksamity i kabanice ozdobione kuną i lisem. I jeśli do kogoś i do jakiegoś bojara szedł z listem, na nogach stał bojar, dopóki nie został przeczytany list. Nie minął tydzień, jak przyszła skarga z miasta do dywanu od jakiejś kobiety na tego nowego komendanta, że uczynił przemoc i pobił ją w mieście. Przyszedł wojewoda Radu do bojarów i powiedział im: "Nie mówiłem wam, że ten człowiek nie nadaje się na bojara?" A do tamtego powiedział: "Ja, bratku, i tak mówiłem, aby nie dawać ci bojarstwa". I powiedział armaszowi, aby wziął korbacz, położył i dał mu 300 batów.



środa, 5 września 2018

Czerwoni drabanci




[rysunek tylko poglądowo, żeby był ktoś z okolicy w czerwonym stroju...]


Kontynuując przeglądanie zapisków Pawła z Aleppo, tym razem okruchy informacji o wojskach mołdawskich i wołoskich w 1653 roku. W sumie nic nowego, ale zawsze jestem łasy na drobiny źródłowe o wojskach hospodarstw.

W Jassach, kiedy patriarcha miał udać się na audiencję do hospodara, przybyła po niego eskorta około pięćdziesięciu żołnierzy [pieszych] czyli janczarów, wszyscy ubrani na czerwono.

W opisie bitwy pod Popircani, stoczonej 1 maja 1653 roku,  wspomina o tym, że nowy hospodar Jerzy Stefan wysłał do ataku na tabor kozacki pewną liczbę swoich Drabantów, ubranych w czerwone wełniane stroje, a było ich z 800. Paweł zaznacza, że mieli być oni wyposażeni w muszkiety.

Przy okazji wizyty na Wołoszczyźnie często są wspomniani drabanci i tzw. „Sakams” (nie mam pojęcia co angielski tłumacz tu wymyślił, może chodzi o semenów?), jako piechota uzbrojona w muszkiety i szable. Niestety brak informacji o barwie.


piątek, 6 lipca 2018

Problemy z mołdawskim winem



Historia panowania hospodarów mołdawskich i wołoskich pełna jest spisków, mordów i tortur; politycznego lawirowania pomiędzy Turcją i Polską (z domieszką Siedmiogrodzian, Tatarów i Kozaków). Kilkakrotnie już cytowany na blogu Latopis ziemi mołdawskiej Mirona Costina[1] to niezrównane źródło opisujące – często nader dosłownie, nie szczędząc przykrych szczegółów – taką polityczną walkę o tron. Dziś taki właśnie wyjątek z 1619 roku, opisujący walkę hospodara Grazzianiego (to pan którego widzimy powyżej) z opozycją bojarską. Ciekawy jest szczegół o owym ziele przeciw truciźnie, zapewne była to roślina nader przydatna mołdawskim i wołoskim politykom…

Wkrótce wojewoda Gaspar[2] poczuł, że stracił zaufanie u Turków, umyślił więc silniej związać się z Polakami, namawiając ich przeciw Turkom. I natychmiast osadził w zamku chocimskim polskich żołnierzy, oddając się wyraźnie wraz z krajem pod ich opiekę. Nie mógł jednak zupełnie swobodnie przeprowadzić swojego zamiaru z powodu bojarów, którzy przewidując co będzie później, nie zgodzili się, aby nie przyszło jakieś niebezpieczeństwo dla kraju. Na czele bojarów stał wówczas wielki dwornik Ziemi Dolnej Bucioc, wojewoda Bazyli[3]  zaś był wielkim wisternikiem za jego rządów. To niejednokrotnie stwarzało pokusę, ażeby zabić grupę bojarów, aby stać się swobodnym w swych poczynaniach, nie śmiał jednak [wojewoda Gaspar] jawnie zabijać z przyczyny kraju, ponieważ Bucioc cieszył się w kraju szczególnym poważaniem. Wojewodę Bazylego natomiast wrzucił do ciemnicy i posłał na męki podając przyczynę, że nie zdał rachunku z sum pieniężnych skarbu, mimo że był w trakcie ceremonii ślubnej. Bucioca zaś zamierzał otruć. Pewnego dnia zatrzymał go przy stole, okazał mu łaskawość, skłaniając Bucioca do wesołości i postawił [na tym], aby mu podano truciznę. Bucioc natychmiast poczuł, że został otruty, wstał od stołu i poszedł do domu, mając zioła przeciw truciźnie dane mu przez pewnego przyjaciela doktora, gdyż oczekiwał on tego od wojewody Gaspara. Natychmiast zażył zioła i zaczął zwracać truciznę z wielkim zagrożeniem życia. Na drugi dzień uczynił się chorym także wojewoda Gaspar winiąc stolników, że potrawy były spleśniałe.



[1] W przepięknym tłumaczeniu Ilony Czamańskiej.
[2] Kacper Grazziani, pochodzący z Chorwacji, panował jako hospodar Mołdawii w okresie 1619-1620.
[3] Łupu Coci, pochodzący z Albanii, piastujący różne urzędy na dworze mołdawskim w latach 1620-1628. W okresie 1634-1653 panował jako hospodar Mołdawii, znany pod imieniem Bazylego.

piątek, 18 listopada 2016

Dzida, buzdygan i trzy kopije


Opisy XVII-wiecznej wojskowości mołdawskiej i wołoskiej są na blogu zawsze w cenie – armie interesujące, a materiałów jak na lekarstwo. Dużą pomocą są tu opisy poselstw przejeżdżających przez hospodarstwa, z  reguły w drodze do lub z Turcji. Znalazłem kilka takich ciekawych wyjątków z 1640 roku, kiedy to polskie poselstwo Wojciecha Miaskowskiego, w drodze do sułtana, zawitało do Jass.
Na pół mile od miasta naprzeciwko JMci P. Posłowi hospodar[1] wysłał brata swego i hetmana, i kanclerza, i wszystkich senatorów, i 6 chorągwi Kozaków żołnierza, z wojskową muzyką.
Owi ‘Kozacy’ mogą być zarówno najemnymi Zaporożcami jak i po prostu jazdą (kozakami) najemną, która była złożona z dość międzynarodowego towarzystwa.
Kilka dni później hospodar Lupu postanowił po wizycie w cerkwi wybrać się na przejażdżkę, oczywiście z odpowiednią eskortą.
Tym krajem przed nim szło trzy chorągwie Kozaków. Po tym kilkadziesiąt janczarów piechotą szło z muszkietami. Po nich dwa konie powodowane. A sam hospodar za nimi na siwym koniu wołoskim jechał w sobolej szubie, złotogłowy, haftowany wierzch, podle niego dwaj janczarów w szumakach czerwonych, aksamitnych biegło po błocie z dzidami, za nim pokojowy z jego buzdyganem i z szablą jechał i trzy kopije niesiono.
Polskie poselstwo odprowadzał wspominany już niegdyś karałasz, który 4 konie w kolasie cisawe miał, a koń za kolasą.
Po przejściu na multańską (tj. wołoską) stronę, także i tu Polakom towarzyszyła liczna eskorta: raz 3, potem 4, a nawet 7 chorągwi wojska, mamy też nieco opisów wołoskich żołnierzy. W Gorgicach (St. Gheorghe) poselstwo miał przywitać kapitan tego miasta i 4 chorągwi żołnierzów na wałachach dobrudzkich porzannych, koń konia lepszy. Przed miastem samym piechoty 2 chorągwi z muszkietami wyszły.
Z kolei eskorta w Bukareszcie to bojarów osobistych z dziesięć osób, a 7 chorągwi żołnierza, na koniach wszystko dobrych, koń konia lepszy. Z kolei żegnało Polaków kilkanaście bojarów hospodarskich, chorągwi wszystkich 20 – 10 chorągwi konnych, a 10 pieszych – beło pod wszytkimi więcej niż półtora tysiąca.






[1] Bazyli Lupu czyli pan na ilustracji powyżej. 

środa, 10 lutego 2016

Barwiana piechota


Ubawiłem się dziś setnie, czytając komentarz jednego z Czytelników, który stwierdził, że od razu widać, że „historii” uczysz się na grach komputerowych. Popatrzyłem na półkę z płytami, sprawdziłem dysk na komputerze a potem moje konto na gog.com – cholera, żadnej gry historycznej, ale wstyd… No nic, będą musiały na blogu wystarczyć źródła z epoki i opracowania, za co bardzo serdecznie przepraszam Czytelników cechujących się taką historyczną wrażliwością jak użytkownik o wdzięcznym nicku slawekmusamman.

Dziś wyjątek z diariusza Stanisława Oświęcima, który w 1643 roku brał udział w poselstwie do sułtana tureckiego. Po drodze wypadało zajrzeć do hospodara mołdawskiego (w tekście oczywiście zwanego wołoskim) Bazylego Lupu. Oczywiście cytaty dotyczące tego co mnie obecnie najbardziej interesuje czyli mołdawskich wojaków. Jak zwykle to tylko okruchy, ale dobre i to.

Do samych Jas(s) przez wszytkę drogę z Chocimia wyjechawszy, karałaszowie (są to ludzie, których hospodar wołoski po różnych miastach chowa dla prędkiej posługi swojej).

Owi karałasze/karałaszowie byli kurierami, którzy utrzymywali też łączność z Konstantynopolem, stąd też wymogiem dla części z nich była znajomość tureckiego. Wchodzili w skład tak zwanych curtenów/kurtanów czyli dworskich oddziałów samego hospodara.

Gdy Polacy mieli spotkać się z Lupu, towarzyszyła im eskorta z półtorasta ludzi hospodarskich, część barwianej piechoty a część Wołoszy różnej. Do zamku przyjeżdżając, jako przed zamkiem, tak i w samym wielką ludzi wojskowych frekwencyą, to jest bojarów wołoskich, janczarów tureckich, karałaszów, piechoty w barwie czerwonej i inszych ludzi różnych sieła zastaliśmy.

Piechota w barwie to prawdopodobnie drabanci (w tym przypadku to piechota strzelcza, ale nie będąca gwardią). Janczary tureccy to być może semeni, formowani na sposób turecki, a służący na dworze hospodarskim.


poniedziałek, 25 stycznia 2016

Sprawa rycerska - Mołdawianie (Wołosi)


Kończymy wreszcie opisy ze Sprawy rycerskiej…  Marcina Bielskiego, dziś pora na Mołdawian[1]. Tu autor ma dobre rozeznanie, wszak tom widział na onczas gdy z nimi bitwa była pod Obertynem[2]. Widzimy że Bielski chwali ich jako dzielnych, acz nieco prymitywnych wojowników, sporo miejsca poświęca też artylerii hospodara. 





[1] Opisywanych oczywiście jako Wołosi.
[2] W 1531 roku. 

piątek, 22 stycznia 2016

Z muzyką polską i turecką


Hospodarstwa mołdawskie i wołoskie rzadko goszczą na blogu, dziś znalazłem jednak bardzo ciekawe opisy, więc nieco nadrobię. Latem 1678 roku hospodarowie, jako lennicy sułtana, pojawili się ze swoimi wojskami w obozie armii tureckiej w czasie wyprawy na Czehryń. Polecam przy okazji bardzo ciekawy artykuł autorstwa Dariusza Milewskiego, tłumaczący zawiłą kwestię nazewnictwa źródłowego, czyli (cytując) w źródłach staropolskich kraj, zwany obecnie Mołdawią, to Wołoszczyzna, zaś państwo które dziś mienimy Wołoszczyzną – to Multany.
Jako pierwszy – 28 czerwca – przybył hospodar mołdawski (w diariuszu z którego pożyczam opis to oczywiście Hospodar Wołoski) Antoni Ruset[1]. Jego wojska rozbiły obóz dwie mile od tureckiego, a oficerom sułtańskim prezentowali się partiami, zapewne by nieco zafałszować prawdziwą liczbę wojska. Więc powiadano jakoby ośm tysięcy wszystkich Wołochów[2]być miało, wysłano jednak inspekcję by policzyć ich we własnym obozie. Okazało się, że jest ich tylko ok. 2000, podzielonych na 32 chorągwie: ludzi coś nad dwa tysiące i to barzo nużnych[3]. Do tego ich przydatność wojskową oceniano bardzo słabo, więcej z koszami i inszym do mostów i przepraw [niż do] robienia rynsztunkiem.
Sam Ruset pokazał się jednak z jak najlepszej strony, wjeżdżając z 200-osobową eskortą do obozu tureckiego. Tu pozwolę sobie na dłuższy fragment:
Naprzód szedł znaczek turecki, przed nim Turków koni 30, za Turkami bojarów 12, za bojarami buńczuków 2, po tym muzyka; trębaczów polskich 4 z kotłami usarskimi. Za muzyką koni powodnych 4, jeden po kozacku ubrany, drugi pod dekiem czerwonem, trzeci po turecku, czwarty z polska po usarsku[4], wszytkie konie mierne, jednak dość bogato ubrane.
Po tym sam jachał Hospodar na koniu dzielnym i bogato ubranym, około konia 4 paików[5] w purpurowych żupanach w srebrnych złocistych pasach z [h]andżarami oprawnemi, w czapkach polskich sobolich, z berdyszami nie wielkimi obosiecznymi, w rękach w srebro oprawnemi. Za Hospodarem dwóch młodszi przybranych, z łubiami oprawnemi na dobrych koniach, na ostatku dwie chorągwie w kupie z muzyką turecką.
Dwa dni później nadciągnął hospodar wołoski (czyli według źródła Hospodar Multański) Jerzy Duca na czele 4000 żołnierzy. Tu dysponujemy jeszcze ciekawszym opisem – włącznie ze sztandarami wołoskimi.
Miał chorągwie dość okryte i prawie wszyscy z strzelbą, dzidami, munderowni, insi zaś po petiorsku[6]. Miasto draganów był ze dwa tysiące ludzi z muszkietami, z bębnami dragańskimi i manierą dragańską. Przed Hospodarem szło pięćset petiorców po armaucku; za nimi dwieście w pancerzach z dzidami, wszyscy w kontuszach musułbasowych czerwonych pod rękę. Było i dwie chorągwie Tatarów Lipków, była siła Polaków. Prowadzono przed nim pięć koni po turecku pod kałkanami, sam siedział na koniu dropiatym pięknym; paików sześć około niego, w purpurowych żupanach z złocistymi pasami i [h]andżarami.
Na chorągwiach wszytkich krzyże, a na dwóch co przed samym Hetmanem Multańskim niesiono: na jednej św. Jerzy, na drugiej św. Michał malowany. Pod każdą chorągwią muzyka polska: kotły, surmy, trębacze, a za samym Hospodarem muzyka turecka.
Co ciekawe, w tym samym roku Jerzy Duca miał zastąpić Ruseta w Mołdawii, hospodarem wołoskim na jego miejsce został Serban Kantakuzen.



[1] Antonie Ruset (Rosetti), który zresztą w tymże 1678 roku utracił hospodarstwo.
[2] Czyli Mołdawian.
[3] Zmęczonych.
[4] Jak widać mieli słabość…
[5] Paziów.
[6] Petyhorsku. 

środa, 30 grudnia 2015

Ledwo kto uszedł


Po raz trzeci udajemy się śladami tragicznej wyprawy Stefana Potockiego do Mołdawii, zakończonej w lipcu 1612 roku tragedią pod Sasowym Rogiem. Tym razem opis wypadków poda nam mołdawski polityk i kronikarz, Miron Costin, to jego wizerunek widzimy powyżej. Co ciekawe, dowiemy się z jego relacji co stało się z bojarami popierającymi wyprawę Konstantego Mohyłę – a nie był to los przyjemny.
Potocki przybył, hardy zwycięstwami, które odnieśli jego bracia w tym kraju nad wojewodą[1] Razyanem i później nad wojewodą Michałem, ale, jak powiada Mołdawianin: "Nie zawsze jest Wielkanoc". Szedł bez żadnego porządku, bez straży, bez języka o potędze, aby wiedzieć jaki rodzaj albo jaką liczbę [ludzi] ma nieprzyjaciel, dokąd idzie i czy ma zebrane wojsko. I nie atakował nikogo ani Kantemir[2], ani Mołdawianie, aż przybyli Polacy ze swym taborem na miejsce, które się zowie Sasowy Róg. Wówczas zobaczył Potocki dokąd przyszedł[3].
To miejsce, Sasowy Róg, jest załomem Prutu, załom jest częściowo od strony wschodniej, z przeciwnej zaś strony, gdzie był tabor polski, wody Prutu rozlane są na pola. W tym miejscu ustawił wojsko wojewoda Stefan i Tatarzy zaatakowali Polaków. I wcale nie utrzymali Polacy walki, ale w tej potyczce tak się przerazili i przemieszali, że nawet armat nie zdążyli przygotować do wystrzału. Sam Potocki, chroniąc się i ukrywając swe nazwisko, dostał się między wozy hajduków, ale później hajducy go zauważyli. Wojewodę Aleksandra[4] także wzięli do niewoli Mołdawianie. Wojewoda Konstanty[5] natomiast wpadł w ręce pewnego Tatara, który wiedział kim jest i chcąc mieć zasługę u chana [krymskiego], wystrzegając się Kantemira, wraz z kilkoma czatownikami, których miał Tatar, uciekł z wojewodą Konstantym i jego koniuszym, zwanym Mihalecul. I kiedy przybyli do Dasau[6] wystrzegając się tam znowu Turków, ażeby nie zabrali wojewody Konstantego, znaleźli małe czółno, i sami Tatarzy weszli ażeby się przeprawić. Gdy przepływali Dniepr zerwał się wiatr i łódź przewróciła się do wody i tam utopił się wojewoda Konstanty w Dnieprze. Natomiast Potockiego i wojewodę Aleksandra wojsko krajowe doprowadziło do wojewody Stefana i ten obu ich wysłał do cesarza[7]. Potocki później wyszedł za okupem od posła. Wojewoda Aleksander, natomiast, przeszedł na wiarę turecką, w której i umarł. (…)
Całe pozostałe wojsko polskie popadło w niewolę tatarską i w większości potopiło się w Prucie. Powiadają, że ledwo kto uszedł, że jeśli ktoś przepłynął Prut, łąki za Prutem pełne były chłopów i koszów tatarskich, ci wszystkich chwytali i prowadzili do wojewody Tomszy, najwięcej jednak zabili chłopi.
 Zginęli też wszyscy bojarzy, którzy przyczynili się do przyjścia wojska150, wszyscy ludzie z domu wojewody Jeremiego: logofet[8] Yasile Stroici, hetman[9] Balica, postelnik[10] Chirita i stolnik Miron. Tylko Nistor Ureche nie chciał przybyć z Kamieńca i tak radził innym, aby nie szli, mówiąc im, ażeby zaczekali aż zestarzeje się panowanie wojewody Stefana, gdyż teraz jest panowaniem nowym, a Mołdawianie z natury zawsze są chciwi nowego panowania. Ale nie usłuchali rady dwornika[11] Urechego, jako że najbardziej na świecie nie słucha się we władaniu dobrych rad, a później przyszło niebezpieczeństwo dla nich i dla ich domów. Yasilowi Stroiciowi natomiast przebaczył wojewoda Stefan, tylko pouczył armasza[12] Nicoritę, by go doprowadził, aby oglądał stracenie pozostałych, aby i później obawiał się śmierci, gdyż był Stroici człowiekiem młodym, z dawnego rodu i spokrewnionym prawie ze wszystkimi domami w kraju. Ale dni jego były skończone, jak powiada przysłowie. Widząc, że idzie na stracenie, bowiem armasz nie powiedział mu słowa, chwycił szablę pewnego drabanta, ażeby sam się zabić z odkupieniem [innych], albowiem był człowiekiem z natury odważnym. Ale natychmiast otoczyli go drabanci i nie pozwolili wyciągnąć szabli. Skoro armasz opowiedział to zdarzenie wojewodzie Stefanowi [ten] natychmiast kazał go uśmiercić z tamtymi, rycząc: "O pies, chciał umrzeć ze wspólnikami". I wszystkich tych, których doprowadzono, stracono aż do ich sług i chłopów. Taki rozlew krwi dział się w początkach panowania wojewody Tomszy.
Poprosili bojarzy o pewnego diaka, który był bardzo biegły w piśmie, aby go oszczędził, gdyż jest dobrym uczonym. Odpowiedział: "Ha, ha, ha. Nikt inny nie jest lepszym uczonym niż diabeł". I tego zabił z wszystkimi.
I taki był upadek domu wojewody Jeremiego. Toczyła się ta walka pod Sasowym Rogiem w roku 7120 [1612]. Tatarzy potem natychmiast poszli na grabież do Polski, uderzając nagle i niespodziewanie zabrali wiele łupów oraz wielu ludzi uczynili niewolnikami.



[1] Wojewoda = hospodar.
[2] Tatarski Kantymir Murza, znany jako Krwawy Miecz, wielokrotnie odwiedzał tereny Korony na wycieczkach łupieżczo-krajoznawczych.
[3] Chodzi tu o ostatni, trzeci dzień bitwy czyli 13 lipca 1612 roku.
[4] Aleksander Mohyło, brat Konstantego (patrz kolejny przypis).
[5] Konstanty Mohyło, wspierany przez Polaków kandydat na hospodara.
[6] Oczakowa.
[7] Cesarz to oczywiście sułtan. Wojewoda Aleksander nie wpadł jednak tego dnia w ręce swoich przeciwników, ujęli go dopiero cztery lata później.
[8] Mołdawski odpowiednik kanclerza.
[9] Najwyższy dowódca armii w Mołdawii.
[10] Mołdawski marszałek dworu.
[11] Namiestnik jednej z części Mołdawii.
[12] Urzędnik wykonujący wyroki sądu hospodarskiego. 

środa, 4 stycznia 2012

Malarze znani i nieznani - cz. XLV

Kolejne prace Abrahama de Bruyna, wciąż pozostajemy w 'naszej' części Europy. Powyżej szlachcic węgierski, nacierający na wroga z rohatyną w dłoni. Efekt szarży potęguje rozwiany płaszcz. Zwracają uwagę także długaśne pióra przy magierce. Brak jakiegokolwiek uzbrojenia ochronnego.
U dołu jeździec wołoski, który zapewne także dobrze oddaje Mołdawian z drugiej połowy XVI wieku. Także uzbrojony w rohatynę (tak chyba najłatwiej określić tego typu włócznię), bok osłania mu charakterystyczna bałkańska tarcza.  

poniedziałek, 14 listopada 2011

Hospodar chędogo ubrany i 6 giermków w jarmułkach

Gaspar (Kacper) Grazziani,  hospodar mołdawski, wziął udział z garścią swoich wojsk w wyprawie mołdawskiej hetmana Żółkiewskiego w 1620 roku. Jak ta kampania się skończyła każdy chyba wie, nie przeżył jej ani nasz hetman (który zginął z rąk Tatarów) ani hospodar, zamordowany przez własnych bojarów. Dzięki uprzejmości Witolda Biernackiego (bardzo dziękuję i pozdrawiam!) wszedłem w posiadanie niezwykle interesującego opisu wjazd Grazzianego do obozu wojsk koronnych – kiedy jeszcze nic nie zwiastowało katastrofy. Zobaczmy jak to hospodar popisał się przed Żółkiewskim i zgromadzonym wojskiem:
Sam hospodar na koniu dropiatym, chędogo ubrany; rząd na nim był na pół piędzi szeroki srebrny złocisty kamieńmi sadzony, siodło adziamskie axamitne czerwone, łęk był srebrny złocisty, czaprak axamitny czerwony złotem haftowany, strzemiona wielkie szerokie na pięć srebrne złociste. Sam był przybrany; żupan na nim długi asz do kostek, srebro główny błękitny; po tym deliyka krótka axamitna czerwona ryzami podszyta, na niej ferezja axamitna czerwona sobolami podszyta z długim kołnierzem, petlice w niej srebrne; na głowie czapka aksamitna czerwona sobolami podszyta; u siodła buzdygan srebrny złocisty wisiał. Około niego piechoty szło giermków 6 w kociach żółtych safianowych, w żupanach długich czerwonych falendyszowych i jarmułkach żółtych atłasowych, po nich gwiazdy srebrne były na głowie, każdy z nich miał na iedno ucho przekrzywioną, w pasach srebrnych szerokich z sajdaki przepasanemi tak napięty na iednym ramieniu, a na drugim czekan srebrem oprawny każdy  z nich trzymał.
Samego hospodara poprzedzało 17 halabardników z brodami długiemi, do tego maszerowało także 100 piechoty hospodarskiej. Popis na pewno budził wrażenie, szkoda tylko, że na dobrym wyglądzie się skończyło… 

poniedziałek, 25 lipca 2011

Troskliwi o chwałę i zdobycz

Raz jeszcze powrócę do Opisania wojny Iwona Wojewody Wołoskiego… tym razem by opisać służące hospodarowi żołnierstwo polskie, które było w najwyższej sławie dla swego mezstwa. Poselstwo mołdawskie próbowało wynegocjować u polskiego monarchy Henryka Walezego prawo zaciągu najemników. Nie miały to być oficjalne posiłki wojskowe, ale zaciąg ochotników. Proszono króla, by w Kamieńcu, we Lwowie i po innych miastach przez woźnego kazał ogłosić, że ktokolwiek zechce się udać z orężem na Wołoszczyznę, otrzyma od Hospodara żołd wedle żądania. Walezy odmówił, tak oficjalnego wsparcia jak i zgody na zaciągi, pomoc przyszła jednak z innej  strony. Hospodar zaprosił bowiem Polaków, którzy się nad Dniepr i odnogę morza Czarnego dla zdobyczy zapuścili. Byli to Kozacy, lud tak zahartowany w boju, iż mu zwycięstwo przychodziło do trudu. Co ciekawe, Górecki opisuje owych Kozaków (zamiennie nazywając ich Polakami, które to określenie wydaje się nawet trafniejsze dla tego okresu) jako jazdę, którą słusznie nazwać było można harcerzami, iż nigdy nietrzymając się jednego miejsca, za zdobyczą na nieprzyjaciołach upędzali się z miejsca na miejsce, przez bezdroża, kryjówki i pustynie. Hospodar wezwał ich do walki przeciw zagrożeniu tureckiemu i tatarskiemu, obiecując, że żołd wypłacać im będzie nie już miesięcznie, lub półrocznie, lecz choćby dziennie, w liczbie jaką sami określą.
Łamiąc więc nakazy królewskie, Kozacy troskliwi o chwałę i zdobycz, wnet się udali do Hospodara. Jakimi siłami dysponowali?
Świerczowski (Swiergowski) dowodził ‘pułkiem’ złożonym z 600 konnych, podzielonych na trzy 200-konne oddziały (samego ‘pułkownika’, a także Barzana i Brasłajewskiego). Po 200 koni mieli także Kozłowski i Stużenski, po 100 koni zaś Jaucius i Sokołowski. Całe więc zgrupowanie kozackie to 1200 jazdy.
Kozacy mieli stanowić najlepszą część armii hospodarskiej, prowadząc oddziały mołdawskiego do kolejnych zwycięstw. Doświadczony Świerczowski wspierał hospodar radą i planami bitewnymi. Ciekawy jest ustęp dotyczący zdobycia twierdzy Tejna, gdyż przynosi nam informację o różnym rodzaju uzbrojenia Kozaków (bierzmy pod uwagę, że nie są to tacy sami Kozacy jakich znamy z wojen XVII-wiecznych).  Mamy więc strzelby, strasząc łoskotem i kulami łamiąc szyk nieprzyjaciół; ale i  łuki. Kozaccy (de facto polscy) kopijnicy z kolei mieli mieć niewielkie włócznie, być może chodzi tu o rohatyny? W innym fragmencie mamy jednak i kopije. Żołnierze mieli się osłaniać okrągłemi tarczami.
W obliczu klęski hospodara, gdy ten zdradzony przez część bojarów wpadł w ręce tureckie, Kozacy rzucili się na gęsto skupione wojsko Turków, a zadawszy mu niemałe klęski, wszyscy niemal polegli, jeno niewiele było ciężko ranionych. Część wpadła jednak do niewoli tureckiej, z której jednak po pewnym czasie wykupiły ich rodziny – Kozłowski, Sadorski, Janczyk, Zaleski, Kopytski, Reszkowski, Sokołowski, Libiszowski, Ciszowski, Suciński, Bogszycki. Kozacki pułkownik Świerczowski, także wpadł do niewoli i zależnie od źródeł zmarł w niej lub został po pewnym czasie wykupiony.
Zachęcam do lektury całego Opisania wojny… [wrzuciłem go na http://chomikuj.pl/Kadrinazi ], to bardzo ciekawy przyczynek do historii XVI-wiecznych polskich kondotierów.