Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blenheim 1704. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blenheim 1704. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 stycznia 2014

Marszałek w powozie, rachunek dla królowej i skromny (acz szybki) pułkownik

Bitwa pod Blenhaim to największy i najsłynniejszy tryumf Johna Churchilla, 1-ego diuka Marlborough[1]. Nic więc dziwnego, że nie omieszkał on powiadomić zarówno swojej patronki – królowej Anny – jak i ukochanej małżonki – lady Sary – o swoim sukcesie. Po zakończeniu zaciętego starcia poprosił jednego ze swoich adiutantów o kawałek papieru. Traf chciał, że był to… rachunek hotelowy, najwyraźniej oficer miał tylko taki świstek pod ręką. Churchill napisał na drugiej stronie kartki krótki liścik do żony (tłumaczenie własne, dosyć luźne):

Nie mam więcej czasu niż tylko by błagać Cię byś przekazała moje ukłony Królowej i dała Jej znać, że Jej Armia odniosła chwalebne zwycięstwo. M[arszałek] Tallard i dwóch innych [francuskich] generałów znajdują się teraz w moim powozie a ja ścigam pozostałych [wycofujących się z pola bitwy]. Wiozący [ten list] pułkownik Parke, zda Jej [królowej Annie] pełną relację z tego co się [tu] stało. Ja sam zrobię to [listownie] za dzień lub dwa.

 Pochodzący z kolonii brytyjskich (urodził się w Wirginii) pułkownik Dan(iel) Parke – którego widzimy na obrazie powyżej – popędził co koń wyskoczy by zanieść wspaniałą nowinę do Anglii. Po ośmiu dniach podróży pokłonił się lady Sarze i przekazał jej wiadomość od męża. Ta, zapewne odetchnąwszy z ulgą, natychmiast wysłała go do królowej. Plotka niesie, że gdy pułkownik przyklęknął przed władczynią w Windsorze, ta akurat grała partię domina ze swoim małżonkiem, księciem Jerzym. Parke wręczył jej rachunek… znaczy się notkę od Churchilla… po czym zdał raport z przebiegu bitwy. Zachwycona królowa zapytała pułkownika, jak może go nagrodzić za przyniesienie tak wspaniałej wieści. Ten miał odpowiedzieć, że łaska Jej Królewskiej Mości jest dla niego najważniejsza. Skromność oficera została jednak sowicie nagrodzona: sakiewka z 1000 funtów w złotej monecie i miniatura królowej w postaci zdobionego naszyjnika bez wątpienia była dobrym zadośćuczynieniem za trudy jego podróży. Ech, opłacało się być takim gońcem…



[1] Wiem, wiem… polskie tłumaczenie to ‘książę’, ale zupełnie mi tu nie pasuje. 

wtorek, 6 listopada 2012

Have no fear, we know our duty



Dziś coś lżejszego  - anegdota dotycząca anonimowego brytyjskiego regimentu walczącego w bitwie pod Blenheim w 1704 roku. Major tej jednostki traktował swoich żołnierzy z pogardą i okrucieństwem, doszły go więc słuchy że żołnierze mogą z niego uczynić ofiarę ‘friendly fire’. Słusznie bojąc się o swoją skórę (wszak miał mieć za plecami kilka setek strzelców), przed pójściem do ataku na pozycje francuskie stanął przed swoimi wojakami i obiecał, że jeżeli tylko przeżyje starcie, poprawi swoje zachowanie wobec nich. Ktoś z tylnych szeregów miał wtedy krzyknąć:
- Proszę się nie obawiać, znamy swoje obowiązki [czy raczej ‘zrobimy to co do nas należy’ – w oryginale ‘Have no fear, we know our duty’]
Major odetchnął z ulgą i regiment ruszył do ataku. Jednostka dobrze stawała w bitwie, a major nie odniósł żadnego szwanku – ominęły go zarówno francuskie jak i brytyjskie kule. Uradowany odwrócił się by pogratulować (i podziękować?) swoim żołnierzom. Zdjął kapelusz i zaczął:
- Panowie…
W tym momencie z szeregów regimentów huknęło kilka strzałów i major padł bez życia na ziemię. Ciekawe czy nowy major tej jednostki był nieco milszy dla żołnierzy…