Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 marca 2019

Zakochany misiek



Były już na blogu różne historie o niedźwiedziach, ale takiej grubej jeszcze nie… Karol Ogier i kolejna powiastka z czasu jego pobytu w Gdańsku:
Usłyszałem od jej męża coś więcej o tym, co dotyczy polowania na niedźwiedzie. Opowiadał, że łapy niedźwiedzie uchodzą za przysmak na stołach magnatów i że je zwyczajnie podają przy biesiadach z wyszukanymi potrawami. Zdarza się nieraz, że niedźwiedzie zapłoną miłością do niewiast i bardzo niedawno w Gdańsku oswojony niedźwiedź zgwałcił pewną służebnicę. Ta rozmowa o niedźwiedziach stąd poszła, że w tych dniach niedźwiedź podczas polowania omal nie zabił księcia Radziwiłła, a człeka, który go z tej obieży uwolnił, okropnie straszny potwór pokaleczył. Był ci na tym polowaniu i sam król. Na Litwie chwyta się żywe niedźwiedzie przy pomocy wieśniaków, którzy na zaplątane w sieci niedźwiedzie uderzają z widłami, chwytają je i związane wiodą do miast na widowiska takie jak na przykład , jak gdy niedźwiedzie z bykami albo psami muszą walczyć. Odbywa się to często w Królewcu.
A jako ilustracja nader krwawe ‘Polowanie na niedźwiedzia’ autorstwa Paulusa Pottera z 1649 roku. Oczywiście z moich ukochanych zbiorów Rijksmuseum.

środa, 6 marca 2019

Z gdańskiej księgi horroru - odsłona trzecia



Po dwuletniej przerwie (urok bloga…) wracamy do opowieści z dreszczykiem, które Jan Zierenberg przekazał Charlesowi Ogierowi. Wcześniej na blogu można było znaleźć odsłonę pierwszą i drugą, trzecia zabiera nas do Laponii, znanej kolebki skandynawskiej magii:

Antoni Meidel, Inflantczyk, admirał szwedzki za króla Jana, ojca Zygmunta, wędrując przez Laponię z jednym sługą i z psem, a nie znalazłszy pewnego dnia nic do jadła ni do napitku, natrafił wreszcie na chatę jakieś staruchy, wdowy. Kiedy zażądał od niej jedzenia, utrzymywała, że nie ma ani chleba ani nic do położenia na ząb. Przecież gdy niewiasta z izby wyszła, on, szperając wszędy, dołapał na policy kawały sera za czym ułamawszy kęs jednego rzucił go swemu psu. Kiedy starucha wszedłszy zauważyła to, zagroziła mu że go spotka nieszczęście i w tej chwili pies padł nieżywy. Przerażeni tym i on i jego sługa nie odważyli się już jeść, sądząc przecież, że złości tej czarownicy złożyli tamtą psią duszą wystarczającą ofiarę, przemogli się, by przez tę noc, do świtu przynajmniej, przeleżeć na sieczce. Koło północy porwały jednak admirała tak gwałtowne boleści, że wił się w nich niby opętany lub oszalały przez pełną godzinę, a w końcu została mu po nich cała twarz wykrzywiona, tak że ani mówić nie mógł, ani jeść, ale tylko przez trzcinę można mu było wlewać do gardła polewki i napoje, o ile oczywista w okolicy pełnej tylko dzikiego zwierza można było uwarzyć sposobne i zdrowe polewki. Kiedy po tej metamorfozie puścił się dalej w drogę i przybył w końcu do szałasu jakiegoś starego człowieka, ów staruszek ulitowawszy się nad jego przygodą spytał go, czy chce doznać ulgi i odzyskać dawną twarz; to jednak stać się może tylko pod tym warunkiem, iż zgodzi się podczas kuracji wycierpieć takie same bóle, jak te, które wytrzymał podczas zapadu choroby. Kiedy się na ten warunek zgodził już nie tylko chętnie, ale zgoła łapczywie, musiał się o północy z takimi samymi najokrutniejszymi męczarniami zmagać przez godzinę, po jej upływie jednak odzyskał dawny kształt, zostało tylko przez kilka godzin jeszcze ogromne znużenie w całym ciele.

Dziwna ta Laponia, co krok to wiedźma czy mag, niesamowita kraina. Całe szczęście że staruszek był chaotyczny dobry i pomógł w potrzebie. 


czwartek, 25 października 2018

Aby łaskę swą królewską pokazać raczył



Bitwa pod Lubieszowem/Lubiszewem, stoczona 17 kwietnia 1577 roku, była wielkim zwycięstwem armii Batorego. Jak to jednak często po tego typu starciach, sytuacja zwycięskiej armii nie była godna pozazdroszczenia. Brakowało ekwipunku, żywności i pieniędzy. Nic więc dziwnego, że kiedy dowodzący oddziałami hetman nadworny Jan Zborowski wysłał do króla panów posłów od jegomości pana hetmana i wszystkiego wojska z oddawaniem więźniów mieli oni ze sobą listę z wymienionymi problemami żołnierzy. Themruk wspomniany w tekście to kniaź Temruk Onychowicz Szymkowicz Petyhorski, rotmistrz dowodzący 50-konną rotą petyhorców. Z kolei Pękosławski, który dotarł do obozu już po bitwie, to Stanisław Pękosławski, który rotmistrzował rotą 200 piechurów (złożoną z polskich drabów i węgierskich hajduków).   Zobaczmy więc o co prosiło wojsko swojego monarchę:




czwartek, 19 października 2017

Szkocki pułkownik na gdańskim koniu



Kilka tam temu popełniłem krótki wpis o szkockim regimencie Stewarta, służącym w armii Gdańska w wojnie ze Stefanem Batorym. Dziś znalazłem ciekawy zapisek źródłowy, jako uzupełnienie tego wpisu. To informacja o tym, jak Stewart o mały włos wpadłby w ręce Polaków w czasie tego konfliktu:

Tej soboty, 7 grudnia 1577 [roku] szkocki pułkownik, przystojny i budzący podziw wojownik królewskiej krwi, wyjechał poza miasto na przejażdżkę na swoim dopiero co zakupionym koniu, by poćwiczyć go naprzeciw wzgórz nieopodal miejskiego placu ćwiczeń [dla milicji]. Kiedy jednak nieprzyjaciel [tj. Polacy] spostrzegł go, natychmiast ruszył zza swych pozycji, chcąc go pochwycić. Pułkownik wraz ze swymi ludźmi, szybko uciekli w stronę Kościoła Świętego Ciała, gdzie znaleźli się pod osłoną [miejskich] dział i przeciwnik nie śmiał ich [dłużej] ścigać.

czwartek, 5 października 2017

Wojna drążnicza


27 listopada 1592 roku w Sztokholmie zmarł Jan III Waza, król Szwecji. Jego najstarszy syn, miłościwie nam panujący w Polsce i na Litwie Zygmunt III, postanowił się udać do Sztokholmu, by objąć tron po zmarłym tatku. Przygotowania i formalności nieco trwały, w końcu jednak latem 1593 roku Zygmunt III dotarł do Gdańska, gdzie szykowała się jego wyprawa do ojczystego kraju. W czasie jego pobytu w tym mieście doszło do krwawego tumultu, spowodowanego głupim wypadkiem z udziałem drążnika (tragarza). Oddajmy głos biskupowi Pawłowi Piaseckiemu, który opisze nam jak doszło do rozróby:


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Gdańsk, w dzisiejszych czasach nader ludne kupieckie miasto...



W 1617 roku, na zamówienie Rady Miejskiej Gdańska, lokalny rytownik i rysownik Aegidius Dickmann (ok. 1593 - ok. 1648), wykonał ogromną panoramę miasta. Nieco więcej o tym panu - tutaj. Przepiękną panoramę, aktualnie w zbiorach szwedzkich, możemy podziwiać online na World Digital Library. Polecam, bo jest tam w świetnej jakości, można bez problemu powiększać szczegóły i oglądać do woli.

niedziela, 14 sierpnia 2016

Z gdańskiej księgi horroru - odsłona druga


Kilka miesięcy temu zamieściłem mroczną historię magii i morderstw, przytoczoną przez Ogiera w jego zapiskach z podróży do Polski. Wypadałoby odkopać wątek, dziś wiedźma rodem ze Szwecji:
Pewien gdański ławnik – nazwiska jego nie pomnę – miał pomocnika. Temu zdarzyło się, gdy był w Sztokholmie, iż się w nim zakochała pewna niewiasta tak, że puścić od siebie go nie chciała i wszelkimi obietnicami i pokusami go nakłaniała, by pozostał w Szwecji. Wreszcie gdy go coraz częściej jego pryncypał do powrotu wzywał i gdy już i sam powziął zamiar wracania, zażądała od niego owa rozpustna i nieopanowana niewiasta kosmyka włosów na pociechę w jego nieobecności i jako zakład miłości. Tamten znając namiętność swej bogdanki i znając sposoby czarownic w tym kraju i lękając się czegoś złego, wydarł kudeł z kożucha niedźwiedziego, który wdziewał w podróży na suknię i włosy te niezbyt różne od własnych, przemięszawszy je z nitkami jedwabiu, ofiarowuje niewieście z oznakami okrutnej miłości i tak kochankę (choć wzdrygnąć się tu może Dydona) wywodzi w pole. Wsiadł na okręt i już był wiele mil od wybrzeża szwedzkiego, kiedy o pełnym dniu położył się podścieliwszy sobie kożuch. Jednakże, gdy już zasypiał, uczuł, że mu ktoś wyskubuje spod głowy kudły jego kożucha. Rozbudził się, nic nie widząc. Kładzie się znowu i czuje, że go znowu ktoś spod niego wyciąga. Wpadł w złość myśląc, że ktoś z jego towarzyszy tak się z nim drażni, ale nikogo koło siebie nie widzi, natomiast widzi i teraz, czuwając że jego skórę coś ciągnie i wlecze, a gdy on ją chce przytrzymać, ciągnie ją coś tym mocniej. Krzyczy więc i przywołuje na ten dziw podróżnych i marynarzy, którzy patrząc własnymi oczami (rzecz zdumiewająca!) widzą, jak niedźwiedzia skóra wyrywa się i jedzie przez powietrze, niby druga Kallisto którą Jowisz po raz wtóry na północ porywa.

Oj, nie chciała się rozstawać z kochankiem owa Szwedka, nie chciała…

czwartek, 5 maja 2016

Kadrinazi radzi i odradza - cz. X


W kąciku recenzji pozostaniemy dziś w klimatach wojen polsko-szwedzkich, ale zajmiemy się o wiele poważniejszą pracą. Chodzi mianowicie o opublikowaną w 2002 pracę habilitacyjną profesora Ryszarda Skowrona, Olivares, Wazowie i Bałtyk. Polska w polityce zagranicznej Hiszpanii w latach 1621-1632. Jeżeli ktoś nie zna badań tego historyka, to szybciutko proszę sprawdzić tutaj.
Autor jest specjalistą od historii Hiszpanii w XVI i XVII wieku, jej relacji z Rzplitą w tym okresie a także historii dyplomacji europejskiej. Wszystkie te wątki znajdziemy w omawianej pracy, ukazane na tle wojny hiszpańsko-holenderskiej, polsko-szwedzkiej i Wojny Trzydziestoletniej.
Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej możemy zapoznać się z relacjami polsko-hiszpańskim w okresie 1518-1623. Mamy tu więc wątek sum neapolitańskich, a także polityki hiszpańskiej dotyczącej Bałtyku – ten ostatni dotyczący bezpośrednio koncepcji planów wojny ekonomicznej, która miała uderzyć w zbuntowane Zjednoczone Prowincje. Znajdziemy tu także elementy polityki Zygmunta III w stosunku do Szwecji i prób uzyskania wsparcia hiszpańskiego dla idei odzyskania przez polskich Wazów tronu w Sztokholmie.
Druga część (nieco ponad 2/3 książki) to skupienie się na planach Olivaresa, czyli różnych koncepcjach uczynienia z Bałtyku strefy wpływów Habsburgów (hiszpańskich i austriackich) przy wsparciu Zygmunta III. W niezwykle interesujący sposób autor przedstawia nam różnorodne wizje i plany współpracy katolickich monarchów, to wszystko za pomocą mniej lub bardziej tajnych poselstw, korespondencji i obrad politycznych gabinetów. Dla polskiego czytelnika bardzo ciekawe muszą być zwłaszcza dalekosiężne plany Zygmunta III, włącznie z wizją Wazów na tronach trzech krajów: Zygmunta III w Polsce, królewicza Władysława w Szwecji i królewicza Jana Kazimierza w Danii. Jednocześnie widzimy jak zmieniająca się sytuacja polityczno-militarna, np. „duńska” faza Wojny Trzydziestoletniej czy wybuch wojny o ujście Wisły, wpływała na zmianę postaw i planów zaangażowanych w dyplomatyczne negocjacje stolic. Sporo miejsca autor poświęcił też planom Wallensteina, dotyczącym tworzenia sojuszniczej floty na Bałtyku i próbom współpracy z Zygmuntem III i Hiszpanami w tej materii. Do tego dodajmy kolejne pomysły inwazji Szwecji, inicjowane przez polskich Wazów – wskazuje to na bardzo ciekawy aspekt walk polsko-szwedzkich w tym okresie.
Z pracy wyłania się niezwykle interesujący obraz politycznej mapy Europy, gdzie ścierają się różne wizje hiszpańskich i austriackich Habsburgów (nie zawsze zbieżne), Zygmunta III i jego syna Władysława (zwłaszcza w kontekście jego zbliżenia z tronem hiszpańskim) a także władców protestanckich. Wszystko to ukazane w kontekście trwających w tym czasie konfliktów zbrojnych, z dużym naciskiem na ekonomiczny aspekt tych wojen. Wszystko to przedstawione w bardzo ciekawy sposób; narracja jest bardzo płynna, wydaje mi się że nawet czytelnik mało zorientowany w temacie mógłby z łatwością śledzić rozwój wydarzeń.
Niezaprzeczalną zaletą omawianej pracy jest bogata baza źródłowa, na której oparł się w swoich badaniach autor. Kwerendy w hiszpańskim Archivo General w Simancas przyniosły ogromy i bardzo szeroki wybór materiału: od protokołów z obraz hiszpańskiej Rady Państwa, poprzez liczne listy, relacje posłów czy instrukcje wydawane tymże przez Radę Państwa. Wiele dodatkowych materiałów autor odnalazł także w Bibliotece Narodowej w Madrycie i Państwowym Archiwum Głównym w Pradze (materiały związane z Wallensteinem). Odniósł się także, nierzadko krytycznie, do wielu opracowań: w języku polskim, hiszpańskim, czeskim czy niemieckim. Z punktu widzenia czytelników nieznających języka hiszpańskiego niezwykle ważne jest to, że liczne cytaty zawarte w tekście książki są w przypisach przetłumaczone na język polski.
Twarda okładka (z trzema głównymi „graczami politycznymi” omawianych wydarzeń) przykuwa uwagę i zachęca do zainteresowania się pracą. Bardzo przydatny jest indeks osobowy, który pozwala łatwiej śledzić rozlicznych posłów i polityków zaangażowanych w negocjacje. Mamy też kilka map, ułatwiających analizowanie polskich i hiszpańskich planów morskich. Znalazłem w tekście kilka drobnych literówek, nie stanowią one jednak żadnego problemu w lekturze – ot, korektor nie zauważył, zdarza się.


Końcowa ocena [według rankingu: trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to zdecydowanie trzeba mieć. Praca jest wręcz fundamentalna dla wszystkich zainteresowanych panowaniem Zygmunta III, konfliktami polsko-szwedzkimi czy Wojną Trzydziestoletnią. 

piątek, 1 stycznia 2016

Z gdańskiej księgi horroru - odsłona pierwsza


Rok 2016 zaczniemy magicznie i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Charles Ogier zapisał w swoim dzienniku, jak to francuskie poselstwo spotkało się z burmistrzem Gdańska, Imć Czirenbergiem[1]. Gdańszczanin miał opowiedzieć Francuzom kilka fascynujących historyjek, dotyczących głównie czarów i stworów ze Szwecji. Ogier pilnie wszystko zapisał, tym skwapliwiej (…) iż mówił je człowiek bystry i kalwin, a zatem człek zgoła nie tak łatwowierny. Historii jest kilka, będę je więc od czasu do czasu prezentował w odcinkach, jeden na wpis. Zaczniemy od historii szlachcianki o straszliwych skłonnościach, według tłumaczenia z łaciny autorstwa Edwina Jędrkiewicza z 1950 roku:
Była niewiasta ze szlacheckiej rodziny Ranzauów, która osławiła się zbrodniami wszelkiego rodzaju, a zrzuciwszy z siebie skromność jej płci przystojną i przybrawszy męskie szaty i zuchwalstwo, mieszała się i do wojny i do rozmaitych czynów zbrodniczych. Tę, gdy w końcu w Gdańsku człowieka zabiła, do więzienia wtrącono. Zwracano uwagę burmistrzowi, wujowi tegoż Czirenberga, człekowi uczonemu i roztropnemu, by się miał na baczności przed tej czarownicy sztukami. Kiedy pewnego razu szedł na Radę, rzucono chytrze z więzienia złożoną kartę papieru. Gdy ją pisarzowi kazał podnieść, ów zaraz po podniesieniu jej upadł na twarz i chociaż żadnej na ciele nie miał obrazy[2], nie mógł się podnieść bez pomocy towarzyszy. Rozwinięto kartkę i znaleziono w niej igiełki, włosy i insze takie drobiazgi. Ucięto w końcu głowę zbrodniczej niewieście.
Jak widać czar nie podziałał tak jak zamierzała czarownica, sprytny burmistrz nie dał się złapać w pułapkę. Ciekawe to gdańskie voodoo, idealne na sesję w „Dzikie Pola”. A w zanadrzu mam jeszcze kilka takich smaczków…




[1] Jan Zierenberg (1574-1642), od 1630 roku burmistrz Gdańska .
[2] Tj. obrażeń. 

piątek, 21 sierpnia 2015

Znaczne wydawał męstwa swego dowody


Lektura Voluminy Legum nigdy mi się nie nudzi, bo zawsze można tam znaleźć coś ciekawego, co człowiek przegapił przy poprzedniej lekturze. Dzisiaj na przykład znalazłem zapis indygenatu Valentina von  Wintera, który w czasie „Potopu” w randze pułkownika dowodził najemną armią Gdańska. Jako że sejm koronny wystawił temu weteranowi ładną laurkę, pozwolę ją sobie zamieścić in extenso:
Indygenat Walentego a Wonter Oberstera Gdańskiego
Doświadczony Kawaler Urodzony Walenty a Wonter a młodości lat swoich, przez wszystkie stopnie rycerskiey promocyi, od pierwszego żołdata czwiczony, w każdey okkazyi szczęśliwy, y odważny żołnierz; tak pod woynę Niemiecką[1] wsławił dzielność swoię, u różnych Monarchów, że sławę y testimonia o sobie rzeczą samą przewyższył. Za co od Krolowey Szweckiey[2] szlachectwem udarowany y Obersterem[3] kreowany, lata na woynie strawił. Wszakże cnota iest każdemu ingenua magistra, bacząc się bydź poddanym naszym y Prusakiem, lubo beneficis indzi obowiązany; wiecey wziął przed się respekt wiary y obedyencyi, przeciwko Nam, niż inne akcesy, które contempsit, y udawszy się na służbę miasta naszego Gdańska, znaczne wydawał męstwa swego dowody; codziennie one z odwagą zdrowia swego kontynuiąc; przed wdzięczni zostając tej stateczności jego szlachcicem y indygeną Poskiem czyniemy, y powagą Seymu tego do wszelkich prerogatyw, honorow, y wolności, z potomstwem iego będącym, y przyszłym przypuszczamy. O czym szerzey przywiley z Kancellaryi  naszey będzie.
Von Winter mógł spokojnie podpisać się pod powiedzeniem Czarnieckiego, że ‘jam nie z soli ani z roli, jeno z tego co mnie boli’. Drobny szlachcic z Prus Książęcych, doczekał się tytułu szlacheckiego zarówno w Szwecji (w 1650 roku) jak i Polsce (w 1658 roku). Zmarł w 1671 roku w Gdańsku, gdzie pochowano go w kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny – jak widać wdzięczni mieszczanie potrafili docenić jego postawę w czasie „Potopu”.



[1] Chodzi tu o Wojnę Trzydziestoletnią.
[2] Krystyny Wazówny.
[3] Pułkownikiem. 

wtorek, 9 czerwca 2015

Mechaniczny muszkieter i spiżowa sikawka


Znalazłem bardzo ciekawy opis arsenału gdańskiego z 1635 roku, pióra Charlesa Ogiera. Wraz z francuskim posłem, hrabią D’Avaux, miał on 2 czerwca tegoż roku okazję zwiedzić wzniesiony w latach 1602-1605 cekhauz (arsenał), dzieło architekta Antoniego van Obbergena. Gdańscy mieszczanie nie szczędzili pieniędzy zarówno na swoją zbrojownię jak i jej zawartość, włącznie z mechanicznymi strażnikami:

Jest to solidna budowla o czterech podłużnych dachach przedzielonych długimi okapami. Wewnątrz, na parterze, w sali na kształt kwadratu sklepionego kolumnami, z których każda wyrobiona jest z jednego kamienia, stoją rzędem armaty odlane z żółtego i wypolerowanego spiżu, a przy każdej kule oraz inny niezbędny sprzęt. Są tam ślepe latarnie, skórzane wiadra do gaszenia pożarów. Jest też spiżowa rura, czyli sikawka, bardzo pożyteczne narzędzie, dzięki któremu można podczas gaszenia pożaru polewać wodą nawet wysoki budynek. Na wyższych piętrach widzieliśmy różnego rodzaju pancerze i broń. Jest tam niezliczona ilość małych strzelb, rusznic, muszkietów, szabli, tarcz, dzid, włóczni, obusiecznych berdyszy, a wszystko to w jak największym porządku. Są tam także figury zbrojnych jeźdźców i piechurów straszących osoby wchodzące groźnym wymachiwaniem mieczami. Poruszane są one za pomocą umieszczonych wewnątrz nich kółek, tak jak nasze zegary. Jest między nimi tak właśnie skonstruowany muszkieter, który niespodziewanie wypala ze swej broni. Wszystko tam jest zarówno dla pożytku, jak i  dla oczu sporządzone z największą dokładnością i schludnością. 

sobota, 16 maja 2015

Rajtarzy rzeźnicy


W dzisiejszym wpisie złapiemy za ogon dwie sroki: będzie coś niecoś o gwardii Władysława IV, ale i o milicji z Gdańska. Stanisław Oświęcim tak nam oto pięknie opisał wjazd królowej Ludwiki Marii do Gdańska, który odbył się 11 lutego 1646 roku:
Szły naprzód dwie kompanie rajtarskie[1], jedna za drugą, obiedwie złożone z samych rzeźników, jednak samych panów, druga młodzieńców towarzyszów rzemiosła, na koniech wszyscy barzo dobrych, sami wszyscy w czerwonych ungarlingach ze srybnemi potrzebami, za niemi drugie dwie kompanie jezdne kupców, jedna także panów, druga młodzieńców lub kupczyków, wszyscy na koniech barzo dobrych, sami w czarnych aksamitnych ungarlingach, pióra białe z czarnemi mieszane u kapeluszów. Za niemi szły dwie chorągwi piechoty gwardyjej Króla JMci, potym Kozacy[2] Pana Podkanclerzego W. Ks. L.[3], za tymi kompaniej dragońskich trzy Króla JMci, kawalkata potym przed karytą,m w której siedziała Królowa JM, następowała, która była wszytka aksamitu błękitnego ze srybnemi potrzebami, ośmią koni siwojabłkowitych barzo pięknych ciągniona. Około karety szło piechoty gwardyej królewskiej trzy chorągwie. Za karetą dwieście draganów królewskich w czerwonej barwie. Gdańskich chorągwi wszytkich było siedemdziesiąt, dobrze ludżmi okrytych, to jest pięćdziesiąt z mieszczan i różnych rzemieślników złożone, a dwadzieścia za pieniądze zaciągnione.
Opisy Gdańszczan generalnie odpowiadają temu, co można znaleźć w innych źródłach. Bardzo ciekawa jest wzmianka o dragonach gwardii królewskiej, którzy mieli mieć barwę czerwoną, a nie niebieską jak piechurzy JKM. Potwierdza to informację o takiej barwie dragonów, którą możemy znaleźć w Ingresie triumfalnym do Warszawy… Co ciekawe, także na czerwono mieli być przybrani – według Ingersu albo wiazdu Krolowey Iey Mosci do Gdanska 11 Februarii – dragoni królewicza Ferdynanda. Bardzo lubię takie okruchy w źródłach…



[1] Milicji gdańskiej.
[2] Tj. jazda kozacka.
[3] Kazimierz Leon Sapieha. 

piątek, 29 kwietnia 2011

Sojusznicy RON - cz. VI

Kolejna wyprawa do Gdańska, tym razem zobaczymy jak miała wyglądać rajtaria miejska w czasie wjazdu Ludwiki Marii do miasta w 1646 roku. Oczywiście mieszczanie chcieli się pokazać z jak najlepszej strony, wywarli chyba niezłe, acz nieco błędne wrażenie na widzach - niemniej jednak opisy źródłowe są bardzo ciekawe. Ilustracja z kolekcji Daniela Staberga, co prawda pokazuje arkebuzera z drugiej połowy XVI wieku, niemniej jednak gentelman wygląda nader strojnie i statecznie, niejako pasując do wizerunku mieszczanina bawiącego się w żołnierza.

Opis kawalera de Labouveur, towarzyszącego pani de Guebriant – Francuza dał się zmylić nader wojennemu wyglądowi konnych mieszczan:
Następnie widzieć się dało czterystu Kawalerzystów Gdańskich, z których dwieście pięćdziesiąt młodych ludzi bezżennych: reszta gospodarzy, wszyscy ogólnie wybrani z celniejszych Obywatelów i Kupców miasta tego. Ubiór ich był niemiecki z sukna czarnego, katanki podobnego axamitu. Mieli głowy nakryte kapeluszami kastorowemi, podpiętemi z jednej strony, nad któremi wznosiły się pióra białe i czarne, wisiały im u szyi łańcuchy złote, a na nich klucze do pistoletów. Siedzieli na dzielnych koniach, kulbaki i czapraki po większej części srebrem haftowane mieli, nagłówki równie okryte. Słowem ciężko widzieć Szlachtę lepiej ukształconą i zręczniejszą na koniu, jak ten stan miejski, który się rodził w żołnierskiem ćwiczeniu, do czego jest mu bodźcem miłość wolności.  

Anonimowy autor Ingresu... także dał nam ciekawy opis mieszczańskiej kawalerii:
Szło Muszkieterów od przedmieścia y po wszystkich ulicach, cechów rożnych, po stronach ze trzy rzędy, Chorągwi ze sto.(...) następowała szeregami Raytarya Mieyska pod kornetem swym, stroyno ubrana, wszyscy w barwie karmazynowey iedney potrzeby Srebrne, pod kapeluszami barwianemi z piórami Strusiemi, Trębaczow czterech, w teyże barwie, szeregów 47, osób 35, a dwa szeregów w zupełnych kirysach, wszyscy na dobrych barzo koniach. Po nich szła Raytarya także miejska, wszyscy w iedney barwie plisiowey czarney, pod kapeluszami czarnemi a piórami białemi na wybornych koniach szeregów 20.Trębaczow w takiej barwie 4. Następowała potym Raytarya karmazynowey barwy iako pierwsza, szeregów 16, a w pliszowey czarney szeregów 10. Z herbami Gdańskiemi, na fartuszkach czerwonych adamaszkowych przy każdey stronie uwieszonych bogato.             

czwartek, 21 kwietnia 2011

Sojusznicy RON - cz. V

Bardzo interesuje mnie kwestia liczebności, organizacji i udziału w działaniach bojowych ‘Potopu’ najemnych wojsk na służbie Gdańska. Za jakiś czas postaram się przygotować o tym coś więcej, wszak sporo potyczek z Gdańszczanami znaleźć możemy u Gordona, póki co jednak ciekawe dane z końcowej fazy wojny.
Poniżej liczebność i skład regimentów biorących udział w oblężeniu Głowy Gdańskiej jesienią 1659 roku. Oddziały gdańskie odegrały główną rolę w odbiciu Głowy z rąk szwedzkich, tracąc w czasie operacji 97 zabitych i 150 rannych (wedle źródeł niemieckojęzycznych, źródła polskie podają nawet 300 straconych żołnierzy).
Dowódcą gdańskiego kontyngentu w czasie oblężenia był pułkownik Walenty von Winter, doświadczony oficer, który w czasie Wojny Trzydziestoletniej walczył w armii… szwedzkiej. Pełnił on jednocześnie funkcję komendanta sił zbrojnych Gdańska.

I.                    Regiment pułkownika Wintera – 656 żołnierzy
-          dwie kompanie Wintera
-          kompania Dirscha
-          kompania van der Linde
II.                  Regiment majora Bobarta – 608 żołnierzy
-          dwie kompanie Bobarta
-          dwie kompanie Wechelta
-          kompania  Jerzego Strakowskiego (który był też naczelnym inżynierem armii)
III.                Regiment majora Alexandra Thompsona – 500 żołnierzy
-          dwie kompanie Thompsona
-          dwie kompanie Brandesa
IV.                Regiment majora Siebersa – 501 żołnierzy
-          dwie kompanie Siebiersa
-          dwie kompanie Stelznera
V.                  Regiment  majora Schura (złożony z jednej kompanii!) – 105 żołnierzy
VI.                Regiment majora Fryderyka Gerschau – 499 żołnierzy
-          dwie kompanie Gerschau
-          dwie kompanie kapitana Johna Montgomery’ego

Bardzo ważną rolę w oblężeniu odegrała silna artyleria gdańska. W skład parku artyleryjskiego miało wejść przynajmniej 31 dział – z tego główne siły Wintera dysponowały 6 półkartaunami, 6 ćwierćkartaunami, 3 6-funtówkami i 3 4-funtówkami. Przy pozostałych regimentach znajdujemy odpowiednio 6 (regiment Siebersa), 5 (regiment Thompsona) i 2 (regiment Schurze) działa.
Oprócz dział Gdańszczanie używali także moździerzy – w relacjach znajdujemy wzmiankę o 220-funtowym, 70-funtowych, 60-funtowym i 30-funtowych. 

wtorek, 1 czerwca 2010

Sojusznicy RON - cz. IV


Tym razem w cyklu słów kilka o siłach miasta Gdańska w walce z Gustawem II Adolfem. Jako że oddziały te nie stanowiły części armii koronnej, pozwoliłem sobie na zamieszczenie ich jako ‘sojuszników’. Dane są mało dokładne, acz zawsze mogą stanowić podstawę do bardziej szczegółowych rozważań…
W toku wojny 1626-1629 Gdańsk miał jakoby wystawić ok. 10 000 ludzi. Z tego liczba najemników miała sięgnąć ok. 5000, do tego ok. 6000 milicji miejskiej, z której jednak służbę jednorazowo pełniło 1500 milicjantów, użytych jako wartownicy na murach miejskich. Dowódcą sił gdańskich (niestety znany nam z blamażu pod Kiezmarkiem) był holenderski płk. Liesemann (Liseman), oficer z niezłym stażem z armii ks. Maurycego z Nassau. Brakuje mi jednak dokładniejszych danych o zaciągach najemników. Pierwsze duże zaciągi Gdańsk poczynić miał już w kwietniu 1624 roku - 2000 żołnierzy. W 1625 roku miano zaciągnąć jeszcze 1000 żołnierzy – w maju kapitan Christian Lernebach ściągnął 400 żołnierzy, pozostałych 600 zrekrutowano w lipcu-sierpniu. Główne tereny na których zaciągano żołnierzy to okolice Bremy, Hamburga, Rostoku i Wismaru. Werbunek z 1626 roku (na Śląsku i Brandenburgii) przyniósł zaledwie 105 żołnierzy, tak słaby wynik akcji wynikał z cesarskiego zakazu zaciągu, w obliczu wojny z Christianem IV Duńskim.
Oddziały z Gdańska brały udział w oblężeniu Pucka – gdzie ważną rolę odegrała ciężka artyleria oblężnicza wojsk miejskich. Najemnicy bronili też przeprawy pod Kiezmarkiem (w maju 1627 roku z sukcesem, w lipcu/sierpniu już z o wiele gorszym skutkiem, o czym już zresztą przy innej okazji wspominałem). Po zwycięstwie hetmana Koniecpolskiego pod Hammerstein w 1627 roku siły gdańskie próbowały odbić z rąk szwedzkich Głowę Gdańską. Zgrupowanie gdańskie zostało jednak pobite przez odsiecz którą z Malborka przyprowadził von Thurn. Najemnicy miasta ze sporymi stratami musieli odstąpić od oblężenia Głowy – ich do 300 na placu zostało i nic niesprawiwszy nazad odstąpić musieli.
W 1628 roku (wiosną?) znajdujemy informacje o siłach gdańskich walczących ze Szwedami próbującymi sypać szańce nieopodal Latarni. Gdańszczanie mieli zmusić przeciwnika do odwrotu, jednakże w toku walki zabito gdańskich kapitanów trzech. Pod koniec sierpnia, na skutek prośby hetmana Koniecpolskiego, oddziały gdańskie zluzowały w ramach ‘obrony wybrzeża’ kompanie koronnej piechoty stojące w Pucku. Dzięki temu roty piechoty dołączyły do armii polowej hetmana, który używszy panów Gdańszczan, aby tamte brzegi osadzili swemi ludźmi, co oni uczynili ochotnie. Na początku września tegoż roku gdańskie zgrupowanie puł trzecia tysiąca luda [chodzi o 2500 żołnierzy] nękało Szwedów w okolicach Tczewa, acz nie znam wyniku owej wyprawy.

Problem zazwyczaj sprawia stwierdzenie, czy gdańscy żołnierze w danej akcji to najemnicy czy milicja miejska. Na przykład szwedzki opis potyczki z Gdańszczanami ze stycznia 1629 roku podaje siły miejskie na:
- 80 kawalerzystów z miejskiej kompanii (milicja?)
- 250-300 kawalerzystów z kompanii ppłk. Behma (najemnicy?)
- 500 muszkieterów z 'kompanii miejskich' (milicja?)

czwartek, 29 kwietnia 2010

Zdrady się żadnej nie spodziewając... - Kiezmark 1627


Wracam do mojego zdecydowanie ulubionego konfliktu…

4 (14) lipca 1627 roku szwedzkie oddziały dowodzone przez samego Gustawa II Adolfa forsują Wisłę pod Kiezmarkiem i po krótkiej acz zaciętej walce pokonują siły polskie obsadzające fortyfikacje polowe. Było to drugie podejście ‘Lwa Północy’ do zdobycia owej przeprawy – poprzedni atak wykonano nocą z 22 na 23 maja (1 na 2 czerwca) 1627 roku. Wtedy to król w zamieszaniu towarzyszącemu walce został postrzelony w biodro, ranę odniósł także towarzyszący mu hr. von Thurn (młodszy) i atak odwołano. Lipcowy atak przyniósł jednak tym razem sukces.

Na pewno złożyło się na niego kilka czynników. Po pierwsze zaciężne wojska gdańskie, obsadzające wraz z oddziałami koronnymi fortyfikacje, uciekły z zajmowanych pozycji. 1200 (lub 1800) żołnierzy pod komendą holenderskiego płk. Liesemanna (Lisemana), oficera z niezłym stażem z armii ks. Maurycego z Nassau, porzuciło swoich polskich towarzyszy na pastwę losu, dodatkowo przy ucieczce zagważdżając własne działa. Po drugie, szwedzkie oddziały miały ogromną przewagę liczebną – Gustaw II Adolf zgromadził bowiem pod komendą 81 kompanii piechoty, 40 kompanii jazdy (w tym 8 lub 9 kompanii kirasjerów) i 4 kompanie dragonii – razem 14 764 żołnierzy. Oczywiście nie wszystkie te oddziały mogły wziąć udział w ataku na pozycje obrońców, jednak i tak takie siły dawały Szwedom odpowiednią przewagę. Po trzecie wreszcie, siły polskich obrońców były nader szczupłe – ledwie 400 piechurów cudzoziemskich (o jednostkach nieco więcej poniżej) – a hetman Koniecpolski, zaskoczony akcją Szwedów, nie zdążył na czas z pomocą dla swoich żołnierzy. Piechurzy bronili się bardzo dzielnie (Oxenstierna pisał w liście go Gustawa II Adolfa, że była to ‘najlepsza piechota przeciwnika’), kładąc trupem 50 czy 60 napastników. Niestety, gdy Polacy wycofali się do szańców Gdańszczan, zdali sobie sprawę, że działa nie nadają się do użytku a sojusznicy w panice opuścili pole walki. Cały kontyngent piechoty polskiej dostał się do niewoli. Rozwścieczony hetman Koniecpolski, którego bolała strata zarówno pozycji obronnej jak i cennej piechoty (duże zaciągi piechoty cudzoziemskiej dopiero maszerowały do Prus) wysłał nazajutrz po starciu swoich oficerów do Gdańska, by przeprowadzili śledztwo na temat wycofania się wojska Liesemanna. Polacy chcieli wiedzieć, czy holenderski oficer ‘z tamtych szańców był ustąpił za wiadomością i rozkazaniem rady Gdańskiej, czyli też z swej woli i bojaźni zdradził’.

W ręce Szwedów wpadło ok. 400 polskich muszkieterów, wszystkie działa, rozliczne zapasy (proch, kule, lonty, dużo żywności i piwa). Zagładzie uległy w tym starciu dwie zasłużone roty piechoty cudzoziemskiej Zygmunta III, walczące w 1626 roku pod Gniewem a potem stanowiące część sił oblegających i szturmujących Puck. Jedną z nich dowodził Anglik, kapitan Artur Aston (młodszy), oddział ten miał w 1626 roku etatowy stan 500 porcji. Drugą rotą był oddział pułkownika Gerharda Denhoffa, o etatowym stanie 200 porcji. Jednakże tylko część tego oddziału walczyła pod Kiezmarkiem – jedna z kompanii została pozostawiona w zdobytym Pucku jako garnizon. Pułkownik Denhoff także nie brał udziału w walce, maszerował w tym czasie z nowozaciągniętym regimentem piechoty cudzoziemskiej do Prus. Jego rotą dowodził brat, podpułkownik Fryderyk Denhoff. Zapewne gros walczących pochodziło z roty Astona, jednak źródła wymieniają obydwie jednostki jak i dwóch wspomnianych oficerów. O ile Fryderyk wrócił potem z niewoli szwedzkiej i brał udział w dalszych walkach (w 1629 roku został nawet dowódcą regimentu piechoty) o tyle Astonowi tak spodobało się wśród wojaków Gustawa II Adolfa że odmówił wzięcia udziału w wymianie jeńców i spotykamy go później w szeregach wojsk szwedzkich walczących w Niemczech.

Do naszych czasów zachowały się przynajmniej jeden ze sztandarów zdobytych pod Kiezmarkiem (patrz zdjęcie). Ogromnych rozmiarów, po rekonstrukcji o wymiarach 2.73 (wysokość) na 3.43 m (długość). Jedno ze szwedzkich opracowań (a za nim anglo- i polskojęzyczne opracowania) identyfikują ów sztandar z jedną z kompanii Astona, nazywając go sztandarem gwardii królewskiej. Nie wiem jednak, na jakiej podstawie Szwedzi doszli do wniosku, że chorągiew na pewno należała do oddziału Astona. Tak rota Anglika jak piechota Denhoffa były zaciężnymi oddziałami królewskimi, jednostkami piechoty które należały do nadwornej gwardii Zygmunta III były chorągwie hajduków, których pod Kiezmarkiem jednak nie było. W zbiorach szwedzkich ma się znajdować także jeszcze jeden sztandar, także zdobyty pod Kiezmarkiem, ale poza sygnaturą nie spotkałem się z jego opisem.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Z cyklu Historie jednostek wojskowych - cz. VI


W 1576 roku wybucha wojna Gdańska z Koroną, dumni mieszczanie nie chcą uznać wyboru Stefana Batorego na króla. Rada miasta pośpiesznie rekrutuje najemników do walki z Polakami. Jedną z zaciągniętych jednostek (wchodzących w skład garnizonu miejskiego) jest szkocki regiment dowodzony przez Williama Stewarta. Oddział ten liczący ok. 700 żołnierzy, przybywa z Niderlandów, gdzie służył od 1575 roku, walcząc przeciw Hiszpanom. Jako że regiment poniósł spore straty na służbie Zjednoczonych Prowincji – głównie z głodu i chorób – został uzupełniony przez zaciągi ze Szkocji. Oprócz Stewarta, znamy nazwiska kilku oficerów regimentu - co ciekawe, oddział miał liczyć sześć kompanii. Znani oficerowie to John Trotter, John Thompson, John Barone, William Moncrieff, Alex Ross, John Dallachy, William Benton, John Dollachy, Alexander Murray (Morra) John Crawford i Robert Gourlay.

Brak informacji o pikinierach w szeregach oddziału Stewarta – być może wiązało się to z faktem, że Szkotów chwalono jako bardzo dobrych strzelców? Broń palna to mieszanka arkebuzów różnego pochodzenia, prawdopodobnie część zakupiono w Lubece, przez która wiodła trasa Szkotów podróżujących do Gdańska.

Szeregowym żołnierzom płacono pięć talarów na miesiąc, podoficerowie i oficerowie mieli oczywiście wyższe gaże. Gdańscy księgowi był bardzo wymagający – gdy kapitan Moncrieff skarżył się, że przerzucenie kompanii jego żołnierzy z Niderlandów kosztowało go blisko 600 talarów, wydanych na transport i żywność (kapitan miał nawet zastawić w Elsynorze swój najlepszy strój, by uzyskać pieniądze), zażądano od niego szczegółowej listy wydatków i kwitów potwierdzających zakupy. Szkoci walczyli jednak nader dzielnie w obronie miasta, obsadzając min. strategiczną twierdzę Latarnię. To tam, w czasie potyczki z Polakami, poległ kapitan Robert Gourlay. Ranny, starał się skoczyć z łodzi na brzeg, wpadł jednak do wody, gdzie ciężka zbroja pociągnęła go na dno. Zapewniono mu honorowy pogrzeb w Bazylice Mariackiej w Gdańsku.

Tak Polacy jak i Gdańszczanie chwalili postawę Szkotów. Gdańska relacja wręcz twierdzi, iż żołnierze Stewarta ‘wykazali się tak szlachetną postawą, że zdobyli wielką sławę dla swego kraju w tym regionie [tj. w Polsce]’. Musieli także wpaść w oko Stefanowi Batoremu, który rozkazał zaciągać szkockich piechurów w czasie swoich kampanii przeciw Moskwie. Próbował także namówić do służby Williama Stewarta – ten jednak odmówił i z częścią regimentu powrócił na służbę niderlandzką. Szkoci dołączyli tam do jednostki 'brytyjskiej' pod komenda pułkownika Johna Norrisa (Anglika) i wzięli udział w walkach z Hiszpanami pod Rymenant nieopodal Mechelen. Dalsze ich losy są mi nieznane.