Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smuta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smuta. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 września 2020

Na gardło obudwu skazano

 



Ciekawy wyjątek z Dziejów Marsa krwawego… Jana Piotra Sapiehy, dotyczący dyscypliny wśród polskich najemników Dymitra. 19 sierpnia 1609 roku, zebranie koła generalnego wojska:

W tymże kole czynił skargę pan Janicki, towarzysz z roty jego mości, na towarzystwo pana Wilamowskiego, z roty pietyhorskiej: pana Bratkowskiego i na pana Nosa, którzy, najechawszy w derewni pacholika pana Janickiego, obrali ze wszystkiego i związawszy [z] sobą wzięli, chłopów w tejże derewni pomęczyli – na których, iż były słuszne i jawne dowody, wszyscy w kole zgodnie prosili jego mości, aby według artykułów byli karani, także i o nieposłuszeństwo, aby według artykułów karany każdy nieposuszny.

Dzień później Sapieha wraz ze starszyzną wojskową, z ich mościami pany pułkowniki i z pany rotmistrzami, zasiadł do obrad nad wyżej wymienioną sprawą. Dla których iż się jawne okrucieństwa i morderstwa pokazali, prawem będąc przekonani, na gardła obudwu [towarzyszy] skazano.

Swoją drogą w tym źródle można znaleźć o wiele więcej przypadków zebrań koła generalnego i roztrząsania na nim podobnych spraw, nierzadko kończących się wyrokiem śmierci.

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Trzymał i używał spokojnie



Bardzo interesujący przypadek tego, jak żołnierze oblegającej armii radzili sobie w czasie długich, nawet kilkuletnich operacji. Znalazłem go w pracy Karola Łopateckiego „Dyscyplina militaris” w wojskach Rzeczypospolitej do połowy XVII wieku (zdecydowanie polecam!), pozwolę sobie tu wypisać co lepsze fragmenty, bo też historia to przednia.
Rzecz dotyczy towarzysza armii królewskiej Stanisława Galińskiego, służącego w latach 1609-1611 w czasie oblężenie Smoleńska. Nasz obrotny pan Stanisław po przybyciu pod Smoleńsk zajął derewnię[1] zwaną Brolinkowo, którą pustą zajachał przez czeladź swą i onem trzymał i używał spokojnie. Na stałe mieszkało tam dwóch z luźnej czeladzi jego pocztu, a także grupa jeńców moskiewskich, zapewne sukcesywnie w trakcie kampanii ‘dokładana’ do stanu osobowego:
- moskalików wyrostków dwóch Wasiela i Jakuba
- trzeciego chłopię mniejsze Iwaśka przez szturm zamku smoleńskiego wzięte
- moskiewska matrona
- dziewka pod Wiaźmą wzięta
- druga dziewka Maska w zamku w sturmie smoleńskim wzięta
Towarzysz zostawił tam także dwa swoje konie z pocztu i dwa konie luźnej czeladzi. Wesołą gromadkę dopełniało (w 1611 roku) czworo owiec, kurów albo kokoszy trzydzieści jedna. Oprócz zboża, które stanowiło podstawę wyżywienia pocztu Galińskiego w czasie kampanii, w derewni hodowano kapustę, pasternak, rzepę, konopię, len i tatarkę.
Pytanie skąd znamy tak dokładne informacje na temat tej działalności gospodarczej? Oto w 1611 roku inny towarzysz – Jan Roszkowski – napadł ze swoim pocztem na Brolinkowo i złupił je do cna. Przejął jeńców, wszystkie dobra, tylko luźną czeladź odesłał do Galińskiego. Ten oceniał koszt napadu na 1500 złotych, wymieniając że wśród zrabowanych rzeczy znalazło się 45 beczek wymłóconego zboża i 100 wozów siana. Co ciekawe, mimo że sąd wojskowy stanął po stronie poszkodowanego, nie udało się wyegzekwować zwrotu zrabowanych dóbr. Galiński nie  był w stanie się w takim przypadku utrzymać w szeregach armii, zwinął więc poczet i powrócił w rodzinne pielesze na Podlasiu. Przynajmniej zostawił na ten dokładny opis wypadków, wnosząc sprawę przed sądem grodzkim brańskim. Swoją drogą ciekawe, jak wielu spośród towarzyszy walczących pod Smoleńskiem radziło sobie podobnie jak Galiński, zajmując opuszczone sioła, być może nawet licząc na to, że po zakończeniu konfliktu będą mogli liczyć na nadanie tych ziem?


[1] Czyli folwark, sioło czy gospodarstwo.

sobota, 18 kwietnia 2020

Rajtarzy pana Mikołaja



W dzisiejszym wpisie coś dla miłośników rajtarii. Rota chorągwi rajtarskiej Mikołaja Korffa, która w składzie ‘wojska inflanckiego’ pod komendą hetmana Chodkiewicza walczyła w 1611 roku pod Moskwą. Lista sporządzona przez samego rotmistrza, co ciekawe z zapiskami o tym który z towarzyszy poległ w walkach. Datowana jako 26 września 1611 roku.

Najpierw nazwisko i ranga towarzysza, potem ilość koni w poczcie. Jeżeli rajtar poległ w walkach, dodaję zapis w nawiasie po jego nazwisku. Zachowuje niemiecki zapis imion i nazwisk, zmieniając tylko zapis Junger na Młodszy.

Rotmistrz Nicolaus Korff – 10 (koni)
Porucznik Georg Grotthusen von Meszlaw – 5
Chorąży Georg Friedrich Creutz – 5
Valtin Hoewell – 4
Ewoldt Seszwegen – 4
Johan Heringk (poległ) – 4
Lewin Nolde – 4
Jochim Puttkahmer – 4
Johan Renne – 3
Gerdt Rehbinder – 3
Friedrich Korff (poległ) – 3
Johan Holtey – 3
Georg Schwartz – 3
Georg Brantt (postrzelony) – 3
Jochim Krasell – 3
Johan Rahm – 3
Wilhelm Schilling (poległ pod Rochaczowem, 12 mil od stolicy) – 3
Berendtt Hanbohm – 2
Ewertt Liwe – 2
Hansz Georg (został na czacie) – 2
Georg Duesterlous – 2
Christoph Schlippenbach – 2
Godhartt Essen – 2
Harmen Wahlstett – 2
Andresz Schwen – 2
Christian Chor (zginął pod Rochaczowem, tam też pochowany) – 2
Johan Schulte – 2
Ludwich Stopius – 2
Otto Schulte – 2
Christoper Puttkahmer – 2
Nicolay – 1
Christoffer Anrep (poległ) – 1
Caspar Winter – 1
Rottger Chor – 1
Reinholt Holtey – 1
Valtin Huttendorff – 1
Caspar von Tisenhausen (poległ) – 1
Daniel Szemielsky (poległ) – 1
Johan von Ungern – 1
Ficnkenow Młodszy – 1
Kerszbroch (poległ) – 1
Rehbinder Młodszy – 1
Trębacz(y) – 3
Dobosz - 1

Łącznie koni 104


poniedziałek, 18 listopada 2019

Kadrinazi radzi i odradza - cz. XXV



Mimo przerwy blogowej obiecałem zamieścić kilka recenzji, pora więc nadrobić zaległości. W dzisiejszym wpisie praca Katarzyny Słodowej Smoleńsk 1609-1611, która ukazała się w tym roku w serii Historyczne Bitwy. Jak to zwykle przy blogowych recenzjach, najpierw przyjrzymy się ogólnej konstrukcji pracy, żeby potem przejść do bardziej szczegółowych komentarzy.

Praca podzielona jest na osiem rozdziałów, te z kolei dzielą się na podrozdziały (od dwóch do sześciu). Pierwszy rozdział to informacje o miejscach działaniach wojennych, ze szczególnym uwzględnieniem Smoleńska i jego fortyfikacji. W kolejnej części możemy się zapoznać z ogólnymi informacjami na temat wojskowości polskiej i moskiewskiej. Rozdział trzeci to geneza wyprawy pod Smoleńsk, włącznie z sejmem z 1609 roku i planem interwencji w Państwie Moskiewskim. Następny rozdział to opis przygotowań do wyprawy wojennej, włącznie z organizacją i liczebnością armii królewskiej. Rozdział piąty to omówienie trasy jaką przebyły oddziały Zygmunta III w drodze pod Smoleńsk. Kolejna część to przybliżenie pozostałych działań wojennych w tym okresie, walk pod Białą, Carowym Zajmiszczem, bitwą pod Kłuszynem i wkroczeniem wojsk Żółkiewskiego do Moskwy. Rozdział siódmy, najobszerniejszy ze wszystkich, omawia oblężenie Smoleńska, szturmy i działania oblężnicze, a także kapitulację miasta. W ostatnim rozdziale czytelnik może się zapoznać z informacjami w jaki sposób Zygmunt III ‘rozreklamował’ swój tryumf.

Opisana powyżej struktura pracy jest bardzo przejrzysta, co ułatwia lekturę i pozwala z dużą łatwością śledzić przebieg wydarzeń. Bardzo dokładnie opisane zostały fortyfikacje i siły obrońców Smoleńska, włącznie z  rozmieszczeniem artylerii w basztach. Także siły oblegających są opisane z dużą dbałością o szczegóły, autorka posługuje się bowiem informacjami z popisów wydanych w 1898 roku przez Wierzbowskiego. Bardzo przydatne są cztery mapy, zwłaszcza dwie ukazujące fortyfikacje Smoleńska i miejsca szturmów, czytając o kolejnych atakach możemy bowiem szybko sprawdzić mapę i sprawdzić skąd i gdzie szturmowano.  Bardzo interesujący jest ostatni rozdział, z którego możemy się dowiedzieć o wierszach, drukach ulotnych i medalach sławiących zdobycie Smoleńska.

Niestety sporo jest w tej pracy błędów, przede wszystkim dotyczących kwestii militarnych. Wydaje się, że tak autorka jak i redaktorzy pracy niezbyt ‘czuli się’ w tym temacie, stąd pewne niedociągnięcia. Pozwolę sobie wynotować kilka przykładów. Nagminne używanie określeń autorament narodowy i cudzoziemski, mimo że te weszły w życie dopiero w okresie reform Władysława IV.  Potraktowanie rot i chorągwi jako dwóch różnych typów jednostek. W opisie uzbrojenia husarii brak szabli, za to znajdziemy tu tarczę. Obok husarii mamy pancernych, co jest ewidentnym błędem; pojawią się też lekkozbrojni, mimo że w tym czasie nie była to wyodrębniona formacja; mamy za to ‘Kozaków polskich’ czyli jazdę kozacką, określenie o ‘Kozakach polskich’ może być raczej mylące dla tych spośród czytelników, którzy mają słabe pojęcie o wojskowości epoki.  Jako oddziały jazdy cudzoziemskiej w armii polskiej mamy arkebuzerów i rajtarów, jeżeli ci pierwsi mieli być arkabuzerami to przypominam – w tym okresie nie była to jazda cudzoziemska. Mamy tu obszerny akapit o dragonach, do tego w koletach które miały sięgać przed kolana – a w tym okresie dragonii w armii polskiej jeszcze nie było, a nawet gdy już się pojawiła (po 1617 roku) to takich koletów na wyposażeniu mieć nie mogła. Z kolei w przypadku armii moskiewskiej autorka wspomina o trzech do siedmiu pułkach, po czym w tekście wymienia tylko sześć. Nie bardzo też rozumiem, czemu autorka używa czasami w tekście określenia ‘wojsko ruskie’ zamiast moskiewskie czy carskie?

Bogata bibliografia składa się z wielu źródeł archiwalnych, drukowanych oraz opracowań. Jak już pisałem, szczególnie cieszy obecność źródeł i opracowań w języku rosyjskim. Tu jeden niezbyt miły zgrzyt: autorka podaje bowiem wśród źródeł drukowanych Pamiętniki obrony Smoleńska (1609-1611), wydane w Moskwie w 1912, zredagowane przez J.W.Gote. Przyznam szczerze, że sporo się naszukałem, próbując zlokalizować to źródło. Okazuje się że redaktor to Jurij Gauthier, zbiór jest 6 tomem w serii Смутное время Московского государства. 1604-1613 гг., a jego właściwy tytuł to  Памятники обороны Смоленска. (1609-1611 гг.). Forma zapisu zastosowana przez autorkę jest więc bardzo myląca i utrudnia czytelnikom znalezienie cytowanego źródła. Wśród opracowań dziwi też brak nowych opracowań dotyczących bitwy pod Kłuszynem – książki Radosława Sikory, artykułów Przemysława Gawrona i Andrzeja Grzegorza Przepiórki – co wpływa na sposób opisania tego starcia w książce, zwłaszcza co do liczebności walczących armii.

Końcowa ocena [według rankingu – trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to jak dla mnie można mieć. Z jeden strony mamy tu bowiem sporo ciekawych informacji dotyczących oblężenia, z drugiej zaś sporo błędów czy niedopatrzeń, które nieco psują przyjemność z lektury. Jeżeli jednak ktoś jest zainteresowany okresem Wielkiej Smuty czy też panowania Zygmunta III to chyba warto dodać ten tomik do swojej kolekcji.


czwartek, 25 lipca 2019

Wielkomyślny, poważny, wstrzemięźliwy



[Tydzień z Zygmuntem III – wpis 4/7]

W dzisiejszym wpisie laurka wychwalająca króla, a dokładnie dokonania za jego panowania do początku 1619 roku. Pergaminy z owym Rysem czynów i dzieł Zygmunta III miały zostać umieszczone w gałce spiżowej na szczycie wieży Zamku Królewskiego w Warszawie. Zobaczymy więc cóż tam o naszym blogowym bohaterze napisał dworski propagandzista:








środa, 24 lipca 2019

Królewska połajanka



[Tydzień z Zygmuntem III – wpis 3/7]

Wyprawa Zygmunta III na czele armii koronnej pod Smoleńsk w 1609 roku spotkała się ze zrozumiałym oburzeniem ze strony polskich żołnierzy służących Dymitrowi. A co nam po tym, mamy na kogo robić; nie wiemy jakim duchem król na nasze prace krwawe nastąpił. Najemnicy wysłali wręcz do króla poselstwo, w którym prosili aby król jego mość z państw moskiewskich wyszedł, nam naszego przedsięwzięcia nie przeszkadzał. Posłów – Dudzińskiego, Marchockiego, Sladkowskiego i Wrzeszcza -  przyjęto nader gościnnie, każdy dzień bankietami nam zszedł u panów. W końcu wysłannicy otrzymali królewski respons, w którym – co oczywiste – Zygmunt III nie zrezygnował ze swoich planów. Przy okazji wręczania listu królewskiego podkanclerz koronny Szczęsny Kryski tak oto przymówił posłom, bez wątpienia mówiąc za zgoda królewską:
Wdzięcznie Jego Królewska Mość, pan nasz miłościwy, poselstwa przez waszmościów przyniesionego, dnia onegdajszego słuchał. Ale gdy się w dalszej deliberacjej rzecz ze słowy stosowała, dziwować się Jego Królewskiej Mości i ich mościom panom senatorom przyszło, co lubo czytali, lubo słuchali poselstwa tego. Dlaczego tak zuchwała i ostra rzecz z łagodnymi słowy pomieszana; dlaczego ta ofiarowana wiara ważyła się na pana swego tak bezpiecznie rzucić.
Ciekawe jak bardzo Zygmunt III wściekł się jak usłyszał że jego poddani, służący pretendentowi do moskiewskiego tronu, próbują mu dyktować zasady polityki zagranicznej...

środa, 15 maja 2019

Not tasted bit of bread in six months before



Ciekawy fragment z relacji anonimowego Anglika, który miał wchodzić w skład polskiego garnizonu Kremla w latach 1610-1612. Opisał on jakie katusze cierpieli obrońcy, ale i zamknięci z nimi bojarzy moskiewscy. Jeżeli ktoś ma słabszy żołądek, to od razu ostrzegam że lepiej nie czytać.  Tłumaczenie własne,  jak to zwykle dość luźne, z języka angielskiego:

Tych kilkuset [obrońców] którzy [w końcu] poddali miasto, miało onegdaj wiele zapasów, ale teraz umierało z kęsem mięsa w ustach, z powodu wielkiej słabości, bo też od pół roku nie było im dane skosztować chleba. W czasie tego oblężenia, bochenek chleba kosztował czasem 1000 rubli, to jest 500 funtów.
W czasie tego okrutnego oblężenia, które trwało 22 miesiące, przebywając w Carskim Pałacu miałem okazję zaobserwować wiele przykładów nędzy wśród oblężonych; tak to jedzono mięso koni, psów, kotów i wszelkie rodzaje skóry, gotowane w wodzie wziętej w rowów; jedzono to jak flaki. Ale to co bardzo dotknęło mą duszę, to widok wielu moskiewskich szlachcianek, które wcześniej [przed oblężeniem] marszczyły nosy gdy tylko podeszwa ich butów dotknęła mokrej ziemi, a teraz oto tak biedne, bosonogie, w każdy możliwy sposób błagały o jedzenie, a kiedy odtrącone przez niektórych zwracały się do innych, wciąż błagając o utrzymanie. Tak oto przypomniało mi się porzekadło „Duma musi upaść” a także „Głód zdolny jest rozbić kamienne mury”.
(…)
Taki to Moskale sprawili sąd Boży nad Polakami (…) którzy [przed oblężeniem] związali się przysięgą na Święty Sakrament, że póki chociaż jeden z nich żyje, nie oddadzą miasta Moskalom; co doprowadziło ich do takiej ostateczności, że ciągnęli losy (który ma zginąć następny, by kolejni mogli żyć) i zjadali jeden drugiego, od 3000 do 4000 ludzi[1]. A po poddaniu miasta, dowódcy armii moskiewskiej zdobyli wielkie skrzynie, w których, jak sądzili, były skarby; ale po otwarciu znaleźli tam tylko ciała mężczyzn zgładzonych na żywność [dla garnizonu].


[1] Oczywiście jest to liczba znacznie przesadzona.

wtorek, 31 października 2017

Dyscyplina na modłę polsko-moskiewską


Kilkakrotnie cytowałem na blogu fragmenty ze wspomnień Samuela Maskiewicza, zwłaszcza z okresu jego pobytu w Moskwie. Tym razem notka dotycząca skazania na karę śmierci jednego z pocztowych husarskich za, jakbyśmy to ujęli w dzisiejszej terminologii, obrazę uczuć religijnych.

Trafiło się też będąc na straży u jednej bramy rota Marchockiego[1], w której na poczcie towarzysza jednego był niejakiś Bliński, tenże upiwszy się strzelił kilkakroć do obrazu Najświętszej Panny, który był na tej bramie w murze wymalowany, o co skarga przyszła przed pana Gąsiewskiego od bojar. Osądzonoć go w kole na śmierć; i tak ręce poucinawszy na stos drew przed taż bramą złożony; włożono go na ogień i spalono.

Egzekucja wielce brutalna, miała zapewne mieć podwójne znaczenie: z jednej strony odstraszyć żołnierzy od podobnych zachowań, z drugiej pokazać mieszkańcom miasta że polski garnizon bardzo poważnie podchodzi do swojej zadania i jego dowódca egzekwuje dyscyplinę wśród swoich podkomendnych. Wydaje mi się, że nie bez znaczenia był fakt, że rzecz dotyczyła ‘tylko’ pocztowego’ – koło wojskowe mogłoby nieco przychylniejszym okiem spojrzeć na całą sprawę, gdyby był w nią zaangażowany towarzysz.



[1] Chorągiew husarska Mikołaja Marchockiego. 

piątek, 8 września 2017

Z królem Zygmuntem pod Smoleńsk (po łacinie)


Dziś coś dla miłośników armii koronnej Zygmunta III w okresie Smuty. Wydawało mi się, że już kiedyś wrzucałem link do tego źródła, sprawdzając jednak stare posty nic takiego nie mogę znaleźć.  W okresie 1896-1903 Teodor Wierzbowski wydał w Warszawie pięć tomów z serii Matieraly k istorii Moskovskago gosudarstva v XVI i XVII stoletiiakh[1]. Niezwykle interesujący jest tom II, z 1898 roku, jest to bowiem obszerny zbiór łacińskich dokumentów dotyczących armii Zygmunta III oblegających w okresie 1609-1611 Smoleńsk.  Widzimy jak zmieniała się liczebność i skład armii, możemy identyfikować dowódców i typy jednostek. Fenomenalne źródło, nawet dla kogoś z tak słabą znajomością łaciny jak ja…

Można ten zacny tom upolować online w dwóch miejscach:





[1] Tak tak, mam zapisy według angielskiej nomenklatury, urok internetu…

piątek, 28 kwietnia 2017

Kącik polemiki - odsłona IV


[Dla tryumfu zła potrzeba tylko, żeby dobrzy ludzie nic nie robili – Edmund Burke (1729-1797)]

Tym razem dość nietypowa polemika, bo połączona z dość gorzką obserwacją. Jak zapewne część z Czytelników tego bloga wie, od wielu już lat nie mieszkam w Polsce. Bacznie jednak obserwuję co dzieje się w kraju nad Wisłą, nie tylko na rynku wydawniczym… Przyznam, że coraz bardziej szokuje mnie w Polsce rozwój pseudohistorii, zataczającej coraz szersze kręgi i zdobywającej wielu wyznawców. Na pierwszy plan wybija się tu oczywiście turbolechityzm, do którego niestety wydatnie przyczyniło się Wydawnictwo Bellona, propagując fantastykę naukową autorstwa Janusza Bieszka jako pozycje historyczne. Co gorsza, wieść niesie że Bellona zamierza teraz wydać i książkę napisaną przez Pawła Szydłowskiego – a to będzie już totalny  skok na kasę i upadek na twarz…
Niestety takie pseudohistoryczne podejście nie ominęło i mojego ukochanego XVII-wieku. Już wcześniej na blogu komentowałem turbohusarskie memy, które stają się powoli podstawą edukacji. Było tez i kilka słów o książce która miała dużo wspólnego z ciekawostkami, ale mało z historią. Tym razem chciałbym kilka słów poświęcić artykułowi Polacy na Kremlu. O krok od imperium. Jego autorem jest Piotr Zychowicz, znany skądinąd ze swoich prac dotyczących XX wieku. Omawiany tu artykuł miał powstać w 2014 roku dla miesięcznika Historia Do Rzeczy, ja zapoznałem się z nim jednak dopiero teraz, kiedy zamieszczono go na stronie internetowej.

W języku angielskim mamy idiom cherry picking, który idealnie oddaje to co możemy znaleźć w tym artykule. Tak jak zbieracz czereśni wybiera tylko najlepsze i najładniejsze okazy, tak i Autor wybrał sobie źródła, opracowania i cytaty pasujące do tezy, odrzucając te które mu nie pasowały. Ze zjawiskiem takim możemy się niestety spotkać w wielu pracach (mniej lub bardziej) historycznych – ale to już coś na inny wpis i inną opowieść.

Artykuł zaczyna się od opisu „bitwy pod Kłuszynem”. Musiałem to zawrzeć w cudzysłów, gdyż jest to fantastyka jakich mało. Jakiś zupełnie z kosmosu wzięty opis szarż husarii, szarżujących na wojska moskiewskie nijak się ma do rzeczywistego przebiegu bitwy, gdzie walka z Moskwą była ograniczona. Husaria piękna i wspaniała, do tego każdy jeden w lamparciej skórze. Na polu bitwy nie walczono z moskiewskimi rajtarami, bo też formacja taka jeszcze nie istniała. Zabawne jest sformułowanie o szwedzkich sojusznikach Rosjan i zachodnich wojskach zaciężnych, implikuje bowiem dwa różne zgrupowania. Tyle tylko że chodzi tu po prostu o wojska De la Gardie, złożone z wojsk najemnych z wielu krajów Europy, będących na żołdzie szwedzkim a wysłanych do Moskwy na mocy porozumienia z Karolem IX. Istnym majstersztykiem, typowym dla wspomnianego już cherry pickingu, jest podanie strat moskiewskich jako 17 000 zabitych. To wysoce zawyżone informacje z anonimowej relacji o bitwie, które nijak się mają do liczb podawanych przez uczestników starcia. Ale wiecie, na papierze to wygląda dobrze…

Zaraz potem Autor przechodzi do sedna, czyli snucia wizji Rzeczpospolitej od Bałtyku po Ocean Spokojny. Manipuluje przy tym faktami jak tylko się da, nie wspominając np. że hetman Żółkiewski należał do tych senatorów, którzy odradzali Zygmuntowi III mieszanie się we wrzący kocioł wewnętrznych spraw moskiewskich. Opiera się o wyliczenia Krzysztofa Warszewickiego, który zmarł w 1603 roku czyli nie mógł być świadkiem Dymitriad i zmieniającej się sytuacji na linii Rzplita-Moskwa. Kapitulację polskiego garnizonu Moskwy w 1612 roku określa jako klęskę, nie biorąc pod uwagę sytuacji w jakiej znajdował się wtedy Rzeczpospolita: zadłużona wobec wojska, którego cztery dywizje (zarówno te walczące wcześniej w Inflantach jak i w Rosji) rozlały się szeroko po ziemiach Rzplitej, paląc i rabując jakby byli w podbitym kraju. Niewydolny polski system podatkowy zalegał żołnierzom miliony złotych. Latem 1612 roku zaś w Mołdawii została zmasakrowana polska wyprawa Stefana Potockiego, która przy aprobacie króla (i z wieloma chorągwiami wojska kwarcianego) ruszyła po tron hospodarski. W Inflantach dopiero co udało się zakończyć wojnę ze Szwecją. Kraj był wyczerpany konfliktami toczonymi od 1600 roku, włącznie z rokoszem Zebrzydowskiego (czy jak to się często teraz ujmuje – sandomierskim). O tym jednak w artykule nie przeczytamy, bo nie pasuje to do przyjętej przez Autora koncepcji potężnego państwa które miało szansę stać się jeszcze potężniejsze na wieki wieków amen. Król Zygmunt III jest tu fantastą i zazdrośnikiem, a Żółkiewski to według Autora najwybitniejszy, najbardziej dalekowzroczny mąż stanu epoki. Naprawdę nie wiem jak się do tego odnieść, bo to tezy żywcem wyjęte z XIX-wiecznych opracowań. Zdobycze z rozejmu dywilińskiego to według Autora ochłapy - pewnie, Smoleńsk to wszak zupełnie nieważna twierdza, nikt się nim nigdy nie przejmował i nie koncentrowały się na nim późniejsze kampanie…  

Jakoś brak informacji, że moskiewscy bojarzy – negocjując kwestię tronu carskiego dla Władysława - nalegali na Żółkiewskiego, by ten namówił króla do odstąpienia od oblężenia Smoleńska i oddania wszystkich zajętych przez Polaków twierdz. Hetman miał się ku temu skłaniać, ale król okazał się pragmatykiem i realistą, nie zgadzając się na takie warunki. No ale to znowu nie pasuje do tezy, prawda? Brak dokładniejszego spojrzenia na różnice kulturowe między moskiewskimi bojarami i polską szlachtą, które mogłyby pokazać jak – na dłuższą metę – niemożliwa byłaby integracja. Autor pomija mechanizmy Smuty, kwestie wojny domowej będącej de facto rozgrywkami najważniejszych rodów bojarskich, które – w znacznej mierze dzięki polskim i szwedzkim „gościom” – mogły pozbywać się konkurencji i zmienić układ sił w państwie. Autor zapomina jak Filaret (Fiodor Nikiticz Romanow) pogrywał Żółkiewskiego, negocjował twardo z Zygmuntem III i manewrował moskiewską polityką – a warto pamiętać, kto został (w znacznej mierze dzięki jego polityce) carem moskiewskim w 1613 roku.

Z artykułu wyłania się niezwykle optymistyczna wizja, że gdyby tylko Zygmunt III posłuchał Żółkiewskiego i wysłał Władysława do Moskwy jako carewicza, to doszłoby do stopniowego przejęcie przez Rosję polskiej kultury i języka, tak jak to miało miejsce na Litwie. Wszystko byłoby pięknie i wspaniale, nigdy nie powstałaby potężna carska Rosja-przeciwnik Polski. To takie granie na patriotycznej trąbce, odrzucające wszystko co działo się po 1612 roku – kolejne konflikty europejskie pośrednio i bezpośrednio wpływające na Rzplitą, kolejnych władców i ich politykę, przemiany w obrębie samego kraju. Husaria pogoniła Moskwę, trzeba było to wykorzystać i słuchać Żółkiewskiego – bo przecież krew Polaków zamordowanych na Kremlu w maju 1606 roku już dawno wsiąkła w ziemię i Władysławowi włos by nie spadł z głowy.

 Może jednak niech p. Zychowicz bawi się w alternatywne historie związane z XX wiekiem, a wiek XVII pozostawi w spokoju…


wtorek, 15 marca 2016

Chłopi w urodzi bogaci


Dziś kilka ciekawych obserwacji autorstwa anonimowego polskie posła, wchodzącego w skład delegacji wysłanej przez Zygmunta III do Dymitra Samozwańca. Polacy dotarli do Moskwy 12 maja 1606 roku, cztery dni po koronacji Maryny Mniszkówny na carycę. W relacji można odnaleźć interesujące wzmianki dotyczące wojsk polskich magnatów wspierających Dymitra; a także oddziałów gwardii samego cara.
Znajdujemy więc wzmiankę o 224 husarzach Ich Mci. P. Wojewody Sandomierskiego[1] i syna jego Pana Starosty Sanockiego[2], których dwie chorągwie stanowiły elitę polskich popleczników cara. Wojewoda miał także 100-osobową chorągiew piechoty w barwie czerwonej i w żółtych ciżmach, wszyscy pod piórami białymi pawimi. Z kolei tak samo liczna chorągiew piechoty starosty wystąpiła w barwie błękitnej z pętlicami blachowemi srebrnymi nie małymi pod strusimi piórami. Obydwa oddziały piesze to chłopi w urodzi bogaci.
Nie mogło zabraknąć  gwardii przybocznej cara. Drabanci w ubiorze niemieckim, których było 300 ochędożnie od aksamitów ubrani; z których każdy miał alabart w ręki szeroki polerowany. (…) Na wszystkich alabartach z obu stron wyczechowany złotem orzeł płatany i nad orłem korona carska i po bokach literami łacińskimi (Demetrius Iwanowicz). Drążki u tych alabartów aksamitem czerwonym powleczone i drutem srebrnym miąszem okręcone a pod temi frędzle złote.
Widzimy także strzelców moskiewskich, w czerwonej barwie różnymi kitajkami po niemiecku upstrzonymi niemało, z rusznicami dobremi i muszketami.
W eskorcie cara znajdujemy  jeszcze więcej jazdy: 730 koni kopijników, a to była rota pana Mathiasza Domarackiego, dawna carska, co mu od wejścia w Państwo (Moskiewskie) służyli.



[1] Jerzy Mniszech.
[2] Stanisław Bonifacy Mniszech . 

wtorek, 5 stycznia 2016

Kijem z gwoździem na końcu


Wracamy do dziennika Stanisława Niemojewskiego, tym razem opisze nam on armię moskiewską z początku XVII wieku:
Sposób po te czasy wojowania narodu tego beł wszytkich na koniach zwyczajem tatarskim, jedni z łuki, drudzy z rohatynami, drudzy też sztukę żelaza albo kości do nahajki uwiązawszy. Ludzie nadzy[1], nie każdy ma szablę. Teraz już niektórzy, choczaż barzo rzadko, miewając bechtery, pancerze, misiurki, a najdują się u niektórych i zbroje (oni je płatami zowią), których u naszych dostawali, ale takich jeszcze mniej.
Potykanie się u nich także dziełem tatarskim: albo gonią gdy jem kto ucieka, albo uciekając strzelają z łuków. Naszem przyznawają, że jem trudno wtręt uczynić, ale jako się jem też noga powinie, nie trzeba się obawiać, aby się obrócić mieli. Siebie chwalą, że i potykając się biją, i uciekając.
Szkapy u nich ladajakie, ale ciało przecie trzymają, choczaż ich lada czem karmią. Dryganta[2] w wojsku nie najdzie albo rzadki.
Co jem piechoty zbędzie od ciągnienia dział, to jest chłopstwa, czerni, wieśniaków, a inakszej u nich nie masz – ci idą za jezdą z berdyszami, albo z kijami, kolkę jaką albo g(w)óźdź na koniec wbiwszy i gdy przychodzi do potrzeby, pozad ich stawają dla tego samego, aby się wojsko więtsze zdało.
Daj znajdujemy wzmiankę o utworzonych przez Iwana IV Groźnego strzelcach:
(…) we wszytkich pogranicznych grodziech strzelce  z ruszniocami, którzy acz na wojnę na koniach jeżdżą, ale gdy do potrzeby przychodzi, zsiadają z koni i szkapy puściwszy, stawają przez jezdą z rusznicami pieszo, które oni piszczelami dłuższe, a półhaki samopałmi zowią.




[1] Tj. bez uzbrojenia ochronnego.
[2] Według Encyklopedii staropolskiej Zygmunta Glogera: dryś, tak nazywano dawniej ogiera, stadnika. 

wtorek, 8 grudnia 2015

Mieszkają przy Lodowatym Morzu...


Kontynuujemy wizytę na dworze Dymitra I Samozwańca, dziś uroczy opis grupy Lapończyków, którzy przybyli złożyć coroczną daninę do Moskwy. Niemojewski nie mógł się jak widać im nadziwić i postarał się dokładnie opisać egzotycznych gości:
Naprzód ze skór reniferowych na wierszch kosmatem wywróconych, potym niezwyczajnem uszyciem, bo w jednej sukni zaraz i czapka, i kabat, i ubranie i trzewiki i rękawice, tylko na dłoni przerżniono, którędy palce wyjmować może, a na piersiach, którę w onę szatę chłop włazi. Pasa nie używają. Twarzy u nich coś w tatarskie poszły[1]: krótkie a szerokie i także śmiade[2], oczy maluśkie, sami staturą niewysoką. Tych reniferów oni miasto[3] bydła używają i doją, i w sanie zaprzęgają, ale na nich nie jeżdżą, uździenice na nich kładą, bo bez wędzidła dadza się zadzierżać. Są zwierzątka mniejsza niż jelenie; a rubsze danieli, rogi na kształt danieli mają, tylko że trochę płaskie. Takiegoż mięsca nawięcej a ryb zażywają. Mieszkają przy Lodowatym Morzu ku Norwegijej. Język osobny mają, którem się niskiem nie zmówią. Obyczaja dzikie. Żydło[4] ich: mało warzonego albo pieczonego używają, serowe mięso i ryby żywe bez soli jedzą. Chodzieli niektórzy z naszych przypatrywać się, kiedy swoje obiady odprawowali.
Broni żadnej, prócz łuków długich, nie używają; i te, co laskę tylko skrzywi, powrozek u niej miasto cięciwy uwiązawszy, z tych zwierz biją. Wojny niskiem nie wiodą, o granice się nie zastawują, z miesca na miesce po lesiech mają gdzie ustapić.



[1] Tj. wyglądają jak tatarskie.
[2] Śniade.
[3] Zamiast.
[4] Jadło. 

czwartek, 3 grudnia 2015

Arcerze, drabanci i strzelcy... a, no i jeszcze rota usarzów


Znalazłem dziś bardzo ciekawy opis gwardii Dymitra I Samozwańca, to niejako kontynuacja wpisu sprzed ponad 4 lat (jak ten czas leci). W maju 1606 roku, gdy car witał pod Moskwą swoją przyszłą żonę, towarzyszyły mu oddziały przyboczne. Tak oto opisał je Stanisław Niemojewski, czyli naoczny świadek wydarzeń:
Stało około tych namiotów hosudarskich[1] arcerzów 100, drabantów 200 z alabardy[2]. Arcerze ci, choczaż nie w barwie beli[3], ale mieli przecie każdy jaki taki ubiór jedwabny na sobie, w płaszczach wszyscy, z alabardy, u nich toporzyska okręcone drotem srebrnem. Drabanci zaś bez płaszczów, alabardy już inaksze i bez drotu, w sukniskach ladajakich, w czarnych, w skórzanych rozmaitych, jedni z szpadami w bociech kowanych, albo baczmagach, drudzy z szabliskami kozakiemi w trzewikach albo w skórzniach, in summa znać beło rzemieślniki alias canaglie[4].
Podle tych alabardników stało strzelców 600 z rusznicami, w szupanach tylko, każdy w inakszej sukni z pętlice po pas; może się rzec, że woźnic na gromadzie trudno się ma więcej ujrzeć, na których oni barziej niźli na piechotę poszli. To ich samo tylko zdobieło, że każdy w białej czapeczce.
Za niemi stały roty hosudarskieh Usarzów koni sto pod regimentem pana Domaradzkiego.
Widzimy więc poważne różnice w wyglądzie owej carskiej gwardii, gdzie tylko oddział przybocznych harcerzy prezentował się naprawdę dobrze. Zapewne to o nich pisał Hirschberg jako o oddziale Jakuba Margereta, dwa pozostałe oddziały – Knultsena i Woondtmanna – to owi drabanci bez płaszczów. Nie mogło też zabraknąć lokalnej formacji czyli strzelców, a także elity polskich najemników czyli husarii.



[1] Carskich.
[2] Halabardami.
[3] Tzn. nie mieli jednolitych strojów.
[4] Motłoch. 

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Knutami po ulicach knucono



Dziś ciekawy przypadek ‘sądowniczy’, wynotowany przez Samuela Maskiewicza. Wydarzenie miało miejsce jesienią 1611 roku, a dotyczy jednego z pocztowych z polskiego garnizonu Kremla:
Pacholik też jeden bojarzynowi, idącemu z łaźni z żoną i córką, wziął mu córkę gwałtem, że nie znał, nie wiedział, na kogo się skarżyć, aże w niedziel dwie córka jego do domu przyszła, dopieroż skarżył. Tego, kiedy sądzono w kole, chcieli niektórzy prawem naszym sądzić go na gardło, ale Bobowski po­dał sposób i dobry, na który wszyscy przypadli, żeby go moskiewskim pra­wem sądzono, czym się i Moskwa, i on kontentować mogą. I tak ci go knutami po ulicach knucono, a chłop wolał, że mu szyję nie ucięto, Moskwa też była kontenta.

Interesujące w jaki sposób postanowiono pogodzić surowe z reguły (przynajmniej ‘na papierze’) sądownictwo koła wojskowego a lokalne podejście do prawa. Pocztowy ocalił głowę, miejmy jednak nadzieję, że odebrał solidną nauczkę…

piątek, 6 czerwca 2014

Waloni, Prusacy, Inflantczycy, Pomorczycy - raz jeszcze

Trzeba będzie chyba od nowa zająć się kwestią rajtarii polskiej i litewskiej walczącej w czasie Smuty, bo też niezły mamy mętlik w źródłach. Kilka lat temu popełniłem o tym krótki wpis, ale dotarłem w między czasie do źródeł, które stoją nieco w sprzeczności z poprzednimi zapisami. W opisanych po łacinie spisach żołdu, rajtarzy biorący udział w oblężeniu Smoleńska określeni są jako Equibitus Germanis.
Wspominałem o rocie von Rosena, liczącej prawdopodobnie 100 koni. Z list zapłaty żołdu wynika j, że chorągiew ta (przynajmniej na papierze) była jednak większa. Przy dacie 6 lipca 1609 roku znajdujemy bowiem wzmiankę, że chorągiew rotmistrza Henryka (Henric) von Rosen liczyć miała 200 koni. W drugiej ćwierci służby (rozpoczynającej się od 6 października 1609 roku) stan chorągwi to 169 koni. Do stanu 200 koni powraca w trzeciej ćwierci służby (6 stycznia-6 kwietnia 1610 roku). Znajdujemy także kilka nazwisk rajtarów, służących w tej jednostce. Co ważne, są oni określenie jako towarzysze – commilitonibus. Nazwiska są o tyle interesujące, że jest tam całkiem sporo polsko-brzmiących rajtarów. Lista to: Sikutowicz, Vaxman, Henric Ianson, Cornelius Frencensem, Paul Bartholomaeum, Szczigielski, Paskiewicz, Andrzej Piatkowski, Felic Rauscherdlin, Balthasar Kosmider, Thomas Gilczyn, Jan (Ioanni) Gerber, Michael Slee, trzech (braci?) Suchodolskich (Gaspar, Jan/Ioanii i Krzysztof/Christopher), Swichowski.
Druga rota znajdująca się na stanie wojska oblegającego Smoleńsk miała być dowodzona przez rotmistrza Eberharda Gegha/Geyghe’a/Geghi/Seighe. Nazwisko oficera jest za każdym razem pisane w inny sposób, być może chodzi o Seja? W lipcu 1609 roku miała stan etatowy 100 koni. Identyczna liczebność chorągwi wykazywana jest także za drugą i trzecią ćwierć służby.  Tutaj odnalazłem jednak tylko jedno nazwisko towarzysza –Eberhard Wilkeman.
Jest i wzmianka o oddziale dowodzonym przez kawalera Nowodworskiego, z tymże chorągiew określana jest jako arkabuzeria – Equibitus harkabusiers. Rota ma rozpisane 8 ćwierci służby, od 6 lipca 1609 roku do 6 lipca 1611 roku. Jej liczebność w kolejnych ćwierciach to: 90, 93, 93, 90, 90, 86,79 i 76 koni. Tu muszę odcyfrować jeszcze nieco dłuższy zapis łaciński, więc do tematu powrócę.

Muszę dotrzeć jeszcze do kilku źródeł dotyczących oblężenia Smoleńska, może uda się w nich znaleźć nieco więcej szczegółów. Postaram się wtedy zebrać obydwa wpisy do kupy w formie jakiegoś bardziej zorganizowanego artykułu.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Zdrowia swego nie żałowali i krew swoją na placu obficie rozlewali

Zagadnienie polskich i litewskich najemników służących w armii szwedzkiej w czasie Wielkiej Smuty to temat słabo opisany, acz niezwykle ciekawy. Pisałem kiedyś o husarii służącej w armii Gustawa II Adolfa, teraz pora na jazdę kozacką. Dzisiaj więc czeka nas na blogu przyjemna – mam nadzieję – niespodzianka, w postaci listu polskich oficerów do Jakuba de La Gardie (once again thanks to Daniel Staberg for sharing those great sources with me!). Korespondencja ta, datowana na 9 sierpnia 1612 roku, to niezwykle ciekawa lektura. Dowiadujemy się z niej mianowicie o kwestii żołdu naszych wojaków, a także o ich problemach z zaopatrzeniem. Pozwolę sobie przytoczyć in extenso, wszystkie komentarze w przypisach pochodzą ode mnie.
Wielmożnemu Panu Panu[1] Jegomości Panu Jakubowi Puntusowi De la Gardie Hetmanow[2]i ludu Króla Jego Królewskiej Mości Szwedzkiego[3] naszego Miłościwego Panu do rąk własnych należy.
Miłościwy Panie Panie[4] Hetmanie
Uniżone posługi nasze Miłościwej Łasce Jegomości naszego miłościwego Pana pilno oddawamy się. Jakoż Jegomość Miłościwy Pan na Nowogrodzie postanowienie raczył mieć z nami na tę ćwierć pirszą[5]po 18 złotych na koń[6], jakoś Jegomość nasz miłościwy Pan w Nowogrodzie raczył dać po trzy złote, tak też i Jegomość Pan Hewerthorn Pan Hetman Polny[7] pod Iwanogrodem po trzy złote do tegoż miesiąca dodał. A o ostatek prosim Jegomość naszego Miłościwego Pana, żebyś Jegomość nasz miłościwy Pan przez Pan PrKotowskiego[8] Rotmistrza naszego raczył nam przysłać, bo nie mamy nic, że nam Moskwa pod Iwanogrodem w obozie wszystko pobrała i nas samych nabito, nastrzelano i konie nie mało, że drugi teraźniejszego czasu nie jeden piechotą za wojskiem chodzi, żeśmy na służbie Jego Królewskiej Mości Naszego Miłościwego Pana[9] zdrowia swego nie żałowali i krew swoją na placu obficie rozlewali. Będący tej nadziei, że nam Jegomość nasz Miłościwy Pan nam tę naszą pracę nie opuści z łaski swej Pańskiej. A na drugą ćwierć jako wszędzie żołnierzowi płacę na koń po trzydzieści złotych, inaczej nie chcemy. Wola to Jegomości naszego Miłościwego Pana będzie nam postąpić tak albo nie. Bo na nas bardzo przykro. A na nowo na pół ćwierci dać[10] bo nie mamy za co ręsztunku[11] kupić. (Wyraz nieczytelny, prawdopodobnie ‘Druga’) żeśmy i ostatnie suknie powtracali, nie mamy skąd poratowania mieć s tymi się powtóre z służbami naszymi oddajemy Jego Miłościwej Łasce Jegomości naszego Miłościwego Pana.
Dan stanowiska
Augusta 9 Dnia R 1612
Jego Mości naszego Miłościwego Pana życzliwi słudzy i towarzysze
Mikołay Jasiński
Maciey Chałaim
Rotmistrzowie i wszystko towarzystwo





[1] Tak w tekście, być może to błąd kopisty.
[2] Oficerowie zastosowali tu jak widać polską rangę najbardziej odpowiadającą pozycji De la Gardie w armii szwedzkiej.
[3] Tu bardzo ważna figura stylistyczna, wszak – o czym kiedyś już pisałem na blogu –w  Rzplitej nie uznawano tytułu królewskiego Gustawa II Adolfa. Cóż, nasi kondotierzy wiedzieli jednak, kto trzymał sakiewkę z ich żołdem…
[4] Znów powtórzenie w tekście.
[5] Pierwszą.
[6] Czyli podobnie jak jazda kozacka w armii Rzplitej w tym czasie.
[7] Chodzi o generała Ewerta Horna.
[8] Może Piotra Kotowskiego?
[9] Znów chodzi o Gustawa II Adolfa.
[10] Czyli zapłacić z góry.
[11] Tak w zapisie, oczywiście chodzi o rynsztunek.