Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polowania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polowania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 marca 2019

Zakochany misiek



Były już na blogu różne historie o niedźwiedziach, ale takiej grubej jeszcze nie… Karol Ogier i kolejna powiastka z czasu jego pobytu w Gdańsku:
Usłyszałem od jej męża coś więcej o tym, co dotyczy polowania na niedźwiedzie. Opowiadał, że łapy niedźwiedzie uchodzą za przysmak na stołach magnatów i że je zwyczajnie podają przy biesiadach z wyszukanymi potrawami. Zdarza się nieraz, że niedźwiedzie zapłoną miłością do niewiast i bardzo niedawno w Gdańsku oswojony niedźwiedź zgwałcił pewną służebnicę. Ta rozmowa o niedźwiedziach stąd poszła, że w tych dniach niedźwiedź podczas polowania omal nie zabił księcia Radziwiłła, a człeka, który go z tej obieży uwolnił, okropnie straszny potwór pokaleczył. Był ci na tym polowaniu i sam król. Na Litwie chwyta się żywe niedźwiedzie przy pomocy wieśniaków, którzy na zaplątane w sieci niedźwiedzie uderzają z widłami, chwytają je i związane wiodą do miast na widowiska takie jak na przykład , jak gdy niedźwiedzie z bykami albo psami muszą walczyć. Odbywa się to często w Królewcu.
A jako ilustracja nader krwawe ‘Polowanie na niedźwiedzia’ autorstwa Paulusa Pottera z 1649 roku. Oczywiście z moich ukochanych zbiorów Rijksmuseum.

środa, 2 stycznia 2019

Ryba owa, gdy się ma na burzę, pieje niby kur



W pisanej w pierwszej połowie XVI wieku Pomeranii, czyli kronice pomorskiej Tomasza Kantzowa znaleźć można mnóstwo ciekawych opisów dotyczących historii, geografii i obyczajów ludności Księstwa Pomorskiego. Od czasu do czasu zamieszczę jakiś fragment, pożyczony z doskonałego polskiego wydania z 2005 roku[1]. Jako pierwszy zapisek dotyczący różnych zwierząt które Pomorzanie łowili w Bałtyku, czyli coś dla miłośników frutti di mare i nie tylko…

W słonym morzu wszelakie się poławia ryby. Przede wszystkim piękne się łowi jesiotry, jako i foki, które Pomorzanie zwą psami morskimi. Są one bardzo do psów podobne, mają też ostre zęby i gryzą jak psy, włos mają białawy i przednie łapy jak pies, atoli z tyłu nogi szerokie jak u gęsi, iżby radzić sobie mogły w wodzie. Swe młode rodzą jak inne zwierzęta. Przeważnie przebywają w wodzie; gdy jednak dobra jest pogoda, leżą na wielkich głazach w wodzie albo na brzegu i się wygrzewają. Niekiedy, w miejscach, gdzie dobre mają warunki, można ich pono zobaczyć kilkaset. Skoro się jednak podpłynie do nich statkami, wskakują do wody i kryją się pod nią; wnet wypływają wokół statku, bawią się i chętnie słuchają, gdy się gwiżdże. Owe psy morskie strzela się z rusznic, a gdy się je trafi - nie mogą zostać pod wodą; morze bowiem nie znosi rannych ani ścierwa. Dlatego ci, co do nich strzelają, mają psy specjalnie ułożone; one to przynoszą je na brzeg. Chwyta się je też w sieci, gdy polują na ryby. Znacznie są tłustsze niźli świnia; spożywa się tedy jeno mięso chude, które gotuje się jak dziczyznę. Z tłustego robi się focze sadło, które je się w post, oraz tran, którego używają rękawicznicy i inni rzemieślnicy. Z futra rybacy wyrabiają niekiedy kurtki; jest ono też dobre do obciągania sakw. Taką ma naturę, że gdy zbiera się na deszcz, to włos się na nim jeży. W morzu łowi się takoż morświny; nie mają one nóg ani sierści, ani pyska, lecz gardziel u dołu na szyi, jako i zębów nie mają, jeno grubą czarną skórę, są jak inne ryby, ale można rozpoznać, który jest samcem, a który samicą, i rodzą swoje małe jak inne zwierzęta. One takoż wielce są tłuste. Gotuje się tedy i jada chude ich mięso, tak jak u psów morskich, a z tłustego tran się wyrabia. W post łowi się też rybę, która zwie się beloną [Hornfisch]; zielone ma mięso i zielone ości oraz dziób niby bocian, nieco podobna jest do węgorza, tyle że grubsza. Spożywa ją biedota, bo smak ma nieszczególny. Łowi się takoż rybę nazywaną dorszem; jest z tego samego gatunku, co sztokfisz, dobre ma mięso i dużą wątrobę, którą uważa się za przysmak.

Latem łowi się też pewien rodzaj raków, które zwie się krabami, a które Pliniusz nazywa carabos, są to niezupełnie raki, nie mają bowiem wielkich szczypiec z przodu, lecz jeno niewielkie odnóża, jakby małe racze szczypce. I są te kraby niewiele większe czy dłuższe niż najmniejszy palec małego dziecięcia, chodzą do tyłu jak raki i gdy się je wrzuci we wrzątek, takoż czerwienieją. Pośród owych krabów łowi się też inny rodzaj raków, które zwie się pająkami morskimi; nie jada się ich u nas, gdyż są małe i nie poławia się ich wiele. Są szerokie i niemal okrągłe i nie mają ogona, lecz wydaje się, jakby ogon wrósł im w brzuch pod spodem; mają długie nogi i gdy chodzą lub biegają, nie czynią tego do tyłu, jak raki, ani też do przodu, lecz w bok. Łowi się takoż jeszcze inną rybę, wielkości jazgarza, ale tak samo grubą na całej długości, o zielonym i błyszczącym mięsie; ma ona cztery rzędy niby małych kolców, tak jakby była czworokątna, a zwie się ją kurem [Sebebabn]. Powiadają żeglarze, iż ryba owa, gdy się ma na burzę, pieje niby kur. Nie jada się jej, albowiem uważa się ją za trującą. Jakoż i na całym pomorskim wybrzeżu poławia się śledzie. Niegdyś łowiono też wieloryby, podobnie i mieczniki, kt0rych żebra i kości liczne są jeszcze u nas. Miecznik z przodu na głowie ma miecz ościany, tak ostry i doskonały, jako miecz prawdziwy. Powiadają, że miecznik wrogiem jest wieloryba, i jeśli mu się uda wejść pod niego, to wyszukuje mu na brzuchu miękkie miejsce i go zakłuwa.



[1] Tłumaczenie: Krzysztof Gołda. Przypisy i komentarze w tekście: Tadeusz Białecki, Krzysztof Gołda, Edward Rymar.


środa, 12 sierpnia 2015

Joctur, joctur ucala!


Ogier Ghiselin de Busnecq miał niezwykły talent do spisywania ciekawych historyjek dotyczących zwyczajów panujących w Turcji. Dziś chciałbym podać jego opis dotyczący tureckiego sposobu polowania na hienę. Wierzono tam, że hiena rabuje groby i bezcześci ciała zmarłych – stąd też nie była zbyt lubiana przez okoliczną ludność. Wymyślono więc unikalny sposób polowania.  Uwaga dzieci –nie róbcie tego same w domu!
Powiadają że hiena, którą zwą tutaj Zirtlan[1], rozumie ludzką mowę (swoją drogą starożytni twierdzili także, że potrafi ją naśladować)  i dzięki temu może być schwytana w następujący sposób. Myśliwi zbliżają się do jej jaskini, która jest łatwa do znalezienia, bo otoczona stosami kości [ofiar hieny]. Jeden z nich wchodzi [do jaskini] z liną [w dłoni], pozostawiając drugi koniec liny w rękach swych towarzyszy stojących u wejścia do jaskini. Czołga się tedy po jaskini, mówiąc ‘joctur, joctur ucala’, co oznacza ‘nie mogę go znaleźć, nie ma go tutaj’. W tym czasie, bestia – rozumiejąc [z tej przemowy] że jej kryjówka nie została odkryta, pozostaje w bezruchu, a w tym czasie myśliwy przywiązuje koniec liny do jej nogi, wciąż pokrzykując ‘hieny tu nie ma’. Potem, wciąż krzycząc te słowa, wychodzi z jaskini, a jak tylko znajdzie się na zewnątrz, krzyczy ile sił w płucach, że hiena jest wewnątrz [jaskini]; na to zwierz, rozumiejąc o czym mowa, próbuje uciec – jednak bez skutku, bo myśliwi trzymają mocno linę przywiązaną do nogi hieny. W ten sposób uśmiercają zwierzę, a jeśli przetrwa taki ból, to mogą je schwytać żywcem; ale jest to trudna przeprawa, bo [hiena] to agresywny zwierz, który stawia zacięty opór.



[1] Chodzi o hienę pręgowaną, występującą w Azji. 

wtorek, 22 kwietnia 2014

Czerep aż do mózgu pazurami rozdarł

Polowanie na niedźwiedzie, jednak z ulubionych rozrywek naszej XVII-wiecznej szlachty, była zabawą niebezpieczną dla wszystkich uczestniczących –od  niedźwiedzia począwszy, przez psy gończe, aż po samych myśliwych i ich świtę. Opis takich krwawych i niebezpiecznych łowów znaleźć możemy w zapiskach jednego z moich ulubionych pamiętnikarzy, Jana Poczobuta Odlanickiego. Jak się przekonamy, z taką samą werwą ruszał on na Szwedów, Moskali, litewskich dragonów jak i na niedźwiedzia. Swoją drogą ciekawą sprawą jest ilość uzbrojenia, którą zabierano na tego zwierza – no, ale w sumie nie ma się co dziwić, niech lepiej pan Jan opowie jakie miał tam przygody…

Dnia 28 miesiąca Septembra [1678 roku], w wilią Michała Świętego, przy konkluzyi żniwa, usłyszawszy strzelanie z muszkietu strzelca mojego, który pilnował niedźwiedzia przy gryce, w lesie moim, nazywanym Jodeliszki, rozumiałem, że go ubił, aż go zastałem z rykiem sapiącego, jakoż gdym charty i półbrytanie przyszczwał, ruszył się uchodzić. Dopiero tem bardziej go goniąc z ochoty, bo już na zachodzie słońce było, żeby nie uszedł, zapadłem z koniem w błocie, którego porzuciwszy, piechotą goniąc, strzeliłem z pistoletu, że w tym impecie wpadł na drzewo, mnie goniącemu czapka z głowy spadła: i gdybyśmy go za kilkakrotnem strzelaniem ledwie z wierzchu drzewa spędzili, gdy się spuszczał, uderzyłem go oszczepem w poły, aż mnie też on przywitał łapą w wierzch głowy, żem się z tym światem mało nie pożegnał, bo mi czerep aż do mózgu pazurami rozdarł. Tak się mile łowy nieszczęśliwe nadały, że lubom go ubił, i skórę jego zdeptał, alem tego mocno przypłacił, gdy mi kości szły z głowy mojej.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Magna bestia ambasadora

Wśród zapisków Karola Ogiera, dotyczących negocjacji polsko-szwedzkich w 1635 roku możemy znaleźć i taki smakowity (dosłownie…) fragment, dotyczący uczty u Stanisława Lubomirskiego:
Nayokazalszą potrawą była potężna pieczenia Łosia (zowią ią, magna bestia), uzdrawiająca noga iego daną była Posłowi [hrabiemu d’Avraux/Avaux]. Myśliwy skoro tylko łosia wystrzałem swoim obali na ziemię, odcina mu nogę, naywiekszy ona skutek sprawia gdy bestya zabita iest in coitus, albo przynaymniey w czasie rykowiska, to iest od Św. Bartłomieia, iak to powiadaią myśliwi. Za naysmacznieyszy kąsek zwierza tego, uważane są chrapy onego; iedzą ie, pozwolono sobie wesołych przycinków i żartów…
Niestety nie znalazłem w listach samego hrabiego śladu komentarza na temat jak smakowała nogi magna besti. Ciekawe co sobie pomyślał o takiej potrawie?

piątek, 10 czerwca 2011

Pan Krzysztof - Misiek Slayer

W pamiętnikach Krzysztofa Zawiszy znajdujemy między innymi rozliczne ślady jego pasji myśliwskiej. Lektura fragmentu zatytułowanego Notacya ciekawa obrotów moich, zabaw różnych, konwersacyi, gościny itd. przynosi nam wzmianki o łowach na niedźwiedzie, najwyraźniej Zawisza uwielbiał  polować na te piękne zwierzęta. Poniżej niektóre wzmianki wspominające łowieckie ‘sukcesy’ nad Ursus arctos:
1 sierpnia ubiłem niedźwiedzia pod Szostakami, machinę bardzo wielką
- 7 sierpnia pod Ładzinkami ubiłem niedźwiedzia miernego, ale zbytnie złego, który i nas płoszył i psy tłukł
- Pod wsią jp. Darewskiej ubiłem niedźwiedzia z wielką uciechą, pędząc go najczęściej polami przy pospolitem wszystkiego myślistwa i złych i dobrych psów ruszeniu
- dano mi znać o niedźwiedziu pod Starojelną; ubiłem go w łomie bez szkody w psach
- pod Białą w jednym kwadransie ubiłem niedźwiedzia
- ubiłem niedźwiedzia sam pod Więzowcem: od jednego postrzału odświeżył się, brytana mi wtenczas dobrego skaleczył
- 4 grudnia ubiłem niedźwiedzia z obławą. Toż drugiego 7 stycznia
- 30 października ubiłem niedźwiedzia pod Białą, osoczonego na pierwszej moroszce
- 2 stycznia ubiwszy niedźwiedzia w łomie
- 23 stycznia pod Charewiczami obławą niedźwiedzia ubiliśmy, toż samo 24 stycznia pod Dryczynem drugiego ubiliśmy; tamże dobry brytan moręgi, Tatar, przy nim poległ
- nazajutrz łowy były szczęśliwe: ubito niedźwiedzia pięknego bardzo
- 15 listopada ubiłem na obławie niedźwiedzia
- 8 marca ubiliśmy w obławie niedźwiedzia pod Ladem
- 29 lipca niedźwiadka niewielkiego ubiliśmy
- 13 sierpnia niedźwiedzia wielkiego ubiliśmy pod samemi Oniksztami (…) zginął natenczas od niedźwiedzia chart biały rosły Pakant
- 24 lutego zabiliśmy w łomie pod Horką niedźwiedzia
- i tak dalej…
Straszliwa hekatomba niedźwiedziej populacji, a nie wspomniałem jeszcze o innych gatunkach na które polował pan Zawisza. Cóż, tak się bawili magnaci i szlachta…

sobota, 14 maja 2011

Gumiś króla Władysława

W styczniu wspomniałem na blogu jak to Jan III Sobieski polował na niedźwiedzia (głowy leciały i takie tam…). Tym razem zobaczymy jak w czerwcu 1633 roku Władysław IV Waza szukał rozrywki przed wyruszeniem pod Smoleńsk. Nie będzie już tak drastycznie, a raczej bardziej do śmiechu.
19go Czerwca król, chcąc siebie i Włochów [chodzi o grupę 10 szlachciców weneckich] ucieszyć, niedźwiedzia przez trzy lata w klatce chowanego kazał wypuścić. Król za bramą w budce stał z chrustu zrobionej, insi po innych budkach. Niedźwiedź mniemając, że to las był, do owego chrustu ex opposito króla udał się; lecz ztamtąd żelazem odstraszony, prosto się na królewską budkę rzucił i po głowach i po karkach wielu tam stojących przeskoczył i wpadł na ulicę, gdzie spuszczono na niego ze trzydziestu dużych psów, którym się dobrze broniąc, przyszedł nad rzekę, która przepłynąwszy, żyw uszedł do lasu, i tak strach obrócił się w śmiech z podziwieniem Włochów, którzy podobnych rzeczy nigdy nie widzieli. 

sobota, 29 stycznia 2011

Jednemu też Janczarowi niedźwiedź głowę obdarł

Wspomniałem kiedyś o tym jak to król Stefan Batory lubował się w polowaniach z sokołami. Kontynuując wątek myśliwski, tym razem skoczymy w drugą połowę XVII wieku. JKM Jan III Sobieski własnymi słowami opowie nam, jak to w 1681 roku udało mu się polowanie na grubego zwierza…
Nagrodził ci nam nie źle dzień dzisiejszy wczorajszą pustą knieje, bośmy zastali prawie ile drzew, tyle niedźwiedzi i dzików. Jeszcześmy wszystkiego nie porachowali, a już liczymy 9 niedźwiedzi a 10 dzików, tak małych jak i wielkich. Wymyślić nie tylko wypowiedzieć jest rzecz niepodobna, takiej uciechy. Był Pan Rezydent Cesarski [baron Jan Krzysztof Zierowski] przy wszystkiem, który sobie takich rzeczy i imaginować nigdy nie mógł; a co największa, żeby ta była jeszcze bez szkody uciecha, gdyby nie PP. Francuzowie, którzy z fuzyi szrótami i z pistoletów zabili mnie [c]harta i Panu Koniuszemu, i brytana, co od P. Koniecpolskiego, szkodliwie postrzelili. Jednemu też Janczarowi [z królewskiej chorągwi nadwornej] niedźwiedź głowę obdarł. Ostatni niedźwiedź był un monstre de la nature w niewidanej wielkości. Jużeśmy też do tego strzelać musieli, i ledwośmy mu radę dali. Brytanka od P. Gałeckiego tak złamał i przestraszył, że niewiedzieć gdzie w las zbiegł.
Oj działo się jak widać na królewskich polowaniach, oj działo… 

sobota, 11 grudnia 2010

Białozory, krogulce, jastrzębie i dziwoki

W 1882 roku Adolf Pawiński zebrał i wydał w Warszawie dzieło Akta metryki koronnej co ważniejsze z czasów Stefana Batorego 1576-1586. Niejakim wstępem do dzieła jest rozprawa o królu Stefanie jako myśliwcu, a że temat ten wydał mi się niezwykle ciekawy, postanowiłem w oparciu o pracę Pawińskiego (poszperawszy także nieco w Internecie) napisał o tym słów kilka. Jako pierwszy temat wybierzemy sokolnictwo. Nieprzypadkowo zresztą, gdyż to właśnie za panowania Batorego Mateusz Cygański wydał w Roku Pańskim 1584 w Krakowie rozprawę Myślistwo ptasze, w którym się opisuje sposób dostawania wszelakiego ptaka.

Król Stefan Batory był nie tylko dobrym organizatorem i reformatorem armii, lubił wszak i odpocząć od wojaczki. Monarcha był bowiem zapalonym myśliwym, a szczególnie upodobał sobie polowanie z sokołami. Co prawda kiedy objął tron okazało się, że w zawierusze po wyjeździe Walezego i poszukiwaniach nowego władcy upadł sokolarnia krakowska (dziurę w skarbie trzeba było czymś łatać, nikt nie miał głowy do utrzymywania drapieżnych ptaków), jednak króla Stefan stopniowo zaczął odbudowywać kolekcję. Niejaki Chłopicki miał już w 1576 roku przysłać w darze władcy jastrzębia i kilka rarogów (bardzo popularnych w tym czasie w sokolnictwie). Niedługo potem Batory kazał sobie przysłać sokoły z rodzinnego Siedmiogrodu – niestety przy pierwszym ‘locie testowym’ ptaki udały się w kierunku nieznanym (do ciepłych krajów może?) i nikt ich więcej już nie zobaczył. Jak widać pobyt w Polsce im się nie spodobał.
Na ratunek przyszedł jednak, jako wierny lennik Korony, książę pruski Fryderyk Jerzy. Ze swojej wspaniale utrzymanej sokolarni w Królewcu przysłał bowiem kilka dobrze ułożonych sokołów. Także i polscy panowie, goszcząc władcę,  starali się zaprosić go na łowy z sokołami – 19 marca 1577 roku pod Inowrocławiem król miał korzystać z ptaków z sokolarni kasztelana międzyrzeckiego Górki. Sokoły podarowali także Batoremu książę kurlandzki i starosta wyszogrodzki Starzechowski.
Król postanowił więc odbudować sokolarnię – którą przeniesiono do Grodna – i przekształcono w swoistą ‘szkołę’, gdzie nasi sokolnicy mieli się uczyć od najlepszych. W tym celu w 1581 roku zatrudnił dwóch niemieckich (być może z Kurlandii) sokolników – Wilhelma Ludwika i Eweharda Szmaldera.  Musieli to być nie lada specjaliści, wszak każdy z nich miał otrzymać po 204 złotych za rok, nie licząc utrzymania na cztery konie. Niemieccy sokolnicy przywieźli też swoje sokoły, za które król także hojnie zapłacić – za jednego samca białozora dał 20, a za sześć samic tego samego gatunku po 30 złotych. Oprócz tych sześciu białozorów (niezwykle cenionych wśród miłośników sokolnictwa) w tymże 1581 roku wydano jeszcze dodatkowe 100 złotych na inne sokoły.
Sokolnikami władcy ‘dowodził’ Rusin  Łukasz Biedrzycki, w czasie polowań to w jego pieczy były królewskie białozory. Towarzyszyli mu z reguły niemieccy sokolnicy, a także moskiewscy krzeczotnicy – ci zajmowali się białozorami przysłanymi przez Iwana Groźnego. Jak widać grupa królewskich sokolników była iście międzynarodowa. Oprócz tej ‘uprzywilejowanej’ grupy na polowaniach królowi towarzyszyli sokolnicy niższego rzędu. W ich pieczy znajdowały się jastrzębie, krogulce, rarogi i dziwoki (tak określano młode sokoły, jeszcze nie przyuczone do polowań). Co ciekawe, kilka królewskich białozorów przyuczono, by przysiadały na karkach lub nawet głowach koni (sic!) – trening musiał oczywiście obejmować także i konie.
Niedługo słów kilka o psich towarzyszach polowań, temat także bardzo ciekawy…