Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charles Ogier. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charles Ogier. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 sierpnia 2020

I kryją się do swych jam

 

Charles Ogier, wizytując w 1635 roku, wciąż widział tam rozliczne ślady zakończonej sześć lat wcześniej wojny. Poniżej fragmenty dotyczący spalonego w 1628 roku przez Szwedów Łasina (Lessen), dobrze pokazujący jak ogromną traumą dla ludności w Prusach była wojna o ujście Wisły. 

Przejeżdżaliśmy przez miasto Radzyn, pięknie położone, choć spalone i zniszczone przez Szwedów. Stąd przybyliśmy do miast Łasin, również przez Szwedów zburzonego. Widok tych ruin sprawiał wrażenie smutne i zarazem straszne. Przykro było oglądać ludzi świadomych , że jeszcze przed kilkoma laty byli obywatelami kwitnącego miasta, a teraz żyją zagrzebawszy się w zwaliska i nory swych własnych domów. Gdy tylko dostrzega obcych ludzi, natychmiast ogarnia ich strach: rzucają się do ucieczki i kryją się do swych jam, jakby ci, których ujrzeli, musieli być zawsze Szwedami lub wilkami.

środa, 7 sierpnia 2019

Z gdańskiej księgi horroru – odsłona piąta



Teraz to dopiero powieje grozą, Charles Ogier przytoczy bowiem straszliwą historię sekty magów, która onegdaj terroryzowała wioski między Elblągiem a Gdańskiem. Oczywiście musi to być powiastka prawdziwa, wszak opowiadał to Francuzowi poważny mieszczanin gdański, człek bystry i wnikliwy.
Dodał przy tym, że on i jego sąsiedzi, którzy pod Elblągiem mieli pewne posiadłości, domy i grunty wiejskie,  zaznali wielu szkód od czarowników. Uśmiercili oni przeszło 4 tysiące krów i wołów, i to nie trucizną, żelazem czy innymi wynalazkami człowieka, lecz diabelskimi czarami, także że bydło to, całkiem przedtem zdrowie i silne, w jednej chwili popadało. Kiedy zaś rozpłatano ciała tych zwierząt, nie znaleziono w nich ani jednej całej lub nie pokruszonej kości. Co dziwniejsze i sprzeciwiające się naturalnemu porządkowi rzeczy, kości te były popękane wzdłuż, a nie złamane w taki sposób, jak łamie się kij czy kość. Ciągnęły się w tych wsiach podobne zbrodnie bez mała lat trzydzieści[1], aż wreszcie siedmiu czarowników zapłaciło za to głową. Przyznali się wobec sędziów, że to demony przywiodły ich do takich złych czynów, i że to demony przymuszały ich, by tę lub inną zbrodnię popełnili. Jeżeli zaś czasami nie odważyli się ich dokonywać na swoich sąsiadach – z lęku przed narażeniem się na podejrzenia lub zarzuty – to niejednokrotnie nakazywali złym duchom własne bydło wytracać, gdyż w przeciwnym razie sprowadzały na nich przeróżne udręki.
Z dalszej rozmowy Ogier dowiedział się, że większa część sekty czarowników składała się z luteranów, którzy się tych sztuczek wyuczyli od dwóch anabaptystów przybyłych z Holandii. Jak widać mieliśmy własne Salem, ciekawe czy są ślady źródłowe owych procesów ‘magicznej siódemki’?




[1] Ogier spisywał to w 1636 roku, więc zapewne chodzi o okres od początku XVII wieku.

piątek, 21 czerwca 2019

Z gdańskiej księgi horroru - odsłona czwarta



[Tydzień z Królestwem Szwecji, wpis 4/7]

Wracamy do gdańsko-szwedzkich historii strasznych acz prawdziwych, wszak opowiadał je jakże poważny człowiek, jakim był Jan Zierenberg. Tym razem o szwedzkich magach-elementalistach, dokładnie rzecz biorąc o specjaliście od wiatrów (i nie, nie chodzi o handlarza cebulą i fasolą…).

Ktoś, kto chciał wyruszyć ze Szwecji, aby prędzej dopłynąć tam, gdzie zmierzał, kupił sobie wiatr; tam bowiem są i tacy, którzy kupczą wiatrami i burzami. Kupiec dał mu chusteczkę zawiązaną na trzy węzły. Pierwszy węzeł krył w sobie wiatr łagodny i pomyślny, drugi silniejszy, trzeci huragan; tymi się pewnikiem będzie mógł posłużyć, jeśli je wypuści. Wsiadł ów na okręt w zupełniej ciszy morskiej. Rozwiązał pierwszy węzeł chusteczki i oto powiał pomyślny, łagodny wiatr. Że mu ten był za powolny, rozwiązał drugi węzeł i natychmiast silniejszy wiatr popędził okręt tak, że w czasie niedługim spodziewał się dobić do upragnionego portu. Przecież, gdy się przez nieuwagę chusteczka, na której pozostał był jeszcze trzeci węzeł, wypadła ze sakwy tego człowieka, podniósł ją jakiś majtek, i myśląc że węzeł ten kryje pieniądze, rozwinął go. I natychmiast taki się zerwał huragan, że statek, okrutnie miotany, ciśnięty został na skały i tam się rozbił. Ocaleli jednak podróżni i majtkowie wraz z owym kupcem wiatrów i ci potem tę historię opowiadali.

Hmmm, może trzeba by przeanalizować szwedzkie bitwy morskie w XVII wieku, ciekawe przy których z nich pogoda odegrała ważną rolę.

czwartek, 28 marca 2019

Zakochany misiek



Były już na blogu różne historie o niedźwiedziach, ale takiej grubej jeszcze nie… Karol Ogier i kolejna powiastka z czasu jego pobytu w Gdańsku:
Usłyszałem od jej męża coś więcej o tym, co dotyczy polowania na niedźwiedzie. Opowiadał, że łapy niedźwiedzie uchodzą za przysmak na stołach magnatów i że je zwyczajnie podają przy biesiadach z wyszukanymi potrawami. Zdarza się nieraz, że niedźwiedzie zapłoną miłością do niewiast i bardzo niedawno w Gdańsku oswojony niedźwiedź zgwałcił pewną służebnicę. Ta rozmowa o niedźwiedziach stąd poszła, że w tych dniach niedźwiedź podczas polowania omal nie zabił księcia Radziwiłła, a człeka, który go z tej obieży uwolnił, okropnie straszny potwór pokaleczył. Był ci na tym polowaniu i sam król. Na Litwie chwyta się żywe niedźwiedzie przy pomocy wieśniaków, którzy na zaplątane w sieci niedźwiedzie uderzają z widłami, chwytają je i związane wiodą do miast na widowiska takie jak na przykład , jak gdy niedźwiedzie z bykami albo psami muszą walczyć. Odbywa się to często w Królewcu.
A jako ilustracja nader krwawe ‘Polowanie na niedźwiedzia’ autorstwa Paulusa Pottera z 1649 roku. Oczywiście z moich ukochanych zbiorów Rijksmuseum.

środa, 6 marca 2019

Z gdańskiej księgi horroru - odsłona trzecia



Po dwuletniej przerwie (urok bloga…) wracamy do opowieści z dreszczykiem, które Jan Zierenberg przekazał Charlesowi Ogierowi. Wcześniej na blogu można było znaleźć odsłonę pierwszą i drugą, trzecia zabiera nas do Laponii, znanej kolebki skandynawskiej magii:

Antoni Meidel, Inflantczyk, admirał szwedzki za króla Jana, ojca Zygmunta, wędrując przez Laponię z jednym sługą i z psem, a nie znalazłszy pewnego dnia nic do jadła ni do napitku, natrafił wreszcie na chatę jakieś staruchy, wdowy. Kiedy zażądał od niej jedzenia, utrzymywała, że nie ma ani chleba ani nic do położenia na ząb. Przecież gdy niewiasta z izby wyszła, on, szperając wszędy, dołapał na policy kawały sera za czym ułamawszy kęs jednego rzucił go swemu psu. Kiedy starucha wszedłszy zauważyła to, zagroziła mu że go spotka nieszczęście i w tej chwili pies padł nieżywy. Przerażeni tym i on i jego sługa nie odważyli się już jeść, sądząc przecież, że złości tej czarownicy złożyli tamtą psią duszą wystarczającą ofiarę, przemogli się, by przez tę noc, do świtu przynajmniej, przeleżeć na sieczce. Koło północy porwały jednak admirała tak gwałtowne boleści, że wił się w nich niby opętany lub oszalały przez pełną godzinę, a w końcu została mu po nich cała twarz wykrzywiona, tak że ani mówić nie mógł, ani jeść, ale tylko przez trzcinę można mu było wlewać do gardła polewki i napoje, o ile oczywista w okolicy pełnej tylko dzikiego zwierza można było uwarzyć sposobne i zdrowe polewki. Kiedy po tej metamorfozie puścił się dalej w drogę i przybył w końcu do szałasu jakiegoś starego człowieka, ów staruszek ulitowawszy się nad jego przygodą spytał go, czy chce doznać ulgi i odzyskać dawną twarz; to jednak stać się może tylko pod tym warunkiem, iż zgodzi się podczas kuracji wycierpieć takie same bóle, jak te, które wytrzymał podczas zapadu choroby. Kiedy się na ten warunek zgodził już nie tylko chętnie, ale zgoła łapczywie, musiał się o północy z takimi samymi najokrutniejszymi męczarniami zmagać przez godzinę, po jej upływie jednak odzyskał dawny kształt, zostało tylko przez kilka godzin jeszcze ogromne znużenie w całym ciele.

Dziwna ta Laponia, co krok to wiedźma czy mag, niesamowita kraina. Całe szczęście że staruszek był chaotyczny dobry i pomógł w potrzebie. 


sobota, 27 maja 2017

O wojakach co się ich ani szabla ani kula nie ima


Okazuje się, że armia koronna miała w Prusach kuloodpornych żołnierzy. Co prawda było w to zaangażowane nieco magii, ale czego się nie robi by pokonać Szwedów? Charles Ogier pod koniec marca 1636 roku zanotował taką oto historię opowiedzianą przez gdańskiego mieszczanina:

(…) prawdziwe są opowieści o pewnych żołnierzach, którzy dzięki diabelskim i czarodziejskim sztuczkom tak są przeciw kulom muszkietowym zabezpieczeni, iż nie można ich zranić. Kiedy bowiem kula ich trafi, to nie wchodzi w ciało, lecz robi tylko guza, który da się wyleczyć w ciągu kilku dni. Opowiadał też co z kolei zasłyszał od swojego brata, kiedy tamten, będąc jeszcze młodzieńcem, wybierał się na wojnę. Otóż pewnego razu wsiadł on na wóz jakiegoś chłopa, ten zaś widząc młodzieńca sposobiącego się do wojaczki, zadeklarował się wtajemniczyć go w ów sekret przeciw kulom muszkietowym. Wówczas młodzieniec, mając przy sobie muszkiet, bez zastanowienia wypalił do woźnicy. Ten, będąc pod wpływem czarów, lecz nie spodziewając się takiej reakcji, zwalił się wprawdzie na ziemię, ale kula nie utkwiła w jego grzbiecie. Nieco rozgniewanych powiedział, że gdyby został o tym uprzedzony, to nawet z kozła by nie spadł. Kerschenstein wymienił mi nawet pewnego kapitana czy pułkownika, który wielu takich żołnierzy do Prus ściągnął; sam zresztą widział niektórych z nich.

Dociekliwy Francuz wrócił do tego jakże fascynującego tematu miesiąc później, znów wypytując Gdańszczanina o owych zaczarowanych, co to się ich ani szabla ani kula nie ima. Odrzekł mi ten człowiek, nie lękliwy  i rozumny, że z taką pewnością może mi o nich opowiedzieć, z jaką by chciał, żebym go uważał za człowieka uczciwego. Oświadczył, że widział nawet cały regiment takich żołnierzy, którymi dowodził Ernest Denhoff, ten sam co w Sztumskiej Wsi był z nami w charakterze komisarza. Nazywano ich passawczykami, gdyż – jak już wspominałem – przybyli z wojska biskupa Passawy. Wielu chłopów z okolic Norymbergii do teraz praktykuje w życiu codziennym tę czarnoksięską sztukę.


 Księciem-biskupem Passawy był od 1625 roku arcyksiążę Leopold Wilhelm czyli nader bojowy pan którego widzimy powyżej. Nic dziwnego, że u tak wojowniczego władcy służyli kuloodporni żołnierze. A że były w to zaangażowane czarty i magia? Cóż, cel uświęca środki...
Co do Ernesta Denhoffa – wydaje mi się, że chodzi o Magnusa Ernesta Denhoffa, który pod koniec 1626 roku zaciągał regiment piechoty niemieckiej dla armii koronnej. Oddział ten dotarł do wojsk Koniecpolskiego po bitwie pod Tczewem, a po pewnym czasie Magnusa Ernesta zastąpił Gustav Sparre. Kuloodporni służyliby więc głównie w obronie wybrzeża w okresie po 1627 roku. 

niedziela, 19 lutego 2017

Tajne paliwo szwedzkich podbojów


[jakoś nie chciało mi się szukać lepszej ilustracji, więc chleb jest z obrazu XVII-wiecznego, ale raczej lepszej jakości niż ten opisany poniżej…]
Charles Ogier, człowiek o niezwykłym zmyśle obserwacji (i talencie do zapisywanie tego co widział) pojawi się w dzisiejszym wpisie z notką dotyczące diety szwedzkich żołnierzy w 1635 roku. Jego końcowa uwaga będzie bardzo celna i bez wątpienia w znacznych stopniu tłumaczy szwedzkie podboje w XVII wieku:
Ja, Avaugour i doktor teolog poszliśmy, po tylu poprzednich dniach deszczowych[1], na przechadzką do wsi i gdyśmy byli w domu ogrodnika, widzieliśmy sześciu żołnierzy szwedzkich. Spróbowaliśmy ich chleba, który zdał się nam upieczony z gliny zmieszanej z sieczką; oni suszą jego okruchy na słońcu lub ogniu, bo inaczej by go jeść nie można. Dostają ten chleb na wagę, a im wilgotniejszy i gorzej wypieczony tym więcej waży. Prócz tego dostają dziennie po 3 grosze[2], które mają wartość 18 naszych[3] denarów[4]. Dziw-że się tu teraz, czemu, pasieni takimi przysmakami, napadają tak ochoczo lepsze prowincje!





[1] Wpis z 20 lipca.
[2] (łac.) tres grossos.
[3] Tj. francuskich.
[4] (łac.) octodecim denariis. 

niedziela, 14 sierpnia 2016

Z gdańskiej księgi horroru - odsłona druga


Kilka miesięcy temu zamieściłem mroczną historię magii i morderstw, przytoczoną przez Ogiera w jego zapiskach z podróży do Polski. Wypadałoby odkopać wątek, dziś wiedźma rodem ze Szwecji:
Pewien gdański ławnik – nazwiska jego nie pomnę – miał pomocnika. Temu zdarzyło się, gdy był w Sztokholmie, iż się w nim zakochała pewna niewiasta tak, że puścić od siebie go nie chciała i wszelkimi obietnicami i pokusami go nakłaniała, by pozostał w Szwecji. Wreszcie gdy go coraz częściej jego pryncypał do powrotu wzywał i gdy już i sam powziął zamiar wracania, zażądała od niego owa rozpustna i nieopanowana niewiasta kosmyka włosów na pociechę w jego nieobecności i jako zakład miłości. Tamten znając namiętność swej bogdanki i znając sposoby czarownic w tym kraju i lękając się czegoś złego, wydarł kudeł z kożucha niedźwiedziego, który wdziewał w podróży na suknię i włosy te niezbyt różne od własnych, przemięszawszy je z nitkami jedwabiu, ofiarowuje niewieście z oznakami okrutnej miłości i tak kochankę (choć wzdrygnąć się tu może Dydona) wywodzi w pole. Wsiadł na okręt i już był wiele mil od wybrzeża szwedzkiego, kiedy o pełnym dniu położył się podścieliwszy sobie kożuch. Jednakże, gdy już zasypiał, uczuł, że mu ktoś wyskubuje spod głowy kudły jego kożucha. Rozbudził się, nic nie widząc. Kładzie się znowu i czuje, że go znowu ktoś spod niego wyciąga. Wpadł w złość myśląc, że ktoś z jego towarzyszy tak się z nim drażni, ale nikogo koło siebie nie widzi, natomiast widzi i teraz, czuwając że jego skórę coś ciągnie i wlecze, a gdy on ją chce przytrzymać, ciągnie ją coś tym mocniej. Krzyczy więc i przywołuje na ten dziw podróżnych i marynarzy, którzy patrząc własnymi oczami (rzecz zdumiewająca!) widzą, jak niedźwiedzia skóra wyrywa się i jedzie przez powietrze, niby druga Kallisto którą Jowisz po raz wtóry na północ porywa.

Oj, nie chciała się rozstawać z kochankiem owa Szwedka, nie chciała…

piątek, 1 stycznia 2016

Z gdańskiej księgi horroru - odsłona pierwsza


Rok 2016 zaczniemy magicznie i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Charles Ogier zapisał w swoim dzienniku, jak to francuskie poselstwo spotkało się z burmistrzem Gdańska, Imć Czirenbergiem[1]. Gdańszczanin miał opowiedzieć Francuzom kilka fascynujących historyjek, dotyczących głównie czarów i stworów ze Szwecji. Ogier pilnie wszystko zapisał, tym skwapliwiej (…) iż mówił je człowiek bystry i kalwin, a zatem człek zgoła nie tak łatwowierny. Historii jest kilka, będę je więc od czasu do czasu prezentował w odcinkach, jeden na wpis. Zaczniemy od historii szlachcianki o straszliwych skłonnościach, według tłumaczenia z łaciny autorstwa Edwina Jędrkiewicza z 1950 roku:
Była niewiasta ze szlacheckiej rodziny Ranzauów, która osławiła się zbrodniami wszelkiego rodzaju, a zrzuciwszy z siebie skromność jej płci przystojną i przybrawszy męskie szaty i zuchwalstwo, mieszała się i do wojny i do rozmaitych czynów zbrodniczych. Tę, gdy w końcu w Gdańsku człowieka zabiła, do więzienia wtrącono. Zwracano uwagę burmistrzowi, wujowi tegoż Czirenberga, człekowi uczonemu i roztropnemu, by się miał na baczności przed tej czarownicy sztukami. Kiedy pewnego razu szedł na Radę, rzucono chytrze z więzienia złożoną kartę papieru. Gdy ją pisarzowi kazał podnieść, ów zaraz po podniesieniu jej upadł na twarz i chociaż żadnej na ciele nie miał obrazy[2], nie mógł się podnieść bez pomocy towarzyszy. Rozwinięto kartkę i znaleziono w niej igiełki, włosy i insze takie drobiazgi. Ucięto w końcu głowę zbrodniczej niewieście.
Jak widać czar nie podziałał tak jak zamierzała czarownica, sprytny burmistrz nie dał się złapać w pułapkę. Ciekawe to gdańskie voodoo, idealne na sesję w „Dzikie Pola”. A w zanadrzu mam jeszcze kilka takich smaczków…




[1] Jan Zierenberg (1574-1642), od 1630 roku burmistrz Gdańska .
[2] Tj. obrażeń. 

środa, 15 grudnia 2010

Armia koronna wedle Pana Ogiera

Znów  poprosimy o głos Karola Ogiera, tym razem opisze nam on kilka formacji armii koronnej którą miał okazję obserwować w roku 1635. Forma zapisu może być czasami nieco dziwna, korzystam bowiem z tłumaczenia opublikowanego w 1822 roku przez J.U. Niemcewicza, nie mając niestety dostępu do późniejszych tłumaczeń wydanych w Polsce, które jak więc różnią się całkiem znacznie od poniższych wersji. No ale cóż – jak się nie ma co się lubi…
Zacznijmy może od opisu jazdy kozackiej:
Polacy [mają na straży] Tatarów, w łuki i kołczany pięknie ozdobnych.
(…)
Miał on koło siebie, sto tatarów, czyli kozaków konnych, noszących łuki i kołczany, puszczali się oni wzawody i to czyli końmi koło pojazdu, z rzadką zręcznością.
(…)
Lekka jazda kozakami zwana wywijała się w rozmaite strony, to lecąc w zawody, to raptem wryt stawaiąc. Są oni dziwnie zwinni, noszą pancerze i muszkiety…
Podział kawalerii Ogier opisuje następująco:
Cztery rodzaje maią Jazdy, to iest Hussarów w wysokimi kopiami noszący na zbroi skóry lamparcie, z skrzydłami u barków, dla postrachu nieprzyjaciela. Drugi rodzaj Reytarzów czyli regestrowych [tu chodzi o rajtarię, nie wiem skąd w tłumaczeniu owi rejestrowi…] ci maią miecz i rusznicę, i cali uzbrojeni [ważny szczegół w naszym nieustającym poszukiwaniu informacji o uzbrojeniu ochronnym rajtarii]. Trzeci kozacy, w siatkach żelaznych [kolczugach] maiący strzelbę, miecze, strzały i łuki. Czwarty rodzaj najlichszy Dragonów, bez zbroi, na małych koniach.
Dragonia:
Widzieliśmy trzydziestu dragonów francuzów Półkownika Duplussi, przechodzących przez wieś tę, powiadali nam, że od dwóch lat nie brali żołdu, i żyli tylko z rabunku, mieli oni szybkie konie, szablę i rusznice. Szły z niemi wozy, wiozące żony i nałożnice ich. Tomasz Duplesis dowodził w 1635 roku małym regimentem piechoty, być może kompania dragonii była częścią składową tej jednostki?
Piechota cudzoziemska:
Przez całą noc bowiem, przechodził pod oknami naszemi, pieszy pułk Leszczyńskiego Woiewody Bełskiego: gdyż Woiewodowie ci, czy w czasie woyny, czyli też pokoiu, małe woyska wodzą za sobą. Niedawną Pan ten utracił był żonę, i dwa tysiące nadwornych żołnierzy swoich własnem kosztem ubrał w żałobę. Jest to u magnatów Polskich zwyczajem. Cały więc ten pułk czarną ubrany, pięknem postempował porządkiem. Przed chorągwiami szli trębacze i eboiści prześlicznie graiacy, tak iż się zdawał, że raczey poczet weselny nie zaś żałobny postempował. Szedł pułk ten cały, szykiem klinowym, wąski na czele co daley szerzący się bardziey. Być może chodzi tu o opisany (bez nazwiska dowódcy) jako liczący 1100 żołnierzy regiment pieszy, który widnieje w spisie wojska w Prusach.
(…)
Po drodze napotkaliśmy pułk pieszy Xięcia Konstantego Wyszniowieckiego [co jest błędem, dodanym zapewne w tłumaczeniu, gdyż wojewodą ruskim był w tym czasie Stanisław Lubomirski], Wdy Ruskiego. Żołnierze ubrani byli w iednostayne mundury, z wybornymi muszkietami. W żadnem kraiu, nieznaydziesz ludzi, na samo spojrzenie, tak silnych i samą iuż twarzą miotających postrach; z resztą prawie wszyscy okropne maią szramy po licach i głowach, szramy te łatwo widzieć można, gdyż głowy ogolone noszą. Dwa tysiące żołnierzy takich Woiewoda przywiódł. Pod komendą Lubomirskiego widzimy w tej kampanii dwa regimenty piechoty, po 1000 porcji każdy.
A wreszcie husaria, której opisy są zresztą chyba najlepiej znane:
We wsi pobliskiej stała chorągiew iedna Hussarów. Jest ona złożona z samey szlachty, noszą kopie długie wydrążone, konopnym sznurkiem i kleiem powleczone, wetkniętą ona iest w małą pochew przy strzemieniu, maią u boku tarczę, w olstrach pistolety i długi miecz. Hełmy ich, puklerze, i zbroy cały, z naypięknieyszej stali. Maią oni po dwadzieścia i trzydzieści koni, z których celniejszych pięciu używają do boiu, innych dla pacholików, i do wozów, których dla wiezienia z sobą żywności, potrzebują nie mało.
(…)
Wyszły naprzeciw nam znaki Hussarskie, nad które nic piękniejszego nie widziałem w mem życiu. Chorągwie te złożone są z samey przednieyszey szlachty, na pysznych koniach, w bogatych zbrojach, skóry tygrysów, lwów i lampartów spływają im z barków, noszą kopie niezmiernie długie, u których końce zawieszone proporce igrają z wiatrem. Na barkach im sterczą wyniesione skrzydła. Wędzidła u koni srebrne, lub złote, srebrne xiężyce i kule zwieszaią się z podgardla. Po lewey stronie maią tarcze, po prawey małe młotki, czekany. W natarciu, pierwszy tylko szereg czynić może kopiami, tylne inną bronią rażą. Którzy nie mają skór lampartowych noszą kobierce, te do okazałości i do przykrycią broni służą. Nasi całą tę okazałość uważają za zawadzającą.
A i hetman Koniecpolski ładnie się zaprezentował:
Okazał się Hetman Polski, w większym (…) poczcie, i z większą pompą: stroy bowiem Polski dziwnie iest okazały: prowadzono za nim konie Arabskie i Tureckie, z najbogatszymi rzędami i kulbakami, było tych koni więcey trzydziestu, mnóstwo drogich kamieni, rozsypanych po rzędach i siedzeniach, zachwycały oczy wszystkich.