Pokazywanie postów oznaczonych etykietą friendly fire. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą friendly fire. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 stycznia 2022

Nieszczęśliwy wypadek, czy działanie umyślne



Ciekawy przykład ‘friendly fire’ który miał miejsce w czasie defilady, a nie w boju. Początek kwietnia 1657 roku, Karol X Gustaw spotyka się z Jerzym II Rakoczym. Rzecz opisał Samuel Pufendorf:

Dla uhonorowania Rakoczego ustawiono całą armię w szyku bojowym, a kiedy przybył z orszakiem tysiąca Węgrów i Kozaków, przyjęty został przez króla ze wszelkimi oznakami życzliwości. Armia powitała go dwoma salwami, uroczystymi dźwiękami trąb i bębnów, a także pozdrowieniem przez skłonienie chorągwi. Radość ta została niemało zakłócona śmiercią Adolfa, księcia Nassau, który, gdy stał przed swoim regimentem jazdy, został trafiony w głowę kulą wystrzeloną przed jednego ze swoich i zmarł. Nie wiedziano, czy był to nieszczęśliwy wypadek, czy działanie umyślne.

Jedyny Nassau którego udało mi się odnaleźć w tym okresie, a który faktycznie miał zginąć na początku kwietnia 1657 roku w Polsce to Philip von Nassau (syn Georga von Nassau-Beilstein-Dillenburg). Miał 27 lat, więc faktycznie mógł być dowódcą regimentu rajtarii – w spisach opublikowanych przez Mankella w marcu 1657 roku pojawia się przez chwilę regiment rajtarii ‘grafa Nassau’, którego nie ma w późniejszych spisach. Niestety nie posiadam pracy Tessina, która mogłaby rzucić na to nieco więcej światła – bo też w armii szwedzkiej służyło wtedy sporo młodych książątek, grafów i hrabiów niemieckich. 

sobota, 3 kwietnia 2021

Tragiczna historia nader pechowego Pana Jana

 



Dzisiaj historia najbardziej pechowego urzędnika koronnego i oficera z końca panowania Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Chodzi o Jana Żelęckiego, łowczego koronnego i starostę bydgoskiego. W kampanii 1673 roku walczył na czele regimentu dragonii. Już w przededniu bitwy wszystkie znaki na ziemi i powietrzu (a nawet w wodzie…) wskazywały na to, że coś mu się może przydarzyć. Przeprawiając się przez Dniestr, gdy z promu wysiadł, albo raczey wychodził, wpadł w wodę na brzegu tak, że aż y głowę umoczył. Kilka dni później nasz pan łowczy miał wypadek… na polowaniu, począł biegać na koniu, który pod nim padł. Pan Jan otarł sobie brew, oko, y nos z prawey strony. Szybko jednak pozbierał się i walczył pod Chocimiem, gdzie jego regiment stał w odwodzie. Tu jednak dotarł do kresu swej drogi, co gorsza bardzo możliwe poniósł śmierć że z rąk polskich lub litewskich żołnierzy. Oddając głos księdzu Adamowi Przyborowskiemu, spowiednikowi Jana Sobieskiego:

Zginał y Pan Łowczy Koronny, ale tam, gdzie iuż żadnego nie było nieprzyjaciela; bo w reservie będąc Regimentom inszym, prowadził swoy Regiment pieszą, y przyszedszy do wałów zmordowany siadł, koni w obozie zostawiwszy; a wtym pacholik konia zdobycznego prowadził, za którego dawszy dwadzieścia sześć czerwonych złotych [łowczy] wsiadł nań, y nie wiedzieć iako tam zaraz zginął; suspitia, że dla konia y pieniędzy od swoich.

Nader specyficzny i tragiczny przypadek ‘friendly fire’, jeżeli faktycznie zginął z ręki sojuszników. 

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Nagroda Darwina z 1679 roku



Kilka razy opisywałem już na blogu staropolskie łowy na niedźwiedzia. W większości przypadków górą był myśliwy, czasem jednak zdarzało się, że tryumfował misiek. Znalazłem taki oto ciekawy i nader niecodzienny wyjątek z 1679 roku, o którym wspomniał Poczobut Odlanicki:

Najmilszy mój brat i przyjaciel, jakiego w tym kraju nie mam i nie miałem, Pan Gabryel Mależewicz, na łowach niedźwiedzich został zabitym nieszczęśliwie, bo bez dyspozycyi i ze swego własnego bandoletu. Bo gdy nie zastał w legowisku niedźwiedzia, temu nie wierząc tym co go w jego jamie szukali, sam do onej wlazł, a bandolet za sobą położył z odłożonym kurkiem; gdzie gdy się zgromadzili przytomni koło owej jamy, nieostrożnie niejakiś Pan Tomkiewicz nastąpił na cyngiel, a nieboszczyk w tym razie był głowę złożył do wychodzenia z pomienionego legowiska, tak go w samą głowę kula uderzyła, że aż mózg prysnął.

[A ilustracyjnie, na początku wpisu, ‘Powrót z polowania’ Johannesa Lingelbacha, ok. 1650-1674, ze zbiorów Rijksmuseum]

środa, 20 lutego 2019

Fantasma jakieś pomieszało Szwedy



Opisywałem już na blogu różne przypadki ‘friendly fire’, z reguły dotyczył on jednak przypadków ‘gorączki bitewnej’. Tym razem, cytując klasykę, coś z zupełnie innej beczki. Styczeń 1629 roku, z jednej strony w potyczce wezmą udział Szwedzi, a z drugiej… też Szwedzi. Anegdota przednia, ciekawe czy uda się ją potwierdzić ze szwedzkiej strony.

8 januarii fantasma jakieś pomieszało Szwedy, którzy w Księstwie w Staromłynie leża mają. Straży ich zdało się jakoby naszy wojsko pod miasto podstępowało, za czym w (a)larmę uderzono. Szwedowie wypadli i ścierali z naszemi wrzekomo, a sami się z sobą w mocnym strachu mieszali; trwała ta burda więcej niż cztery godziny, po tym wszystko cuanito (?). Szwedowie jednak sami między sobą w onym nocnym tumulcie się bijąc, dziewięciu zabito, a ponad dziesięciu rannych. Nazajutrz gdy Szwedowie nic w polu nie widzieli, a po wsiach (…) pytali się, jeśli tedy wojsko polskie szło, nic się nie mogli wywiedzieć, za czym uznali że to beło fantasima. Nienazbyt to dobry Szwedom omen.



wtorek, 23 października 2018

Konia mego kopią dosiągł



Kontynuujemy tydzień z wpisami dotyczącymi wojen Stefana Batorego, dziś znów przenosimy się pod koniec sierpnia 1580 roku pod Wielkie Łuki. Tym razem w roli głównej husarze i moskiewska artyleria. Wspominałem już kiedyś na blogu o przypadkach tzw. „bratobójczego ognia” (‘friendly fire’), ale to chyba będzie pierwszy znany mi przypadek z użyciem kopii…
Opowiada Jan Zborowski, kasztelan gnieźnieński i hetman nadworny koronny, zwycięzca spod Lubiszewa (Lubiszowa) w 1577 roku[1]. Wojska polskie podeszły pod Wielkie Łuki, na co moskiewscy obrońcy uderzyli z dział, bagno blisko wszakże przenieśli, tuż za huffem kule padły. Pachołek z pana Pieniążkowej roty[2] spadł z konia mnie iż się natenczas przed tąż rotą stać trafiło[3], lecąc, konia mego kopią dosiągł, powiadają, że go wiatr od kul zrzucił, ale ja wierzę, że strach, bom ja tak blisko go będąc, wiatru nie czuł, przeciem stał z swym huffem w temże miejscu, aż król JM do mnie posłał, abym ku obozowi się bliżej przymknął.


[1] W 1580 roku dowodził chorągwią złożoną z 310 husarzy i 5 rajtarów.
[2] Prokop Pieniążek, starosta nowotarski, dowodził chorągwią 147 husarzy.
[3] Chorągwie Zborowskiego i Pieniążka wchodziły w skład pułku dowodzonego przez Marcina Kazanowskiego.

wtorek, 7 lutego 2017

Bang bang there goes your heart


Dzisiejszy wpis krótki, a historia smutna i krwawa. Pan którego portret widzimy powyżej to Louis de Bourbon[1], hrabia Soissons, urodzony w 1604 roku. Młody człowiek był niezwykle ambitny, do tego nienawidził (do bólu) de facto rządzącego Francją kardynała Richelieu. W 1636 roku zawiązał nawet ze swoim kuzynem – Gastonem de Bourbon, księciem Orleanu – spisek na życie kardynała, pomysł jednak spalił na panewce. Młody Burbon jednak się nie poddawał, w 1641 roku przy wsparciu księcia de Bouillon i wojsk hiszpańskich stanął do otwartej rewolty. 6 lipca tegoż roku rebelianci zostali jednak rozbici w bitwie pod Marfee, a sam Louis poległ na placu boju.
To właśnie okoliczności jego śmierci są dosyć zagadkowe i to o nich chciałem wspomnieć. Według jednej wersji zabił go – i to już po bitwie – jeden z jego oficerów, opłacony przez kardynała Richelieu. Nazwisko tego zdrajcy-skrytobójcy jednak się nie zachowało. Druga wersja jest o wiele bardziej interesująca i zadziwiająca. Otóż według niej hrabia… przypadkowo sam się zastrzelił (sic!). Nabitym pistoletem miał bowiem podnosić zasłonę hełmu (co wskazywałoby, że stanął do bitwy w zbroi kirasjerskiej, jak na rycinie poniżej), kiedy to pistolet wystrzelił i kula zabiła go na miejscu. Przyznaję, że jeżeli chodzi o  zgony na XVII-wiecznych polach bitwy ten przypadek jest zaiste zadziwiający…



[1] Tak, wiem, w języku polskim zwykło się pisać Ludwik Burbon, ale oryginał brzmi znacznie lepiej. 

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Trzeba było się ubrać na modłę brunświcką


Dziś znowu zaglądamy do XVI wieku, acz nawet wcześniej niż za panowania króla Batorego. W toku wojny litewsko-moskiewskiej, toczonej w latach 1558-1570, doszło 26 stycznia 1564 roku do bitwy pod Czaśnikami[1]. Hetman wielki litewski Mikołaj Radziwiłł[2] miał w niej rozbić armię moskiewską dowodzoną przez kniazia Piotra Szujskiego. Garstka wybornej jazdy litewskiej miała wieczorem zaatakować i w dwugodzinnym boju rozbić przeciwnika. Według źródeł ze strony litewskiej, Moskwicini mieli stracić 9000-10 000 zabitych, podczas gdy  zwycięzcy mieli utracić zaledwie 20-22 zabitych i około 700 rannych[3]. W ręce Litwinów miał wpaść pokaźny tabor, liczący od 3000 do 5000 wozów. Krom broni i pancerzy, oraz kirysów, oprócz futer sobolowych i innych przyborów do ochrony od zimna, pełno było kobierców, wszelkiej żywności i srebrnych naczyń. Każdy wóz miał obejmować najmniej po dziesięć zbroi lub kirysów.
Niezwykle interesującym epizodem tego starciu był udział po stronie litewskiej chorągwi złożonej z moskiewskich bojarów. Uciekając spod panowania Iwana Groźnego, oddali oni swoje usługi Zygmuntowi II Augustowi. Niestety w gorączce bitwy kilku z nich miało zginąć z rąk litewskich żołnierzy:
Padli też od miecza dla niepoznaki w nocnej ciemnocie niektórych z naszych Moskwicinów, którzy zeszłego roku[4] pod przewodem Proposina do nas byli zbiegli, gdyż moskiewskim obyczajem odziani walczyli. Miało ich być pięćdziesięciu konnych. Jeśliby to przewidzieli niebożętą, przystaliby raczej choć na przyodzianie na sposób brunświcki[5], którego najbardziej Moskwa nienawidzi, aniżeli zginąć od swoich, którzy odzieniem w obłęd wprowadzeni za nieprzyjaciół ich poczytali.
Dosyć nietypowy przypadek ‘friendly fire’, od razu przychodzi mi do głowy podobna sytuacja z cesarskimi kirasjerami i arkebuzerami pod Trzcianą w 1629 roku.



[1] Nad rzeką Ułą, stąd też druga nazwa bitwy.
[2] Znany jako Rudy.
[3] Biorąc pod uwagę, że Litwini mieli wystawić do starcia 4000 jazdy, to przynajmniej liczba rannych świadczy o zażartym i krwawym starciu.
[4] 1563.
[5] Czyli niemiecki. 

wtorek, 6 listopada 2012

Have no fear, we know our duty



Dziś coś lżejszego  - anegdota dotycząca anonimowego brytyjskiego regimentu walczącego w bitwie pod Blenheim w 1704 roku. Major tej jednostki traktował swoich żołnierzy z pogardą i okrucieństwem, doszły go więc słuchy że żołnierze mogą z niego uczynić ofiarę ‘friendly fire’. Słusznie bojąc się o swoją skórę (wszak miał mieć za plecami kilka setek strzelców), przed pójściem do ataku na pozycje francuskie stanął przed swoimi wojakami i obiecał, że jeżeli tylko przeżyje starcie, poprawi swoje zachowanie wobec nich. Ktoś z tylnych szeregów miał wtedy krzyknąć:
- Proszę się nie obawiać, znamy swoje obowiązki [czy raczej ‘zrobimy to co do nas należy’ – w oryginale ‘Have no fear, we know our duty’]
Major odetchnął z ulgą i regiment ruszył do ataku. Jednostka dobrze stawała w bitwie, a major nie odniósł żadnego szwanku – ominęły go zarówno francuskie jak i brytyjskie kule. Uradowany odwrócił się by pogratulować (i podziękować?) swoim żołnierzom. Zdjął kapelusz i zaczął:
- Panowie…
W tym momencie z szeregów regimentów huknęło kilka strzałów i major padł bez życia na ziemię. Ciekawe czy nowy major tej jednostki był nieco milszy dla żołnierzy…

niedziela, 26 września 2010

Friendly fire/fratricide/blue-on-blue



Określenie ‘przyjacielski’ lub ‘bratobójczy ogień’ zwykło się kojarzyć przede wszystkim z przypadkami przypadkowego ostrzału czy bombardowania własnych sił w toku XX i XXI-wiecznych wojen. Jest to jednak oczywiście zjawisko o wiele starsze, chciałbym więc przedstawić kilka przypadków z mego ulubionego XVII wieku. Biorąc pod uwagę, jak podobnie do siebie (ubiory, wyposażenie) wyglądali w owym czasie żołnierze walczących ze sobą armii (zwłaszcza w Europie Zachodniej podczas Wojny Trzydziestoletniej) o tragiczne i nierzadko krwawe przypadki w bitewnej kurzawie nietrudno…

W bitwie pod Zablati (Radomilicami) w 1619 roku protestancka jazda hrabiego Mansfelda zmuszona została do ustąpienia przez kirasjerami walońskimi. Rajtarzy hrabiego wycofali się w stronę własnej piechoty, licząc na wsparcie ogniowe i osłoną na czas zebrania się i przegrupowania. Knechci zareagowali jednak nerwowo, na widok nadjeżdżającej jazdy natychmiast wystrzelili z muszkietów, tak że więcej ich sama postrzeliła [piechota Mansfelda] niż nieprzyjaciel.

Dużego pecha mieli cesarscy kirasjerzy i arkabuzerzy w bitwie pod Trzcianem w 1629 roku – polscy husarze i kozacy w ferworze walki rzucili się bowiem i na swych sojuszników, nie mogąc ich odróżnić od Szwedów. Dostało się i cesarskim w tamtej bitwie od naszych zajuszonych, bo między Niemcem naszym [czyli cesarskim] a Szwedzkim w zamieszaniu trudno rozeznać było, kto swój a kto nieprzyjacielski i zabito tak kilku żołdaków cesarskich, aż potym cesarscy napominali, gdy widzieli naszych bieżących ku sobie wołali: Jezus Marja Kaizers. Rozeźlony generał Arnim miał napisać w swoim liście-raporcie pobitewnym, że ofiarą Polaków padło więcej niż 20 jego żołnierzy.

Nietypowym przykładem (czy można go w ogóle zaliczyć do ‘friendly fire’?) jest sytuacja z bitwy pod Batohem w 1652 roku. Polska jazda został tam bowiem zmuszona do odwrotu i część spośród kawalerzystów, zamiast powrócić do obozu, postanowiła uciec z pola walki. Hetman Kalinowski miał wtedy rozkazać muszkieterom piechoty cudzoziemskiej otwarcie ognia do uciekinierów. W kilku źródłach z epoki znajdujemy wzmiankę o tym incydencie, jednak w tychże źródłach mocno podzielone są zdania co do faktycznych strat jakie od owego ostrzału ponieśli kawalerzyści. Niektórzy autorzy twierdzą, że ogień z muszkietów zebrał krwawe żniwo, spotykamy się też i z opinią, że strzelano li i jedynie na postrach. Tak czy inaczej jest to smutna historia z tragicznej bitwy…

W bitwie pod Szkłowem w 1654 roku jeden z moskiewskich regimentów rajtarii oddał wielką przysługę Litwinom, w toku walki strzelając do własnych żołnierzy. To nam przy łasce Bożej pomogło, że Rajtariej nieprzyjacielskiej, której wszytko zbrojnej bardzo wiele miał, półk jeden dał do Moskwy ognia. Czy się omylili, bo już ciemno było, czy tćż z inszej jakiej przyczyny, wiedzieć nie możemy, dla czego w sam gorący bój do konfuziej i to pomogło nie lada jako. Bez wątpienia musiało to zaskoczyć znienacka ostrzelane oddziały i zachwiać ich pewnością siebie.

7 czerwca 1656 roku w czasie szturmu Warszawy doszło do tragicznego incydentu. Atak prowadziła luźna czeladź, za którą posuwały się oddziały piechoty cudzoziemskiej. Muszkieterowie mieli osłaniać ogniem wdzierającą  się na mury hałastrę gdy wtem kiedy nasi pod mury podstępować mieli, oni [piechota cudzoziemska] zdrajcy, gdy nasi już na mury weszli, ognia do nich potężnie dali, że ledwo się który na murze został. W skutek takiego ‘wsparcia’ Szwedzi byli wstanie odeprzeć atak i odrzucić szturmujących. Samo wydarzenie może dziwić, zapewne w zamieszaniu towarzyszącym atakowi żołnierze źle zrozumieli komendę i oddali przedwczesną salwę.

To tylko kilka przykładów ‘na dobry początek’, zapewne jeszcze wrócimy kiedyś to tego tematu…