Pokazywanie postów oznaczonych etykietą armia brytyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą armia brytyjska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 listopada 2017

All, All, All, to follow him...


Dzisiejszy wpis zabierze nas do Szkocji, zresztą nieopodal miejsca gdzie jeszcze kilka lat temu mieszkałem, czyli Leith[1]. 2 maja 1662 roku generał Thomas Morgan, dowódca pozostałych jeszcze w Szkocji oddziałów angielskich,  przeprowadził popis swojego regimentu piechoty. Żołnierze ci mieli zostać wysłani do Portugalii, by walczyć przeciw Hiszpanom. Zobaczmy jak doświadczony[2] oficer podniósł morale swoich wojaków:
Wczoraj generał-major Morgan rozkazał swojemu regimentowi – liczącemu 1000 porządnych żołnierzy – wymaszerować z cytadeli w Leith i przemówił krótko do oficerów i żołnierzy, podkreślając jak Jego Wysokość[3] wysoce sobie ich ceni i jak dużą uwagę poświęcono w zorganizowanie ostatniego transportu pieniędzy i mundurów, z obietnicą rychłego uregulowania zaległości [w żołdzie]; że oto Jego Wysokość łaskawie wyznaczył regiment do honorowej służby za granicą [czyli w Portugalii]i że i sam generał postanowił wyruszyć tam z nimi, nie mając żadnych wątpliwości w ich gotowość do tak honorowe służby. W obliczu takiej przemowy nie podniósł się żadnej głos oporu [wśród żołnierzy], wszyscy – zarówno oficerowie jak i żołnierze – z wielką ochotą zakrzyknęli [że] „Wszyscy, wszyscy, wszyscy podążą [za Morganem] by służyć swemu Królowi i Krajowi”, na co generał kazał regimentowi powrócić do cytadeli, gdzie żołnierzom wydano pieniądze by mogli wypić za zdrowie Jego Królewskiej Mości.



[1] Obecnie część Edynburga, w XVII wieku port zapewniający ważne połączenia handlowe i transportowe dla szkockiej stolicy.
[2] Morgan walczył w armii Zjednoczonych Prowincji, potem u Bernarda Sasko-Weimarskiego a potem pod komendą Fairfaxa w czasie Angielskiej Wojny Domowej.
[3] Karol II Stuart. 

środa, 24 maja 2017

Colours playing and the Drums beating


W 1678 roku Karol II wysłał do Flandrii niewielki korpus posiłkowy, który miał wspierać Hiszpanów i Holendrów w walce z Francuzami. Na jego czele stał James Scott, pierwszy diuk Monmouth[1]. Brytyjczycy (bo wśród wysłanych regimentów były też regimenty szkocki i irlandzki) zostali rozlokowani w Ostendzie i Brugii, gdzie przyszło im cierpieć z powodu chorób, które zebrały krwawe żniwo wśród żołnierzy. Korpus nie walczył zbyt wiele, miał to za okazję – 29 maja 1678 roku – odbyć całkiem miłą dla oka defiladę w Brugii. Świętując urodziny Karola II, żołnierze:
Zaczęliśmy naszą ceremonię około 9 rano i trwała ona do 2 po południu. Wszystkie regimenty ustawiły się, wedle starszeństwa, w linii, przyjmując postawę [jak na placu bitwy]:pikinierzy pomiędzy [oddziałami] muszkieterami, 30 dział oddało w mieście trzy salwy, a pomiędzy każdą z nich strzelali muszkieterzy, po czym wznoszono [głośny] okrzyk. Machano sztandarami, bito w bębny, wszyscy mieszkańcy [miasta] przyznawali że nigdy w życiu nie widzieli wspanialszego widoku.




[1] Najstarszy nieślubny syn Karola II. 

poniedziałek, 20 lutego 2017

By oddać honory dawnemu generałowi


W grudniu 1711 roku królowa Anna, pod wpływem kilku swoich doradców, zwolniła Johna Churchilla, 1-szego księcia Marlborough, z funkcji dowodzącego armią sprzymierzonych w Europie. Rok później borykający się w z wieloma[1] problemami Marlborough zdecydował się na dobrowolną emigrację z Anglii, udając się na kontynent, gdzie przebywał do lipca 1714 roku. W czasie jego europejskiej podróży witano go hucznie na dworach wielu sojuszniczych władców, równie podniośle fetowała go ludność w krajach niemieckojęzycznych i Zjednoczonych Prowincjach. Latem 1714 roku, już w drodze powrotnej do Anglii, książę miał okazję spotkać weteranów ze swoich dawnych regimentów. W Gandawie stacjonowały bowiem dwie brytyjskie jednostki: Royal Regiment of Ireland, który jeszcze pod nazwą regimentu Hamiltona walczył pod komendą Marlborough w wielu jego kampaniach oraz King’s Regiment (Liverpool)[2].  Obecny tam kapitan Robert Parker, oficer RRoI, miał zanotować:
Słysząc że oto książę miał przejeżdżać [przez miasto] wszyscy oficerowie z obydwu regimentów udali się bramę portową i ustawili w szpaler, by oddać mu honory i wyrazy szacunku, jaki wciąż żywiliśmy do Jego Miłości. Książę i księżna podjechali do nas konno; zatrzymali się i rozmawiali z nami o różnych rzeczach przez około pół godziny, a potem – wyraźnie zadowoleni z wyrazów szacunku które im złożyliśmy – podziękowali nam i udali się bezpośrednio przez Gandawę do Ostendy.
Jak widać nawet po tym jak książę zmuszony został zdać komendę, jego żołnierze wciąż dobrze go wspominali i nie przegapili okazji ku spotkaniu.



[1] Głównie finansowymi. 
[2] Znany także jako 8th regiment. 

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Kadrinazi radzi i odradza - cz. XI


Pora na zapowiadaną recenzję (jakie to szumne słowo…) pracy The first British Army 1624-1628. The Armyof the Duke of Buckingham. Jej autorem jest Laurence Spring, a książka ukazała się w ramach serii Century of the Soldier 1618-1721.

Znajdziemy tu informacje dotyczące organizacji i wyposażenia wypraw organizowanych z Wysp Brytyjskich na kontynent za panowania Jakuba I (VI) i Karola I Stuartów. Przyjrzyjmy się najpierw konstrukcji samej pracy, a potem pomarudzę nieco o plusach i minusach przeczytanej właśnie książki.
Praca podzielona jest na 14 rozdziałów i 5 aneksów. Pierwsze 9 rozdziałów dotyczy organizacji, wyposażenia i taktyki wojsk. Autor zajmuje się tam także kwestiami prowiantu który otrzymywali  dzielni wojacy, zagadnieniem kwater dla wojska czy żołdu.
Później przechodzimy do kampanii – kolejno ekspedycji Mansfelda i Morgana na kontynent, wyprawy na Kadyks, działań Buckinghama pod La Rochelle a wreszcie upadek owej twierdzy francuskich hugenotów.
Aneksy to kolejno:
- lista regimentów w okresie 1624-1628
- wysokość żołdu
- wypisy źródłowe dotyczące strojów dla wojska
- instrukcja dla sir Edwarda Cecila z wyprawy na Kadyks
- artykuły wojskowe z lat 1625-1627

Co mi się w tej pracy podoba? Ilość użytych angielskich źródeł, widać że autor jest archiwistą. Znalazł mnóstwo interesujących szczegółów, zwłaszcza dotyczących finansowania wojska, zakupów strojów i ekwipunku.  To wręcz kopalnia informacji, gdzie można znaleźć np. wzmianki o strojach żołnierzy – a takich źródeł nigdy za wiele. Wyprawy na Kadyks i do Francji opisane są dość dokładnie, dla kogoś jak ja, kto mało o tym do tej pory czytał, może to być bardzo pomocne i wciągające. Co ciekawe, z opisów wyłania się tam opis wielkiej improwizacji, totalnego bałaganu i amatorszczyzny ze strony angielskich urzędników bawiących się w wojnę… Autor pokusił też o rozdział opisując trudne losy ex-żołnierzy, co daje nam bardzo ciekawą, acz smutną lekturę. Bardzo interesujące są aneksy, w których można znaleźć wiele interesujących szczegółów na temat organizacji wojska. Sama książka wydana jest bardzo ładnie, na dobrym papierze i w twardej okładce – rzecz drobna, a cieszy.

Co mi się nie podoba? Samo założenie ‘brytyjskości’ owych kontyngentów wojskowych. ‘British Army’ w tytule to po prostu zaciągi na terenie Anglii, Szkocji i (w niewielkim stopniu) Irlandii, gdzie oddziały walczą pod flagami własnych królestw (Anglii i Szkocji). Ci żołnierze, a nawet ich oficerowie, nie mieli raczej żadnej świadomości walki dla ‘Wielkiej Brytanii’. Naciągane wydaje się, by traktować np. wyprawę Mansfelda jako armię brytyjską – to tak jakby jako ‘armię brytyjską’ traktować zaciągi Astona i Butlera w Inflantach w 1622 roku. Sam zresztą rozdział o owej wyprawie (gdzie zresztą przez całą książkę autor bardzo irytująco nazywa Mansfelda ‘Mansfeldtem’) jest bardzo chaotyczny i sprawia wrażenia wciśniętego na siłę. Nie popisała się redakcja i korekta – mnóstwo literówek, zdań urwanych w połowie strony czy  źle wyjustowanego tekstu. Kuriozalny jest dobór (i podpisy)ilustracji – praktycznie wszystkie są z wydanej na początku XX wieku pracy Philippsona ‘Geschichte des Dreissgjahrigen Krieg’, chociaż są to tak naprawdę przedruki z Callota (tu chociaż są podpisane chociaż wygląda żołnierzy ma się jak pięść do nosa w przypadku tematu tej książki) i Wallhausena (gros nie jest jednak w ten sposób podpisana). W przypadku opisów walk aż się prosi o jakieś mapki – znajdujemy tu jednak ledwie jeden przedruk z innej pracy.

Reasumując, mamy więc pracę bardzo nierówną, gdzie można znaleźć sporo ciekawych informacji źródłowych, podanych jednak formie dziwnego czasami misz-maszu.  Będę się musiał mocno zastanowić, czy kupić kolejną pracę tego autora w tej serii (ma ona dotyczyć armii bawarskiej w okresie Wojny Trzydziestoletniej).


Końcowa ocena [według rankingu: trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to można mieć. 

wtorek, 29 listopada 2016

Kadrinazi radzi i odradza - cz. X


Dawno nie było recenzji, pora to zmienić. Przyjrzymy się pracy Johna Barratta, o przydługim tytule Better Begging than Fighting – The Royalist Army in exile against Cromwell 1656-1660. Ukazała się ona w tym roku, w ramach serii Century of the Soldier 1618-1721. Seria ta, z którą się jeszcze w kąciku recenzji zetkniemy, wydaje książki dwóch typów: tzw. ‘culverin’ to monografia w twardej okładce, ‘falconet’ to zawierająca kolorowe ilustracje książeczka w miękkiej okładce. Omawiana praca należy właśnie do tej drugiej kategorii – liczy sobie bowiem 125 stron, włącznie z indeksem.
Po krótkim wstępie i szczątkowym kalendarium wojny, mamy tu 9 rozdziałów:
1. Wojna z Hiszpanią (6 stron)
2. Armie (Armia Flandrii, Armia francuska, Siły Cromwella) (łącznie 8 stron)
3. Armia na wygnaniu (13 stron)
4. Wkracza Cromwell (17 stron)
5. Mardyke (16 stron)
6. 1658: Rozpoczyna się kampania (9 stron)
7. Bitwa na wydmach (26 stron)
8. Upadek Dunkierki (5 stron)
9. Dalsze wydarzenia (13 stron)
Tekst jest gęsto, a wręcz zbyt gęsto, poprzetykany cytatami ze źródeł, których zresztą autor w żaden sposób nie komentuje.  Opis armii jest do bólu wręcz skrótowy i brakuje w nim pewnych informacji – np. w przypadku Hiszpanów nie dowiadujemy się nic o ich kawalerii. Rozdział o armii królewskiej na wygnaniu jest zdecydowanie najciekawszy, głównie jednak dzięki bogatym cytatom z epoki. Sam opis bitwy na wydmach to praktycznie tylko kompilacja źródeł dostępnych w języku angielskim, do tego sam opis autora nie pokrywa się z kolorową mapą którą mamy dołączoną do pracy (chodzi głównie o rozmieszczenie i ilość kawalerii).
Trzy kolorowe ilustracje autorstwa Petera Barfielda, przedstawiające żołnierzy z epoki, także nic nie wnoszą do samej treści, są poza tym delikatnie rzecz biorąc brzydkie. Praca zawiera także kilka kolorowych portretów z epoki, a także dużo więcej czarno-białych. Te ostatnie są niestety często w fatalnej jakości.
Szczerze – to jestem rozczarowany. Spodziewałem się czegoś więcej, jakoś bardziej spoistej pracy a nie tylko takiej kompilacji źródeł (anglojęzycznych) jaką tu otrzymałem. Na bezrybiu i rak ryba, więc lepsze to niż nic w przypadku tak słabo znanego tematu. Jednak biorąc pod uwagę cenę (‘okładkowa’ to prawie 20 funtów) mamy tu za mało treści i płacimy głównie za kredowy papier i kilka kolorowych obrazków.

Końcowa ocena [według rankingu : trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to można mieć jeżeli ktoś jest zainteresowany armią angielską/brytyjską, a lepiej odpuścić dla całej reszty Czytelników.


sobota, 6 czerwca 2015

Morskie rozpiski księcia Kubusia


Elementem który zawsze niezwykle mnie bawił w wargamingu był (jest?) etap składania rozpiski. Kombinowanie jakie oddziały wybrać do bitwy, obowiązkowe nadawanie im nazw (niezależnie od tego czy chodzi o grę historyczną, fantasy czy s-f) i dobieranie odpowiednich dowódców: mogłem na to poświęcać długie godziny. Znalazłbym chyba pokrewną duszę w Jakubie Stuarcie, księciu Yorku (1633-1701), który do historii przeszedł jako Jakub II (król Anglii) i Jakub VII (król Szkocji).  W wieku trzech lat Kubuś został mianowany honorowe stanowisko dowódcy Royal Navy[1], a po Restauracji dynastii Stuartów objął faktyczne dowództwo floty angielskiej, walcząc na jej czele w dwóch kolejnych wojnach przeciw Holendrom.
Co to ma jednak wspólnego z wargamingowymi rozpiskami? Otóż ok. 1672 lub 1673 roku[2] książę Yorku wydał specjalną pisemno-rysunkową instrukcję dla swoich admirałów. Chciałbym ją dzisiaj zaprezentować na blogu, bo wygląda to niezwykle ciekawie. Jak zacznę pleść głupoty związane z terminologią to proszę mnie poprawić, generalnie dostaję choroby morskiej na sam widok okrętu, więc o pomyłkę nietrudno. Całość floty została tam podzielona na trzy ‘kolorowe’ eskadry: Niebieską[3], Czerwoną i Białą. Z kolei każda eskadra podzielona była na trzy mniejsze, dowodzone przez panów noszących rangi: admirał, viceadmirał (vice-admiral) i  rearadmiral[4]. Admirał dowodzący Czerwoną eskadrą był także dowódcą całego zgrupowania, jako admiral of the fleet. Tu dochodzimy do najciekawszego fragmentu owej ‘rozpiski’ – instrukcja nakazywała bowiem wpisać na karcie nazwy poszczególnych okrętów i pływać w tak wyznaczonym szyku[5]. Jeżeli więc jakiś okręt wypadał z szyku, admirał mógł spojrzeć na swoją pieczołowicie rozpisaną kartę i warknąć: Czemu Tiger nie płynie pomiędzy Glorious i Triumphant? Nie wątpię, że panowie mieli nielichą zabawę w takim wargamingu w skali 1:1, zwłaszcza pod holenderskim ostrzałem.





[1] Ranga zwała się po angielsku Lord High Admiral. Jako że zagadnienia związane z flotą to moja pięta achillesowa, nie będę nawet próbował szukać polskiego odpowiednika.
[2] Czyli w czasie trzeciej wojny angielsko-holenderskiej.
[3] Zapisaną jako Blew.
[4] Ma to jakiś polski odpowiednik?
[5] Chociaż to zapewne pozostało raczej tylko teorią i instrukcja była przede wszystkim używana jako lista okrętów. 

czwartek, 9 stycznia 2014

Marszałek w powozie, rachunek dla królowej i skromny (acz szybki) pułkownik

Bitwa pod Blenhaim to największy i najsłynniejszy tryumf Johna Churchilla, 1-ego diuka Marlborough[1]. Nic więc dziwnego, że nie omieszkał on powiadomić zarówno swojej patronki – królowej Anny – jak i ukochanej małżonki – lady Sary – o swoim sukcesie. Po zakończeniu zaciętego starcia poprosił jednego ze swoich adiutantów o kawałek papieru. Traf chciał, że był to… rachunek hotelowy, najwyraźniej oficer miał tylko taki świstek pod ręką. Churchill napisał na drugiej stronie kartki krótki liścik do żony (tłumaczenie własne, dosyć luźne):

Nie mam więcej czasu niż tylko by błagać Cię byś przekazała moje ukłony Królowej i dała Jej znać, że Jej Armia odniosła chwalebne zwycięstwo. M[arszałek] Tallard i dwóch innych [francuskich] generałów znajdują się teraz w moim powozie a ja ścigam pozostałych [wycofujących się z pola bitwy]. Wiozący [ten list] pułkownik Parke, zda Jej [królowej Annie] pełną relację z tego co się [tu] stało. Ja sam zrobię to [listownie] za dzień lub dwa.

 Pochodzący z kolonii brytyjskich (urodził się w Wirginii) pułkownik Dan(iel) Parke – którego widzimy na obrazie powyżej – popędził co koń wyskoczy by zanieść wspaniałą nowinę do Anglii. Po ośmiu dniach podróży pokłonił się lady Sarze i przekazał jej wiadomość od męża. Ta, zapewne odetchnąwszy z ulgą, natychmiast wysłała go do królowej. Plotka niesie, że gdy pułkownik przyklęknął przed władczynią w Windsorze, ta akurat grała partię domina ze swoim małżonkiem, księciem Jerzym. Parke wręczył jej rachunek… znaczy się notkę od Churchilla… po czym zdał raport z przebiegu bitwy. Zachwycona królowa zapytała pułkownika, jak może go nagrodzić za przyniesienie tak wspaniałej wieści. Ten miał odpowiedzieć, że łaska Jej Królewskiej Mości jest dla niego najważniejsza. Skromność oficera została jednak sowicie nagrodzona: sakiewka z 1000 funtów w złotej monecie i miniatura królowej w postaci zdobionego naszyjnika bez wątpienia była dobrym zadośćuczynieniem za trudy jego podróży. Ech, opłacało się być takim gońcem…



[1] Wiem, wiem… polskie tłumaczenie to ‘książę’, ale zupełnie mi tu nie pasuje. 

środa, 8 stycznia 2014

Hej Chrystian, pożycz no 7000 żołnierzy...

Listonosz przyniósł mi dziś książkę na którą długo czekałem, więc wpis będzie mini-recenzją połączoną z pewną ciekawostką. Praca która leży przede mną to Danish troops in the Williamite army in Ireland, 1689-91, autorstwa Kjelda Halda Galstera (Four Court Press, Dublin 2012 – powyżej okładka ze strony wydawcy). Książka nie należy do najtańszych (45 euro z przesyłką na stronie wydawcy, ja kupiłem za podobną cenę na brytyjskim Amazonie), ale jest to 249 stron wartych swojej ceny. Duński autor zajął się wnikliwą analizą udziału swoich ziomków w walkach w Irlandii w latach 1689-91. Duńczycy wchodzili w skład brytyjsko-niderlandzko-duńskiej armii Wilhelma III, walcząc m.in. w słynnej bitwie pod Boyne. K.H.Galster, w oparciu o liczne źródła brytyjskie i duńskie, opisuje organizację wojsk duńskich (wspominając także o pozostałych siłach armii sprzymierzonych i ich irlandzko-francuskich przeciwnikach), przygotowania do wyprawy irlandzkiej i przebieg walk. Wszystko to obficie okraszone niezwykle interesującymi cytatami źródłowymi, więc pewnie to i owo sobie na blog pożyczę. Serdecznie polecam tym którzy interesują się wojskowości przełomu XVII i XVIII wieku, historią armii brytyjskiej czy dojścia Wilhelma III do władzy.

A na zachętę smaczek ukazujący specyfikę duńskich wojsk posiłkowych. Kontyngent który Chrystian V wypożyczył Wilhelmowi III składał się z 9 regimentów piechoty  i 3 regimentów jazdy: łącznie ok. 6000 piechurów i 1000 kawalerzystów. Chociaż oficjalnie było to zgrupowanie „duńskie” jego charakter był wysoce międzynarodowe, co świetnie unaocznia spojrzenie na kadrę oficerską. Duńczycy i Norwegowie stanowili – paradoksalnie – jej mniejszą część. Reszta oficerów pochodziła z przeróżnych zakątków Europy: niemiecka szlachta z państw i państewek leżących na terenie dzisiejszych Niemiec, Szkot, Szwajcar i francuscy hugenoci; żeby wymienić tylko kilku. Galster najlepiej ukazuje to na przykładzie najważniejszych oficerów:
- dowódca korpusu duńskiego to generał porucznik Ferdynand Wilhelm diuk Wurttemberg-Neustadt, czyli przedstawiciel niemieckiej szlachty
- dowódcą brygady piechoty był Brandenburczyk, generał major Julius Ernst von Tettau, notabene służący w sztabie armii norweskiej
- na czele kawalerii stał Frederic Henri de Suzannet, markiz de la Forest czyli francuski hugenota
- głównym komisarzem armii (bez skojarzeń z Armią Czerwoną – chodzi tu o odpowiednik głównego kwatermistrza) był Jens Rosenheim, który przed nadaniem duńskiego szlachectwa nazywał się Jens Toller i pochodził z Norwegii.
Najlepszy w tym wszystkim – zwłaszcza w kontekście tego, że walczono w Irlandii przeciw wojskom francuskim – był fakt, że duńscy oficerowie posługiwali się w rozmowach właśnie językiem francuskim, jako zrozumiałym dla każdego spośród kadry korpusu. Ech, chyba gdzieś w oddali słychać chichot historii…


środa, 7 listopada 2012

Waleczna Irlandka i pies zgon męża zwiastujący



Pozostaniemy w klimatach Wojny o Sukcesję Hiszpańską, a i przy armii brytyjskiej. Irlandka Christian Davies, znana także pod panieńskim nazwiskiem Cavanagh oraz jako Kit Cavanagh i Mateczka Ross (Mother Ross) to niezwykle barwna postać tej wojny. W męskim przebraniu służyła jako dragon w 4th The Royal Regiment of Scots Dragoons (regiment znany później jako Scots Grey), poszukując swojego męża służącego w armii królowej Anny. Walczyła pod Schellenberg (gdzie została ranna) i pod Blenheim. To tam odnalazła swojego męża, Richarda Welsha, służącego w szeregach 1 Regimentu Piechoty (1st Regiment of Foot). Christian (czy raczej Kit, jak była wtedy znana) pozostała jednak w szeregach dragonów, udając że jest bratem Welsha. W 1706 roku  śliczny dragon [to właśnie ona/on na ilustracji] został/a ranny/a w bitwie pod Ramillies i wojskowy lekarz odkrył prawdziwą płeć wojaka. Musiała więc opuścić szeregi swojego regimentu, została jednak przyjęta jako markietanka w regimencie gdzie służył jej małżonek. I tu dochodzimy wreszcie do historii którą chciałem, słowami samej zainteresowanej, opowiedzieć. Richard Welsh poległ, tak jak wielu, wielu jego towarzyszy broni, na krwawych polach pod Malplaquet. Tak oto Christian opisała pewien złowróżbny znak, zwiastujący śmierć jej męża:
Weszłam do lasu, niosąc małe piwo dla mojego męża (…) Mój pies zaskowyczał w bardzo żałosny sposób, co zaskoczyło mnie o tyle, że było to bardzo nietypowe. Stojący obok żołnierz,  załatwiał się [tj. sikał, na wypadek gdyby moje tłumaczenie było niejasne…] i rzekł:
- Biedne zwierzę, rzekłbyś że wie iż gdzieś tam umiera jego pan.
Pobiegłam pomiędzy zwłokami, odwróciłam ponad dwieście [trupów], pośród których znalazłam brygadiera Lalo, sir Thomasa Prendergasta i wielu spośród moich najlepszych przyjaciół, aż natknęłam się na ciało mojego męża, które właśnie ktoś obdzierał [ze stroju]. Na mój widok człek ów odszedł, porzucają swój łup.
Jeżeli zainteresowała kogoś historia Mateczki Ross (wszak nie wspomniałem skąd ten przydomek) polecam lekturę jej przygód, autorstwa Daniela Defoe: Roxana; or, The fortunate mistress: and The life and adventures of Mother Ross. Bardzo ciekawa i pełna anegdot z europejskich pól bitewnych, przybliża też historię brytyjskiej armii na początku XVIII wieku, widzianej ‘od kuchni’.

wtorek, 6 listopada 2012

Have no fear, we know our duty



Dziś coś lżejszego  - anegdota dotycząca anonimowego brytyjskiego regimentu walczącego w bitwie pod Blenheim w 1704 roku. Major tej jednostki traktował swoich żołnierzy z pogardą i okrucieństwem, doszły go więc słuchy że żołnierze mogą z niego uczynić ofiarę ‘friendly fire’. Słusznie bojąc się o swoją skórę (wszak miał mieć za plecami kilka setek strzelców), przed pójściem do ataku na pozycje francuskie stanął przed swoimi wojakami i obiecał, że jeżeli tylko przeżyje starcie, poprawi swoje zachowanie wobec nich. Ktoś z tylnych szeregów miał wtedy krzyknąć:
- Proszę się nie obawiać, znamy swoje obowiązki [czy raczej ‘zrobimy to co do nas należy’ – w oryginale ‘Have no fear, we know our duty’]
Major odetchnął z ulgą i regiment ruszył do ataku. Jednostka dobrze stawała w bitwie, a major nie odniósł żadnego szwanku – ominęły go zarówno francuskie jak i brytyjskie kule. Uradowany odwrócił się by pogratulować (i podziękować?) swoim żołnierzom. Zdjął kapelusz i zaczął:
- Panowie…
W tym momencie z szeregów regimentów huknęło kilka strzałów i major padł bez życia na ziemię. Ciekawe czy nowy major tej jednostki był nieco milszy dla żołnierzy…

czwartek, 30 sierpnia 2012

Każdy człek sobie kucharzem - Anglicy 1588



 
Zapowiadane w poprzednim wpisie menu angielskich zuchów spod komendy sir Francisa Drake’a:
Poniedziałek –  1 funt bekonu, 1 pinta zielonego groszku, 4 uncje sera, 2 uncje masła
Wtorek – 1 funt sucharów, 1 galon piwa, 2 funty wołowiny, 4 uncje sera, 2 uncje masła
Środa – 1 funt sucharów, 1 galon piwa, ćwiartka sztokfisza (suszonej ryby) lub jedna ósma molwy (ryba z rodziny dorszowatych)
Czwartek – 1 funt sucharów, 1 galon piwa, 2 funty wołowiny, 4 uncje sera, 2 uncje masła
Piątek – 1 funt sucharów, 1 galon piwa, ćwiartka sztokfisza (suszonej ryby) lub jedna ósma molwy (ryba z rodziny dorszowatych)
Sobota – 1 funt sucharów, 1 galon piwa, ćwiartka sztokfisza (suszonej ryby) lub jedna ósma molwy (ryba z rodziny dorszowatych)
Niedziela - 1 funt sucharów, 1 galon piwa, 2 funty wołowiny, 4 uncje sera, 2 uncje masła

PS. Na blogu już 100 obserwatorów - witam nowych Czytelników, mam nadzieję, że blog się Wam spodoba!