Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulryk Werdum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulryk Werdum. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lipca 2022

Mieszkańcy tych miejscowości są bardzo bezczelni

 


Bardzo dawno nie blogowałem tutaj, skupiając się na pisaniu na FB. Do tego jeszcze powstaje kolejna książka, więc sami wiecie rozumiecie… Wypada jednak nieco tu odkurzyć i wrzucić jakieś nowe wpisy. Na dzień dobry urocza powiastka z Dziennika podróży 1670-1672 Ulryka Werduma. W listopadzie 1670 roku, przejeżdżając przez Rawę zapisał takie oto wydarzenie:

Mieszkańcy tych miejscowości [Rawy i Michowic], mężczyźni i kobiety, są bardzo bezczelni. Przed paru dniami było tu pięciu polskich szlachciców u jednej szlachcianki w gościnie. Kiedy się nie chcieli zachować w spokoju, porwała szlachcianka za szablę ze ściany, zadała nią wszystkim pięciu drągalom rany i wypędziła ich samych z domu. Byłaby ich niezawodnie i dalej ścigała, gdyby jeden z nich nie był jej z pistoletu ręki przestrzelił.

Zaprawdę powiadam Wam, nie wiem co tam się działo, ale impreza musiała być przednia.

czwartek, 23 listopada 2017

Lochy zaopatrzeniowe


Zima idzie, trzeba szykować zapasy. A gdzie je chować? Zwłaszcza jak będziemy musieli zachomikować cenniejsze od złota masło? Zapomnijcie o szufladach, szafkach i lodówkach. Ulryk Werdum opowie nam o skutecznym sposobie stosowanym w XVII-wiecznej Polsce.
Armia wróciła jeszcze tego dnia[1] do przeszłego obozu[2], jedną i trzy ćwierci mili. Tu żołnierze zatrudniali się wyszukiwaniem jam, mówiąc językiem kozackich i ruskich chłopów. Są to lochy wykopane w ziemi, u góry z małą okrągłą dziurą, przez którą człowiek od biedy może wśliznąć się do lochu. Lochy te są pod ziemią wydrążone stosowanie do potrzeby w kształcie piwnicy. W lochu takim rozpalają najpierw ogień i wypalają na twardo ziemię, później wsypują do niego zboże i przechowują w nim inne najlepsze swe rzeczy. Trzymają się one tu przez wiele lat w suchości i nie podlegają zepsuciu. Górny otwór mają zwykle w miejscu, gdzie go się można najmniej spodziewać, np. pod ścianą, pod progiem u drzwi, pod chlewem dla świń lub pod owczarnią. Żołnierze jednak przykręcali fewetty, czyli świdry, do pik i wiercili nimi wszędzie w ziemi. Tym sposobem odkryli dużo jam.
Ja już zaczynam podkop pod przystankiem autobusowym, będzie loch jak trzeba…



[1] 21 października 1671 roku.
[2] Pod Ilińcami. 

niedziela, 2 marca 2014

Naśmiewają się papiści z innych narodów

Lata temu obiecałem, że Ulryk von Werdum i jego niezwykle ciekawe opisy Polski i Polaków będą się częściej pojawiać na blogu. Z ręką na sercu muszę jednak napisać, że zupełnie o nim zapomniałem – a szkoda, bo też lektura to przednia. Wracamy więc do dociekliwego szpiega,  a jako że to niedziela, spójrzmy cóż też napisał o religijności Polaków. Pewne rzeczy się chyba od XVII wieku aż tak nie zmieniły…
W wielkich miastach pobudowali Polacy wszędzie piękne kościoły, we wsiach i miasteczkach zaś są kościoły, jak wszystkie inne budowle, przeważnie z drzewa, zapatrywane krytymi gankami, żeby mogli odbywać swe procesje w każdym czasie w suchym miejscu. Krzyże, wystawione pod niebem przy publicznych drogach i w innych miejscach, także pokryte są z góry daszkiem różnorakich kształtów i figur i zwykle zaopatrzone w płócienną zasłonę, czasami także w obrazy, zupełnie odziane.
Polacy wyznający religię rzymskokatolicką są tak gorliwymi papistami, jak chyba Hiszpanie lub Irlandczycy, a w nabożeństwie swym więcej zabobonni niż pobożni. Kiedy się modlą lub słuchają mszy, chrapią lub charkają, wzdychając tak, że z daleka już ich słychać, upadają na ziemię, biją głową o mur i ławki, uderzają sami siebie w twarz i wyprawiają inne w tym rodzaju dziwactwa, z których naśmiewają się papiści z innych narodów.

[jako ilustracja posłużyła makieta XVII-wiecznego kościoła z kolekcji terenów OiM produkcji Wargamera]

sobota, 2 kwietnia 2011

Halo halo, tu nocny jastrząb...

Kwiecień na blogu rozpoczniemy wątkiem niczym z powieści o Jamesie Bondzie. W 1670 roku przybył do Polski Francuz ukrywający się pod przydomkiem Monsieur Beauval. Był to w istocie agent króla francuskiego, Jean de Courthonne, kanonik z Lisieux, opat Paulmeirs i Harchagrats. Jego misją było nawiązanie kontaktów z polską opozycją wobec króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, u której chciano uzyskać poparcie dla francuskiego kandydata na tron RON. Emisariuszowi temu w charakterze sługi towarzyszył pochodzący z Fryzji Ulryk von Werdum. Pozostawił on po sobie kapitalny opis naszego kraju – znajdujemy tam wzmianki o kuchni, ubiorze czy zwyczajach Polaków, a także wnikliwy opis zniszczeń z których powoli podnosiła się Korona po wojnach kozackich i szwedzkich. Zapewne pan Ulryk zawita wielokrotnie na strony bloga, jego pierwszy występ będzie jednak bez wątpienia typowo szpiegowski, a dotyczy okresu negocjacji Monsieura Beauval z oficerami armii koronnej, na czele z hetmanem Sobieskim. Zobaczymy jakże to szpieg zmieniał tożsamości – i to w nader przemyślny sposób, zważywszy na jego misję. Najlepiej  będzie czytać przy motywie muzycznym z przygód 007…
Cały ten początek lata siedzieliśmy incognito na zamku łowickim. Negocyacya pana mego, abbe de Paulmiers, z innymi grandami [magnatami] była już tak jakby ukończona. Prosta atoli szlachta z armii polskiej, którą nazywają imieniem towarzyszów, a którzy się ze wszystkich polskich rodów jako najodważniejsi i najdzielniejsi oddają służbie wojskowej – ta prosta szlachta trzymała jeszcze prawie bez wyjątku bardzo gorliwie z królem Michałem Wiśniowieckim. Dla tego uznano za odpowiednie, żeby pan mój przez niejaki czas był obecny w armii, aby z głównymi oficerami, samymi dobrymi przyjaciółmi Francuzów, codziennie mógł się naradzać, jakby to dalej całą armię pozyskać i na korzyść [francuskiego kandydata do tronu] księcia de Longueville przeciw królowi Michałowi skonfederować można. Ponieważ zaś taka obecność w armii pociągała za sobą niezmiernie wielkie niebezpieczeństwa i obawiać się nam było trzeba najokrutniejszego z nami postępowania, gdyby towarzysze wtedy  nas poznali, postanowiono, że pan mój ma udawać inżyniera, który świeżo z Kandyi [dzisiejszy Heraklion/Iraklion na Krecie] przyjechał i że ma wyrobić sobie pozwolenie od samego króla Michała do służenia w Polsce przeciw Turkom, którzy się wtedy już wojną grozili, tak jak to poprzednio czynił w Kandyi, gdzie przecież nigdy nie był, ale całą tę wojnę z oblężeniem i wszystkimi wypadkami znał tak dobrze, że pewnoby mądrzejszym ludziom od Polaków [sic! Jakie to obraźliwe!] potrafił wmówić, jako osobiście brał udział przy oblężeniu Kandyi.
I rzeczywiście dostał też potem patent z podpisem i pieczęcią króla Michała, w którym go rekomendowano wszystkim oficerom jako pana inżyniera królewskiego. Dotąd nazywał się monsieur Beauval albo monsieur du Buorg albo Maciej Olewic, teraz zaś nazwał się Jean Bardouis, le Chevalier de Saconnay. Po tem nazwisku i charakterze królewskiego inżyniera znano go w wkrótce w całej armii.
Ja zaś dotąd zwałem się Chrystian Freson, teraz zaś nawałem się Gracyan Ulric. Większa część Polaków, po części także nasi Francuzi nie znali mnie pod innem nazwiskiem jak Ulric.