Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mity. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mity. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Zdemotywowany na wesoło i z kopią w dłoni

W dzisiejszym wpisie pobawimy się nieco demotywatorami i memami dotyczącymi husarii. Poszukałem nieco w sieci i połów całkiem pokaźny - radosna twórczość husariopatriotów, którzy mogliby o historii nieco więcej poczytać, zanim wezmą się do wrzucania takich rzeczy w net. Można się pośmiać, ale i złapać za głowę. Dużo entuzjazmu, mało poszanowania dla historii.
 O tym micie już pisałem - nie ma potwierdzenia w faktach.
 Tu ktoś mniej więcej wiedział że dzwoni, ale nie wiedział w którym kościele. Wszak książę Jeremi walczył z buntem Kozaków, którzy islamu nie wyznawali. Wspierających ich tatarskich ordyńców jakoś nie było można złapać w takich ilościach, by resztę zagonić do pracy.
 Hodów i 400 husarzy ma się dobrze... A tak naprawdę Polaków faktycznie było ok. 400, z tymże husarze stanowili raptem 1/4 tej liczby, reszta to pancerni.
 Pisałem już o tym - z hetmana Sapiehy zrobił się imć Pasek.
 I znów Hodów, w roli głównej 400 husarzy i aż 40 000 Tatarów. Nic dziwnego że w świadomości husariopatriotów jest to największe zwycięstwo husarii...
 Tu nie dość, że z historią na bakier, to jeszcze z ortografią.
 To jest perełka - co tu robią wojownicy z Japonii?
Ten też piękny, Jagiełło na pewno by się ucieszył, gdyby miał taką jazdę pod Grunwaldem.

Tu polecam artykuł Zbigniewa Hunderta i Andrzeja A. Majewskiego, O dwóch Rochach Kowalskich (najsłynniejszy epizod bitwy warszawskiej 1656 roku w świetle nowego źródła).
 Problem jest taki, że to stwierdzenie przypisuje królowi polskie źródło...

I raz jeszcze Hodów

sobota, 19 grudnia 2015

Odsiecz której nie było


Pora na mit niezwiązany z husarią, a najbardziej bodaj przereklamowaną formacją wojsk Rzplitej – lisowczykami. Nad fenomenem tej lekkiej jazdy i internetowymi zachwytami nad nią pochylimy się innym razem. Dziś zajmiemy się tzw. pierwszą odsieczą wiedeńską, wspaniałą bohaterką memów i demotywatorów. Z mitem tym co prawda pięknie rozprawił się prof. Henryk Wisner, ale najwyraźniej gros internetowych entuzjastów elearów polskich nie czyta za dużo książek na ten temat, więc może wpis na blogu się przyda.
20 sierpnia 1619 roku książę Siedmiogrodu, Gabor Bethlen, wypowiada wojnę Habsburgom austriackim. Jesienią tegoż roku zdobywa Górne Węgry, a w Preszburgu[1] w jego ręce wpadają węgierska insygnia królewskie. Następnie łączy się z dowodzoną przez Henryka von Thurna armią zbuntowanych stanów, czeskich, morawskich i śląskich[2], po czym sprzymierzeni rozpoczynają oblężenie Wiednia. Ich armia to ok. 40 000 żołnierzy, stolicy Austrii broni tylko 2000 wojaków.
Z odsieczą Habsburgom przybywają jednak lisowczycy, najęci w Polsce. Ich silne zgrupowanie – zależnie od źródeł liczące od 2200 do 10 000[3] lekkiej jazdy – wkracza do Siedmiogrodu i 23 listopada w bitwie pod Humennem (Humiennem) rozbijają osłaniającą kraj armię[4] Jerzego Rakoczego. Lisowczycy ścigają rozbite wojska siedmiogrodzkie i oblegają pokonanego wodza w zamku Makowica. Nie są jednak w stanie zdobyć umocnionego miejsca i wycofują się. Następnie Polacy zaczynają niemiłosiernie łupić tereny Koszyc, zostawiająca za sobą szlak pożogi i rozpaczy . Tu doszło do sporu między lisowczykami – niektórzy chcieli ruszać do Austrii lub na Śląsk, inni dalej walczyć w Siedmiogrodzie, jeszcze inni wracać do kraju. Propozycja tych ostatnich przeważyła. Po złupieniu okolicy zgrupowanie wycofało się w stronę Polski. Pod Duklą doszło do konfliktu wśród lisowczykowego towarzystwa. Zgrupowanie rozbiło się na cztery mniejsze ‘pułki’, które samodzielnie próbowały przedostać się do Polski. Niewątpliwie ważną rolę w decyzji lisowczyków o odwrocie miał rosnący opór ze strony Siedmiogrodzian. Jerzy Rakoczy odtwarzał swoje rozbite oddziały, nadciągały nowe jednostki pod Gyorgy Szecym, okoliczni chłopi atakowali polskich ciurów rozjeżdżających się w poszukiwaniu żywności.
Co tymczasem działo się pod Wiedniem? Legenda pierwszej odsieczy wiedeńskiej mówi o tym, że na wieść o lisowczykach i ich akcjach w Siedmiogrodzie, książę Bethlen zwinął oblężenie Wiednia i pośpiesznie wycofał się do kraju. Prawdziwa przyczyna jest jednak zupełnie inna. W obozie oblegających panowała bowiem zaraza, która wybuchła najpierw wśród Czechów a potem rozprzestrzeniła się na inne oddziały. Okolice miasta były spustoszone i wyniszczone, szybko zaczęło brakować żywności. Późna jesień – ze względu na warunki pogodowe jak obfite opady deszczu i silny wiatr  – nie była też najlepszą porą na prowadzenie operacji oblężniczej. Sami Siedmiogrodzianie – których wojska składały się w znacznej części z jazdy – i tak odgrywali marginalną rolę w oblężeniu. 5 grudnia Bethen odchodzi spod Wiednia na czele swoich wojsk, kierując się na Górne Węgry. Niedługo potem podejmuje zresztą negocjacje z cesarzem Ferdynandem II i 6 stycznia 1620 roku podpisuje z nim 9-miesięczny rozejm.
Sami lisowczycy chwalili się – w liście do Ferdynanda II – tylko zwycięską bitwą, nie przyszło im jednak chełpić się tym, że odegrali decydującą rolę w kampanii. Widzimy zresztą, że dość pośpiesznie wycofali się z terenu Siedmiogrodu, łamiąc wręcz rozkazy swojego cesarskiego pracodawcy, który nakazywał im złączyć się ze swoją armią polową. Poseł lisowczyków, wysłany do Zygmunta III z prośbą by ten pozwolił wrócić najmitom do kraju, twierdził wręcz, że nie byli oni przygotowani do dalekiej wyprawy: pozbawieni pieniędzy, bez dostatecznej ilości ekwipunku a nawet kowali do podkuwania koni. Doszło wręcz do tego, że lisowczycy mieli prosić polskiego króla o przysłaniu im kwarcianej jazdy i piechoty, która miała ich osłaniać na wypadek ataku nadciągających sił siedmiogrodzkich
Nie było więc żadnej pierwszej odsieczy wiedeńskiej, a tylko krótkotrwały i krwawy rajd na teren Siedmiogrodu, który dodał kolejne historie do legendy lisowczyków.




[1] Dzisiejsza Bratysława.
[2] Stany dolnoaustriackie nie zdążyły na czas przysłać swoich oddziałów pod Wiedeń.
[3] Pierwsza liczba wydaje się jednak podejrzanie mała, druga zapewne wlicza także luźną czeladź.
[4] Ok. 7000 żołnierzy. 

piątek, 20 listopada 2015

Szaszłyk wSieci...

Pisałem ostatnio o szaszłyku litewskim, a tu taka niespodzianka dzisiaj. Bartek Grzanka (serdecznie pozdrawiam!) podesłał mi felieton Lecha Makowieckiego z tygodnika wSieci. A cóż tam Pan Lech napisał? Otóż według niego husarze mieli się zakładać kto zrobi z przeciwnika większy szaszłyk, a owych 6 nabitych na kopie to Tatarzy. A zresztą przeczytajcie sami powyżej...
Na Miły Bóg, czy naprawdę trzeba, nawet w pisanym z przymrużeniem (mam nadzieję) oka felietonie, napisać coś takiego? Bez sprawdzenia czy to faktycznie byli Tatarzy czy nie, bez zastanowienia się czy cała historyjka ma sens i podstawy. Pan Makowiecki twierdzi, że "młodemu pokoleniu trzeba przypominać wydarzenia z przeszłości", mogę więc mieć tylko nadzieję, że jest lepszym bardem niż piszącym nieco o historii felietonistą. Plus tego wszystkiego jest taki, że jeszcze bardziej chce mi się tropić i walczyć z historycznymi mitami...

sobota, 14 listopada 2015

Szaszłyk moskiewski na modłę litewską


Dzisiaj wpis krótki i nieco z przymrużeniem oka;  nie tyle może mit husarski, co ciekawa powiastka która zaczęła żyć swoim własnym internetowym życiem. Chodzi mianowicie o epizod z bitwy pod Połonką, stoczonej 28 czerwca 1660 roku pomiędzy armią litewsko-polską (dywizja litewska hetmana Pawła Sapiehy i koronna regimentarza Stefana Czarnieckiego) i moskiewską Chowańskiego. W toku tej bitwy doszło do kilku szarż husarii – w tym uzbrojonej w kopie husarii litewskiej[1]. W pisanym kilka dni po bitwie liście, donoszącym o zwycięstwie, hetman Sapieha miał napisać znamienne słowa:
Jam tego nie widział, ale godny wiary towarzysz powiada, iż sześciu na jednej kopiej widział Moskalów.
I tu właśnie otworzyło się wspaniałe pole do popisu dla internetowych nadużyć i banialuk… Widziałem już przypisanie tej informacji Paskowi[2] i Czarnieckiemu, a także podłączenie tej anegdoty do Kircholmu, Kłuszyna, Chocimia a nawet bitwy pod Warszawą. Ofiarami padali – oprócz Moskwicinów – szwedzcy knechci, tureccy janczarzy a nawet jacyś biedni rajtarzy[3]. Nabici na kopię wrogowie byli też, zależnie od wersji, wiezieni przez pewien czas przez husarza; podnoszeni na góry na kopii, zabijani albo w szarży albo w pościgu za uciekającymi. Co jednak zdumiewa mnie najbardziej, to że nikt nie próbował się zastanowić nad prawdziwością samego stwierdzenia.
Pomyślmy się więc nad tym przez chwilę. Oto hetman Sapieha donosi o zwycięstwie (wreszcie!) nad armią moskiewską. W odniesieniu tej wiktorii ogromną rolę odegrały oddziały koronne Czarnieckiego, złożone w większości z weteranów wycieczki krajoznawczej do Danii i wojny szarpanej ze Szwedami. Niemiłosiernie bici do tej pory Litwini w końcu pokonali Moskwicinów, muszą jednak dzielić się laurami zwycięstwa z Koroniarzami. Ba, ktoś mógłby nawet powiedzieć że decydujący cios przeciwnikowi zadali właśnie żołnierze Czarnieckiego. Cóż więc próbuje robić Sapieha? Wypada mu przecież opisać przewagi własnych wojaków, stąd też wspomina, że jego litewska zamieszała husaria z kopiami piechotę[4] i tak szczęśliwie sprawiła się, iż żaden drzewca darmoć nie skruszył. Potem następuje ów ciekawy zwrot o szaszłyku z sześciu moskiewskich żołnierzy. Zauważmy jednak, że hetman nie widział tego na polu bitwy, znał to tylko z opowieści – jak podkreśla – godnego zaufania towarzysza, którego nie wymienia jednak nawet z nazwiska. W dobie gdy żołnierze lubili się chwalić swoimi przewagami, chcąc zyskać łaski i nagrody z rąk głównodowodzącego czy króla, fakt że żaden z husarzy nie przyznał się do tego wyczynu – a co za tym idzie Sapieha nie mógł go wspomnieć w swoim liście – wydaje się nieco podejrzane. Ba, hetmanowi nie pokazano nawet tak niesamowitego dowodu litewskich przewag, a cóż to byłby za problem podjechać do miejsca gdzie ów godny wiary towarzysz widział owo cudo. Wspaniały pokaz zdolności posługiwania się kopią nie rozszedł się też po sprzymierzonej armii, wszak nie wspomina o tym ani Pasek ani Łoś, służący w tym czasie w dywizji Czarnieckiego.
Husarska kopia była niezwykle groźną bronią i – w rękach dobrze wyszkolonych żołnierzy – budziła zrozumiałą zgrozę wśród przeciwników. Warto się jednak nieco zastanowić nad okolicznościami w których powstawały niektóre opisy jej użycia: umiejscowić je w czasie i sytuacjach, a także powiązać z osobą autora danego źródła.



[1] Koroniarze Czarnieckiego – jeżeli wierzyć hetmanowi Sapieże – kopii nie mieli.
[2] Który oczywiście nic takiego nie wspomina.
[3] O koniach jednak nikt nie wspominał.
[4] Moskiewską. 

wtorek, 20 października 2015

125... albo i nie


[wpis edytowany 22 października 2015 roku, w celu dodania nowych przykładów]
Wracamy do mitów związanych z husarią – to poczytny temat, może znowu dostanę maila z pogróżkami… Dziś jedno z najciekawszych haseł związanych z ową formacją: husaria przez 125 lat nie przegrała żadnej bitwy. Opis ten dotyczy okresu 1500-1625, a ową pierwszą porażką miało być starcie pod Walmozją (Wallhof) w Inflantach.
Zacznijmy może o tego, o czym raczą zapominać internetowi apologeci husarii:  formacja ta nie wygrywała ani też nie przegrywała bitew, bo nigdy nie działała samotnie. Co prawda zdarzały się przypadki, gdy do danej szarży – będącej częścią bitwy – stawały tylko chorągwie husarii, to wciąż tylko wycinek większego starcia. Były też nieliczne przypadki, gdy w niewielkiej potyczce[1] husaria faktycznie walczyła samotnie, to jednak starcia marginalne i nie można ich nazwać bitwą. Wszystkie największe zwycięstwa zaliczane na konto husarii – żeby wymienić chociażby Kircholm, Kłuszyn, Trzciana, Chocim[2] czy Wiedeń – to efekt współdziałania różnych formacji, w tym i często mało docenianej piechoty[3].
Jak więc mamy rozumieć owe ‘nie przegrane’ bitwy husarii w okresie 1500-1625? Jaki procent armii koronnej czy litewskiej w danym starciu musi stanowić husaria, by można było uznać że to ‘jej’ przegrana bitwa? Przypatrzmy się kilku mniej czy bardziej znanym starciom z tego okresu i spróbujmy wreszcie wywalić ten mit na śmietnik historii, tam gdzie jego miejsce. Oczywiście nie będzie to żadną miarą lista wyczerpująca, zdaję sobie też sprawę, że zakorzenionego mitu nie obalę. Wypadałoby jednak podchodzić do historii własnego kraju z należytą powagą – bez tworzenia legend bez pokrycia.

I. W sierpniu 1529 roku zagon polskiej jazdy z obrony potocznej, złożony z 1000 jazdy, został rozbity przez Tatarów pod Oczakowem. Zginęło dwóch z sześciu rotmistrzów, większa część żołnierzy zginęła lub została wzięta do niewoli. Oczywiście to starcie dyskusyjne, bo nie wiemy czy w skład chorągwi jazdy walczących w tej bitwie wchodzili husarze. Pojawili się w spisach obrony potocznej w 1500 roku, jest więc możliwe że jacyś proto-husarze walczyli i pod Oczakowem. Nie będę się jednak upierał, a tylko sygnalizuję tu pewną możliwość.

II. 31 grudnia 1530 na lewym brzegu Dniestru nieopodal zamku chocimskiego, roku zgrupowanie polskiej jazdy dowodzonej przez hetmana polnego Jana Kolę stoczyło starcie z wojskami mołdawskimi. Polacy ponieśli dotkliwą porażkę, tracąc przynajmniej 20% stanu liczebnego. Jako że znaczna część walczących w tej bitwie żołnierzy należała do obrony potocznej, jest bardzo prawdopodobne, że znaleźli się tam i husarze.

III. 1 lutego 1538 roku odziały obrony potocznej poniosły klęskę w bitwie z wojskami mołdawskimi pod Seretem[4].  Polskie zgrupowanie, liczące ok. 1800 koni, w samych zabitych miało stracić 2 rotmistrzów, 60 towarzyszy i przeszło 800 pocztowych. W starciu tym na pewno brały udział chorągwie husarskie, dwie z nich wymieniane są wśród tych, które poniosły największe straty: rota Jakuba Potockiego miała stracić 2 towarzyszy i 19 pocztowych, a rota Macieja Włodka 14 pocztowych. Porażka ta odbiła się szerokim echem w Koronie i doprowadziła do zmobilizowania pokaźnych sił, które wyprawiono na Chocim.

IV. We wrześniu 1580 roku słynny zagończyk Filon Kmita prowadzi silny podjazd wojsk litewskich w okolice Smoleńska. W skład jego zgrupowania -  przynajmniej 800 jazdy i 900 piechoty -  wchodziła przynajmniej jednak chorągiew husarska[5]. Po początkowych sukcesach Kmita został zaskoczony nocnym atakiem sił moskiewskich pod wsią Nastansino. Litwini ponieśli bardzo duże straty, od całkowitego pogromu uratowała ich tylko energiczna akcja dwóch rot piechoty. Czyli mamy porażkę, mamy tam husarię – acz zapewne nie było jej za wiele.

V. Dwumecz pod Twerem w 1609 roku to bardzo ciekawe starcie. O ile pierwszą odsłonę wygrały wojska Dymitra – a jego husaria odegrała tam decydującą rolę w złamaniu jazdy szwedzko-moskiewskiej[6] - o tyle druga połowa (rozegrana kilka dni później) zakończyła się bolesną klęską oddziałów dowodzonych przez Zborowskiego. Tak tak, zaraz usłyszę, że nie byli przygotowani, nie mieli czasu stanąć w szyku, nie mieli kopii… co jednak nie zmienia, że to skrzydlaci jeźdźcy ostatecznie byli wśród uciekających[7]. Argument, że nie była to husaria polska – wszak służyła za pieniądze z kiesy Dymitra – do mnie jednak zupełnie nie trafia…

VI. O klęsce pod Sasowym Rogiem w 1612 roku pisałem już poprzednio na blogu. W kampanii brało udział 16 chorągwi husarskich, w trakcie bitwy miało jakoby zginąć aż 10 rotmistrzów husarii. Jeżeli tego starcia nie nazwiemy porażką to naprawdę nie wiem co nią może być.

VII.  Blamaż armii koronnej pod Oryninem we wrześniu 1618 roku to trochę bitwa bez bitwy. W pierwszym dniu w walkach brała jednak udział husaria, niewielka rota Aleksandra Poryckiego została rozbita przez ordyńców.  

VIII. Na wyprawę cecorską w 1620 roku hetman Stanisław Żółkiewski miał zabrać ze sobą przynajmniej 15 chorągwi husarskiej liczących blisko 2000 koni. Jak smutno skończyła się ta impreza (w dwumeczu pod Cecorą i Mohylowem) przypominać raczej nie trzeba. Ta jakże poważna przegrana doprowadziła do wybuchu wojny polsko-tureckiej, a zaangażowanie większości sił Rzplitej na froncie tureckim wykorzystali rok później Szwedzi, atakując Inflanty.  

Można oczywiście wspomnieć też o Byczynie i Guzowie, gdzie husaria walczyła po obydwu stronach. Z racji specyfiki tych bitew, pominąłem je jednak, chociaż na dobrą sprawę nic nie stoi na przeszkodzie by i je dołożyć do powyższej listy.

Apologeci husarii lubią powtarzać, jaką to uniwersalną formacją była, bo też husarz – jeżeli sytuacja nakazywała – potrafił zsiąść z konia i szturmować czy bronić twierdze. Możemy w ten sposób dodać do listy przegranych starć długotrwałą obronę Moskwy: polski garnizon kapitulujący w listopadzie 1612 roku składał się wszak w znacznej część z husarii. Hetman Chodkiewicz, próbujący bezskutecznie przyjść z odsieczą dla obrońców we wrześniu tego roku także miał pod swoją komendą liczne chorągwie husarii. A spieszeni towarzyszy husarscy nie wystarczyli by w listopadzie 1618 roku – prowadzących liczną piechotę i Kozaków – otworzyć dla królewicza Władysława Wazy bramy Moskwy.

I tak to, wieczorową porą, zebrałem kilka przykładów w kwestii jednego z moich ulubionych mitów. Husaria była jednym z najważniejszych trybów machiny wojennej Rzplitej, działającej – czasem lepiej, a czasem gorzej – w XVI i XVII wieku; bywały okresy że wręcz najważniejszym. Nie oznacza to jednak, że składała się z nadludzi którym obce były porażki, często tak dotkliwe jak i wstydliwe. Pamiętajmy też, że husarze nie walczyli sami, że nie mniejsze od husarskiego było męstwo madziarskich hajduków pod Lubiszewem w 1577 roku, drabów pod Kłuszynem w 1610 czy kurlandzkich rajtarów[8] pod Kircholmem w 1605 roku.

[edit z 22 października 2015] Bardzo charakterystyczne okazały się reakcje Czytelników portalu Historykon, który przedrukował mój wpis. Zarzucono mi (mniej lub bardziej bezpośrednio), że próbuję doszukiwać się czarnych stron polskiej historii, że podaję mało precyzyjnych informacji na temat porażek[9], lenistwo a wręcz to że nie jestem Polakiem. Niesamowity jest ten polski grajdołek, w którym mity historyczne są niczym ciasno przyklejone do ludzkich oczu klapki. Dobrze że nie wspomniałem, że gdy pisałem ten post, miałem na sobie koszulkę z wizerunkiem szwedzkiej piechoty z doby „Potopu”…



[1] Np. pod Poswolem w 1625 roku – chociaż tej potyczce poświęciłem osobne miejsce na blogu.
[2] Ten z 1673 roku.
[3] Pozdrawiam wszystkich znajomych hajduków i pludraków!
[4] Dzięki za wskazanie tego starcia Marku!
[5] 200-konna, samego Kmity.
[6] Acz z piechotą, z braku kopii, już nie walczono.
[7] I to spora część pieszo…
[8] Wpis bez rajtarów jest wpisem straconym.
[9] Taaa, jak zwykle wymówki w typie ‘fortele, pogoda, przeszkody, zupa była za słona…’

środa, 22 kwietnia 2015

A w Polsce to husarz chowa się za każdym krzakiem...


Jeden z najdziwniejszych ‘internetowych’ mitów dotyczących husarii mówi o tym, jakoby najemnicy[1] mieli w swoich kontraktach zastrzeżenie, że mogą walczyć przeciwko wszystkim rodzajom wojsk, poza polską husarią. Oczywiście na dowód tego bajkowego stwierdzenia nie pada nigdy nawiązanie do jakiegokolwiek źródła, no ale przecież internet swoje wie… Zastanówmy się więc dzisiaj przez chwilę nad tą, nie bójmy się tego słowa, wierutną bzdurą.
Już od panowania Karola IX oddziały zaciężne[2] stanowiły podstawę piechoty w szwedzkich armiach polowych, także ciężka kawaleria (kirasjerzy) czy liczne oddziały rajtarii formowane były w ten sposób. W żadnym znanym mi źródle nie pada informacja o tym, że żołnierze owi mieliby jakąkolwiek specjalną klauzulę wykluczającą walkę przeciw husarii.  Biorąc pod uwagę, jak duży procent armii polskiej czy litewskiej stanowiła w pierwsze połowie XVII wieku husaria, szwedzcy władcy musieliby – delikatnie rzecz biorąc – upaść na głowę, żeby zawrzeć taki punkt w kapitulacjach dla oficerów zaciężnych. Wszyscy zapewne słyszeli o wielkich zwycięstwach husarii nad armiami szwedzkimi: Biały Kamień, Kircholm, Kłuszyn, Trzciana; mało jednak uwagi poświęca się tym starciom, w których husaria nie była (z różnych przyczyn) w stanie przynieść zwycięstwa nad pludrakami, a czasami wręcz z nimi przegrywała. Twer, Walmozja czy Górzno pokazują, że owi najemnicy nie zawsze musieli się bać husarii, bo nie miała ona monopolu na zwycięstwa. Zaskoczenie, dobrze zastosowany fortel czy lepsze dowodzenie potrafiły przechylać szalę zwycięstwa na stronę Szwedów, nawet w obliczu licznej husarii. Zachowało się do naszych czasów kilka pamiętników napisanych przez szwedzkich najemników i mimo że czasami wspominają oni o sławie i zdolnościach bojowych husarii, żaden z nich nie zapisał informacji o specjalnym kontrakcie jaki mieliby podpisać w obliczu walki z tą formacją. Nie oszukujmy się, gros najemników na służbie szwedzkiej nigdy wcześniej o husarii nie słyszało, sława tej formacji nie była wszak aż tak rozpowszechniona. To że słyszano i mówiono o niej na europejskich dworach królewskich nie znaczy jeszcze, że każdy knecht czy rajtar przybywający walczyć do Inflant czy Prus z trwogą wyglądał husarzy szarżujących zza najbliższego krzaka.
Co ciekawe jednak, sami Szwedzi próbowali w okresie wojny 1600-1611 powiększyć swoje jednostki mogące stawić czoło husarii w polu, szukając możliwych ochotników wśród (tańszych od najemników) krajowych żołnierzy. Nazwane Skölderusttjänsten, oddziały te były zupełnie nieudaną próbą zapewnienia armii szwedzkiej dostatecznie dużej ilość ciężkiej piechoty (pikinierów) i kawalerii – czyli formacji których najbardziej Karolowi IX brakowało – dla uzupełnienia armii polowej po klęsce pod Kircholmem w 1605 roku. Nazwa (związana ze słowem „tarcza”) pochodzi od tarczy herbowej, jako że ochotnicy z tej formacji mieli otrzymać prawo posługiwania się specjalnym herbem. Żołnierze mieli otrzymać w nagrodę, oprócz owego herbu, stały żołd a także dożywotnie zwolnienie od podatków. Plan utworzenia w ten sposób 9 chorągwi jazdy i 13 chorągwi piechoty spalił jednak na panewce, bo nawet ochotnicy zgłaszający się do armii nie byli zainteresowani służbą w tych oddziałach. Nie należy jednak specjalnie doszukiwać się w tym drugiego dna, że oto Szwedzi i Finowie drżeli w obawie przed skrzydlatą jazdą. Po prostu służba w ciężkiej piechocie (dla chłopów) i kosztownej ciężkiej jeździe (szlachta) nie uśmiechała się nawet ochotnikom, którzy woleli służyć jako piechota strzelcza i lżejsza jazda. To zresztą dość typowy problem dla armii szwedzkiej za panowania Karola IX, dopiero reformy Gustawa II Adolfa nauczyły szwedzkich i fińskich piechurów szacunku dla kombinacji piki i muszkietu. Chcąc nie chcąc, Karol IX wciąż musiał opierać się o piechotę najemną jako podstawę swoich ‘ciężkich’ formacji.  Żołnierze ci walczyli z różnym skutkiem – udanie pod Twerem, dzielnie acz bez sukcesów nad Gawią i pod Kłuszynem.
Za panowania Gustawa II Adolfa to właśnie oddziały zaciężne/najemne stanowiły podstawę królewskich sił polowych, zwłaszcza piechoty. Z husarią przychodziło im się bić często i z różnym skutkiem, żeby tylko wspomnieć Gniew, Tczew, Górzno i Trzcianę w Prusach, a także Kropimojzę, Mitawę, Walmozję, Wenden, Selbok czy Treiden w Inflantach.  W żadnym z tych starć nie doszło jednak do przypadku, by żołnierze szwedzcy odmówili walki przeciw husarii, powołując się na jakiś zapis w swoim kontrakcie. Oczywiście zdarzały się przypadki ucieczki w pola boju w obliczu szarży (Kropimozja i dragonia de la Barre, Trzciana i rajtaria fińska), niemniej jednak to już zupełnie inna kategoria, nieprawdaż? Co ciekawe, w większości tych walk piechota szwedzka wystawiała tylko muszkieterów, generalnie przypadki gdy husarze walczyli przeciw szwedzkim pikinierom po 1610 roku są bardzo nieliczne.
Także i pamiętnikarze z armii Karola X Gustawa: Gordon, Holsten i von Ascheberg, nie wspominają nic o specjalnych zapisach w swoich kontraktach. Zresztą dwaj pierwsi zetknęli się z husarią dopiero w czasie walk w Polsce, von Ascheberg[3] mógł zapewne o husarii słyszeć – nawet od krewniaków którzy mogli walczyć u jej boku przeciw Szwedom – jednak brak u niego wzmianek o jakieś nabożnej bojaźni w stosunku do tej jazdy. Oczywiście należy przy tej okazji pamiętać, że ilość husarii w czasie „Potopu” była, w porównaniu z wcześniejszymi wojnami szwedzkimi, o wiele mniejsza, stąd też i jej wpływ na przebieg i wynik starć nie był aż tak dominujący.
Oczywiście jeżeli któryś z Czytelników jest w posiadaniu dokumentu źródłowego (podkreślam: źródłowego, a nie opracowania), który zaprzeczy moje tezie i udowodni, że się myliłem, zachęcam do komentowania. Nie omieszkam zamieścić na blogu sprostowania!







[1] W domyśle: na służbie szwedzkiej.
[2] Przede wszystkim niemieckie, ale też szkockie i angielskie, w mniejszym stopniu pochodzące z innych krajów Europy Zachodniej.
[3] Z pochodzenia Kurlandczyk.