Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojny włoskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojny włoskie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Bitwa pod Pawią (malarz nieznany)


Przepiękny obraz (niestety nieznanego autora), ukazujący różne fazy bitwy pod Pawią w 1525 roku.
Obecnie w zbiorach Birmingham Museum of Art.

















czwartek, 15 czerwca 2017

Starcie tytanów pod Novarą


Miały być recenzje, nie miałem jednak czasu nad nimi przysiąść. Miast tego udamy się na krwawe pole bitwy pod Novarą, gdzie 6 czerwca 1513 roku armia francuska została pokonana przez wojska szwajcarskie i mediolańskie. Jednym z najważniejszych momentów starcia było zwarcie szwajcarskich pikinierów z niemieckimi lancknechtami. Znalazłem bardzo ciekawy opis autorstwa (późniejszego marszałka) Florange, który walczył tam w pierwszym szeregu. Tłumaczenie własne (jak zwykle luźne)  z przekładu angielskiego[1], jako że początek XVI wieku to trochę jednak (jeszcze?) nie do końca moja broszka, pewne rzeczy których nie jestem pewien dopisuję w przypisach.
Szwajcarzy nabrali odwagi i zaatakowali dużymi siłami, po czym doszło do starcia wręcz z lancknechtami, ale zapewniam was, że Szwajcarzy znaleźli tu godnego przeciwnika i przez długi czas zdało się, że przegrają bitwę. Jednakże lancknechtów było zbyt mało, jako wierzę iż w tym momencie stanęło ich może [do boju] 5000 zdatnych [do walki]. A pierwszy atak Szwajcarów został odparty i wierzcie mi gdy rzeknę, żem nigdy nie widział oddziału lancknechtów i arkebuzerów [pieszych] którzy stawali by tak walecznie. I oto Szwajcarzy zostali zmuszeni do wydzielenia 400 halabardników, których użyto do zaatakowania arkebuzerów [pieszych] lancknechtów, których było 800. [Strzelców] zmuszono do ucieczki, po czym halabardnicy uderzyli na flankę lancknechtów.
I przyszło tedy to tego, że bitwa została przegrana. Nikt nie wsparł [bowiem] lancknechtów, bo francuska piechota niechętna była walce; jak tylko ujrzała drugi atak Szwajcarów, zaraz w całości dała dyla. A pan Sedanu[2] szukał swych synów, których znalazł w bardzo słabym stanie. Pan Jamais, który był jeno lekko ranion, wsiadł na konia i próbował zbierać uciekających lancknechtów, a Młody Podróżnik[3] został znaleziony między martwymi, w takim stanie że był nie do rozpoznania, odniósł bowiem 46 poważnych ran, z których najlżejsza wymagała sześciu tygodni leczenia[4].
Jego ojciec odnalazł go i wsadził na konia należącego do młodego lancknechta, znaleziono nieopodal, po czym wywiózł go w eskorcie żandarmów[5]. I próbowali dwa czy trzy razy zebrać lancknechtów, ale francuskie działa, zdobyte teraz przez Szwajcarów, dały tak straszliwie ognia, że zniweczyły wszelkie wysiłki. I zginęło tam wielu dobrych lancknechtów, bo z trzech czy czterech setek stojących w pierwszym szeregu przeżyli tylko Młody Podróżnik, jego brat, szlachcice Fontaine i Fuillalme de Lympel oraz dwóch przybocznych halabardników Podróżnika. A wszyscy kapitanowie, poza dwoma, legli na polu bitwy.
Wiedzcie jednak, że kwiat Szwajcarów poległ w tej bitwie, bo też zginęło więcej Szwajcarów niźli lancknechtów.
Trochę się na końcu próbował nam Florange podbudować psychicznie, bo też klęska armii francuskiej była straszliwa…


[1] Za niezwykle ciekawą pracą Yuvala Noah Harari, Renaissance Military Memoirs. War, History and Identity, 1450-1600.
[2] Powstałe w 1424 roku księstewko (później protestanckie) ze stolicą w Sedanie. Jego władca tytułował się jako seigneur de Sedan.
[3] Le Jeune Adventureux, czyli sam autor relacji – Robert de la Marck, pan Florange, drugi syn pana Sedanu.  
[4] Ale wydobrzał – zuch chłopak!
[5] Ciężkiej jazdy.

piątek, 12 maja 2017

Szalony koń i italskie winorośla


Wracamy do przygód seigneura de Bayard, tym razem lądując pod Marignano pierwszego dnia bitwy, czyli 13 września 1515 roku.  Chociaż to Francuzi ostatecznie wygrali to krwawe starcie, pierwsza faza bitwy wcale na to nie wskazywała. To wtedy właśnie nasz rycerz otarł się o śmierć w czasie walk ze szwajcarskimi piechurami. Jak zwykle luźne tłumaczenie z angielskiego jest mojego autorstwa.
W toku ostatniej [tego dnia] szarży na Szwajcarów nader dziwna przygoda przydarzyła się Bayardowi, który cudem tylko uratował swój kark. Dosiadał wtedy narowistego konia, który, ranion od wielu pik, pozbył się ogłowia i nie czując już [kontroli ze strony jeźdźca] ruszył prosto śród Szwajcarów i zawiózłby swego jeźdźca w kolejny oddział [którego żołnierze] nie daliby [Bayardowi] pardonu. Szczęśliwym jednak trafem, koń zaplątał się w winoroślą wiszące, jak to zwykle w Italii, między drzewami i musiał się zatrzymać.
Jeżeli Bayard kiedykolwiek bał się o swe życie, to właśnie wtedy. Zsunął się z siodła na ziemię, pozbył się całej zbroi i pełznąc na czworaka – by nikt go nie zauważył – ruszył w tę stronę skąd dochodziły okrzyki ‘Francja! Francja!’ i tak dotarł bezpiecznie do obozu królewskiego [króla Franciszka I], z całego serca dziękując Najwyższemu za wybawienie z tak wielkiego niebezpieczeństwa.

Jak widać Bayard nie widział nic niehonorowego w takiej ucieczce, zresztą walki z drugiego dnia bitwy pokazały, że duch w rycerzu nie upadł, a ostatecznie to Francuzi przeważyli w bitwie. Ale to już historia na inną okazję…

środa, 20 maja 2015

W konie (kopią!) - rzekł podstępny Hiszpan


Wczoraj pozostawiliśmy pana Bayarda tuż po pojedynku z Don Alonzem. Ciało Hiszpana zostało zabrane przez jego towarzyszy, tryumfujący Francuzi powrócili do swojego obozu pod zamkiem Monervine. Podpisano mający trwać dwa miesiące rozejm, ale sprawy nie wracały do normy. Hiszpanie nie mogli się pogodzić ze śmiercią Soto Mayor, niektórzy z nich przybywali do francuskiego obozu i zdawali się zaznawać niezwykłej przyjemności w próbach obrażania Francuzów.
Pewnego dnia Bayard i jeden z jego dobrych przyjaciół – D’Oroze – spotkali nieopodal swojego obozu grupę Hiszpanów. Panowie skłonili się sobie, a wtem jeden z Hiszpanów odezwał się do Bayarda:
Mój dobry francuski panie, ten rozejm trwać będzie jeszcze tylko osiem dni, a my jesteśmy nim już bardzo zmęczeni, być może i wy odczuwacie tak samo. Jest nas tu trzynastu; jeżeli zebralibyście swoją grupę [złożoną z] trzynastu [i stanęli na pojedynek] przeciw nam, byłaby to dla mnie i mych towarzyszy ogromna przyjemność.
Mówiący te słowa, Don Diego de Bizagna, miał w tym wszystkim ukryty motyw. Ten odważny i śmiały rycerz należał bowiem do kompanii poległego Soto Mayor, chciał więc pomścić jego śmierć. Bayard i D’Oroze zgodzili się na propozycję starcia i umówili się z Hiszpanami za tydzień w miejscu odległym o dwie mile. Jak można sobie wyobrazić, nie mieli żadnego problemu ze znalezieniem jedenastu ochotników do pojedynkowej kompanii…
Ustalono następujące warunki starcia:
- jeżeli rycerz straci swojego konia nie może już dalej walczyć
- ten który przekroczy wyznaczone granice pola starcia zostanie wzięty w niewolę
- starcie zakończy się z nadejściem zmroku
- jeżeli każda ze stron zachowa po jednym konnym na placu boju pojedynek zakończy się honorowym remisem.
W wyznaczonym dniu dwudziestu sześciu uzbrojonych w kopie rycerzy stanęło w szranki. Szybko okazało się jednak, że Hiszpanie mają opracowany plan zwycięstwa. Atakowali bowiem konie miast jeźdźców, czyniąc to tak skutecznie że po niedługim czasie jedenaście [francuskich] z nich leżało już martwych na placu. Hiszpańskie konie nie chciały jednak przestępować przez wał zabitych rumaków. Wykorzystali to Bayard i D’Oroze, szarżując śmiało i często na Hiszpanów, po czym wycofując się za wał trupów. Kiedy zapadł zmrok, Hiszpanie zeszli z pola walki, a dwa Francuzi zostali bezapelacyjnie ogłoszenie zwycięzcami.

Niestety kronika wyczynów Bayarda nie mówi co stało się z żądnym zemsty Don Diego de Bizagna, widać jednak że jego plan spalił na panewce. Bayardowi przybyło kolejne pióro do pióropusza jego rycerskiej sławy. Zapewne wspomnę w przyszłości o jego kolejnych wyczynach.

wtorek, 19 maja 2015

W akompaniamencie głośnego płaczu i lamentów...


Dawno temu obiecałem, że seigneur Bayard pojawi się po raz kolejny na blogu (pozdrowienia Matheo!). Pora więc obietnicy dotrzymać i to w najlepszym stylu, czyli opisując przesławny pojedynek z 1503 roku. Słynny rycerz wojował wtedy w szeregach armii francuskiej Karola VIII przeciw wojskom hiszpańskim w Italii – tak to się ślicznie w historii układalo…
W czasie tej kampanii doszło do starcia z oddziałem hiszpańskim dowodzonym przez kapitana Don Alonzo de Soto Mayor. Francuzi rozbili przeciwnika a sam Bayard pokonał Don Alonza i wziął go do niewoli. Bayard potraktował swego przeciwnika honorowo, oddając mu szacunek jako znanemu żołnierzowi, pozwalał mu więc na wiele, w zamian za danie słowa honoru że [Hiszpan] nie opuści murów zamku[1]. De Soto Mayor miał jednak inne plany i przemyśliwał jak to dać drapaka. Przekupił więc Albańczyka imieniem Theode, by ten pomógł mu w ucieczce i dostarczył dwa konie. Don Alonzo umknął do swojego obozu, mając jednak w planach przesłanie Bayardowi okupu za siebie, ustalonego wcześniej na 1000 dukatów. Gdy tylko Francuz zdał sobie sprawę z tego, że jego cenny więzień zniknął, wpadł w furię i wysłał oddział swoich przybocznych na poszukiwanie zbiegów. Po dwóch milach pościgu Hiszpan i Albańczyk zostali jednak złapani i przyprowadzeni do Bayarda. Ten skarcił Hiszpania, traktując cały pomysł ucieczki jako wyjątkowo niehonorowy. Kazał go od tej pory trzymać w jednej z zamkowych wież, acz we wszystkich pozostałych aspektach traktował go [honorowo] jak wcześniej. Po kilku dniach hiszpański herold i jeden z paziów Don Alonza przybyli z hiszpańskiego obozu z wyznaczoną sumą okupu. Panowie rozstali się – wydawało się – w zgodzie i Hiszpan powrócił do swoich towarzyszy.
Tu wydawałoby się, że historia mogłaby się zakończyć. Nic jednak z tego. Dumny Hiszpan zaczął bowiem narzekać na warunki w jakich go przetrzymywano, chociaż jednocześnie wychwalał charakter samego Bayarda. Le chevalier sans peur et sans reproche nie mógł jednak puścić tego płazem. Wysłał więc do Andres[2] herolda z pismem, w którym wyzywał Don Alonza na pojedynek. Hiszpan odpowiedział twierdząco, starcie ustalono na mające się odbyć za piętnaście dni. Bayard uzyskał zezwolenie od swoich dowódców na wzięcie udziału w pojedynku i poprosił swojego dobrego przyjaciela Bellabre’a by ten został jego sekundantem.
W dniu starcia Bayard był bardzo chory, nie powstrzymało go to jednak od stawienia się na polu. Czekał jako pierwszy, konno i ubrany na biało. Don Alonzo, wiedząc o chorobie Bayarda, postanowił zmienić warunki pojedynku i poprosił by walczyć pieszo. Myślał bowiem, że Bayard, będąc ciężko chorym, będzie zmuszony zrezygnować z pojedynku. Hiszpan jednak przeliczył się w swoich kalkulacjach, Bayard przyjął bowiem jego warunek. W obliczu licznie zgromadzonych szlachciców z obu stron, panowie stanęli do pojedynku, który trwał niezwykle długo. Przeciwnicy byli siebie warci i długo żaden z nich nie mógł zdobyć przewagi. Wreszcie Bayardowi udało się trafić Don Alonza w szyję, a w miarę upływu krwi Hiszpan zaczął słabnąć. Francuski rycerz rzucił się na niego i obydwaj padli na zakurzoną ziemię. Wykorzystując moment zamieszania, Bayard pchnął swoim poniardem pomiędzy nos a lewe oko. Zakrzyknął wtedy do przeciwnika, by ten poddał się  - Hiszpan jednak już skonał. Bayard, zasmucony śmiercią przeciwnika, oddał ciało Don Alonza pogrążonym w żałobie towarzyszom kapitana. Wtedy, w akompaniamencie głośnego płaczu i lamentów, Hiszpanie odjechali z ciałem poległego, a Francuzi zaprowadzili zwycięzcę [do swojego zamku] przy dźwięku trąb, obojów i licznych innych instrumentów.
I tu wydawałoby się, że historia mogłaby się zakończyć. Francuski honor został uratowany, Bayard podziękował Bogu za tryumf, Hiszpanie pogrążyli się w żałobie. To byłoby jednak za proste, prawda? Jutro napiszę więc o pojedynku, który był następstwem śmierci Don Alonza i utrwalił sławę le chevalier sans peur et sans reproche.


[1] Bayard wchodził wtedy w skład garnizonu w Monervine.
[2] Gdzie znajdował się obóz hiszpański. 

wtorek, 17 lutego 2015

Znudzony król i wycieczka do Włoch


Na wstępie przepraszam za kolejną ciszę w eterze, niestety różnego rodzaju obowiązki sprawiają, że na blogowanie praktycznie nie mam czasu. Zaczynam jednak dwutygodniowy urlop, więc coś – w przerwie pomiędzy zaległym redagowaniem, pisaniem i składaniem – powinno się udać tu wrzucić z nieco większą regularnością.
Dzisiaj wpis krótki, ale na swój sposób uroczy. Znalazłem oto piękny cytat tłumaczący dlaczego w 1515 roku król Francji, Franciszek I Walezjusz, postanowił wybrać się z wycieczką krajoznawczą do Italii. Szło mu tam na początku nieźle – zwyciężył pod Marignano i zdobył Mediolan – ale kolejne walki toczył już ze zmiennym szczęściem, żeby wspomnieć tylko klęskę pod Pawią. Wracamy jednak do 1515 roku, tak oto lord Florange, Robert de la Marck[1], wyjaśnił decyzję władcy:
W roku 1515, Król Franciszek, widząc że oto pokój panuje [w krajach] dookoła [Francji], a samemu będąc młodym, bogatym i potężnym, człekiem o szlachetnym sercu, mając [jednocześnie] wokół siebie ludzi którzy [wcale] nie odciągali go [od pomysłu] stoczenia wojny, która to [wojna] jest najszlachetniejszą rozrywką jaką młody książę czy młody szlachcic może mieć, jeżeli tylko [prowadzona jest] w dobrej sprawie, rozpoczął przygotowania swojej armii do wyprawy do Italii.
Jest coś rozbrajającego w stwierdzeniu, że oto król postanowił rozpocząć wojnę niejako z nudów… Jak widać XVI-wieczna szlachta patrzyła na wojaczkę jako interesującą i godną rozrywkę, niezbyt zważając na ewentualne konsekwencje. Czasami człowiek się jednak zastanawia, czy tak naprawdę wiele się zmieniło? Co prawda nie królowie i szlachcice, ale wybrani przez większe czy mniejsze grupy politycy rozgrywają teraz krwawe szachy na światowej szachownicy, ale cała reszta pozostała bez zmian.  



[1] Dowódca Gwardii Szwajcarskiej. 

środa, 1 stycznia 2014

Z piką na modłę szwajcarską

Nowy rok wypadałoby zacząć z przytupem… a przynajmniej jakąś zachęcającą do wysiłku mową. Z pomocą przyjdzie Blaise de Montesquiou de Lasseran-Massencome, seigneur de Montluc, XVI-wieczny marszałek Francji. Była to postać nietuzinkowa: ubogi szlachcic, zaczynał karierę wojskową w Italii, pod komendą słynnego Bayarda; pasowany na rycerza po bitwie pood Ceresole w 1544 roku, w 1574 roku mianowany – w uznaniu zasług, licznych ran i  półwiecza ciągłej służby wojskowej – marszałkiem Francji. W 1592 roku ukazały się jego pamiętniki, Commentaires de Messire Blaise de Montluc.  Niezwykle przypadły one do gustu królowi Henrykowi IV, który nazwał je żołnierską Biblią.
Seigneur de Montluc przywita więc 2014 rok przemową którą wygłosił do swoich żołnierzy przed bitwą pod Ceresole, gdzie przyszło im się zmierzyć z osławionymi niemieckimi lancknechtami. Tłumaczenie z wersji angielskiej mojego autorstwa, więc wszelkie ewentualne błędy spadają na moją głowę:

Towarzysze broni, winniśmy dziś  walczyć dzielnie a jeśli wygramy tę bitwę zdobędziemy sławę większą niż ktokolwiek przed nami. Historia uczy nas, że do tej pory, za każdym razem gdy Francuzi walczyli wręcz z Niemcami, to Niemcy zwyciężali [chodzi mu zapewne o starcie piechoty – K.]. By udowodnić żeśmy lepsi niż nasi przodkowie musimy walczyć z dwakroć większą odwagą by ich [Niemców] pokonać lub [w przypadku porażki honorowo] zginąć  - by ukazać im, kim tak naprawdę jesteśmy (…). Panowie, zda się że niewielu z tych których tu widzę walczyło wcześniej w bitwie. Powiem wam więc jedno – jeżeli będziemy dzierżyć nasze piki za ich końce i walczyć na pełną długość piki zostaniemy z pewnością pokonani (…) Musicie chwycić swą pikę w połowie, na modłę Szwajcarów, po czym z pełnym pędem ruszyć pomiędzy nich [Niemców] i ujrzycie jak zaskoczeni będą taką formą ataku].

Sugestia była jak najbardziej słuszna, o czym z fatalnym skutkiem przekonali się lancknechci. O bitwie pod Ceresole napiszę kiedyś więcej, w ramach XVI-wiecznych blogowych wycieczek; zapewne i seigneur de Montluc jeszcze nieraz pojawi się w tym kącie.