Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Parkany 1683. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Parkany 1683. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 grudnia 2021

Nowa książka w sprzedaży


 

W sumie jakoś głupio wyszło, że wrzuciłem ogłoszenie wszędzie, tylko nie na blog... 9 grudnia weszła do sprzedaży moja nowa książka w serii 'Century of the Soldier 1618-1721', zatytułowana 'We came, we saw, God conquered. The Polish-Lithuanian Commonwealth's military effort in the relief of Vienna, 1683'. Jest to moja próba przybliżenia czytelnikom nie mającym dostępu do prac w języku polskim zagadnień związanych z organizacją, liczebnością i działaniami bojowymi wojsk polskich i litewskich w 1683 roku. 

Nieco więcej o książce na stronie wydawcy


środa, 28 kwietnia 2021

Murzyn, Węgierczyk i Kałmuk mały

 


Wśród strat polskich w pierwszej bitwie pod Parkanami możemy znaleźć i ciekawe przypadki spośród służby Jana III. W liście pisanym już po drugiej, tym razem zwycięskiej bitwie, król wspomina o tym, że owego Murzyna Józefa Holendra Turcy już w ręku mając go ścięli. Miałem także Węgrzynka, co kilka języków umiał; i ten zginął. Z kolei Kałmuk mały, którego Turcy wzięli żywcem w pierwszej bitwie, miał sporego pecha w drugiej. Kiedy wojska sprzymierzonych wpadły do tureckiego obozu, Polacy poznali sługę króla, ale Niemiec jakiści przypadł, ciął go rapirem przez nos i przebił. Niewiemże, jeśli będzie żyw, luboć mu przecie cyrulik nie źle tuszy. Oprócz tego kolejny sługa, Golańskim, zmarł na skutek choroby, stąd też król ze skutkiem skonstatował mnie prawie wszyscy chłopcy poginęli.

wtorek, 12 stycznia 2021

Krótko mówiąc, ta energia i gwałtowność są nie do opisania


 

Kolejny ciekawy fragment źródłowy z czasów panowania Jana III Sobieskiego, tym razem autorstwa Duponta. Cytat dotyczy drugiej bitwy pod Parkanami w 1683 roku i odparcia szarż jazdy tureckiej przez piechotę sprzymierzonych. Przyznam, że zawsze robią na mnie wrażenie opisy takich starć piechoty i jazdy w XVII wieku, musiało tam dochodzić do nader wstrząsających scen.

Wyznaję, że nie potrafię wyrazić wściekłości, z jaką potężna kawaleria, od razu cała, uderzyła na nasz front. Ich wrzask dawał się słyszeć na wiele mil wokoło. Niech czytelnik przypomni sobie, co książę lotaryński mówił o tej wściekłości w jednym ze swych listów, gdy opisywał walkę, jaką mu wydano, kiedy chciał się zbliżyć do mostów wiedeńskich. Jego szeregi zostały wówczas zmiecione, choć Turków nie było dużo. Krótko mówiąc, ta energia i gwałtowność są nie do opisania. Nie mam wątpliwości, że gdyby nie kozły hiszpańskie, Turcy złamaliby naszą pierwszą linię i przerwali szyk. Ale żołnierze, dzięki temu wsparciu – a pomysłem samego króla [Jana III] było, żeby posługiwać się nim w bitwach – odparli atak i z taką energią ostrzeliwali wroga zarówno z broni palnej, jak i z armat, że ten musiał zawrócić. Ale tylko na chwile. Niebawem Turcy ponowili atak, który został przyjęty tak samo jak poprzedni. Nie rozminę się wcale z prawdą, gdy powiem, że szarżowali co najmniej dziesięć razy. Wydawało nam się, że im więcej ich zabijamy, z tym większą energią wracają. Ze zdumieniem patrzyliśmy, z jaką lekkością i łatwością ich potężne chorągwie dokonują zwrotów. W takiej akcji można było podziwiać doskonałość ich wierzchowców.

 

czwartek, 14 lutego 2019

[Ludzi] no. 23, koni 36



Ciekawy, acz drobny przyczynek do liczebności pocztów husarskich oraz ilości ludzi i koni towarzyszących towarzyszowi w wyprawie wojennej. Michał Polanowski, towarzysz chorągwi husarskiej Wojciecha Urbańskiego[1], miał, wraz ze swoim bratem Janem, walczyć w kampanii 1683 roku. Jan zmarł (w wyniku rany?) w czasie wyprawy, Michał przywiózł jednak jego zwłoki do Polski. I tu dochodzimy do najciekawszej informacji, nasz husarski towarzysz tak bowiem oto opisał powrót do kraju:
Nie mając inszej straty nad tę w bracie i palcu moim u ręki, a czeladzi żadnej nie straciłem, wyprowadziwszy tak swoich jak i bratnich głów no. 23, koni 36, obydwu nas.
Jak więc widzimy dwa poczty husarskie – wliczając towarzyszy, pocztowych i luźną czeladź – to całkiem niezła kompania (tak ludzi jak i koni), kosztująca zapewne nielichą kwotę.


[1] Według najnowszych badań dra Zbigniewa Hunderta. Polanowskiego identyfikowano wcześniej w chorągwi samego króla Jana III albo w chorągwi Stefana Mikołaja Branickiego.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

A szołdro, a taki synu!


Nowy rok zaczniemy od anegdoty od dobrego znajomego, czyli Jana Chryzostoma Paska. Jego synowiec – Stanisław – miał brać udział w odsieczy wiedeńskiej 1683 roku, a potem walczył w bitwach pod Parkanami[1].  To właśnie z drugiej bitwy parkańskiej pochodzi historia którą młody żołnierz przywiózł później wujowi gawędziarzowi.  Żołnierze cesarscy mieli oto krwawo odgrywać się na Turkach po tym starciu, krwawo mszcząc się za krzywdy doznane w czasie kampanii – że im tak wiela poodbierali państwa, prowincyj i fortec. Nie tylko nie brali w czasie bitwy jeńców, ale nawet i po śmieci z nimi cuda robili: włóczyli, pasy z nich darli, rzemień na potrzeby z tych pasów wykrącali. Podobno trzy dni po bitwie wśród leżących na pobojowisku poległych Turków mało który miał jeszcze całe plecy. Stanisław Pacek wziął w czasie bitwy do niewoli Turczyna znacznego jakiegoś, bo strojno i na pięknym koniu siedział, nie dane mu jednak było nacieszyć się jeńcem. Po tym jak dyzarmował[2] Turka i konia pod nim za cugle prowadzi, obok jeźdźców zjawił się jeden z żołnierzy cesarskich, którzy przebił bezbronnego jeńca szpadą. Martwy Turek zleciał z konia, a zaskoczony Polak zaczął się kłócić z Niemcem. Osoby dialogu to BWP (Bardzo Wkurzony Polak) i NZN (Nader Zdradziecki Niemiec):
(BWP) A szołdro, a taki synu! Zabiłeś mi niewolnika, a godzi się to?
(NZN) Ja, Pan Brat, Pan Polak diabła tego żywić?
(BWP) Żeś ty szelm(a), a nie kawaler , już w rękach więźnia zabijać.
[NZN) [Niemiec się tylko umyka a śmieje]



[1] A przynajmniej w drugiej bitwie, której dotyczy ta historia.
[2] Rozbroił. 

sobota, 2 lipca 2011

Jam dla siebie wywiózł tę kopią z potrzeby

Wspominałem już kiedyś na blogu historię bezimiennego rajtara (czy też ‘arkabuzera’ posługując się oficjalną terminologią) który uratował życie króla Jana III Sobieskiego podczas pierwszej bitwy pod Parkanami. Z listu króla do żony, napisanego 10 października 1683 roku, dowiadujemy się o jeszcze jednym żołnierzu, który uzyskał pochwałę ze strony monarchy:
Stanąwszy przed Chorągwiami [husarii] rozkazałem aby kto ma jeszcze kopią, wjechał w pierwszy szereg. Aliści pachołek jedzie z kopią, a Pan [towarzysz] jego za kopią! Aż mu pachołek odpowie: ‘Mospanie! Jam dla siebie wywiózł tę kopią z potrzeby. Nie porzuciłem jej, jak drudzy’. Jam tedy barzo pochwalił pachołka i dałem mu 5 Czerwonych Złotych.

środa, 8 września 2010

Wychylili puchar śmiertelny...


Po raz kolejny sięgamy do kroniki Silahdara Mehmeda agi z Fyndykły, tym razem swym barwnym językiem opisze nam on klęskę wojsk tureckich w drugiej bitwie pod Parkanami w 1683 roku. Zobaczmy gdzie, według tureckiego kronikarza, leżały przyczyny porażki… Tłumaczenie i wszystkie komentarze autorstwa Zygmunta Abrahamowicza.

Nazajutrz, w sobotę dnia siedemnastego wspomnianego miesiąca, nieprzyjaciele wiary — giaurzy hołdujący złym zasadom — ustawili w szyki swoją piechotę i jazdę, rozlokowali działa szahi i sięgając prawym skrzydłem rzeki Dunaju, zaś lewym skrzydłem rzeki Hron, dumnie i z jak największym spokojem przemierzyli i przeszli całą ową bezkresną równinę. Wojska muzułmańskie także ustawiły się w ordynku, ale gdy wzniosły okrzyk: „Ałłah akbar!" i miały uderzyć w [samo] serce nieprzyjaciela, giaurzy rozstąpili się na dwie strony, a potem — niczym rozerwana toń morska — znów zwarli szeregi. Zastępy muzułmańskie znalazły się pośród niezliczonej rzeszy wojsk nieprzyjaciół wiary. Nikczemni giaurzy szczelnie je otoczyli z czterech stron oraz rozpętali bitwę, aż wojskom muzułmańskim zabrakło w końcu sił do walki, aż zatrzęsły się pod nimi wytrwałe nogi, aż się rozsypały i rozpierzchły, a gdy każdy z nich uciekał w inną stronę, zostały do cna rozbite i rozgromione.

Ci z jazdy, którzy mieli konie silne i wytrzymałe, rzucili się do ucieczki bądź to ku rzece Hron, bądź też w stronę Ostrzyhomia, ale ten niegodny zamiar sprzeczny był z wyrokiem Ałłaha, więc kilka tysięcy muzułmańskich gazich wypiło tam wino śmierci męczeńskiej. Tysiące innych, zapomniawszy o rozwadze i stateczności, dotarły do mostu ostrzyhomskiego. Najpierwszy zaś ze wszystkich zjawił się tam serasker wezyr Kara Mehmed pasza z pewną liczbą rozgromionego wojska. Złączywszy łodzie wspomnianego mostu przedostał się on na brzeg rzeki, potem zaś, znowu rozbiwszy ów most, przybył pod zamek Ostrzyhom i wjechał do niego.

Rozgromieni gazijowie muzułmańscy, jacy przybyli do przyczółka mostu później, znaleźli go więc zniszczonym. Piechota i jazda skoczyła zatem w wody Dunaju, ale na tysiąc ludzi jeden tylko wychodził cało, reszta zaś potopiła się i po-ginęła. Ścigający ich giaurzy siedzieli im [po prostu] na karku. Gdy uderzyli i przypuścili szturm na gazich muzułmańskich, których znaleźli na brzegu Dunaju, przeważna część tych mimo wytrwałej walki poległa męczeńsko i poszła do najwyższego nieba, a wielu dostało się do niewoli.

Dereszowata klacz pod bejlerbejem sylistryjskim wezyrem Mustafą paszą z Mi-tyleny została raniona i runęła na ziemię, a wtedy ten we dwójkę z namiestnikiem siwaskim Binamaz Chalilem paszą dostał się jako jeniec w ręce hetmana lwowskiego, który przybył tutaj z wojskiem polskim. Bejlerbej bośniacki Chy-zyr pasza utonął w Dunaju. Bejlerbej karamański Bośniak Sziszman Mehmed pasza na brzegu Dunaju spadł z konia, ale się nie poddał nieprzyjacielowi i walcząc poległ męczeńsko. Zaimów zaś i posiadaczy timarów, którzy tam wypili i wychylili puchar śmiertelny, było bez liku.

Słowem, na brzegu Dunaju jedni muzułmańscy gazijowie dostali się do niewoli, innych posiekano szablami, jeszcze inni, ugodzeni kulą armatnią bądź muszkietową, męczeńską śmiercią swoją złożyli świadectwo [prawdziwości swej wiary]. Od krwi, która spłynęła do Dunaju, wody jego w jednej chwili zmieniły się do niepoznaki. Tylko nieliczna garsteczka znalazła drogę prowadzącą do ocalenia. Jednakże gdy część uciekła w kierunku zamku Novigrad, przeklętnicy i nieszczęśnicy odcięli im drogę, więc ci, którzy przeprawili się przez bród na rzece Hronie, również w większości zginęli.

Kiedy zaś nikczemni giaurzy zjawili się pod palanką Parkany, oblężeni muzułmanie poddali się, ci jednak, nie zważając na kapitulację, podpalili [palankę] z czterech stron. Parę tysięcy mężczyzn i kobiet, jakie się tam znajdowały, spłonęły wówczas i zginęły wśród lamentu i jęków, a dymy [pożarów] buchały tam aż do niebios.

To, co się tam stało, było spowodowane niefortunnym pociągnięciem, którego źródło tkwiło w niefrasobliwości wspomnianego serdara. Serasker bowiem, wezyr Kara Mehmed pasza, samolub i zarozumialec, Turek nieoświecony i głupi, okrut-nik i tyran, człowiek bezlitosny i tępy, który do swoich urzędów doszedł poczynając od służby jako odabaszy bostandżych, przez to, że uciekł jako pierwszy, a potem zburzył most, stał się winny przelewu krwi tylu tysięcy ludu mahometańskiego.

Natomiast bejlerbej rumelijski Chodżazade Arnawud Hasan pasza, straciwszy w walce konia, wlazł przynajmniej na wóz i w ten sposób dokazywał cudów [waleczności]. [Potem] porzucił on swego serdara Kara Mehmeda paszę, a zjawiwszy się w południe w obozie wojsk, odbył spotkanie z wielkim serdarem i opowiedział mu, co się wydarzyło.

— Błędów w walce nie popełniono, nie utrzymano się zaś z powodu ogromu i liczby nieprzyjaciół wiary. Taka po prostu była wola Ałłaha! — powiedział.

Dzisiaj tudzież dzisiejszej nocy powracało i dołączało do obozu wojsko, które zaznało tej porażki — gołe, spłakane, w strasznym stanie, przeważnie bez koni i w ranach.

środa, 28 kwietnia 2010

Wybawca króla Jana


7 października 1683 roku, trwa pierwsza bitwa pod Parkanami. Dragonia ze straży przedniej Bidzińskiego zostaje zmasakrowana przez Turków, nadciągająca kawaleria pod hetmanem Jabłonowskim także nie potrafi powstrzymać tryumfujących sipahów. Polacy uciekają z pola bitwy, wśród nich sam król Jan III Sobieski. Przy nim tylko mała grupka świty: koniuszy koronny Marek Matczyński, łowczy koronny Atanazy Miączyński, Czerkas, Piekarski, nieznany z nazwiska towarzysz husarski spod chorągwi królewskiej i również nieznany husarz z chorągwi husarskiej królewicza (nie wiemy jednak którego). Król słabnie w siodle, jego otyłość boleśnie daje się we znaki w tej panicznej ucieczce. Matczyński próbuje zwoływać uciekających wokół żołnierzy, by ci ochronili króla, słyszy jednak w odpowiedzi ‘Jechał cię pies z nim’. Królowi po piętach depczą tureccy jeźdźcy, wydaje się że jego chwile są policzone.
Wtem monarchę mija arkabuzer (czyli de facto rajtar – tak się zresztą do niego zwrócono) ze skwadronu gwardii królewskiej. Koniuszy nawołuje go ‘Panie rajtar, tyś spod królewskiego regimentu, wstrzymaj konia a pilnuj nas, będziesz miał wielki respekt i nagrodę, tylko nie odstępuj’. Żołnierz przyłącza się do świty, osłaniając Sobieskiego. W tym czasie jeden ze ścigających grupkę Polaków Turek, sipah zbrojny w dzidę, zbliża się niebezpiecznie blisko. Po raz kolejny Matczyński zwraca się błagalnie do żołnierza ‘Zmiłuj się panie rajtar! Obróć się na tego Turczyna!’ Arkabuzer zrównuje swego konia z sipahem i strzałem z pistoletu zmiata go z siodła. Eliminuje także z walki kolejnego napastnika, który rzucił się na niego z szablą w ręku. Na dzielnego gwardzistę wpada jednak większa grupa Turków – żołnierz wstrzymuje ich jednak na tyle długo, by król (pod którym ‘się począł koń rozpierać’) i resztka świty zdołali uciec. Arkabuzer zapewne zginął, jednak nie oddał tanio swej skóry - gdy zaroili się wokół niego sipahowie, miał jeszcze oddać dwa strzały.
Król próbował dowiedzieć się, jak nazywał się bohaterski żołnierz który, jak to Sobieski napisał do Marysieńki, ‘stanął nam za różany wianek’. Arkabuzer pozostał jednak bezimienny, być może oznaczało to, że skwadron gwardii poniósł w bitwie większe straty i nie można było zidentyfikować, który z żołnierzy ocalił władcę. Sobieski napisał jednak o swoim wybawcy ‘godzien przynajmniej, aby za duszę jego proszono tam P. Boga’. Nigdy nie dowiemy się więc, jak nazywał się wybawca króla Jana, ale chyba warto zapamiętać jego historię…