Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiedeń 1683. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiedeń 1683. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 grudnia 2021

Nowa książka w sprzedaży


 

W sumie jakoś głupio wyszło, że wrzuciłem ogłoszenie wszędzie, tylko nie na blog... 9 grudnia weszła do sprzedaży moja nowa książka w serii 'Century of the Soldier 1618-1721', zatytułowana 'We came, we saw, God conquered. The Polish-Lithuanian Commonwealth's military effort in the relief of Vienna, 1683'. Jest to moja próba przybliżenia czytelnikom nie mającym dostępu do prac w języku polskim zagadnień związanych z organizacją, liczebnością i działaniami bojowymi wojsk polskich i litewskich w 1683 roku. 

Nieco więcej o książce na stronie wydawcy


czwartek, 13 maja 2021

Armaty, rusznice, bomby tudzież inne ogniste szataństwa

 



Akurat podczytuję sobie kronikarzy tureckich piszących o wyprawie wiedeńskiej (oczywiście we wspaniałym przekładzie i opracowaniu Zygmunta Abrahamowicza) i znalazłem przepiękny fragment którym chciałbym się podzielić. To fragment zapisków uczestnika kampanii, Hasan Esiri, który w nader interesujący sposób opisał wkład Turcji w rozwój wojskowości europejskiej.

W jakiej epoce, za jakiego panującego oglądało się taką wspaniałą wyprawę i takie potężne wojsko? Gdzież jest taka władza, która podobnie jak sułtanowie osmańscy dawałaby bez przerwy żołd i wikt setkom tysięcy żołnierza? Jakaż jest władza, jakie państwo, które pozwala i jest w stanie dać, gdy wybuchnie wojna, tyle prowiantu, sprzętu i innych rzeczy, takie olbrzymie zapasy prochu i kuł, trzysta lub czterysta sztuk armat i moździerzy, tyle wielbłądów i innych zwierząt oraz podwód do przewozu bagaży, ciężarów i rzeczy żołnierzy, kilimów dla nich do podścielania pod siebie, der do owijania w nie ich rzeczy, koni do rozwożenia wody z zaopatrzonymi w kurki bukłakami, przykrytych cudnymi kobiercami, kom) pociągowych i, mówiąc pokrótce, różnego sprzętu domowego aż po świece, łyżki i latarnie w ilościach takich, w jakich nie w każdym domu spotyka się go, a czasami również okręty — i ponieść takie wydatki?

W naszych czasach do wielkich państw zalicza się Niemcy, Francję, Moskwę. Ale gdy wydarzy im się wojna, dają one jeden tylko suchy chleb i namiot jeden na dziesięciu ludzi, namioty zaś i słupki do nich niosą tam i wożą na zmianę sami ludzie nie wyłączając jazdy, a swoje rzeczy też każdy tam dźwiga na plecach lub wozi w trokach.

Któreż [zatem] państwo darzy wojsko taką życzliwością, takim szacunkiem, jak sułtanowie osmańscy?

Dawniej armat, rusznic, bomb i innego podobnego sprzętu ognistego nie było i wszystkie ówczesne wojska jechały na wojnę tak jak Tatarzy czy Uzbecy — lekko, bez żadnych bagaży, kiedy zaś oblegali jaki zamek, budowali katapulty i miotali kamienie. Gdy się pojawił islam, to ponieważ nikt nie potrafił oprzeć się jego mieczowi, plemię Franków wynalazło i wymyśliło armaty, rusznice, bomby tudzież inne ogniste szataństwa. Natomiast po zdobyciu Krety [przez wojska muzułmańskie] i po oblężeniu Wiednia wyszły u nich książki i ryciny o sposobach użycia owych ognistych rzeczy, o szkoleniu i ćwiczeniu żołnierza, o budowie zamków oraz o bastionach, palisadach i minach, a także pojawili się specjalni nauczyciele [tych umiejętności], a w każdej z nich doszli oni od dawna do wielorakich znakomitych osiągnięć.

Jakie różnice zachodziły między obiema stronami podczas oblężenia zamku Wiednia, gdy już została opanowana fosa, to wiedzą ci, którzy brali w tym udział. Słowem, na skutek wyżej przez nas wspomnianych okoliczności pod Wiedniem doszło do takiej klęski. Ale też nigdy jeszcze ziemia i nacja germańska nie dostała tak po twarzy i nie oberwała po uszach! Na obróconych w perzynę jej obszarach nie unosi się teraz dym [z kominów] ani kogut nie zapieje, a powiadają, że okolic takich jest bardzo wiele. Owe wydarzenia pod Wiedniem opisali oni w kronice. Kiedym ja, nędzny, był w niewoli, czytali ją sobie w zimowe wieczory, powiadając po przeczytaniu kilku kartek, że takiego nieszczęścia nie było jeszcze od czasów Adama, oraz błagając Boga Najwyższego, by na swe sługi chrześcijańskie nie zsyłał więcej podobnej plagi, a potem, przy słowach o innym jakim zamku czy okręgu, znowuż się tak polecali Opatrzności. To prawda, że potem sprawy przyjęły taki obrót, ale pamięć o poniżeniu, zadanym ich krajom podczas tej wyprawy, do samego Sądu Ostatecznego nie wywietrzeje z ich dusz oraz będzie dla nich przestrogą. Z tego też właśnie powodu zmieniają oni konstrukcję budowli w Wiedniu i innych swoich zamkach, a wprowadzając nowe pomysły i wynalazki umacniają partie ongiś nie dość wytrzymałe tudzież pilnie szkolą i ćwiczą żołnierza.

 

wtorek, 27 kwietnia 2021

Francuski specjał nadziewany wędzonym boczkiem

 


Podczytując źródła i książki do oblężenia i odsieczy Wiednia w 1683 roku, co chwila natykam się na ciekawostki, które nie trafią do pisanej książki, ale idealnie pasują na blog. Dzisiaj taka właśnie notka, dotycząca kwestii żywności w oblężonym mieście. Kiedy zaczęło brakować świeżego mięsa, niektórzy obrotni mieszczanie zaczęli poszukiwać alternatywnych źródeł:

Ktokolwiek lubował się we francuskich specjałach, mógł kupić, za jednego guldena za sztukę, tak zwanego ‘królika dachowego’, sprzedawanego przez kobiety przesiadujące na Wysokim Rynku i na Placu Świętego Piotra. Nadziewany wędzonym boczkiem, pieczony na otwartym ogniu i pałaszowany ze smakiem z francuskim muszkatelem. Skutkiem tego ta dzika zwierzyna nie była bezpieczna ni w domostwie, ni na dachu.

Jeżeli ktoś się jeszcze nie domyślił: owymi ‘królikami dachowymi’ były koty…

piątek, 1 stycznia 2021

Struthio camelus przez Turczyna ubity

 


Od pewnego czasu siedzę, ze zrozumiałych względów, w ‘klimatach’ kampanii 1683 roku i odsieczy Wiednia, nic więc dziwnego że wynotowuje coraz to nowe informacje i ciekawostki które mogą się przydać do książki. Stąd właśnie pomysł na dzisiejszy wpis, czyli historia o nietypowej ofierze bitwy.

W liście do Marysieńki, datowanym ’w namiotach wezyrskich, 13 IX, w nocy’, król Jan III wspomniał o strusiu, co ciekawe miała to być turecka zdobycz na cesarskich: wezyr wziął tu był gdzieś w którymś ci cesarskim pałacu strusia żywego dziwnie ślicznego; tedy i tego, aby się nam w ręce nie dostał, kazał ściąć. Historia z nieszczęsnym strusiem musiała mu jednak zapaść w pamięć, postanowił go więc uwieńczyć. Otóż na obrazie autorstwa Martina Altomonte, ukazującym szarżę husarii prowadzonej przez króla, na drugim planie, przy namiotach tureckich, możemy dojrzeć moment egzekucji. Akurat dzisiaj, przeglądać na google books podgląd piątego tomu Stanu badań nad wielokulturowym dziedzictwem dawnej Rzeczypospolitej, znalazłem zdjęcie tego fragmentu w artykule Katarzyny Góreckiej Konserwacja i restauracja XVII-wiecznych wielkoformatowych obrazów batalistycznych Martina Altomontego z kolegiaty pw. Św. Wawrzyńca w Żółkwi. Jak widać biedny struś nie miał żadnych szans w obliczu tureckiej szabli…

sobota, 19 września 2020

Ostatnia szarża pana Andrzeja


 

W czasie szarży ‘rozpoznawczej’, którą pod Wiedniem wykonała chorągiew husarska królewicza Aleksandra, zginął towarzyszący jej Andrzej Modrzewski, podskarbi koronny. Jego dworzanin, Stanisław Chróściński wspomina, że Modrzewski miał pancerz y misiurkę y szablę[1], a co do stroju: między trupami zaledwie uznałem ś. P. Jegmści Dobrodzieia po kaftaniku łosim, który sprawowałem w Krakowie; bo kontusz w sztuki poszarpany. Co ciekawe, zwłoki mieli obrabować dragoni: na głowie dragońską przyrzucony liberyą, zkąd dorozumiewałem się, że ci y inne rzeczy przy nim pozabierali, bo i szkaplerz był na nim rozpruty, znać dla pieniędzy. Chróściński bardzo obrazowo opisał śmierć swojego pana. Modrzewski miał zapędzić się przed atakującą chorągiew, próbując dotrzeć do stanowiska Wielkiego Wezyra. Dzidę w poganinie utopiwszy, y pistolety wystrzeliwszy, podskarbi miał walczyć potem z szablą w ręku. Dzielny szlachcic nie miał jednak najmniejszych szans w obliczu przeważających sił tureckich: zaraz dzirydami pod lewe oko na wylot w głowę, y na prawey stronie pod szczękę kilką także dzid przebitego na wylot, iak snopek z siedzenia podnieśli, w tym rzuciwszy się większem tłumem, w piersi buzdyganem uderzyli, w lewą rękę okrutnie posieczonego, w prawą łopatkę y po udach przebitego, zwalili na ziemię. Turcy mieli mu wtedy zabrać pancerz, misiurkę i szablę, nie zdołali jednak mu odciąć głowy, gdyż w tym momencie dopadła ich szarża husarii królewicza. Chróściński wspomina także straszliwy stan zwłok swego pana, głowa wszytka we krwi, ręce porąmbane, nogi poprzebijane, ledwie znać że człowiek!

 



[1]              W kompucie Modrzewski miał chorągiew pancerną.

sobota, 12 września 2020

Niepodobna wyrazić, jakie z nich mam ukontentowanie


 

Listy Jana III Sobieskiego z jego kampanii wiedeńskiej przynoszą masę niezwykle interesujących szczegółów dotyczących walk – od opisów starć po drobne anegdoty dotyczące różnych wydarzeń z otoczenia władcy. Bardzo ciekawe są jego uwagi dotyczące wyglądu i zachowania sojuszników, niektóre cytowałem już zresztą na blogu. Dzisiaj fragment listu pisanego o trzeciej w nocy 12 września 1683 roku, tuż przed decydującą bitwą. Król tak oto pisał w nim elektorów bawarskiego i saskiego:

Zrazu elektorowie obadwaj byli przecię z nami niby obcy; teraz, jakeśmy się to poczęli zbliżać ku nieprzyjacielowi, niepodobna wyrazić, jakie z nich mam ukontentowanie: sami zawsze parol ode mnie odbierają i dziesięć czasem razy pytają, jeśli jeszcze czego nie rozkażę. Saski[1] poczciwy człowiek, w którego sercu nie masz zdrady. Spadł onegdy nieboraczeńko z konia i podrapał sobie twarz: jakobyś Wc moje serce patrzała na ową kompanię kapraliską. Kawalerów kilku mają przy mnie zawsze dla odbierania ordynansów, rajtarów nawet zbrojnych przysłali po kilkadziesiąt tej nocy, aby stali na koniach przed namiotem moim; co, moje serce jedyne, racz oznajmić ks. łuckiemu (bo ja nie mam czasu), który był tego rozumienia, żem z nimi miał zażyć, i z flegmą ich, wielkiej trudności. Przydali mi do wojska mego polskiego na skrzydło prawe cztery wielkich regimentów piechoty: owo zgoła, kapitan najprostszy nie mógłby być posłuszniejszym nad nich i dlatego możemy się spodziewać dobrego przy łasce bożej skutku, lubo z wielką pracą, bośmy całe rzeczy inaczej znaleźli, osobliwie w położeniu miejsca, niżeli nas informowano.



[1] Jan Jerzy III Wettyn, to jego srogie oblicze ozdabia ten wpis.

czwartek, 13 sierpnia 2020

Biadaż tej zarozumiałości, biada owej bezmyślności!



Nasz dobry blogowy znajomy, Silahdar Mehmed aga z Fyndykły, opowie dzisiaj o słabości artylerii tureckiej w czasie oblężenie Wiednia w 1683 roku. Kronikarz nie omieszka też wskazać na błędy Kary Mustafy:

Dziwne jest jednak, że pomimo takiego przepychu i świetności, pomimo znakomitego uzbrojenia wojsk, pomimo takich zapasów kuł, prochu i sprzętu oraz takich kosztów i wydatków wielki serdar nie sprowadził wielkich dział i moździerzy do [miotania] bomb. Właśnie rozpoczynając wyprawę na Niemcy i ważąc się w swym sercu na oblężenie zamku takiego jak zamek wiedeński, winien był on wyposażyć obóz wojsk monarszych w czterdzieści czy pięćdziesiąt bałjemezów z rodzaju tych, które strzelają kulami o wadze co najmniej od dziesięciu do trzydziestu okk, w piętnaście albo dwadzieścia armat kolubryn, w takąż samą liczbę moździerzy do [miotania] bomb oraz w ze trzysta szahi-darbuzenów. Co prawda, do przewozu takiej liczby dział potrzeba kilku tysięcy par wołów, żeby więc mieć tyle wołów, musiałoby się spędzić bydło z całej Rumelii. Mógłby tedy ktoś zauważyć, że to pociągnęłoby za sobą konieczność użycia przemocy. Odpowiedź na to jest jednak taka, że były to czasy, kiedy moc i potęga państwa, bogactwo i zasobność skarbu i arsenału była w stanie zagwarantować bezpieczeństwo mienia i inwentarza zarówno żołnierza muzułmańskiego, jak też rajów. Gdyby się bowiem wedle ówczesnych warunków z każdej brody oddało tylko po jednym włosku, to zgromadzenie pięciu czy dziesięciu tysięcy wołów nie przedstawiałoby trudności najmniejszej, a szczególnie nie dokonałoby się tego przemocą, lecz w drodze kupna ich przez skarb za zgodą właścicieli. Wielkich armat nie potrzeba było sprowadzać aż ze Stambułu, bo od dawna istniało prawo pozwalające zabierać je i ściągnąć z Budzina i okolicznych zamków granicznych. Dawnymi bowiem czasy padyszachowie i serdarowie z [ich] ramienia, wyruszając na wyprawy węgierskie, zwykli byli brać i sprowadzać wielkie działa wedle potrzeby najczęściej z zamków granicznych.
Ale wielki serdar nie wpadł na ten pomysł i prawa owego [zastosować] nie chciał. „Państwem cesarza zawładnę bez wojny i walki" — myślał sobie, więc wyruszył mając w obozie jedynie dziewiętnaście kolubryn strzelających pociskami trzy- do dziewięciookkowymi, pięć moździerzy do [miotania] bomb oraz sto dwadzieścia dział szahidarbuzenów, a z tej liczby dwie kolubryny zostawił pod zamkiem Jawarynem. (Mianem kolubryn określa się działa strzelające kulami trzy-do dziewięciookkowymi; bałjemezami natomiast nazywa się armaty, które miotają pociski od dziesięciu do czterdziestu okk.) Czyż można jednak z takich drobnych działek bombardować zamek tak potężny, a z nieprzyjacielem niemieckim rozprawiać się, nie poczyniwszy odpowiednich przygotowań? Biadaż tej zarozumiałości, biada owej bezmyślności! Później kazał on ważyć pociski armatnie, którymi nieprzyjaciel z naprzeciwka ostrzeliwał działa jego własne, oraz ubolewał i zdumiewał się nad nimi. Ale czy to mogło w czymkolwiek pomóc?


sobota, 30 maja 2020

Co je pokruszyli, połamali albo porzucali



Ciekawostka dotycząca kopii husarskich w armii koronnej w czasie kampanii 1683 roku. Już po odsieczy wiedeńskiej, 20 października, tak oto pisał sam król Jan III z obozu pod Strzygomiem:
Co o kopie i o proporce, sam mi tylko oddzał Pan Łasko[1] kopie, a Pan Starosta Sandomirski[2] proporce; bom to był wszystko porozpożyczał. Xiądz Podkanclerzy[3] nie oddał ani proporców, ani kopij; ale że w Krakowie odebrano kopie, i to jakożkolwiek. Drugie kopie gdzieś w Ołomuńcu, które się były zleciły Xdzu Hackiemu, aby je był popchnął tu gdzie za nami; ale on podobnie tego i myśli niemiał. Mam tu ja proporce dla jednej Chorągwi, drugie się różnie rozdawały tym, co je pokruszyli, połamali albo porzucali; aleć to już skończymy my wojnę, nim oni nadeją. Żal się Boże kosztu na te Chorągwie: zimie też niewiele kopiami nawołują.
Jak widać tak kopie jak i proporce do nich były towarem mocno deficytowym i po bitwach pod Wiedniem i Parkanami bardzo ich brakowało koronnym husarzom.


[1] Krzysztof Łasko, dowodzący chorągwią husarską Jana Wielopolskiego (po Andrzeju Morstinie).
[2] Józef Lubomirski, starosta sandomierski i koniuszy koronny.
[3] Wydaje mi się, że chodzi o biskupa krakowskiego Jana Małachowskiego, który do 1681 roku był podkanclerzym koronnym. Był on nominalnym rotmistrzem jednej z chorągwi husarskich (w polu dowodził nią Stanisław Małachowski). W 1683 roku podkanclerzym koronnym był już Jan Gniński, który także miał chorągiew husarską (pod Jackiem Boratyńskim), ale Gniński nie był duchownym.

niedziela, 11 sierpnia 2019

Milagro de Joannes



Cud pod Empel to epizod z Wojny Osiemdziesięcioletniej, wydaje się jednak że wieści o tym wydarzeniu były znane i w Polsce. Oto bowiem blisko sto lat później po bitwie pod Empel, kiedy to armia Jana III Sobieskiego maszerowała na Wiedeń, miał miejsce praktycznie identyczny przypadek, także dotyczący obrazu przedstawiającego Marię Matkę Niepokalanego Poczęcia. Oddajmy zresztą głos naocznemu świadkowi, Mikołajowi Dyakowskiemu:




czwartek, 14 lutego 2019

[Ludzi] no. 23, koni 36



Ciekawy, acz drobny przyczynek do liczebności pocztów husarskich oraz ilości ludzi i koni towarzyszących towarzyszowi w wyprawie wojennej. Michał Polanowski, towarzysz chorągwi husarskiej Wojciecha Urbańskiego[1], miał, wraz ze swoim bratem Janem, walczyć w kampanii 1683 roku. Jan zmarł (w wyniku rany?) w czasie wyprawy, Michał przywiózł jednak jego zwłoki do Polski. I tu dochodzimy do najciekawszej informacji, nasz husarski towarzysz tak bowiem oto opisał powrót do kraju:
Nie mając inszej straty nad tę w bracie i palcu moim u ręki, a czeladzi żadnej nie straciłem, wyprowadziwszy tak swoich jak i bratnich głów no. 23, koni 36, obydwu nas.
Jak więc widzimy dwa poczty husarskie – wliczając towarzyszy, pocztowych i luźną czeladź – to całkiem niezła kompania (tak ludzi jak i koni), kosztująca zapewne nielichą kwotę.


[1] Według najnowszych badań dra Zbigniewa Hunderta. Polanowskiego identyfikowano wcześniej w chorągwi samego króla Jana III albo w chorągwi Stefana Mikołaja Branickiego.

środa, 21 listopada 2018

Jaka to piękna inwencja i kunszt kozacki!



Już kilka razy wspominałem na blogu przypadki używania przez Kozaków różnych forteli wojennych. Dziś kolejna taka historia, tym razem z listopada 1683 roku, ze szturmu tureckiej twierdzy Seczyn (Szecseny).  Kiedy oddziały polskie, cesarskie i brandenburskie podeszły pod miasto, Sobieski wysłał Kozaków w celu zdobycia jeńca, który mógłby udzielić informacji o siłach garnizonu. Jan Chryzostom Pasek przepięknie opisał nam całe zdarzenie:

(…) kazano Kozakom, żeby się starali, obiecawszy nagrodę. Poszło ich kilka w sady, nikogo porwać nie mogli, bo [Turcy] ostrożni byli i nie wychodzili nic z miasta. Znajdują sposób taki: zasadzili się w sadach kilkanaście, a dwaj poszli pod miasto i przypatrując się chodzą coraz bliżej. Skoro tam w mieście zrozumiano, że ich może kula donieść, wyrychtowano tam do nich z hakownice czy z janczarki strzelono. Ów jeden, choć mu nic, uderzył się o ziemię, drugi począł go quidem[1] trzeźwić, podnosić, a potem go i rozbierać z sukien. Widząc to Turcy i do owego dali ognia z kilku sztuk, on rozebrawszy go, w nogi i nie obejrzał się, a jeszcze gołymi miejscami uciekał, żeby z miasto widziano, że ku obozowi idzie. Ów quidem zabity leży (ubrał się  jasno, w suknię czerwoną); aż po małej chwili idzie Turczyn rozbierać go. Dochodząc do niego stanął, obejrzał się na wszystkie strony, pod drzewa podejrzał – nie widać nic; przymknie do niego, spojrzy mu w oczy – a on oczy zawarł, zęby wyszczerzył – pocznie się już sposobić do owej nieborakowi atamanowi posługi  (nie ubierał go, a rozbierać chce), przyklęknie, a guziki mu chce rozpinać; a Kozak go za kark. Krzyknie Turczyn; wezmą się z sobą. Tu miasto daleko i przez fosę ratować trudno, a tu Kozacy z zasadzki lecą; Turczyn się wydziera, rad by bardzo puścił Kozaka, a Kozak go nie chce. Przypadki, wzięli, przyprowadzili królowi. Jaka to piękna inwencja i kunszt kozacki!

Pochwycony Turek musiał ‘sypać’, bo król Jan III szybko zdecydował się na szturm. Ten znów poprowadzili Kozacy, chyżo, odważnie i mężnie, jak to pisał monarcha w liście do Marysieńki. Po trzech godzinach ostrzału, a także ataków piechoty i dragonii, dowódca garnizonu zdecydował się na kapitulację. Tak załoga jak i ludność cywilna otrzymali prawo wyjścia do Egeru, samo miasto zaś zostało splądrowane przez tryumfujących Kozaków.


[1] Niby.

niedziela, 4 listopada 2018

Nic na świecie delikatniejszego ani cieplejszego



Jeszcze jeden wyjątek z listu Jana III do Marysieńki, tym razem jednak będzie miło, ciepło i przytulnie – wszak dziś niedziela, więc wypada coś spokojniejszego zamieścić na blogu. Tak król wymienia listę bagateli zdobytych na Turkach, które oto wysyła przez posłańca swojej ukochanej żonie:

Naprzód kołdrę z hatłasu białego chińskiego ze złotymi kwiatkami, nową i [w]cale jeszcze nie używaną; nic na świecie delikatniejszego ani cieplejszego, bo pod taką drugą sam sypiam; daleko rzecz milsza niżeli de ouate[1] ani owo pierze, które przykro jest gorące. Do tejże kołdry posyłam poduszkę do siadania na niej, którą haftowała rękami swymi pierwsza żona wezyrska, jako jego pokojowi powiadają, których także odsyłam trzech albo czterech. (Ma z tych ludzi każdy po tysiącu czerwonych złotych i po drugim; chcą być kupcami i osięść w Żółkwi). Trzecią rzecz posyłam przykrycie na taburet, na którym wezyr siadał, a ten taburet stawiał na sofie, tj. na tapczanie; o co z posłem francuskim tak wielka kontrowersja.  Czwarta rzecz jest parę kobierczyków karmazynowych, złotem tkanych; co przyjąć za wdzięczne uniżenie proszę.

Przyznaję, że jak wczoraj wieczorem znalazłem sobie ten cytat, to aż się rozmarzyłem za taką kołdrą z hatłasu białego chińskiego, bo za oknem mi wiało i lało… Ciekawe czy się prezenty spodobały Marysieńce?


[1] Watowana.

sobota, 3 listopada 2018

Tak nieostrożnie i niedbale



Wśród prezentów które po bitwie wiedeńskiej w 1683 roku miał wysłać Jan III Sobieski do cesarza Leopolda I, znalazł się znak jeden wezyrski. Jak się okazuje, wysłannicy króla mieli jednak nieprzyjemny wypadek wioząc owe trofeum do cesarza. Oddajmy głos samemu Janowi III, który tak to opisał w liście do Marysieńki:
Posłałem z komplementem i powinszowaniem jmć ks. podkanclerzego[1] dawszy mu znak jeden wezyrski na pamiątkę szczęśliwej naszej wiktorii. Zbliżywszy się tedy jmć. ks. podkanclerzy pod miasto, stanął w jakimś ci pustym ogrodzie, czekając na przyjazd cesarski, bo go był poprzedził; a tymczasem tak grzeczny chorąży jego Jaskólski, który ten znak niósł za nim, postawił gdzieś ten znak tak nieostrożnie i niedbale w ogrodzie, że mu go ukradziono. Z którą wiadomością dogoniono mnie już o dwie mili; tak że drugi który-m był dla siebie zostawił, musiałem posłać. Ale takich mam jeszcze dwa.
Swoją drogą ciekawe czy ów Jaskólski dostał za to po uszach?


[1] Jan Krzysztof Gniński. W 1679 roku, po śmierci żony, wstąpił on do stanu duchownego, stąd też ks. wspomniane w liście.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Buty żółte były przed dwiema miesiącami albo trzema



W liście datowanym na 31 sierpnia 1683 roku, król Jan III Sobieski opisał Marysieńce swoje pierwsze spotkanie z Karolem V Lotaryńskim, dowódcą armii cesarskiej. Książę przybył dosyć nieoczekiwanie do maszerującego zgrupowania polskiego, także go i pierwsze nie poznały straże. Cesarski generalissimus miał okazję obejrzeć krótki popis wojsk Sobieskiego: jak to wspomniał król mamy też tu przecię cztery usarskie chorągwie i z dzidami niemało. Po okazaniu wojska przyszła pora na poczęstunek, tu goście nie tylko się najedli, ale się i popili, i dobrze. Oddajmy głos polskiemu monarsze:

P. Waldeck przyjechał także w godzinę jakąś po ksciu lotaryńskim. Ten nie jadł z nami dlatego, jak się wyżej napisało. Księcia lotaryńskiego portret niżej opis, ale to wprzód dla uciechy księżnej jejmci. Naprzód nie chciał pić inszego wina, jeno mozelskie z wodą, i to wody bardzo siła; jakoż cale nie pija. Rozochociwszy się jednak, p i węgierskie. Ów Taff, co był posłem od niego na mojej elekcji, b też z nim, i zda mi się, że jest we wszystkim Robakowskim[1], i często mu do ucha szeptał i aby b nie pił, przestrzegał; ale s zaś i sam stróż upił, i samże potem ochoty dodawał. Gdy już sobie tedy podpił ksżę, po różnych komplementach pytał, jako s zowie po polsku ojciec i brat. Powiedziano mu. Tedy (jako owo ks. Arcybiskup gniniski zwykł czynić) powtórzył to z pięćset razy, pokazując na mnie: ,,To ojciec, a ja syn, a wy bracia moi . Na Fanfanika[2] zaś coraz, że ten wprzód i tamci trzej, a ja piąty . To znowu w moment zapomniał, jak ojciec po polsku. To tak tego było przez kilka godzin.

Impreza jak widać była nader udana… Ciekawy jest też opis wyglądu samego księcia, zacytuję fragment dotyczący jego stroju, który jasno pokazuje nienajlepszą sytuację armii cesarskiej (jeśli mierzyć ją stanem stroju samego wodza):

Suknia na nim szara, bez wszystkiego, guziki tylko złote szmuklerskie[3] dosyć nowe; kapelusz bez piór. Buty żółte były przed dwiema miesiącami albo trzema; napiętki z korków. Koń niezły, siedzenie stare; uzdy na koniu, tj. harnais, proste, rzemienne, złe arcy i stare.



[1] Tu oznacza to ‘stróża’, osobę pilnującą.
[2] Tym pieszczotliwym mianem para królewska nazywała Jakuba Ludwika Sobieskiego.
[3] Ozdobne.


piątek, 27 lipca 2018

Dali się unieść takiej pysze i takiemu zaślepieniu



Dziś pora na kolejny fragment z tureckiego kronikarza wojny 1683 roku, jak zwykle w przepięknym przekładzie Zygmunta Abrahamicza. Dżebedżi Hasan Esiri w swojej kronice Mijar ud-duwel we misbar ul-milel, (Probierz państw i sonda narodów) poświęcił sporo miejsca wyjaśnieniu przyczyn klęski tureckiej pod Wiedniem. Opis będzie przydługi, jednak na tyle interesujący że warto mu poświęcić chwilę.

Bardzo wielu prostych żołnierzy przebierało się też bez potrzeby w odzież niemiecką albo węgierską, odcinając jedynie rondo kapeluszy.
Jedną z przyczyn klęski było także to, że wszyscy dowódcy, oglądając po drodze z Jawaryna do Wiednia spalone i zrujnowane kraje oraz zwłoki pomordowanych ludzi — dzieło żołnierzy, którzy jechali jako straż przednia — dali się unieść takiej pysze i takiemu zaślepieniu, iż nie pomyśleli o tym, że wojsko tego kraju także kiedyś zbierze się i ruszy na nich. Z tego to powodu na początku oblężenia nie zanadto przykładano się do dzieła, a za to po domostwach na przedmieściach, po okolicznych ogrodach i winnicach ustawiano znaki i wbijano paliki oraz uważano [to wszystko] już za swoje. Różni też osobnicy, licząc, że po zdobyciu zamku osiądą na nim, chodzili od bramy do bramy i wyznaczali dla siebie nadania, a dyktując swą wolę temu, co [jeszcze w przyszłości] skryte, w pysze swej i zaślepieniu uważali je już za swoje.

Powodem przegranej było również to, że w gronie dowódców panował rozłam, a większość ich była niechętna nadmiernemu wzrostowi władzy prześwietnego serdara jegomości, toteż stając w jego obliczu wprowadzała go w błąd prawieniem pochlebstw oraz relacjami i replikami, które musiały [go] wpędzać w zaślepienie i pychę. W sumie, zarówno możni, jak i maluczcy byli owładnięci zarozumiałością i butą taką, iż sądzili, że ziemia ta już przeszła w ich posiadanie.

Innym powodem było to, że jeszcze przed dojściem do celu wojsko i Tatarzy posiedli takie ilości rzeczy, iż było bez liku ludzi, którzy w kraju służyli jako pastuchy za pięćset czy sześćset akcza na rok, natomiast tutaj zdobyli po sto, pięćset, tysiąc i więcej ałtynów. Co się zaś tyczy dowódców, to ci za bezcen nagromadzili wiele chłopców i dziewcząt tudzież złota, srebra, porcelany oraz innych przedmiotów i kosztowności, a bardzo wielu z nich posiadło i nabrało po trzydzieści lub nawet po czterdzieści niewolnic. Bankierzy, wojownicy i przekupnie ładowali złotem, srebrem, porcelaną i innymi cennymi rzeczami swoje kufry, Tatarzy zaś i lewendowie napełniali „peserami" i inną monetą, jako też srebrem i porcelaną torby na obrok, biesagi i dery. Podczas gdy na początku [wyprawy] za jednego ałtyna dawano po pięćdziesiąt albo i więcej takich „peserów", [teraz] było niezliczone mnóstwo wozów złota. Posiadłszy takie bogactwo jeszcze przed osiągnięciem celu [wyprawy] większość żołnierzy porzucała swoje chorągwie, brała najlepsze konie, przebierała się w strój wojska z pogranicza bądź w strój tatarski, a potem krążyła po równinach i wzgórzach, i [w ogóle] gdzie się jej tylko zachciało. Także wielu janczarów przebierało się za lewendów oraz porzucało własne chorągwie i przechodziło do innych pułków lub do swoich ziomków, [przez co] zamiast porządku panował wśród wojska całkowity chaos. Z tego też powodu wszyscy myśleli tylko o tym, by wywieźć swe skarby, bowiem takich, którzy zostali z pustymi rękami, było niewielu. Słowem, wzbogaciwszy się już w momencie dojścia pod Wiedeń czy jeszcze zanim dotarli [pod niego], żołnierze i lewendowie porzucali swoje chorągwie, więc z tylu setek tysięcy ludzi nie znalazło się w okopach nawet dziesięć tysięcy prostego żołnierza.


poniedziałek, 16 lipca 2018

Woły kuchmistrza i klejnoty kuchcika



Dawno nie cytowałem żadnego listu Jana III do Marysieńki, trzeba jakoś temu zaradzić. Właśnie znalazłem ciekawy fragment dotyczących łupieniu obozu tureckiego po bitwie pod Wiedniem. Jak zwykle BPP wiatr w oczy, co przyznał nawet sam król. Wspomniany w tekście Gałecki, który tak skrzętnie skupował tureckie woły, to kuchmistrz koronny Franciszek Zygmunt Gałecki, w kampanii 1683 dowodzący dragońskim regimentem gwardii JKM[1] - jego marsowe oblicze możemy podziwiać powyżej. Z kolei starosta nowomiejski to Stanisław Opaliński, chorągiew w której chorąży miał tak zapobiegliwego kuchcika to rota kozacka.





[1] A jak wiadomo dragoni to są zawsze pierwsi do łupienia wroga, więc dowodził takim regimentem jak trzeba.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

A szołdro, a taki synu!


Nowy rok zaczniemy od anegdoty od dobrego znajomego, czyli Jana Chryzostoma Paska. Jego synowiec – Stanisław – miał brać udział w odsieczy wiedeńskiej 1683 roku, a potem walczył w bitwach pod Parkanami[1].  To właśnie z drugiej bitwy parkańskiej pochodzi historia którą młody żołnierz przywiózł później wujowi gawędziarzowi.  Żołnierze cesarscy mieli oto krwawo odgrywać się na Turkach po tym starciu, krwawo mszcząc się za krzywdy doznane w czasie kampanii – że im tak wiela poodbierali państwa, prowincyj i fortec. Nie tylko nie brali w czasie bitwy jeńców, ale nawet i po śmieci z nimi cuda robili: włóczyli, pasy z nich darli, rzemień na potrzeby z tych pasów wykrącali. Podobno trzy dni po bitwie wśród leżących na pobojowisku poległych Turków mało który miał jeszcze całe plecy. Stanisław Pacek wziął w czasie bitwy do niewoli Turczyna znacznego jakiegoś, bo strojno i na pięknym koniu siedział, nie dane mu jednak było nacieszyć się jeńcem. Po tym jak dyzarmował[2] Turka i konia pod nim za cugle prowadzi, obok jeźdźców zjawił się jeden z żołnierzy cesarskich, którzy przebił bezbronnego jeńca szpadą. Martwy Turek zleciał z konia, a zaskoczony Polak zaczął się kłócić z Niemcem. Osoby dialogu to BWP (Bardzo Wkurzony Polak) i NZN (Nader Zdradziecki Niemiec):
(BWP) A szołdro, a taki synu! Zabiłeś mi niewolnika, a godzi się to?
(NZN) Ja, Pan Brat, Pan Polak diabła tego żywić?
(BWP) Żeś ty szelm(a), a nie kawaler , już w rękach więźnia zabijać.
[NZN) [Niemiec się tylko umyka a śmieje]



[1] A przynajmniej w drugiej bitwie, której dotyczy ta historia.
[2] Rozbroił.